Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


im uzdy z nielitościwemi wędzidłami, splecionemi z grubych drutów stalowych.
— No, tak, — mruczał Czultun — poleżcie sobie, pochrapcie, pomyślcie, a gdy wam brzuchy z głodu podciągnie a pragnienie wysuszy w gardle — wołajcie na nas!... Wtedy będziemy przyjaciółmi!
Chłopacy śmiali się głośno, słuchając tej przemowy przyjaciela, chociaż nie rozumieli, co zamierza dalej robić Mongoł z dzikimi, lotnymi, posiadającymi nieprzejednaną postawę, mieszkańcami pustyni.
Czultun też nic nie mówił. Tylko uśmiechał się chytrze, mrużył oczy i pogwizdywał. Pozostał przy schwytanych koniach. Chłopcy powracali do swego obozu w górach, gdzie na nich czekała Irenka.
— Dlaczego Czultun z nami nie poszedł? — spytał Romek.
— Myślę, że obawia się, aby drapieżne zwierzęta nie rozszarpały bezbronnych koni — odparł starszy brat.
— Prawda! Nie pomyślałem o tem! — zgodził się chłopak i nagle, poklepawszy Henryka po ramieniu, krzyknął wesoło:
— Hej, mamy aż pięć rumaków!
— Jak dotychczas, są to raczej smoki stra-