Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Romek szybko zrzucił z siebie ubranie i skoczył do wody. Z przeraźliwemi krzykami, trwożnem trąbieniem, gęganiem i kwakaniem zrywać się poczęły gęsi i kaczki, lecz chłopak, nie zwracając uwagi na spłoszone ptactwo, dopłynął i zabrał upolowaną zwierzynę. Z triumfem przyniósł zdobycz do obozu i pokazał siostrzyczce.
Dziewczynka szczerze się ucieszyła, bo oddawna nie mieli tak wybornego mięsa na obiad.
Obiad i wieczerzę spożyli tego dnia sami, bo Henryk miał powrócić dopiero za dwa dni. Powrócił jednak za pięć — późno w nocy.
Odbył bowiem odważny chłopak ciężką wyprawę daleko w głąb gór i do kamienistej pustyni Mumingan.
Wyszedłszy z obozu, myśliwi zapuścili się w wąską kotlinę, wznoszącą się łagodnie ku „górom Ireny“. Jednak Czultun nie poprowadził swego przyjaciela ku warownemu schronisku dzieci, lecz ominął las i skierował się do szerokiego wąwozu.
Wił się on pomiędzy lesistemi zboczami i zwisającemi skałami, biegnąc na południe, aż się nagle urywał na nagiej płaszczyźnie, bez śladu roślinności.
Długo kluczył Mongoł po pustyni, aż stanąwszy przy resztkach zwietrzałych skał, rzekł: