Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cyt! — syknął Mongoł.
Henryk przykucnął i oglądał się na wszystkie strony.
Zdaleka ku skałom z zaczajonymi ludźmi biegły duże stada nieznanych chłopakowi zwierząt. Były to jakieś kozły, ale jakie?
Stada zbliżyły się na 500 kroków i spokojnie rozproszyły się po równinie.
— Co one robią? — pomyślał Henryk, widząc, że zwierzęta rozgrzebują kopytami ziemię, tworząc rowki, a później długiemi językami liżą ziemię, pozostawiając okrągłe dołki.
Dziwne to były zwierzęta!
Jedne, bardzo podobne z kształtów do owcy, miały brunatno-żółte, o długich, gęstych włosach futro oraz pękaty, pomarszczony, rozdęty i brózdą przedzielony na dwie połowy pysk. Samice, prowadzące ze sobą małe, nie posiadały rogów; głowy zaś samców były uwieńczone jasnemi przezroczystemi rogami.
— Sajgi! — szepnął Czultun.
Sajgi chodziły dokoła i zabawnie poruszały wystającemi naprzód nosami i parskały.
Henryk widział przed sobą tak zwane, dość pospolite w Azji, antylopy stepowe, niezgrabne, swoim dziwacznym wyglądem wzbudzające śmiech.