Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ponieważ nigdy nie wychodził bez broni, więc i tego dnia wziął ze sobą łuk, a do kieszeni wcisnął procę i kilka gładkich, okrągłych kamyków.
Nie była to zbyteczna zapobiegliwość.
Na piaszczystych osypach spotkał stadko salg i zdobył na obiad dwie sztuki tych smacznych ptaków.
Powracając zaś ku brzegom jeziora, spostrzegł duże stado dzikich gęsi i kaczek, pływających wpobliżu trzcinowych zarośli zachodniego przylądka.
Zakradł się, ostrożnie rozsuwając szuwary nadbrzeżne i, ukryty w ich gąszczu, strzelił z łuku. Pierzasta strzała przeszyła szyję dużej, szarej gęsi. Pozostała nieruchoma na powierzchni wody. Stado, nie rozumiejąc niebezpieczeństwa, gęgało i ze zdziwieniem przyglądało się nieżywej towarzyszce.
Już zamierzał Romek wypuścić drugą strzałę i już łuk zgiął w ręku, gdy przypomniał sobie przestrogi brata, że zabijać zwierzęta i ptaki można tylko dla niezbędnych potrzeb, nigdy zaś dla przyjemności.
Nie mógł jednak wytrzymać, aby nie wypróbować procy i celnego oka na kaczkach, pływających koło szuwarów. Machnął więc procą i zdobył pięknego kaczora o koralowem upierzeniu.