Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ściągnął mocniej pęta, ponownie obalił konie na bok i odszedł.
Po dwóch tygodniach dopiero schwytane dżegetaje przyzwyczaiły się do swoich władców.
Już nie nosiły pęt na zgrabnych nogach i dawały się prowadzić za uzdę. Gdy zaczynały kaprysić, Czultun zarzucał im arkan na szyję, ściskał bez miłosierdzia i nie karmił.
Minął jeszcze tydzień — i wszystkie konie były zupełnie ujarzmione, miały swoje imiona i na wołanie odpowiadały rżeniem.
Dzieci nie odchodziły od swoich nowych przyjaciół, pieściły ich i bardzo kochały.
Chytre dżegetaje były szczególnie przywiązane do Irenki. Rozumiały, że ona ukrywa gdzieś worek z solą, tym największym przysmakiem dla mieszkańców pustyni; że ona to dosypuje jej do wody, przynosi pęki najświeższej trawy.
To też Irenka wchodziła do zagrody, w której trzymano jeńców, a dżegetaje biegły ku niej z radosnem rżeniem, ocierały się głowami o ramiona i skubały jej dłonie miękkiemi, aksamitnemi wargami. Dziewczynka zawsze miała dla nich w kieszonce jakieś smaczne korzonki lub grudki soli. Wiedziały o tem i chciwie wsuwały pyski do rąk Irenki, a nawet zaglądały ciekawie do kieszeni skórzanego fartuszka.