Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziewczynkę po jasnych włosach. — Jeżeli dżegetaj zrzuci ciebie, ja mu gardło podetnę!
To mówiąc zaciskał pięści wojowniczy, dziki, oddany Czachar i błyskał oczami.
— Jutro spróbujemy wsiąść na konie!… — zawołał Romek.
Mongoł przecząco potrząsnął głową.
— Znowu pędzisz jak najśmiglejszy dżegetaj, mały „nuchur“! — rzekł. — Jutro nałożymy na konie siodła, później zawiesimy na nich wory z piaskiem… Nieprędko jeszcze wsiądziesz na swego wierzchowca… Powoli, powoli trzeba je ułaskawiać i przyzwyczajać, inaczej staną się płochliwe i złe… Zły koń — najgorszy wróg jeźdźca, dobry — najwierniejszy przyjaciel.
— Śpieszy mi się, bo bardzo lubię konną jazdę! — usprawiedliwiał się chłopak.

— Powoli… powoli!… — upominał Czultun. Śpieszno mi też, wierzaj mi! Niepokoję się o swoje koczowiska w Cagan-Czułutaju, o rodzinę, o wojowników… Oprócz tego widziałem wczoraj duży klucz[1] gęsi i żórawi… Leciały na południe i trąbiły trwożnie… Zima nadchodzi, nuchur… Źle byłoby pozostać na zimę w pustyni lub w górach… Spadną śniegi głębokie,

  1. Stado przelotnego ptactwa wodnego: gęsi, kaczek, łabędzi.