Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mamy rzemienie — nie trzeba kurtek!
— Dlaczego? — zapytała Irenka.
— Prędko powrócicie do swoich... — odpowiedział i westchnął.
Czultun spochmurniał, lecz nie było czasu na smutek.
Wszyscy zabrali się co żywo do pracy. Należało tak przyrządzić rzemienie, aby były mocne i giętkie.
Wymoczone w wodzie paski skóry oczyszczono starannie, zeskrobując z nich resztki mięsa i sadła, wcierano sól i znowu zanurzano do wody. Gdy nareszcie skóra zupełnie rozmiękła, Czultun pozdzierał ze znanych mu krzaków korę, poczem wykopał tuż na brzegu dół, który natychmiast napełnił się wodą. Mongoł składał paski skóry i przysypywał je kawałkami kory, a wkońcu przywalił wszystko ciężkiemi kamieniami.
Było to najprostsze garbowanie.
— Rzemienie muszą leżeć w wodzie z korą trzy dni — oświadczył Mongoł. — Przez ten czas mamy sporo do zrobienia. Zaraz, nie zwlekając, wychodzę na poszukiwanie tropu „dżegetajów“!
— Co to znaczy: „dżegetaj“? — spytał Romek.
— Dziki koń pustyni — objaśnił Czultun. — Kto ze mną wyruszy?