Mali zwycięzcy/Poszukiwacze dżeń-szeniu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział VII.
Poszukiwacze dżeń-szeniu.

Na brzegach małego jeziorka już od dwóch tygodni tkwiły trzy małe, okrągłe budowle, sprytnie splecione z pęków trzcin.
Był to pomysł Czultuna, nawykłego do szybkiego stawiania szałasów, z byle jakiego materjału.
W jednej z jurt, stojącej najbliżej brzegu, gospodarzyła Irenka. Przyrządzała strawę dla trzech, ciągle straszliwie głodnych żarłoków, pracujących w pocie czoła na łąkach, po zboczach okolicznych gór.
Dziewczynka nieraz musiała sama łowić ryby na wędkę, bo chłopcy nie mieli czasu na polowanie.
Dużo pracy miała Irenka.
Widząc, że bracia podarli doreszty swoje ubrania i trzewiki, postanowiła sporządzić im nowe garnitury.
Z pomocą ostrego noża zdjęła ze skór świstaków włosie i uszyła dla braci spodnie i kurtki.
Męczyła się nad tem niemało, bo skórki były twarde i nie chciały się układać. Jednak pracowała wytrwale i swego celu dopięła.
Ubranka wyglądały wcale pokaźnie i bardzo się chłopakom podobały, gdyż posiadały niezliczoną ilość kieszeni — dużych i małych, o co bracia ciągle prosili małą szwaczkę.
Chłopcy, pod kierownictwem Czultuna, uczyli się rozpoznawać liście i pędy dżeń-szeniu, na kolanach łazili po pochyłych, zielonemi łąkami pokrytych zboczach gór, nożami wykopywali z ziemi korzenie rzadkiej i drogiej rośliny i, starannie oczyściwszy je z ziemi i kamyków, składali do worków, przerzuconych przez plecy.
Zbiory były świetne, bo miejscowość dokoła jeziora i aż do samych szczytów gór obfitowała w drogocenne korzenie.
Pewnego razu, oglądając wiszące w szałasach, uwiązane do żerdzi pułapu, długie rzędy dżeń-szeniu, Czultun rzekł zagadkowo:
— Jesień się zbliża... Nastaną dni wichrów, niosących od wschodu chmury piasku. Przyjdą przymrozki, a nawet śnieg zacznie prószyć... Musimy zdobyć konie.
— Konie? — zawołały dzieci. — Skąd je weźmiemy?
— Pustynia da... — mruknął jeszcze bardziej tajemniczo Mongoł i zaczął oglądać zwoje cienkiego i grubego drutu, przyniesionego przez chłopców z domku pod modrzewiami.
— Nie! — mruczał do siebie. — To — na nic! Konie poranią sobie nogi...
— Patrzcie-no go! — zawołał Romek ubawiony. — Czultun troszczy się o nogi końskie, nie mając koni!
Mongoł uśmiechał się, przykładał palec do grubych, sinych warg i błyskał skośnemi oczami.
— Musimy narobić rzemieni, mocnych, długich rzemieni — rzekł, siadając najspokojniej w świecie.
— Doskonale! — odpowiedział mu z drwiącym śmiechem Romek. — Wnet skoczę do sklepu po twoje rzemienie — długie i mocne!
Wszyscy się śmiali głośno, śmiał się sam Czultun i klepał krotochwilnego chłopaka po ramieniu.
Gdy się uciszyło trochę i wszystkie oczy spoczęły pytająco na Mongole, Czultun pogłaskał stalową lufę wiszącego na ścianie karabinu i zawołał:
— Macie rzemienie — długie i mocne!
— Będziesz robił je z naszego karabinu! — zapytała Irenka.
Romek wybuchnął śmiechem, lecz Henryk powstrzymał go.
— Zaczynam rozumieć! — rzekł pojednawczym głosem. — Możemy upolować grubą zwierzynę i ze skóry porobić rzemienie.
— Prawda! — zgodził się Romek.
— Nie pomyślałam o tem... — szepnęła dziewczynka.
Czultun śmiał się na całe gardło i przedrzeźniał Romka, aż się chłopak zaperzył i niecierpliwie zapytał:
— Jakież to zwierzęta mamy strzelać na twoje rzemienie?
— Jelenie... jelenie, mały nuchurze! — odparł niezmieszany Czultun. — Sajn jelenie o dużych rogach, za które lekarze chińscy drogo płacą.
— Jak się nazywają te jelenie? — wtrącił pytanie Henryk.
— Morały — odpowiedział Mongoł.
— Aha! Już wiem — ucieszył się chłopak. — Jeleń-morał na wiosnę posiada w rogach jakieś soki, które są używane jako lekarstwo przez wschodnich doktorów. Tatuś przywiózł kiedyś parę takich rogów, które dostał w prezencie od kupca z Nankingu.
— Tak... Tak! — kiwał głową Czultun i łapczywie spoglądał na połyskujący na ścianie karabin-winchester. — Jutro poprowadzę ciebie — dodał, dotykając ramienia Henryka.
Chłopak w milczeniu skinął głową.
O świcie następnego dnia Henryk z Czultunem opuścili osadę na brzegu jeziora. Chłopak niósł na ramieniu karabin, Mongoł dźwigał worek z solą.
Romek, widząc to, śmiał się na głos i wołał:
— Czultun zamierza sypać sól na ogony jeleni, aby je chwytać.
Mongoł odpowiedział wesoło:
— Będę sypał, tylko z innego końca!
Pożegnawszy pozostających w domu Romka i Irenkę, zniknęli w gęstych zaroślach.
Romek, jak to codzień robiły chłopaki, przyniósł dla Irenki wody z jeziora, aby siostrzyczka nie dźwigała ciężarów, uzbierał suchych trzcin i gałęzi na ognisko, pomógł jej w zdzieraniu włosia ze skórek, a później pobiegł ku górom na poszukiwanie drogich korzeni.
Ponieważ nigdy nie wychodził bez broni, więc i tego dnia wziął ze sobą łuk, a do kieszeni wcisnął procę i kilka gładkich, okrągłych kamyków.
Nie była to zbyteczna zapobiegliwość.
Na piaszczystych osypach spotkał stadko salg i zdobył na obiad dwie sztuki tych smacznych ptaków.
Powracając zaś ku brzegom jeziora, spostrzegł duże stado dzikich gęsi i kaczek, pływających wpobliżu trzcinowych zarośli zachodniego przylądka.
Zakradł się, ostrożnie rozsuwając szuwary nadbrzeżne i, ukryty w ich gąszczu, strzelił z łuku. Pierzasta strzała przeszyła szyję dużej, szarej gęsi. Pozostała nieruchoma na powierzchni wody. Stado, nie rozumiejąc niebezpieczeństwa, gęgało i ze zdziwieniem przyglądało się nieżywej towarzyszce.
Już zamierzał Romek wypuścić drugą strzałę i już łuk zgiął w ręku, gdy przypomniał sobie przestrogi brata, że zabijać zwierzęta i ptaki można tylko dla niezbędnych potrzeb, nigdy zaś dla przyjemności.

Nie mógł jednak wytrzymać, aby nie wypróbować procy i celnego oka na kaczkach, pływających koło szuwarów. Machnął więc procą i zdobył pięknego kaczora o koralowem upierzeniu.
O świcie następnego dnia Henryk z Czultunem opuścili osadę na brzegu jeziora.
Romek szybko zrzucił z siebie ubranie i skoczył do wody. Z przeraźliwemi krzykami, trwożnem trąbieniem, gęganiem i kwakaniem zrywać się poczęły gęsi i kaczki, lecz chłopak, nie zwracając uwagi na spłoszone ptactwo, dopłynął i zabrał upolowaną zwierzynę. Z triumfem przyniósł zdobycz do obozu i pokazał siostrzyczce.

Dziewczynka szczerze się ucieszyła, bo oddawna nie mieli tak wybornego mięsa na obiad.
Obiad i wieczerzę spożyli tego dnia sami, bo Henryk miał powrócić dopiero za dwa dni. Powrócił jednak za pięć — późno w nocy.
Odbył bowiem odważny chłopak ciężką wyprawę daleko w głąb gór i do kamienistej pustyni Mumingan.
Wyszedłszy z obozu, myśliwi zapuścili się w wąską kotlinę, wznoszącą się łagodnie ku „górom Ireny“. Jednak Czultun nie poprowadził swego przyjaciela ku warownemu schronisku dzieci, lecz ominął las i skierował się do szerokiego wąwozu.
Wił się on pomiędzy lesistemi zboczami i zwisającemi skałami, biegnąc na południe, aż się nagle urywał na nagiej płaszczyźnie, bez śladu roślinności.
Długo kluczył Mongoł po pustyni, aż stanąwszy przy resztkach zwietrzałych skał, rzekł:
— Tu będzie nasz obóz!
— Cóż będziemy robili na takiem pustkowiu? — zapytał Henryk. — Nic tu nie widzę. Nie spotkaliśmy nawet ptaków ani świstaków!
Uśmiechnął się Czultun i mruknął:
— Ty nie widziałeś żadnych śladów, lecz ja widziałem! Dużo śladów!... Chodzą tu morały, przebiegają stada „sajg“ i „dżereni“... Ujrzysz je wkrótce...
— Co to „sajga“ i „dżerenie“? — spytał chłopak.
— Sam zobaczysz! — powtórzył Mongoł i zaczął urządzać wygodną kryjówkę pomiędzy kamieniami.
Wytknąwszy głowę ponad skały Henryk bacznie oglądał bezgraniczną, nagą równinę. Ani wpobliżu, ani też na horyzoncie nic nie dojrzał.
Patrząc uważnie, spostrzegł na ziemi jakieś okrągłe doły, od których biegły w różne strony rowki, niby ślady ostrego przedmiotu, drapiącego powierzchnię pustyni.
— Co to jest? — spytał, oczami wskazując dziwne ślady.
Czultun nic nie odpowiedział. Uśmiechał się tylko zagadkowo.
Słońce już chyliło się ku zachodowi. Równina nie zdradzała obecności żadnej żywej istoty.
Henryk ziewnął i zmrużył oczy.
Sen go morzył, bo od świtu zrobili bardzo znaczny kawał drogi.
Nagle usłyszał ciche cykanie przyjaciela.
Podniósł powieki i drgnął.
Spostrzegł widziane już raz zgóry niepojęte zjawisko.
Na horyzoncie kłębiły się, mknęły, opadały i wzbijały się wyżej obłoki piasku. W kurzawie długo nie mógł dojrzeć istot, podnoszących ją. Jednak wkrótce tu i ówdzie mignęły ciemne sylwetki i znowu przepadły w obłokach piasku.
— Jakie to zwierzęta pędzą tam? — zapytał szeptem.
Mongoł długo trząsł się od bezdźwięcznego śmiechu, aż nareszcie odpowiedział:
— To, co obiecałem... konie!
— Konie!... Cały tabun koni! A więc są tam przy nich pastuchy... Ludzie? — wykrzyknął ucieszony chłopak.
— Są to „dżegetaje“ lub „kutany“ — dzikie konie! — wciąż jeszcze się śmiejąc, rzekł Czultun. — Schwytamy je... lecz przedtem musimy mieć długie i mocne rzemienie.
Znowu śmiał się, bo stanęła mu przed oczami zawadjacka twarzyczka Romka.
Tymczasem na horyzoncie opadła kurzawa.
— Cyt! — syknął Mongoł.
Henryk przykucnął i oglądał się na wszystkie strony.
Zdaleka ku skałom z zaczajonymi ludźmi biegły duże stada nieznanych chłopakowi zwierząt. Były to jakieś kozły, ale jakie?
Stada zbliżyły się na 500 kroków i spokojnie rozproszyły się po równinie.
— Co one robią? — pomyślał Henryk, widząc, że zwierzęta rozgrzebują kopytami ziemię, tworząc rowki, a później długiemi językami liżą ziemię, pozostawiając okrągłe dołki.
Dziwne to były zwierzęta!
Jedne, bardzo podobne z kształtów do owcy, miały brunatno-żółte, o długich, gęstych włosach futro oraz pękaty, pomarszczony, rozdęty i brózdą przedzielony na dwie połowy pysk. Samice, prowadzące ze sobą małe, nie posiadały rogów; głowy zaś samców były uwieńczone jasnemi przezroczystemi rogami.
— Sajgi! — szepnął Czultun.
Sajgi chodziły dokoła i zabawnie poruszały wystającemi naprzód nosami i parskały.
Henryk widział przed sobą tak zwane, dość pospolite w Azji, antylopy stepowe, niezgrabne, swoim dziwacznym wyglądem wzbudzające śmiech.
Obok pasły się i lizały ziemię całkiem inne zwierzęta. Jasno szare, zwinne, szybkie w ruchach i wesołe. Tych było najwięcej. Wciąż jeszcze nadbiegały z różnych stron.
Były to „dżerenie“, czyli gazele mongolskie, które ogromnemi stadami przebiegają niezmierzone stepy środkowej Azji.[1]
Kilka tysięcy zwierząt ryło zawzięcie i lizało ziemię, gdy ze szczeliny wąwozu ostrożnie zbliżać się zaczęło stado jeleni.
Na przedzie szły byki, o pięknie rozgałęzionych rogach, a za niemi wysmukłe łanie.
Z gór zbiegały argale i, tupiąc ostremi kopytkami, drapały piargi i lizały je.
— Strzelać? — szeptem zapytał Henryk.
Mongoł przecząco potrząsnął głową.
Dopiero gdy zmrok zapadł na dobre, olbrzymie stado rozproszyło się powoli.
— Cóż to było? Nic nie rozumiem! — zawołał Henryk.
— Nie rozumiesz? — uśmiechnął się Czultun.
— Tak, nie rozumiem! — niecierpliwie powtórzył chłopak. — Przecież mają w górach strumyki, nasze jezioro dla takich bystronogich panów nie jest zbyt daleko. Dlaczegoż one przychodzą tu wymachiwać ozorami po ziemi? Może zamiatają pustynię?
Czultun pękał ze śmiechu, widząc zdumienie chłopca, nareszcie rzekł:
— Dżerenie, morały, sajgi i argale potrzebują soli i szukają jej... W tej części Mumingana spotykają miejsca ze słoną ziemią, więc przychodzą zdaleka. Z bardzo daleka.
— Dlaczego nie pozwoliłeś mi strzelić? — pytał Henryk. — Poto tu przyszliśmy, przecież?
— Gdybyś strzelił, nigdyby już nie przyszły tu — podnosząc ramiona, odparł Mongoł. — Musimy je przyzwyczaić do tego miejsca; wtedy nawet raz spłoszone powrócą, bo pożądanie soli silniejsze jest od lęku...
— Poco mamy je przyzwyczajać? — dopytywał Henryk.
— Poto, aby mieć dużo mocnych, długich rzemieni — odpowiedział Czultun. — No, a teraz posilmy się pieczonemi rybami, które włożyła nam do worków jasnowłosa Irena i — na spoczynek! O świcie czeka nas ciężka praca, „nuchur“.


Przypisy

  1. Zwyczaje i życie tych gazel opisałem szczegółowo w książce „Ludzie, zwierzęta i bogowie“, Poznań 1929 i Warszawa, 1923 r.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.