Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dąć zaczną wichry złe, od mrozu pękać będą pnie drzew starych… Źle, źle!.. To też śpieszę się z odjazdem naszym z Muminganu, lecz tymczasem powoli, powoli… mały, miły „nuchur“!
— Nic już nie będę mówił! — przyrzekł chłopak. — Lecz jutro skoczę po sprzączki żelazne…
Czultun głośno się śmiał i groził Romkowi palcem.
Przez kilka dni przyzwyczajano dżegetaje do siodeł, a gdy spokojnie chodziły, obładowane ciężkiemi worami z piaskiem, Czachar pierwszy dosiadł największego i najniesforniejszego ogiera i krzyknął:
— Zobaczycie zaraz, jak on mnie zrzuci!
Lecz ogier, podskoczywszy parę razy i wierzgnąwszy zamaszyście, niespodziewanie łatwo dał się pokierować ku bramce zagrody. Wkrótce szerokim galopem pomknął pod górę, powrócił i stanął spokojnie przed Irenką, która dała mu grudkę soli.
Chłopcy wsiadali jeden po drugim. Konie ich, czując niebardzo silnych jeźdźców, potrafiły zrzucić z siebie chłopaków, lecz po kilku próbach poddały się i zato też zostały poczęstowane solą.
Przyszła kolej na Irenkę.
Stary, mocny dżegetaj, przeznaczony dla niej