Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Po chwili niespodziewanego wybuchu mówiła już spokojnie:
— To, doprawdy, bardzo mię zajmuje... Czasami starałam się wyobrazić sobie działalność pana tu, na lądzie, wśród bogaczy i nędzarzy... Widzę teraz, że nie szło z tem gładko, kapitanie?
— O, tak! — westchnął Pitt. — Ludzie uznają teraz tylko jedno sakramentalne hasło: walka o byt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Nikt nie myśli o takiej walce na drodze przyjaznej, prawdziwie chrześcijańskiej współpracy.
Lady Rozalja podniosła się z kanapy i wyciągnęła ręce do kapitana, mówiąc wzruszonym głosem:
— Kapitanie, jesteś mądrym i szlachetnym człowiekiem, bo kieruje tobą myśl, którą usiłował wprowadzić w życie mój mąż, sir Steward-Foldew, człowiek o nieposzlakowanym, niezłomnym charakterze, niemal święty, chociaż za to właśnie zwalczano go podstępem, obłudą i nikczemnością!
Staruszka wydobyła z torebki chustkę i otarła oczy.
— Niechże pan opowie nam szczegółowo! — poprosiła Elza, podsuwając Pittowi kasetkę z cygarami.
Podziękował ukłonem i, uśmiechając się, odparł:
— Tego opowiedzieć tak we fraku i naprędce nie potrafiłbym... tembardziej, że przed chwilą spostrzegłem lorda Warwicka przechodzącego ulicę...
Istotnie, ledwie Pitt skończył to zdanie, na werandę wszedł profesor, w smokingu i z białym kwiatkiem w klapie, roztargniony, jak zwykle, i trochę zmieszany.
Po powitaniu gościa, lady Steward-Foldew, wszczęła rozmowę:
— Mówiliśmy tu o bardzo ważnych zagadnieniach,