Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tu będzie nasz obóz!
— Cóż będziemy robili na takiem pustkowiu? — zapytał Henryk. — Nic tu nie widzę. Nie spotkaliśmy nawet ptaków ani świstaków!
Uśmiechnął się Czultun i mruknął:
— Ty nie widziałeś żadnych śladów, lecz ja widziałem! Dużo śladów!... Chodzą tu morały, przebiegają stada „sajg“ i „dżereni“... Ujrzysz je wkrótce...
— Co to „sajga“ i „dżerenie“? — spytał chłopak.
— Sam zobaczysz! — powtórzył Mongoł i zaczął urządzać wygodną kryjówkę pomiędzy kamieniami.
Wytknąwszy głowę ponad skały Henryk bacznie oglądał bezgraniczną, nagą równinę. Ani wpobliżu, ani też na horyzoncie nic nie dojrzał.
Patrząc uważnie, spostrzegł na ziemi jakieś okrągłe doły, od których biegły w różne strony rowki, niby ślady ostrego przedmiotu, drapiącego powierzchnię pustyni.
— Co to jest? — spytał, oczami wskazując dziwne ślady.
Czultun nic nie odpowiedział. Uśmiechał się tylko zagadkowo.
Słońce już chyliło się ku zachodowi. Równina nie zdradzała obecności żadnej żywej istoty.