Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przez Czultuna, stał spokojnie, uważnie śledząc ruchy dziewczynki.
Ledwie stopa Irenki dotknęła strzemienia, koń przysiadł i stulił uszy. Wszyscy zrozumieli, że chce stanąć dęba, biegli więc z pomocą.
Irenka, nic nie mówiąc, sięgnęła do kieszeni.
Dżegetaj odrazu się wyprostował, podniósł uszy i łypnął ognistem okiem na kieszeń.
— Masz koniku kawałeczek cukru… — szepnęła dziewczyna i wsunęła mu do pyska ten niezwykły przysmak, którego resztki tylko pozostawały w blaszance, znalezionej w samolocie.
Koń schrupał cukier i oblizywał się łakomie.
Dziewczynka w jednej chwili była na siodle. Koń przebierał nogami i wymachiwał ogonem. Widocznie, zamierzał pokazać jakąś sztuczkę, lecz dłoń Irenki opuściła się znowu do kieszeni.
Koń przekręcił łeb na bok i uważnie, oczekująco przyglądał się Irence, wydając niecierpliwe rżenie.
— Masz, łakomcze! — rzekła, pochylając się nad grzywą i podając mu nowy kawałek cukru.
Koń nie usiłował już więcej dokazywać. Szedł spokojnie i równo, tylko wciąż się oglądał na Irenkę i rżał.
Gdy zeskoczyła z siodła, „Łakomiec“, jak go przezwano, najspokojniej w świecie trącił dziew-