Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Migu! — rzucił, wchodząc do hotelu. — Poszukaj samochodu, który odwiózłby nas jutro rano do Bordeaux. Wyjeżdżamy!
— Santa Maria! — wyrwało się Hiszpanowi, lecz znowu przesunął mu się przed oczami wysoki brzeg Hadsefjordu, stromy spych, a nad nim, jak jaskółcze gniazdo, czarny od starości domek Lilit; drgnął tylko i nic nie powiedział.
Nazajutrz o godzinie dziewiątej rano, gdy Pitt Hardful był już koło Bajonny, piccolo zapukał do apartamentu Elzy Tornwalsen i podał jej list.
Elza przebiegła go oczyma i z okrzykiem radości wpadła do pokoju lady Rozalji.
— Matko! — zawołała. — Pitt Hardful odjechał nagle i pisze, że nie chce przeszkadzać memu szczęściu z lordem Warwickiem!
— O, o! — przeciągnęła Angielka i nałożyła okulary. — Widziałam, że wczoraj był bardzo nieszczęśliwy... Nie wie tylko jednego, że odmówiłaś Warwickowi... W gorącej wodzie, widać, kąpany ten kapitan...
— Matko, matko... — szepnęła Elza, tuląc się do staruszki i przyciskając ręce do piersi: — Pitt Hardful mnie kocha!
Łzy szczęścia poczęły spływać po jej złocistych, opalonych policzkach, a w szafirowych oczach iskrzyły się błyski nieznane, które w zdumienie wprawiły i zaniepokoiły starą Angielkę.
— Pitt kocha mnie... — powtórzyła z głębokiem westchnieniem Elza i głowę ukryła w koronkach szlafroku lady Rozalji, aby nikt nie widział łez radości i promiennego uśmiechu szczęścia.