Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


białą kamizelką, i trzymając na wysokości lewej klapy fraka kieliszek szampana, już chrząkał wzruszony i podniecony.
Rozpoczynał szereg okolicznościowych mów.
— Panie i panowie, drodzy, znakomici goście naszego uroczego Saint-Jean-de-Luz! — zaczął pan Aboya-Dubarry. — Z głębi dalekich fjordów wynurzyła się przy słonecznym brzegu baskijskim urocza syrena Północy...
W tym tak podniosłym i poetycznym tonie długo, stanowczo za długo, przemawiał prezes Jacht-Clubu, mimo poczynione wysiłki nauczenia się na pamięć, zaglądający do kartki, gdzie była spisana jego mowa. Staruszek gestykulował, wydawał patetyczne okrzyki i dążył do logicznego związania w jedną całość barw francuskich z flagą Norwegji, plątał się, co chwila odbiegał od tematu i, nakładając binokle, szukał w nieszczęśliwej kartce wątku dalszej mowy. Ostatecznie zbił go z tropu jakiś niecierpliwy dziennikarz z Bordeaux, który dość głośno zauważył:
— Powiedział już 311 razy „północna syrena“, — sam liczyłem! Daruję mu jeszcze 312-ty, a gdy powie po raz 313-ty, walę w niego ananasem i — basta!
Pan Aboya-Dubarry natychmiast zakończył mowę okrzykiem:
— Niech żyje czarująca madame Tornwalsen, pogromczyni znakomitego monsieur Baldwina!
Inni z kolei próbowali też szczęścia w roli krasomówców i wiwatowali na cześć Elzy. Wreszcie dyrektor kasyna wygłosił toast na cześć kapitana, szczęśliwego zwycięzcy w zakładzie z Johnem Cornyle.
— Musi pan teraz odpowiedzieć! — szepnęła Elza