Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kucyki, narowiste i krnąbrne niezmiernie. Przyzwyczajony był do wybryków końskich i godził się z niemi.
Od kilku dni pracował Czultun w ukryciu.
Wyprosił u Irenki trzy skóry argali, zabitych przez chłopaków i odszedł z tajemniczą miną.
Długo błąkał się po lesie, oglądając drzewa.
Zdawało się, że szuka gniazd.
On zaś wypatrywał całkiem czego innego.
Poszukiwał gałęzi, powyginanych w jemu tylko znany sposób. Nareszcie znalazł, zaszył się w gąszczu i tu pracował.
Pewnego wieczora, gdy cała gromadka siedziała przy ognisku, zjawił się, dźwigając coś na barkach.
— Siodła! — zawołał Romek, który pierwszy spostrzegł Czultuna. — Prawdziwe siodła ze strzemionami i popręgami! Niech żyje Czultun! Niech żyje wódz odważnych Czacharów!
Dzieci zaczęły oglądać dzieło przyjaciela.
Były to małe, wąskie siodła, o wysokich łękach.
Drewniane części były misternie połączone rzemieniami i okryte skórzanemi poduszkami, wypchanemi mchem. Szerokie drewniane strzemiona zwisały na mocnych rzemieniach: potrójne popręgi, zszyte z pasów miękkiej skóry,