Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Istotnie Czultun znał dobrze nawyknienia mieszkańców rodzimych stepów i pustyni.
O świcie Henryk wypuścił trzy kule.
Jednym strzałem zdobył morała i sajgę, a później, strzelając do stłoczonego w bezładną kupę stada uciekających gazel, wytrącił z ich wylękłych szeregów trzy dżegetaje.
— Sajn! Sajn! — ryczał uradowany Mongoł, w którym na widok celnych strzałów chłopca, burzyła się i grała krew myśliwska.
Przez cały dzień wycinali przyjaciele długie i krótkie rzemienie ze skóry zdobytych zwierząt, a później, już się wcale nie kryjąc, rozniecili ognisko i na zaostrzonych patykach, niby na rożnach, piekli soczyste, smaczne kawałki jeleniego mięsa.
Nazajutrz ruszyli zpowrotem ku brzegom „jeziora Czultuna“, niosąc ze sobą pęk surowych rzemieni i dwie wspaniałe szynki dla Irenki.
Przyglądając się skórom, pociętym na wąskie pasemka, które Mongoł moczył w wodzie, dziewczynka westchnęła żałośnie i szepnęła:
— Jaka szkoda, że tak niemiłosiernie popruliście duże, piękne skóry! Ileż kurtek i spodni uszyłabym z nich!
Chłopcy się śmiali wesoło, a Czultun, zrozumiawszy przyczynę smutku dziewczynki, uśmiechnął się zagadkowo i rzekł: