Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Henryk ziewnął i zmrużył oczy.
Sen go morzył, bo od świtu zrobili bardzo znaczny kawał drogi.
Nagle usłyszał ciche cykanie przyjaciela.
Podniósł powieki i drgnął.
Spostrzegł widziane już raz zgóry niepojęte zjawisko.
Na horyzoncie kłębiły się, mknęły, opadały i wzbijały się wyżej obłoki piasku. W kurzawie długo nie mógł dojrzeć istot, podnoszących ją. Jednak wkrótce tu i ówdzie mignęły ciemne sylwetki i znowu przepadły w obłokach piasku.
— Jakie to zwierzęta pędzą tam? — zapytał szeptem.
Mongoł długo trząsł się od bezdźwięcznego śmiechu, aż nareszcie odpowiedział:
— To, co obiecałem... konie!
— Konie!... Cały tabun koni! A więc są tam przy nich pastuchy... Ludzie? — wykrzyknął ucieszony chłopak.
— Są to „dżegetaje“ lub „kutany“ — dzikie konie! — wciąż jeszcze się śmiejąc, rzekł Czultun. — Schwytamy je... lecz przedtem musimy mieć długie i mocne rzemienie.
Znowu śmiał się, bo stanęła mu przed oczami zawadjacka twarzyczka Romka.
Tymczasem na horyzoncie opadła kurzawa.