Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kami na ścianach i zszarganym dywanem jego samego — Białego Kapitana!
Z takiemi myślami, zrzuciwszy palto w szatni, wchodził do salonów „La Pergoli“. Przystanął na chwilę i niespostrzeżony w tłumie nieznajomych ludzi, przyglądał się zdaleka Elzie i jej otoczeniu.
Uderzyło go najpierw to, że lord Warwick ani na krok nie odchodził od Elzy i że zwykle tak opanowany uczony nie mógł teraz ukryć zachwytu nad młodą kobietą. Świadczyło o tem wszystko: wyraz jego oczu, błogi uśmiech na roztargnionej twarzy i nieco zdenerwowany głos. Oprócz profesora kilku też innych mężczyzn rzucało na Elzę wymowne, pełne czułości lub namiętności spojrzenia.
Jakiś śpiewak włoski klęczał właśnie przed nią i śpiewał arję z „Otella“ przy zgodnym śmiechu całego towarzystwa. Pitt przyjrzał się uważnie Elzie. Uśmiechała się uprzejmie, lecz kapitan spostrzegł, że miała lekko zmarszczone brwi.
Na sali zjawił się maitre d’hôtel i obwieścił rozpoczęcie bankietu. Do Elzy natychmiast podszedł przesadnie dostojny prezes Jacht-Clubu i podał jej ramię. Za nim pociągnęli tłumnie inni goście do sali, przybranej godłami i emblematami jachtingu, kwiatami i barwnemi chorągiewkami. Wesoło, ze śmiechem, okrzykami, hałasem odsuwanych krzeseł goście szukali swoich miejsc.
Pitt skierował się w stronę Elzy i ucieszył się, znalazłszy kartę ze swojem nazwiskiem obok jej nakrycia. Z drugiej strony Elzy siedział już monsieur Aboya-Dubarry, prezes Jacht-Clubu, rdzenny Baskijczyk, dumny