Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kładź się i pełznij za mną!
Pełzali dość długo, zbliżając się do stadka i kryjąc za kamieniami. Nareszcie zatrzymali się o jakie tysiąc kroków od argali.
Mongoł oderwał granatową szmatkę od swojej kurty i uwiązał ją do pręta, niby mały proporczyk.
Popełzli dalej. Sunący na czele Czachar wymachiwał swoją chorągiewką, coraz bardziej przypadając do ziemi.
— Przygotuj łuk i strzałę! — szeptał.
Argale spostrzegły wreszcie szmatkę na pręcie i podniosły głowy; z podziwem patrzyły na nieznany przedmiot. Narazie zaczęły umykać, lecz stanęły i obejrzały się.
Ciekawość — wada tych pięknych baranów skalnych, przemogła strach.
Powoli, co chwila przystając, ruszyły ku tajemniczej chorągiewce. Patrzyły tylko na nią, nie spostrzegając tego, co się dzieje niżej.
Sprawdzało się na nich przysłowie — patrzy jak baran na nowe wrota“.
Zdumienie i niepohamowana ciekawość płonęły w ich dużych, pięknych oczach. Ostrożnie stąpając po kamieniach i omijając wystające z ziemi skały, argale szły wprost na myśliwych.
Jeden z nich — wspaniały, ciemno-bury baran, z grubemi, jak ramię dorosłego mężczyzny,