Mali zwycięzcy/Książę Czultun

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział VI.
Książę Czultun.

Miesiąc już mijał od dnia, gdy gromadka dzieci z trudem doprowadziła, raczej doniosła rannego Mongoła do chatki w modrzewiowym lesie.
Nieszczęśliwy tuziemiec cierpiał bardzo. Wstrząsały go dreszcze, paliła nieustanna gorączka, ropiły się i zaogniały coraz bardziej rany, zadane potężnemi pazurami barsa.
Henryk i Irenka, jak mogli i umieli, leczyli uratowanego od niechybnej śmierci człowieka.
W torbie pilota znaleźli jakie takie leki.
Były to różne proszki i buteleczki z płynami, lecz dzieci wybrały dwa znane im środki.
Dawały Mongołowi chininę do łykania i smarowały mu rany jodyną.
Tak, przecież, leczono je, gdy miały gorączkę lub gdy na tennisie albo podczas gry w piłkę nożną pokaleczyły sobie ręce lub nogi.
Mongoł, chociaż krzywił się straszliwie, posłusznie chrupał, niby karmelki, opłatki z gorzkim proszkiem chininy i cierpliwie znosił piekący ból przy zalewaniu ran jodyną. Jak wierny pies wodził oczami za swymi zbawcami, uśmiechał się do nich, głaskał po włosach i często powtarzał, cmokając grubemi wargami:
— Sajn! Sajn!
Czas kuracji Mongoła nie schodził jednak bezczynnie. Chłopcy na zmianę wychodzili na polowanie lub na połów ryb i bacznie śledzili, aby śpiżarnia małej Irenki nigdy nie była próżna. Polowanie, oprócz pożywienia, nagromadziło już spory zapas futer.
Henryk przebąkiwał nawet coś o pięknych kożuszkach z kołnierzami, ozdobionemi futrem barsa. Spoglądał przytem wyraziście na Irenkę, posiadaczkę nici, igieł i, co było najważniejsze, obdarzoną umiejętnością szycia, a nawet początków kroju.
Irenka jakgdyby nie spostrzegała rzucanych na nią spojrzeń, lecz Henryk zauważył, że dziewczynka ogląda suche skóry, przymierza je na sobie i, widocznie, coś kombinuje w swej małej płowej głowinie.
Romek z Henrykiem przyrządzali mydło z tłuszczu świstaków i ługu, a później całą trójką, wesoło dokazując, biegli nad strumyk i prali bieliznę.
Jednak, najwięcej czasu poświęcał Mongołowi Henryk. Rozumiał chłopak, że tubylec, gdyby był zdrów i silny, mógłby być dla nich bardzo pożyteczny; mimo wszystko, potrafiłby on zaprowadzić ich do jakiegoś osiedla, skąd mogliby posłać o sobie wieść do przyjaciół tatusia.
To też Henryk ciągle kręcił się koło rannego. Pokazywał mu różne przedmioty lub rysował je i pytał o mongolskie nazwy. Nieraz biegał, skakał, jadł, pił, starając się dowiedzieć, jak Mongołowie nazywają te czynności. W ten sposób już po dwóch tygodniach mógł jako-tako rozmawiać z tubylcem, a szło mu to coraz gładziej.
Młodsze rodzeństwo uczyło się od Henryka mowy mongolskiej, zresztą bardzo prostej, posiadającej nieznaczną ilość słów.
Nareszcie dzieci rozumiały wszystko, co chrapliwym głosem swoim mówił do nich chory:
— Nazywam się Czultun, jestem wodzem szczepu Czacharów, księstwa Cagan-Czułutaj. Koczujemy z naszemi tabunami koni i rączych wielbłądów na pograniczu pustyni Mumingan-Szamo. Moi jeźdźcy słyną z odwagi!
— Cóż robicie zwykle? — spytał Henryk.
Czultun spuścił oczy i długo milczał.
Po namyśle rzekł niepewnym głosem:
— Przez naszą pustynię przechodzi stara droga karawanowa. Kroczą nią wielbłądy kupców, zwożących towary z Tientsinu do stolicy Chałchi.[1]
— Do Tientsinu! — wyrwał się dzieciom radosny okrzyk. — Czy daleko od twego domu, Czultunie, do Tientsinu? Powiedz!
— Dziesięć razy wejdzie i skryje się za górami słońce, nim karawana dojdzie od mego ostatniego koczowiska do murów tego miasta bogatych kupców — odparł.
— Dziesięć dni... — mruknął Henryk i dodał: — na piechotę cały miesiąc — nie mniej.
Czultun tymczasem opowiadał dalej:

— Dawniej, gdy mój ojciec był wodzem, dobrze nam się powodziło. Nasi jeźdźcy robili zasadzki przy trakcie, napadali na karawany i brali zdobycz obfitą...
...biegli nad strumyk i prali bieliznę.

— A teraz? — zapytał Romek.
— Teraz źle! Ludzie wożą towary inną drogą, która biegnie od Kałgana do Urgi. Nie ładują już kupcy swoich bogactw na wielbłądy, lecz na wozy, pędzące bez koni...
— Auta! — zawołała Irenka.
— Nie wiem! — odparł Mongoł. — My je nazywamy „przeklętemi arbami“[2]. Teraz już pustkami świeci trakt przez Mumingan, a wicher zasypuje go piaskiem. Nie mamy tam żadnej zdobyczy!
— Jakże radzicie sobie? — padły pytania dzieci.
Znowu spuścił Mongoł powieki i, unikając wzroku wpatrzonych w niego dzieci, rzekł cicho:
— Wynajmujemy się do możnych książąt mongolskich dla wojny z Rosjanami i Chińczykami, którzy gnębią Mongołów. Niebezpieczna to gra! Złapanych Czacharów chińskie sądy skazują na ścięcie. Dużo już naszych zginęło od miecza kata chińskiego...
— Cóżeś robił, czcigodny Czultunie, wśród gór Ireny? — spytał go Henryk.
Mongoł zmrużył oczy i, patrząc podejrzliwie, odpowiedział z wahaniem:
— Powierzam wam tajemnicę... wielką tajemnicę!
— Mów, nie bój się! — ośmielił go Romek.
— Dostał mi się do niewoli pewien Chińczyk. Chciałem go skazać na śmierć, mszcząc się za moich ludzi. Zaproponował mi wykup. Dziwny wykup! Przyrzekł odkryć mi ważną tajemnicę; posiadając ją, mógłbym się stać bardzo bogatym człowiekiem...
Czultun zawahał się, lecz po chwili ciągnął dalej:
— Wskazał mi pewną dolinę w tych górach, gdzie miał w obfitości rosnąć i dojrzewać dżeń-szeń... Wybrałem się tam pokryjomu i znalazłem czego szukałem! Nazbierałem duży woreczek drogocennych korzonków, lecz „alar“ zagryzł mi konie, a później w nocy rzucił się na mnie i poranił. Gdyby nie ty, zginąłbym na brzegu jeziora, bo już zwęszyły mnie wilki!
To powiedziawszy, ujął Henryka za rękę i przycisnął ją do ust i czoła.
— Ja jestem twoim „nuchurem“[3] do śmierci! — zawołał Mongoł i rękę podniósł na znak przysięgi.
— Dziękuję! — odpowiedział chłopak. — Będziemy prosili ciebie o pomoc, gdy powrócisz do zdrowia i nabierzesz sił...
— Uczynię wszystko, czego zażądacie ode mnie! — zawołał Czultun.
— Chcemy prosić ciebie, abyś wyprowadził nas na uczęszczaną przez podróżnych drogę do Tientsinu — objaśnił Henryk. — Będziemy poszukiwali zaginionego ojca i jego przyjaciela...
Czultun nic nie odpowiedział na to.
Siedział w głębokiem zamyśleniu.
Nareszcie się odezwał:
— Przez pustynię Mumingan-Szamo nie przejdziemy pieszo... Jest bezludna, bezwodna, przecięta głębokiemi wąwozami. Musimy mieć konie lub wielbłądy...
— Ha! — krzyknął Romek. — Gdybyśmy mieli konie — dawnoby nas tu nie było!
— Musimy mieć konie... — powtórzył Mongoł. — Chciałem jeszcze powiedzieć...
— Mów!
— Chciałem powiedzieć, że moglibyśmy powrócić stąd bogaczami... gdybyście zechcieli...
— Któż tego nie chce! — wzruszył ramionami Romek. — Musimy przecież kupić sobie bilety kolejowe lub wynająć konie na drogę do Tientsinu; telegramy, pożywienie — to też wymaga pieniędzy!
— A bielizna i obuwie... — dodała Irenka smutnym głosikiem. — Ogromnie zniszczona jest nasza garderoba... Zaszywam, ceruję, łatam, ale wszystko pod palcami się rozłazi! Na to też trzeba pieniędzy.
— Pewno! — potrząsając głową, rzekł Henryk. — Ale nawet tak poważne rzeczy — to drobiazg wobec innych. Nie wiemy, czy chińskie wojska nie zburzyły i nie zrabowały naszego domu! Być może, tatuś wszystko stracił przez tę rewolucję? Dobrze byłoby, gdybyśmy mogli mu dopomóc, a przynajmniej sami, własną pracą zarobionemi pieniądzmi opłacić szkoły i wystarczyć samym sobie. Jak myślicie?
— Wspaniale! — zakrzyknął Romek.
— Jakżebym była szczęśliwa! — wtórowała mu dziewczynka. — Kupiłabym wam za własne pieniądze piękne upominki!
— W jakiż sposób możemy zdobyć bogactwa, o których mówisz, przyjacielu? — zapytał Henryk. — Przecież chyba nie zechcesz, abyśmy uczynili napad na jakąś karawanę zbłąkaną?!
Czultun z siłą potrząsnął głową.
— Nie! — rzekł. — Dżeń-szeń, dżeń-szeń stanowi bogactwo, o którem mówię! W dolinie koło jeziora rośnie w takiej obfitości, jak nigdzie! Możemy z łatwością uzbierać ogromne skarby!
— Kiedy tak — to zgoda! — rzekł, spoglądając na brata i siostrę, Henryk. — Jednak, najpierw musimy ciebie zupełnie wyleczyć, drogi Czultunie, więc łyknij tymczasem chininy, a później rozbierz się i kładź. Zrobimy ci opatrunek.
Jeszcze kilka dni leczyły dzieci swego przyjaciela. Nareszcie dawne siły powróciły, rany zagoiły się i zabliźniły i — Czultun czuł się zupełnie zdrów. Był wesół, żartował, śmiał się tak głośno, że aż echo mu odpowiadało, a wiewiórki w popłochu zmykały do największego gąszczu. Mongoł, chodził jak cień za Henrykiem, uważając za prawdziwego zbawcę swego młodocianego „nuchura“.
Po wspólnej i długiej naradzie postanowili porzucić domek warowny i przenieść się nad jezioro w kotlinie, obfitującej w dżeń-szeń.
— Teraz lato, — objaśniał Mongoł — a więc w pustyni nigdy nie padają deszcze. Czacharów nie obawiajcie się, bo ja będę z wami; z dzikiemi zwierzętami, chociażby z samym „alarem“, damy sobie radę! Nad jeziorem zbuduję dla nas trzy „jurty“[4] z trzcin; pójdziemy później na poszukiwanie dżeń-szeniu! Sajn dżeń-szeń!
Z żalem żegnały dzieci swoje fabryki soli i mydła, przytulny domek, ukryty za mocnym murem.
— Będziemy tu powracali od czasu do czasu — rzekł Henryk, chcąc pocieszyć rodzeństwo.
— Dobrze! — zgodził się Mongoł. — Przedewszystkiem jednak dżeń-szeń! Dużo dobrego dżeń-szeniu!
Cmokał głośno i przewracał duże, piwne oczy.
W taki to sposób zaczęła się druga „wędrówka ludów“, do „jeziora Czultuna“, jak to miejsce nazwały dzieci, ponieważ bardzo polubiły wesołego i szczerego Mongoła.


Przypisy

  1. Zewnętrzna Mongolja. Stolica tego kraju — Urga.
  2. Arba — wóz.
  3. Przyjaciel serdeczny.
  4. Namiot, szałas.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.