Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w braku żelaznych sprzączek spinały się drewnianemi kołkami.
— Mamy przecież sprzączki! — zawołał Henryk. — Weźmiemy je z samolotu od pasów, które są przy każdem krzesełku!
— A prawda! — ucieszył się Romek. — Jutro, zaraz zrana skoczę po nie.
Wszyscy bardzo się cieszyli, tylko Irenka miała smutną minkę.
— Trzy siodła, a nas czworo… — szepnęła z wyrzutem. — Myślicie, że nie potrafię dosiąść konia…
Czultun nagle wybuchnął głośnym śmiechem i pobiegł ku krzakom.
Po chwili powrócił, niosąc piękne białe siodełko, znacznie szersze od innych i wygodniejsze.
Białe poduszki były ozdobione skrawkami skórek świstaków i skrawkami granatowej tkaniny, wyciętej z własnej kurty Mongoła.
Irenka klaskała w dłonie i piszczała z radości. Objęła przyjaciela za szyję i przycisnęła się do niego, szepcąc:
— Dziękuję, dziękuję, dobry mój, miły Czultunie! Zobaczysz, jak dzielnie będę się trzymała na siodle!
— Sajn! Sajn! — powtarzał Mongoł i gładził