Mali zwycięzcy/Schwytanie koni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział IX.
Schwytanie koni.

Przez cały dzień pracowano w obozie nad jeziorem. Wygarbowane pasma skóry starannie rozbijano na gładkim kamieniu, moczono, znów rozbijano i nareszcie starannie smarowano gorącym łojem.
Czultun połączył rzemienie bardzo zawiłemi węzłami, a później, wydrążywszy w kawałku modrzewia dziurę, przewlókł przez nią skórzane pasma, nadając im okrągłą formę.
Nareszcie dzieci ujrzały dwa długie, mocne rzemienie i kilka krótszych, tworzących ruchome, łatwo zadzierżgające się pętle. Takież same pętle umieścił Czachar na końcach długich rzemieni.
— Poco ci te stryczki? — pytał Romek.
— Są to „arkany“[1] do łapania koni i do krępowania nóg, gdy schwytamy dżegetaje! — odparł wesoło.
— To nie na „arkany“ będziesz chwytał konie? — zapytał zkolei Henryk.
— Nie! — rzekł Czultun. — Złapią się one same na te małe rzemyki z pętlami. Są to sidła...
Mongoł jeszcze raz obejrzał wszystko uważnie, naostrzył swój długi nóż i, spoglądając na dzieci, zawołał:
— Niczego nie brakuje! Teraz przenosimy się na wschodnie zbocza gór. Łatwiej stamtąd wyśledzimy dżegetaje, dążące do wodopoju. Musimy być bliżej tego miejsca. Potrzebuję pomocy obydwu „nuchurów“, a zostawić tu Irenki bez opieki nie możemy. Musimy więc zmienić koczowisko!
Przygotowania do podróży nie trwały długo; zabrali ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyli. Czultun prowadził przyjaciół naprzełaj przez góry. Droga była uciążliwa, bo stroma, najeżona kamieniami, przecięta wąwozami lub przysypana ruchomemi piargami.
Jednak, mimo znużenia, w nocy już doszli do krętego wąwozu, prowadzącego na płaszczyznę.
Czultun z podziwem spoglądał na Irenkę. Blada ze zmęczenia, z zapadłemi oczkami, szła, ciężko oddychając, lecz nie skarżąc się i nie zatrzymując. Nie chciała wydawać się słabszą od braci i być zawadą w wyprawie.
Mongoł, widząc to, szybko urządził nowy obóz. Naprędce sklecił szałas, narzucał świeżej trawy, przykrył ją skórą kabargi i zawołał:
— Irenka, spać! My sami przyrządzimy wieczerzę.
Dziewczynka z wdzięcznością spojrzała na Czachara, lecz potrząsnęła główką.
— Przyrządzenie posiłku dla was jest moim obowiązkiem, — rzekła — wy macie dużo własnej roboty. Zaraz wszystko zrobię!
Mongoł cmoknął ustami na znak podziwu i pochwały. Porwał bańkę i pobiegł po wodę.
Chłopcy zaczęli zbierać suche gałęzie, naprędce układać piec z kamieni i rozpalać w nim ogień.
Wkrótce zagotowała się herbata w kociołku, więc rozwinięto paczkę z żywnością, zabraną z dawnego obozu i posilano się. Podróżnicy gwarzyli wesoło.
Czultun zapowiedział, że nazajutrz Irenka pozostanie w obozie, gdzie będzie w bezpieczeństwie, mężczyźni zaś szybko przetną pustynię, aby zaraz po południu dojść do miejsca wodopoju dżegetajów.
Po posiłku, zmówiwszy pacierz, dzieci udały się na spoczynek.
Mongoł pozostał przy ognisku.
Przeglądał raz jeszcze rzemienie arkanów i sprawdzał, czy dobrze ślizgają się ruchome pętle. Kiwał się i mruczał ponurym głosem.
Czultun śpiewał.
Usnął przy dogasającem ognisku.
Obudził chłopców przed świtem.
Mężczyźni w pośpiechu napili się herbaty, zjedli resztkę pozostałej z wieczerzy pieczeni i, krzyknąwszy Irence słowa pożegnania, szybkim krokiem ruszyli ku wschodowi. Mongoł niósł pęk rzemieni, Henryk karabin na ramieniu, Romek zaś trzymał w ręku łuk, z którego strzelał coraz celniej.
Upał był znaczny, lecz szli, nie zwalniając kroku, aż ujrzeli niewysokie skały.
— To tu! — zawołał Czultun. — Miejsce wodopoju dzikich koni!
Doszli zatem do celu. Skały tworzyły małą kotlinę, z kałużą brudnej wody pośrodku.
Brzegi stratowane, noszące niezliczone ślady kopyt różnych zwierząt, świadczyły o tem, że mieszkańcy pustyni Mumingan przychodzili tu, aby ugasić pragnienie.
Wśród śladów antylop widniały okrągłe, dobrze znane dzieciom ślady końskie.
Jedno zaledwie przejście prowadziło do jeziorka.
Była to wąska szczelina, przegrodzona dużemi głazami, które niegdyś stoczyły się ze skał.
Czultun owinął nogi kawałkami skóry gazeli, wszedł do środka kotliny i zaczął się rozglądać.
— Sajn! — zawołał. — Nie wymkną się nam!
— Poco obmotałeś nogi skórą? — spytał Romek.
— Żeby dżegetaje nie zwęszyły człowieka... — odparł, uśmiechając się chytrze.

Obszedł skały dokoła, przekonał się, że lekki wiatr zalatuje od strony, skąd zwykle przychodzą konie i rzekł:
Czultun śpiewał.
— Ukryjmy się za skałami i przyrządźmy sidła!

Nacięli grubych prętów różanecznika, rosnącego pomiędzy kamieniami, porobili widełki. Wetknąwszy w ziemię cztery takie pręty, Mongoł rozwiesił na nich swoje pętle i objaśnił:
— Gdy dżegetaje wejdą do jeziorka, rozstawię te pętle wzdłuż wyjścia, pomiędzy skałami, leżącemi na drodze... Zaplączą się w nich konie...
— Cóż z tego, że się zaplączą?! — zawołał niecierpliwy Romek. — Zaplączą się i razem z pętlami umkną!
Czultun zaczął się śmiać.
— Myśl twoja szybka, jak dżegetaj — rzekł, mrużąc oczy. — Do końca każdego rzemyka przywiążę ciężki kamień, nuchur!
Romek kiwnął głową, bo zrozumiał plan Czachara.
W godzinę potem wszystkie pętle stały gotowe. Można było założyć je w każdej chwili. Nie rozpalając ogniska, zaczaili się w głębokich dołach pomiędzy skałami, zapatrzeni w daleki widnokrąg.
Serca chłopców biły mocno, a Romek drżał nawet z niecierpliwości i wzruszenia.
Nareszcie od północy, zdaleka jeszcze, podniosły się słupy i obłoki piasku.
— Biegną!... — szepnął Henryk.
Czultun kiwnął głową.
Tabun, składający się z pięćdziesięciu trzech koni, szybko przecinał pustynię, zdążając ku skałom.
O jakie tysiąc kroków tabun stanął, jak wryty.
Podniesione głowy, rozdęte chrapy i postawa koni mówiły wyraźnie, że węszą, nie ufają, że gotowe są w każdej chwili zerwać się do biegu.
Nareszcie trzy stare ogiery, wydając ostrzegawcze, ostrożne rżenie, wybiegły naprzód.
Lekkim kłusem, nie dotykając prawie ziemi twardemi kopytami, zbliżały się do szczeliny, prowadzącej ku wodzie.
Byli to wywiadowcy i obrońcy całego stada.
Zaczajeni chłopcy mogli dokładnie obejrzeć te rzadkie, zanikające już okazy dzikich koni.
Lekki, zwinny tułów, muskularne, cienkie nogi, duża, ciężka, o dzikim wyglądzie głowa, dłuższe niż u zwykłych koni uszy, ogon, zbliżony do oślego, ozdobiony kitą czarnego włosia — wszystko to dobrze zapamiętały chłopaki, którym napewnoby mogli pozazdrościć spotkania z dzikiemi końmi inni chłopcy — mieszkańcy wielkich, zgiełkliwych miast.
Tymczasem żółto-bure ogiery z piękną, czarną pręgą, biegnącą od krótkiej zwichrzonej grzywy aż do ogona, zupełnie uspokojone, zarżały cicho i pobiegły ku zdradliwemu przejściu do jeziorka.
Cały tabun poszedł natychmiast za ich przykładem.
Ze rżeniem wesołem i wierzganiem przesadzały konie przegrody kamienne, popychały się, aż wszystkie przypadły pyskami do wody i, prychając, piły.
Wtedy Czultun wyskoczył z zasadzki i zaczął krzyczeć, ciskając kamienie i zbiegając ze zboczy skał ku szczelinie. To samo robili Henryk z Romkiem.
Tabun miotał się w małej kotlinie, napróżno szukając wyjścia. Jedyne — przez szczelinę zostało zamknięte przez hałasujących ludzi; skały miały tak stromy spadek, że konie nie mogły utrzymać się na nich. Wbiegały więc do wody, grzązły w rozmiękłem dnie, padały, rozbryzgując wodę. Tabun skłębił się w ruchomą ciżbę, rozległy się kwilenia żałosne, wylękłe rżenie, rozpaczliwe chrapanie starych ogierów.
Stawały dęba i pełnemi przerażenia oczami patrzyły na postać ludzką, przebiegającą pomiędzy kamieniami u wyjścia z pułapki, jaką się nagle stało ożywcze jeziorko.
Czultun zastawiał sidła w miejscach, gdzie dżegetaje, zamierzając wybiec z kotliny, musiały skakać przez odłamy skalne.
Nareszcie Mongoł umocował i ustawił wszystkie rzemienne pętle i wybiegł na płaszczyznę.
— Teraz na skały! — krzyknął. — Musimy wypłoszyć tabun i zmusić go do ucieczki przez wąwóz!
Szybko obiegli skały i, wdrapawszy się na ich szczyty, krzyczeli, ciskali kamienie, wymachiwali rękami, gwizdali.
Jeszcze większy zgiełk powstał w zbitej ciżbie koni. Zaczęły się gryźć, wierzgać, popychać, tłoczyć się przy wyjściu z kotliny.
Wreszcie jeden duży ogier przedarł się przez miotające się konie i runął w stronę wąwozu, sadząc przez kamienie z radosnem i pełnem triumfu rżeniem.
Nagle potknął się, szarpnął i już ciężko, z wysiłkiem skakał, a za każdem jego poruszeniem w powietrze wylatywał kamień, uwiązany do zdradzieckiego sidła i tłukł z głuchym łoskotem boki zwisających skał.
Jeden po drugim wybiegały na równinę dżegetaje i wkrótce cały tabun mknął na północ. Tylko pięć koni coraz bardziej zwalniało biegu. Galopowały z całej siły, lecz bystrooki Czultun widział, że przy ich nogach wlokły się ciężkie kamienie, uwiązane do rzemieni, ściskających im pęciny.
Myśliwi ścigali swoje ofiary.
Długo, lecz coraz wolniej biegły konie, wkrótce zaczęły przystawać, drżące, zlane potem, okryte pianą. Po godzinie stanęły wszystkie; dwie kobyły położyły się nawet, lecz wnet zaczęły gryźć rzemienie.
Mongoł całym pędem dobiegł jednak na czas. Obejrzał się na chłopców i krzyknął:
— Podpędzajcie tamte, aby szły i nie mogły przegryźć rzemieni!
Zakręcił swój arkan nad głową. Kobyły wystraszone tym ruchem, natychmiast podniosły się. Było już jednak za późno.
Rzemienna pętla lassa spadła na szyję najbliższego dżegetaja, zacisnęła się, zdusiła. Koń szarpnął się, lecz natychmiast zachwiał się na nogach i runął na ziemię.
Błyskawicznemi ruchami Mongoł związał nogi leżącej zdobyczy, ujął drugą kobyłę i, skrępowawszy ją, pobiegł za ogierami, ściganemi przez chłopaków.

Wkrótce pięć spętanych koni leżało już na twardej ziemi. Miały skrępowane nogi, a Czultun, zręcznie uchylając się od chwytów kłami, zakładał im uzdy z nielitościwemi wędzidłami, splecionemi z grubych drutów stalowych.
Szybko obiegli skały i, wdrapawszy się na ich szczyty, krzyczeli, ciskali kamienie, wymachiwali rękami, gwizdali.

— No, tak, — mruczał Czultun — poleżcie sobie, pochrapcie, pomyślcie, a gdy wam brzuchy z głodu podciągnie a pragnienie wysuszy w gardle — wołajcie na nas!... Wtedy będziemy przyjaciółmi!
Chłopacy śmiali się głośno, słuchając tej przemowy przyjaciela, chociaż nie rozumieli, co zamierza dalej robić Mongoł z dzikimi, lotnymi, posiadającymi nieprzejednaną postawę, mieszkańcami pustyni.
Czultun też nic nie mówił. Tylko uśmiechał się chytrze, mrużył oczy i pogwizdywał. Pozostał przy schwytanych koniach. Chłopcy powracali do swego obozu w górach, gdzie na nich czekała Irenka.
— Dlaczego Czultun z nami nie poszedł? — spytał Romek.
— Myślę, że obawia się, aby drapieżne zwierzęta nie rozszarpały bezbronnych koni — odparł starszy brat.
— Prawda! Nie pomyślałem o tem! — zgodził się chłopak i nagle, poklepawszy Henryka po ramieniu, krzyknął wesoło:
— Hej, mamy aż pięć rumaków!
— Jak dotychczas, są to raczej smoki straszliwe, nie rumaki! — odpowiedział ze śmiechem Henryk. — Widziałeś, jak usiłowały ugryźć Czultuna, jak wierzgały tylnemi nogami niezwiązanemi i biły przedniemi kopytami? Wściekłe to i złe bestje!
— Ho! Ho! Czultun da sobie z niemi radę. Wierz mi, ugłaszcze je i ujeździ! Tęgi chłop ten nasz „nuchur“ czacharski! — zawołał Romek.
— Mam nadzieję, że potrafi on ułaskawić dżegetaje, ale uprzedzam ciebie, braciszku, że nieraz grzmotniesz o ziemię, spadając z tych wierzchowców! — mówił, uśmiechając się, Henryk.
Dobrnęli do obozu późno w nocy.
Irenka czekała na nich.
Ucieszyła się, posłyszawszy o zdobyciu koni, nakarmiła zgłodzonych braci i wysłuchała porywającej opowieści o schwytaniu dżegetajów.
Nazajutrz od rana nikogo już nie było w zarośniętym krzakami wąwozie. Tylko lekka, siwa smuga dymu, unoszącego się nad ogniskiem, wskazywała miejsce niedawnego obozu.
Dla krótkiego pobytu na pustyni zapobiegliwy Czultun wybrał suchy rozłóg, ukryty za skałami z jeziorkiem, gdzie schwytano konie.
Wąwóz był bardzo głęboki.
Widocznie, niegdyś pękła kamienista gleba i utworzyła prawdziwy „kanjon“, jakich pełno w Południowej Ameryce. Był tak głęboki, że dym ogniska nie dochodził do krawędzi i żadna żywa istota nie mogłaby się domyślić lub zwęszyć obecności ludzi wpobliżu.
Dwa dni leżały spętane dżegetaje, groźnie chrapiąc i chwilami kwiląc przeraźliwie, niby w porywie rozpaczy lub bezsilnej wściekłości.
Na trzeci zaczęły już tylko cichutko rżeć. Posłyszawszy te urywane dźwięki, Czultun natychmiast przerzucił przez ramię dużą wiązankę uzbieranej trawy, wziął blaszankę z wodą, wrzucił do niej garść soli i poszedł, skinąwszy na Henryka.
Ujrzawszy zbliżających się ludzi, jeńce usiłowały wstać, lecz już nie chrapały, łakomie spoglądając na trawę i rozdętemi chrapami węsząc wodę.
— Sajn! — mruknął Mongoł i poklepał jednego z ogierów po karku. Szarpnął się koń, lecz po chwili wyciągnął głowę, aby skubnąć trawy.
— O nie! — rzekł Czultun. — Jeszcze masz sporo złości w sobie. Poleż! Namyśl się!
Poprawił koniom uzdy, zlekka naciągając wędzidła, co czynił codzień, aby stepowe rumaki przywykały do tego ruchu.
Upłynęła jeszcze jedna doba. Łagodne rżenie, pełne cichych skarg, nie milkło nawet w nocy.
— Leżcie i rozważajcie sobie — mruczał Mongoł.
Jednak w pewnej chwili wziął wiązankę trawy i poszedł ku koniom.
Za nim Henryk niósł wodę.
Konie zdaleka powitały ich radosnem rżeniem.
Wtedy Czultun śmiało już podchodząc do koni, poklepał je po karku, pogłaskał po pyskach, dotknął wędzideł, a przekonawszy się, że spokojnie godzą się z tem, pochylił się nad przedniemi nogami dżegetajów.
Zręcznemi ruchami rozluźnił pęta.
Dżegetaje, leżące na boku, natychmiast zmieniły pozycję. Położyły się na brzuchach i podwinęły odrętwiałe nogi pod siebie.
Wtedy Czultun z Henrykiem podzielili pomiędzy nie przyniesioną trawę, a gdy szybko zjadły, napoili je wodą ze solą.
Jakież było zdumienie Henryka, gdy ujrzał nazajutrz, że dawna dzikość powróciła koniom.
Mongoł śmiał się i mówił:
— Tak będzie ze trzy, albo ze cztery razy po nakarmieniu. Później zrozumieją, że jesteśmy ich przyjaciółmi, no — i wtedy będą pokorne.
Ściągnął mocniej pęta, ponownie obalił konie na bok i odszedł.
Po dwóch tygodniach dopiero schwytane dżegetaje przyzwyczaiły się do swoich władców.
Już nie nosiły pęt na zgrabnych nogach i dawały się prowadzić za uzdę. Gdy zaczynały kaprysić, Czultun zarzucał im arkan na szyję, ściskał bez miłosierdzia i nie karmił.
Minął jeszcze tydzień — i wszystkie konie były zupełnie ujarzmione, miały swoje imiona i na wołanie odpowiadały rżeniem.
Dzieci nie odchodziły od swoich nowych przyjaciół, pieściły ich i bardzo kochały.
Chytre dżegetaje były szczególnie przywiązane do Irenki. Rozumiały, że ona ukrywa gdzieś worek z solą, tym największym przysmakiem dla mieszkańców pustyni; że ona to dosypuje jej do wody, przynosi pęki najświeższej trawy.
To też Irenka wchodziła do zagrody, w której trzymano jeńców, a dżegetaje biegły ku niej z radosnem rżeniem, ocierały się głowami o ramiona i skubały jej dłonie miękkiemi, aksamitnemi wargami. Dziewczynka zawsze miała dla nich w kieszonce jakieś smaczne korzonki lub grudki soli. Wiedziały o tem i chciwie wsuwały pyski do rąk Irenki, a nawet zaglądały ciekawie do kieszeni skórzanego fartuszka.
Widząc to, Czultun zaczął przyzwyczajać konie do jeźdźca. W tym celu wkładał im na grzbiety rzemienie ze zwisającemi na boki worami z piaskiem.
Konie przez kilka dni nie mogły się z tem pogodzić. Stawały dęba, wierzgały, padały nawet na ziemię, usiłując zrzucić łechcący ciężar. Jednak wkrótce i do tego przywykły tem bardziej, że żelazne ostre wędzidła, targane twardą dłonią Mongoła, przecinały im pyski, powodując ból nieznośny.
Wtedy Czultun w czasie nieobecności chłopców, zajętych polowaniem, zaczął pokryjomu dosiadać dzikie wierzchowce.
Tylko on sam, drzewa i skały wąwozu wiedziały, ile razy zręczny Mongoł spadał z grzbietów wściekających się dżegetajów. Lecz Czachar był uparty i wprawny w ujeżdżaniu koni. Pętał im nogi, arkanami przyciągał głowy do piersi i znowu próbował. Spadał na ziemię, rozcierał potłuczone boki i znowu próbował. Nareszcie mógł już spokojnie wsiadać i łechtać nogami drgające boki szlachetnych zwierząt. Czasami, coprawda, kaprysiły jeszcze i wyprawiały straszliwe, karkołomne hece, lecz Mongoł tylko się uśmiechał, bo w swoich tabunach w Cagan-Czułutaju miał prawdziwe mongolskie kucyki, narowiste i krnąbrne niezmiernie. Przyzwyczajony był do wybryków końskich i godził się z niemi.
Od kilku dni pracował Czultun w ukryciu.
Wyprosił u Irenki trzy skóry argali, zabitych przez chłopaków i odszedł z tajemniczą miną.
Długo błąkał się po lesie, oglądając drzewa.
Zdawało się, że szuka gniazd.
On zaś wypatrywał całkiem czego innego.
Poszukiwał gałęzi, powyginanych w jemu tylko znany sposób. Nareszcie znalazł, zaszył się w gąszczu i tu pracował.
Pewnego wieczora, gdy cała gromadka siedziała przy ognisku, zjawił się, dźwigając coś na barkach.
— Siodła! — zawołał Romek, który pierwszy spostrzegł Czultuna. — Prawdziwe siodła ze strzemionami i popręgami! Niech żyje Czultun! Niech żyje wódz odważnych Czacharów!
Dzieci zaczęły oglądać dzieło przyjaciela.
Były to małe, wąskie siodła, o wysokich łękach.
Drewniane części były misternie połączone rzemieniami i okryte skórzanemi poduszkami, wypchanemi mchem. Szerokie drewniane strzemiona zwisały na mocnych rzemieniach: potrójne popręgi, zszyte z pasów miękkiej skóry, w braku żelaznych sprzączek spinały się drewnianemi kołkami.
— Mamy przecież sprzączki! — zawołał Henryk. — Weźmiemy je z samolotu od pasów, które są przy każdem krzesełku!
— A prawda! — ucieszył się Romek. — Jutro, zaraz zrana skoczę po nie.
Wszyscy bardzo się cieszyli, tylko Irenka miała smutną minkę.
— Trzy siodła, a nas czworo… — szepnęła z wyrzutem. — Myślicie, że nie potrafię dosiąść konia…
Czultun nagle wybuchnął głośnym śmiechem i pobiegł ku krzakom.
Po chwili powrócił, niosąc piękne białe siodełko, znacznie szersze od innych i wygodniejsze.
Białe poduszki były ozdobione skrawkami skórek świstaków i skrawkami granatowej tkaniny, wyciętej z własnej kurty Mongoła.
Irenka klaskała w dłonie i piszczała z radości. Objęła przyjaciela za szyję i przycisnęła się do niego, szepcąc:
— Dziękuję, dziękuję, dobry mój, miły Czultunie! Zobaczysz, jak dzielnie będę się trzymała na siodle!
— Sajn! Sajn! — powtarzał Mongoł i gładził dziewczynkę po jasnych włosach. — Jeżeli dżegetaj zrzuci ciebie, ja mu gardło podetnę!
To mówiąc zaciskał pięści wojowniczy, dziki, oddany Czachar i błyskał oczami.
— Jutro spróbujemy wsiąść na konie!… — zawołał Romek.
Mongoł przecząco potrząsnął głową.
— Znowu pędzisz jak najśmiglejszy dżegetaj, mały „nuchur“! — rzekł. — Jutro nałożymy na konie siodła, później zawiesimy na nich wory z piaskiem… Nieprędko jeszcze wsiądziesz na swego wierzchowca… Powoli, powoli trzeba je ułaskawiać i przyzwyczajać, inaczej staną się płochliwe i złe… Zły koń — najgorszy wróg jeźdźca, dobry — najwierniejszy przyjaciel.
— Śpieszy mi się, bo bardzo lubię konną jazdę! — usprawiedliwiał się chłopak.
— Powoli… powoli!… — upominał Czultun. — Śpieszno mi też, wierzaj mi! Niepokoję się o swoje koczowiska w Cagan-Czułutaju, o rodzinę, o wojowników… Oprócz tego widziałem wczoraj duży klucz[2] gęsi i żórawi… Leciały na południe i trąbiły trwożnie… Zima nadchodzi, nuchur… Źle byłoby pozostać na zimę w pustyni lub w górach… Spadną śniegi głębokie, dąć zaczną wichry złe, od mrozu pękać będą pnie drzew starych… Źle, źle!.. To też śpieszę się z odjazdem naszym z Muminganu, lecz tymczasem powoli, powoli… mały, miły „nuchur“!
— Nic już nie będę mówił! — przyrzekł chłopak. — Lecz jutro skoczę po sprzączki żelazne…
Czultun głośno się śmiał i groził Romkowi palcem.
Przez kilka dni przyzwyczajano dżegetaje do siodeł, a gdy spokojnie chodziły, obładowane ciężkiemi worami z piaskiem, Czachar pierwszy dosiadł największego i najniesforniejszego ogiera i krzyknął:
— Zobaczycie zaraz, jak on mnie zrzuci!
Lecz ogier, podskoczywszy parę razy i wierzgnąwszy zamaszyście, niespodziewanie łatwo dał się pokierować ku bramce zagrody. Wkrótce szerokim galopem pomknął pod górę, powrócił i stanął spokojnie przed Irenką, która dała mu grudkę soli.
Chłopcy wsiadali jeden po drugim. Konie ich, czując niebardzo silnych jeźdźców, potrafiły zrzucić z siebie chłopaków, lecz po kilku próbach poddały się i zato też zostały poczęstowane solą.
Przyszła kolej na Irenkę.
Stary, mocny dżegetaj, przeznaczony dla niej przez Czultuna, stał spokojnie, uważnie śledząc ruchy dziewczynki.
Ledwie stopa Irenki dotknęła strzemienia, koń przysiadł i stulił uszy. Wszyscy zrozumieli, że chce stanąć dęba, biegli więc z pomocą.
Irenka, nic nie mówiąc, sięgnęła do kieszeni.
Dżegetaj odrazu się wyprostował, podniósł uszy i łypnął ognistem okiem na kieszeń.
— Masz koniku kawałeczek cukru… — szepnęła dziewczyna i wsunęła mu do pyska ten niezwykły przysmak, którego resztki tylko pozostawały w blaszance, znalezionej w samolocie.
Koń schrupał cukier i oblizywał się łakomie.
Dziewczynka w jednej chwili była na siodle. Koń przebierał nogami i wymachiwał ogonem. Widocznie, zamierzał pokazać jakąś sztuczkę, lecz dłoń Irenki opuściła się znowu do kieszeni.
Koń przekręcił łeb na bok i uważnie, oczekująco przyglądał się Irence, wydając niecierpliwe rżenie.
— Masz, łakomcze! — rzekła, pochylając się nad grzywą i podając mu nowy kawałek cukru.
Koń nie usiłował już więcej dokazywać. Szedł spokojnie i równo, tylko wciąż się oglądał na Irenkę i rżał.
Gdy zeskoczyła z siodła, „Łakomiec“, jak go przezwano, najspokojniej w świecie trącił dziewczynkę łbem i zapuścił oko do kieszeni. Jeszcze raz dostał poczęstunek.
W taki sposób zresztą, stosowany również przy tresurze koni w cyrku, mała Irenka najlepiej ujarzmiła dzikiego „Łakomca“.
Podczas gdy chłopaki, a nawet sam Czultun, jeździec niezrównany, przy niespodziewanych wybrykach i figlach wierzchowców, nieraz spadali im przez głowy lub zlatywali nabok, „Łakomiec“ nigdy sobie na figle takie nie pozwalał.
Coprawda, zawsze dopominał się za to nagrody.
Przekręcał łeb, cicho rżał i patrzał tak wyraziście, jakgdyby chciał powiedzieć:
— Widziałaś, co tamte szkapy wyprawiają? Ja też tak mógłbym, lecz nie chcę… A dziś co masz dla mnie w kieszonce?
Irenka rozumiała myśli dzikiego kucyka i częstowała go. Szedł potem z dumnie podniesioną głową i głośno chrupał sól lub cukier, sapiąc i prychając z zadowolenia.
Tak to sprytny Czachar i dobra dziewczynka ułaskawili i ujeździli wściekłe, śmigłe rumaki z pustyni Szamo.
Wyjeżdżając na bezbrzeżną płaszczyznę, nieraz widziały dzieci długie sznury ptactwa, odlatującego przed zimą w kierunku ciepłego, południowego morza.
Z pod obłoków dochodziło głuche trąbienie gęsi, basowe jęki żórawi, klekotanie łabędzi. Wolne ptaki jakgdyby ostrzegały zbłąkane na pustyni dzieci… wołały je za sobą…


Przypisy

  1. Rodzaj lassa.
  2. Stado przelotnego ptactwa wodnego: gęsi, kaczek, łabędzi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.