Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widocznie, niegdyś pękła kamienista gleba i utworzyła prawdziwy „kanjon“, jakich pełno w Południowej Ameryce. Był tak głęboki, że dym ogniska nie dochodził do krawędzi i żadna żywa istota nie mogłaby się domyślić lub zwęszyć obecności ludzi wpobliżu.
Dwa dni leżały spętane dżegetaje, groźnie chrapiąc i chwilami kwiląc przeraźliwie, niby w porywie rozpaczy lub bezsilnej wściekłości.
Na trzeci zaczęły już tylko cichutko rżeć. Posłyszawszy te urywane dźwięki, Czultun natychmiast przerzucił przez ramię dużą wiązankę uzbieranej trawy, wziął blaszankę z wodą, wrzucił do niej garść soli i poszedł, skinąwszy na Henryka.
Ujrzawszy zbliżających się ludzi, jeńce usiłowały wstać, lecz już nie chrapały, łakomie spoglądając na trawę i rozdętemi chrapami węsząc wodę.
— Sajn! — mruknął Mongoł i poklepał jednego z ogierów po karku. Szarpnął się koń, lecz po chwili wyciągnął głowę, aby skubnąć trawy.
— O nie! — rzekł Czultun. — Jeszcze masz sporo złości w sobie. Poleż! Namyśl się!
Poprawił koniom uzdy, zlekka naciągając wędzidła, co czynił codzień, aby stepowe rumaki przywykały do tego ruchu.