Mali zwycięzcy/Lizawica i rzemienie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział VIII.
Lizawica i... rzemienie!

O świcie Czultun obudził swego młodego przyjaciela.
— Chodźmy do wąwozu, gdzie biegnie potok! — rzekł do niego i zaczął wysypywać na ziemię sól ze skórzanego worka.
Poszli na wskazane miejsce. Henryk długo pluskał się w zimnej, orzeźwiającej wodzie strumyka górskiego. Mongoł, jak to zwykle Mongoł, nie czuł zbytniego pociągu do wody i mycia się. Umoczył tylko końce palców w strumyku, przetarł niemi oczy i był zupełnie przekonany, że zrobił najstaranniejszą toaletę. Natychmiast, po tej wcale niezłożonej czynności, zaczął napełniać wodą skórzany wór.
We dwóch przywlekli go do obozu.
Czultun napełnił wodą kilka głębokich dołków, znajdujących się wpobliżu ich kryjówki, a gdy woda wsiąkła, zaczął solą posypywać rozmiękłą i wilgotną ziemię.
Henryk z zaciekawieniem przyglądał się tajemniczym czynnościom przyjaciela, lecz Czultun oddał mu opróżniony worek i posłał po nowy zapas wody.
Trzy razy pędził chłopak do potoku i powracał, z trudem dźwigając na grzbiecie ciężki wór z wodą.
Nareszcie wszystkie najbliższe dołki, wylizane przez zwierzęta, a znajdujące się wpobliżu zaczajonych myśliwych, zostały dokładnie zaopatrzone w sól.
Zabrało to sporo czasu, bo, gdy myśliwi skończyli pracę, słońce już stało w zenicie.
Poszli więc do wąwozu, gdzie przyrządzili sobie herbatę, zjedli resztę ryb i, powróciwszy na równinę, zaczaili się wśród skał.
— Musimy wkrótce wracać nad jezioro — zauważył Henryk. — Nie mamy już pożywienia...
Mongoł uśmiechnął się i rzekł:
— Mięso będzie, jeżeli umiesz strzelać...
— Wczoraj chciałem strzelić, lecz nie pozwoliłeś — odparł chłopak.
— Dziś możesz... Możesz jeden raz... jeden raz tylko... — mruknął Czultun.
Wiadomość ta ucieszyła Henryka. Obejrzał starannie karabin. Włożył do lufy świeży nabój i umieścił broń tak, żeby mieć ją w każdej chwili pod ręką.
— Wyśpij się dobrze! — poradził Czultun. — Do przyjścia „dżereni“ minie dużo czasu. Śpij teraz, będziesz miał ostrzejszy wzrok i rękę pewniejszą...
Wyciągnęli się na suchym piasku, podłożywszy pod głowy zwinięte kurtki i wkrótce usnęli.
Ciche syknięcie Mongoła obudziło Henryka.
Spojrzał na słońce. Było już zlekka zarumienione i chyliło się ku zachodowi.
Wyjrzał z poza skał.
Zdaleka, podnosząc lekką kurzawę, zbliżały się dziwaczne, pokraczne sajgi, o ruchomych wargach, przypominających krótką trąbę tapira.[1]
Z innej strony nadążały liczne stada gazel mongolskich, z gór, ostrożnie węsząc, wielkiemi susami zbiegały argale o potężnych, pofałdowanych rogach, podobnych do starych korzeni drzew nieznanych.
Zwierzęta wkrótce natrafiły na chytrze przygotowaną dla nich przez Mongoła przynętę.
Lizały łapczywie sól, wysysały wodę z wilgotnej gleby.
Tłoczyły się dokoła dołów i aby się dorwać do nich staczały zażarte bitwy, popychały się i coraz bliżej posuwały się ku skałom, wynajdując coraz to nowe miejsca, pełne tak bardzo pożądanej soli.
— Strzelaj! — szepnął Czultun, dotykając ręki Henryka.
Ten przecząco potrząsnął głową. Czekał na jelenie, bo zmiarkował, że największą ilość długich rzemieni można wykrajać ze skór tych dużych zwierząt.
Już tylko małe pasemko słońca wystawało ponad dalekim widnokręgiem, gdy do wąwozu weszło stado morałów. Zbliżyły się, rozpędziły potężnemi rogami drobną hałastrę, a potem zaczęły spokojnie lizać słoną, wilgotną ziemię.
Wtedy to padł strzał Henryka. Chłopak mierzył dobrze i z rozwagą.
Silny pocisk przebił dwa stojące obok jelenie, kładąc je trupem, a kula, nie straciwszy jeszcze rozpędu, uderzyła w starego dżerenia, który nawinął się niebacznie.
— Sajn! Sajn! — wołał Czultun, wargami cmokał głośno i oczy w zachwycie przewracał.
Równina opustoszała. Rzekłbyś, ktoś niewidzialny wymiótł ją. Daleko, na horyzoncie opadały resztki kurzawy, podniesionej przez uciekające stada.
— Nie powrócą więcej!... — westchnął Henryk, pomagając Mongołowi w zdzieraniu skór z zabitych zwierząt.
— O świcie przyjdą znowu — uspokoił go Mongoł. — Wiedzą teraz, że tu jest sól, to przyjdą. Nic ich odstraszyć nie zdoła. Nawet alar drapieżny i wilki... Sól potrzebna jest wszystkim do zdrowia... Przyjdą o świcie!...
Istotnie Czultun znał dobrze nawyknienia mieszkańców rodzimych stepów i pustyni.
O świcie Henryk wypuścił trzy kule.
Jednym strzałem zdobył morała i sajgę, a później, strzelając do stłoczonego w bezładną kupę stada uciekających gazel, wytrącił z ich wylękłych szeregów trzy dżegetaje.
— Sajn! Sajn! — ryczał uradowany Mongoł, w którym na widok celnych strzałów chłopca, burzyła się i grała krew myśliwska.
Przez cały dzień wycinali przyjaciele długie i krótkie rzemienie ze skóry zdobytych zwierząt, a później, już się wcale nie kryjąc, rozniecili ognisko i na zaostrzonych patykach, niby na rożnach, piekli soczyste, smaczne kawałki jeleniego mięsa.
Nazajutrz ruszyli zpowrotem ku brzegom „jeziora Czultuna“, niosąc ze sobą pęk surowych rzemieni i dwie wspaniałe szynki dla Irenki.
Przyglądając się skórom, pociętym na wąskie pasemka, które Mongoł moczył w wodzie, dziewczynka westchnęła żałośnie i szepnęła:
— Jaka szkoda, że tak niemiłosiernie popruliście duże, piękne skóry! Ileż kurtek i spodni uszyłabym z nich!
Chłopcy się śmiali wesoło, a Czultun, zrozumiawszy przyczynę smutku dziewczynki, uśmiechnął się zagadkowo i rzekł:
— Mamy rzemienie — nie trzeba kurtek!
— Dlaczego? — zapytała Irenka.
— Prędko powrócicie do swoich... — odpowiedział i westchnął.
Czultun spochmurniał, lecz nie było czasu na smutek.
Wszyscy zabrali się co żywo do pracy. Należało tak przyrządzić rzemienie, aby były mocne i giętkie.
Wymoczone w wodzie paski skóry oczyszczono starannie, zeskrobując z nich resztki mięsa i sadła, wcierano sól i znowu zanurzano do wody. Gdy nareszcie skóra zupełnie rozmiękła, Czultun pozdzierał ze znanych mu krzaków korę, poczem wykopał tuż na brzegu dół, który natychmiast napełnił się wodą. Mongoł składał paski skóry i przysypywał je kawałkami kory, a wkońcu przywalił wszystko ciężkiemi kamieniami.
Było to najprostsze garbowanie.
— Rzemienie muszą leżeć w wodzie z korą trzy dni — oświadczył Mongoł. — Przez ten czas mamy sporo do zrobienia. Zaraz, nie zwlekając, wychodzę na poszukiwanie tropu „dżegetajów“!
— Co to znaczy: „dżegetaj“? — spytał Romek.
— Dziki koń pustyni — objaśnił Czultun. — Kto ze mną wyruszy?
— Henryku, pozwól mi pójść z Czultunem! — gorącym szeptem poprosił Romek.
— Dobrze, — zgodził się starszy brat — idź!
Romek rzucił się Henrykowi na szyję, ucałował siostrzyczkę i zawołał wesoło:
— Sprawowałem urząd pod-kuchcika, dość tego! Teraz staję się myśliwym, jak prawdziwy mężczyzna!...
— Tylko nie zapominaj, com ci mówił, Romku! — upomniał go Henryk. — Nie zabijaj bez potrzeby...
— Naturalnie, że będę o tem pamiętał! — kiwnął głową chłopak. — Będę polował tylko tyle, ile dla nas z Czultunem na śniadanie, obiad i kolację potrzeba. Chociaż musicie wiedzieć, że ten nasz „nuchur“ je, jak wielbłąd. Ho! ho! Takiemu jednej kuropatwy nie starczy. Da sobie radę z trzema naraz!
Wszyscy śmiali się i spoglądali na Czultuna.
Nie rozumiejąc obcej mowy poczciwy Mongoł łypał oczami i uśmiechał się. Był pewien, że jego przyjaciele nic złego o nim nie powiedzieli.
Nie był wszak winien, że urodził się Czacharem. Jak każdy Mongoł, był on wytrzymały na głód, ale gdy dorwał się jadła, nigdy nie czuł się dostatecznie nasyconym.
Wielbłąd pozazdrościłby mu apetytu!
Romek bardzo trafnie to spostrzegł i chytrze wykorzystał, aby się napolować dosyta.
Zabrali ze sobą woreczek z solą, kociołek, trochę herbaty i — poszli.
Czultun szedł tak szybko, że Romek ledwie nadążał za nim.
Przy ujściu wąwozu do pustyni, gdzie Mongoł polował z Henrykiem... na rzemienie, przystanął.
— Hm — mruknął do towarzysza. — Musimy zrobić sobie zapas mięsa, bo jutro trzeba będzie siedzieć cicho, jak myszy...
— Niema tu ani świstaków, ani salg — zauważył chłopak.
— Ale tam na skałach widzę stadko argali... — rzekł Mongoł.
— No i cóż z tego, że widzisz, kiedy nawet karabin na taką odległość nie doniesie, a ja mam tylko łuk?! — oburzył się Romek i łapczywie spoglądał na argale, pasące się na ruchomych piargach, wpobliżu skalistych szczytów.
— Strzała do nich nie doleci, lecz argale same przyjdą — szepnął Czultun i cicho śmiał się, szczerząc duże, żółte zęby.
Nic nie mówiąc, ściął nożem długi, cienki pręt, inne krótsze umocował na czapce Romka i na swojej i rzekł:
— Kładź się i pełznij za mną!
Pełzali dość długo, zbliżając się do stadka i kryjąc za kamieniami. Nareszcie zatrzymali się o jakie tysiąc kroków od argali.
Mongoł oderwał granatową szmatkę od swojej kurty i uwiązał ją do pręta, niby mały proporczyk.
Popełzli dalej. Sunący na czele Czachar wymachiwał swoją chorągiewką, coraz bardziej przypadając do ziemi.
— Przygotuj łuk i strzałę! — szeptał.
Argale spostrzegły wreszcie szmatkę na pręcie i podniosły głowy; z podziwem patrzyły na nieznany przedmiot. Narazie zaczęły umykać, lecz stanęły i obejrzały się.
Ciekawość — wada tych pięknych baranów skalnych, przemogła strach.
Powoli, co chwila przystając, ruszyły ku tajemniczej chorągiewce. Patrzyły tylko na nią, nie spostrzegając tego, co się dzieje niżej.
Sprawdzało się na nich przysłowie — patrzy jak baran na nowe wrota“.
Zdumienie i niepohamowana ciekawość płonęły w ich dużych, pięknych oczach. Ostrożnie stąpając po kamieniach i omijając wystające z ziemi skały, argale szły wprost na myśliwych.
Jeden z nich — wspaniały, ciemno-bury baran, z grubemi, jak ramię dorosłego mężczyzny, rogami, przeszedł tak blisko Romka, że wypuszczona strzała po brzechwę utkwiła pod łopatką zwierza.
Argali dał olbrzymiego susa, usiłował biec za zmykającem w szalonym pędzie stadkiem, lecz nagle ukląkł, głowa mu zwisła bezwładnie i mgłą zaszkliły się oczy. Padł, głośno chrapiąc.
Czultun już biegł do niego i dobił go nożem.
Zdobycz była piękna, lecz Romek czuł się nieswojo. Dręczył go wstyd, że wykorzystał ciekawość argali, podszedł go, zabił podstępnie.
— Nie jest to myśliwski sposób! — pomyślał i nie chciał patrzeć na swoją zdobycz, z której Mongoł, cmokając głośno, zdzierał skórę i wycinał ostrym nożem najsmaczniejsze kąski mięsa.
Obładowani zdobyczą weszli na kamienistą równinę i zaczaili się w skałach.
Czultun uważnie oglądał widnokrąg.
Spostrzegłszy obłoki piasku z majaczącemi w nich sylwetkami dzikich koni, wybiegł z ukrycia i pomknął ku nim.
Długo nie powracał. Romek zaczął się już niepokoić o przyjaciela, bo mrok zapadał szybko.
Nareszcie postanowił rozpalić ognisko, aby Czultun mógł łatwiej odnaleźć kierunek.
Dopiero o północy powrócił zziajany Mongoł.
Jednak w oczach jego świeciła radość.
— Sajn! — wołał zdaleka. — Sajn! Duży tabun „dżegetajów“! Pięćdziesiąt głów naliczyłem... Każdego wieczora, wnet po zachodzie słońca biegną z pustyni Mumingan ku szczelinie skalnej, gdzie wytryska małe źródełko i ginie w piasku. Biegną na wodopój... Sajn! Sajn!
Cmokał wargami i zacierał ręce.
— Oj! Oj! Musimy czem prędzej mieć długie mocne rzemienie... Dużo rzemieni, bo dżegetajów jest dużo... Sajn dżegetaj, sajn!
Przysiadł się do ogniska i chciał prawić dalej, lecz spostrzegł ogromny kawał pieczonego na węglach argala.
Porwał mięso obydwiema rękami i zaczął jeść, głośno mlaszcząc wargami i sapiąc.
— Zajadasz przyjacielu, niebardzo elegancko, ale zato apetyt masz, pierwsza klasa! — pomyślał Romek i położył na węgle drugi kawałek mięsa, aby przyrządzić strawę dla siebie.


Przypisy

  1. Zwierzę, żyjące w Indjach i w Południowej Ameryce.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.