Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Upłynęła jeszcze jedna doba. Łagodne rżenie, pełne cichych skarg, nie milkło nawet w nocy.
— Leżcie i rozważajcie sobie — mruczał Mongoł.
Jednak w pewnej chwili wziął wiązankę trawy i poszedł ku koniom.
Za nim Henryk niósł wodę.
Konie zdaleka powitały ich radosnem rżeniem.
Wtedy Czultun śmiało już podchodząc do koni, poklepał je po karku, pogłaskał po pyskach, dotknął wędzideł, a przekonawszy się, że spokojnie godzą się z tem, pochylił się nad przedniemi nogami dżegetajów.
Zręcznemi ruchami rozluźnił pęta.
Dżegetaje, leżące na boku, natychmiast zmieniły pozycję. Położyły się na brzuchach i podwinęły odrętwiałe nogi pod siebie.
Wtedy Czultun z Henrykiem podzielili pomiędzy nie przyniesioną trawę, a gdy szybko zjadły, napoili je wodą ze solą.
Jakież było zdumienie Henryka, gdy ujrzał nazajutrz, że dawna dzikość powróciła koniom.
Mongoł śmiał się i mówił:
— Tak będzie ze trzy, albo ze cztery razy po nakarmieniu. Później zrozumieją, że jesteśmy ich przyjaciółmi, no — i wtedy będą pokorne.