Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wielbłąd pozazdrościłby mu apetytu!
Romek bardzo trafnie to spostrzegł i chytrze wykorzystał, aby się napolować dosyta.
Zabrali ze sobą woreczek z solą, kociołek, trochę herbaty i — poszli.
Czultun szedł tak szybko, że Romek ledwie nadążał za nim.
Przy ujściu wąwozu do pustyni, gdzie Mongoł polował z Henrykiem... na rzemienie, przystanął.
— Hm — mruknął do towarzysza. — Musimy zrobić sobie zapas mięsa, bo jutro trzeba będzie siedzieć cicho, jak myszy...
— Niema tu ani świstaków, ani salg — zauważył chłopak.
— Ale tam na skałach widzę stadko argali... — rzekł Mongoł.
— No i cóż z tego, że widzisz, kiedy nawet karabin na taką odległość nie doniesie, a ja mam tylko łuk?! — oburzył się Romek i łapczywie spoglądał na argale, pasące się na ruchomych piargach, wpobliżu skalistych szczytów.
— Strzała do nich nie doleci, lecz argale same przyjdą — szepnął Czultun i cicho śmiał się, szczerząc duże, żółte zęby.
Nic nie mówiąc, ściął nożem długi, cienki pręt, inne krótsze umocował na czapce Romka i na swojej i rzekł: