Mali zwycięzcy/Niespodziewane spotkanie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział V.
Niespodziewane spotkanie.

Trzy dni szalały wicher i burza nad „krajem Henryka“. Dzieci prawie nie wychodziły z domu.
Przekonały się, że był zbudowany i opatrzony dobrze.
Nie zalatywał do wnętrza żaden podmuch wiatru, strugi ulewnego deszczu nie przedostawały się przez strzechę i ściany.
Chłopcy nie mogli opuszczać domu, więc krzątali się wpobliżu.
Henryk przywlókł z lasu sporą kłodę modrzewiową i przy pomocy narzędzi stolarskich zaczął ją żłobić, robiąc koryto.
— Co to z tego będzie? — spytał Romek. — Może balja do prania bielizny?
— Nie! — odpowiedział zapytany. — Na to tymczasem starczy nam naszego ruczaju. Chcę zrobić koryto, aby w niem solić mięso lub ryby. Wtedy nie będziemy potrzebowali codzień przemyśliwać nad zdobyciem świeżego mięsa.
— Ha! Masz rację! — zawołał Romek. — Ty o wszystkiem myślisz, braciszku! Prawda, bo w taką niepogodę ciężko wychodzić na polowanie lub na połów ryb.
— No, widzisz... — mruknął Henryk. — Ale wspomniałeś coś o praniu bielizny. Jest to też ważna sprawa... Mydło nasze, które nam pozostało, prędko się wyczerpie... Musimy znaleźć mydło, albo zrobić je...
— Znaleźć? — zdziwił się chłopak. — Wszak tu nigdzie niema sklepów?
— Tak! — zgodził się brat. — Zato jest dużo wszelakich roślin, a wśród nich istnieją takie, których korzenie doskonale się mydlą i dają obfitą pianę. Nie będziemy jednak tem sobie zaprzątali głów! Wydelegujemy Irenkę — niech sobie kopie korzonki i próbuje — może coś znajdzie?... My musimy zrobić mydło!
— Jeszcze jedna fabryka?! — zawołał zdumiony brat. — Fabryka soli i fabryka mydła! Może, zbudujemy na dobitkę fabrykę świec?!
— Może... — rzekł w zamyśleniu Henryk.
— Czegoż potrzeba do wyrobu mydła? — znowu pytał zaciekawiony Romek.
— Bardzo prostych rzeczy: tłuszczu i ługu!
— Tłuszcz, to — bagatela! — zawołał chłopak. — Natłukę świstaków, to i będziemy mieli tłuszcz, bo to takie opasłe bydlaczki!
— Bardzo mądrze pomyślane! — ucieszył się starszy brat. — Tak też zrobimy. Ja zaś postaram się o ług.
— Skądże go weźmiesz?
— Każdy popiół zawiera dużo sody lub potażu. Wygotujemy popiół w wodzie, zlejemy przezroczysty płyn, zawierający ług i będziemy warzyli w nim tłuszcz. Ugotuje się na mydło... Wtedy dodamy naszej nieoczyszczonej soli, a gdy mydło będzie pływało na powierzchni, zbierzemy je i będziemy prali naszą bieliznę. Nie będzie to mydełko ślicznie pachniało, to prawda, lecz prać będzie, jak się patrzy!
— Ty to wszystko umiesz, Henryczku! — z zachwytem patrząc na brata, zawołał chłopak.
— Opowiadał nam o tem profesor chemji i nawet pokazywał, jak się z tem obchodzić należy — odparł z uśmiechem brat.
Dopiero czwartego dnia, wyszedł z domu Henryk z karabinem na ramieniu.
Przeszedł nagie szczyty gór i zapuścił się w wąską dolinę, zarośniętą krzakami.
Posuwał się wolno naprzód, przedzierając się przez gąszcz. Dolina doprowadziła chłopaka do szerokiej kotliny z niewielkiem jeziorkiem pośrodku. Zarośla trzcin otaczały brzegi dokoła.
Od kotliny biegły na zbocza gór zielone łąki, upstrzone bukietami żółtych i liljowych różaneczników.
Woddali pasło się stado argali; w gęstych zaroślach, wpobliżu jeziora chłopak spostrzegł rozłożyste rogi jeleni.
Zaczął się cicho skradać do tych wspaniałych zwierząt. Mogły one dostarczyć dużo mięsa i, co najważniejsze, sporo tłuszczu na mydło.
Nagle z gęstwiny wypadł wilk, a za nim drugi i trzeci. Uciekały w popłochu. Na odgłos ich biegu, porwały się też do ucieczki argale i, sadząc przez skały, wspinały się coraz wyżej, aż śmignęły za grzebień górskiego grzbietu.
Z drugiej strony zmykały jelenie — dwa duże byki i dziesięć łań; zdążały w stronę wąskiej doliny, ukrytej pomiędzy górami.
Kotlina opustoszała, tylko samotny jastrząb, zawieszony w bladym błękicie nieba, kwilił drapieżnie.
Henryk robił sobie gorzkie wyrzuty, że nie strzelił do przebiegających jeleni, chociaż rozumiał, że był to trudny strzał, nawet dla wprawnego myśliwego.
— Cóż dopiero dla mnie, — myślał chłopak — dla mnie, który zaledwie parę razy trzymał karabin w ręku?! A jednak trzeba było strzelać, może kula dosięgłaby, szczególnie tego dużego byka, który był najbliżej i biegł powoli, niby zamierzając bronić całego stada!
Rozmyślając nad tem, przecinał kotlinę we wschodnim kierunku. Gdy okrążył jezioro, nagle zatrzymał się i ze zdumieniem spojrzał na rękaw swej kurtki.
W kilku miejscach była ona poplamiona krwią.
Henryk obejrzał ręce.
Nigdzie nie spostrzegł najmniejszego zadraśnięcia. Nie mógł tego zrozumieć.
Zaczął się uważnie rozglądać dokoła i wkrótce spostrzegł duże krople i bryzgi krwi na liściach i gałęziach krzaków.
— Przebiegało tędy zranione zwierzę, które w ucieczce broczyło krwią... — szepnął do siebie.
Idąc śladem krwi, dotarł do brzegu jeziora i nagle przystanął, zaciskając karabin w ręku.
Na kamienistym brzegu, tuż nad wodą, leżał człowiek.
Henryk rozpoznał mongolski strój leżącego. Przecież widział w Chinach całe tłumy Mongołów, przybywających z karawanami wielbłądów, obładowanych skórami i futrami, przywożonemi z Mongolji, a wywożących z Chin — herbatę, jedwabie, bawełniane tkaniny i różne naczynia.
Granatowy, grubo nawatowany chałat, takież spodnie szerokie, zielone skórzane buty, ozdobione barwnym haftem, okrągła czapka z uszami — był to zwykły strój mongolski.
Henryk nie widział twarzy leżącego, bo człowiek ten upadł piersią na ziemię.
Nie ruszał się wcale.
Trzymając karabin w pogotowiu, zbliżył się do niego Henryk i stanął nad Mongołem.
Pochylił się nad nim i wymówił zwykłe pozdrowienie chińskie.
Mongoł nie odpowiedział i nawet nie poruszył się.
Wtedy Henryk uniósł jego głowę i zajrzał mu w twarz. Okrywała ją śmiertelna bladość.
Wargi były mocno zaciśnięte, oczy zamknięte, na szyi plamy krwi.
Z trudem udało się chłopakowi przewrócić Mongoła na wznak. Wtedy zrozumiał wszystko.
Kurtka, poszarpana i podarta, odsłaniała pierś człowieka.
Pierś! Była to raczej ogólna rana.
Strzępy skóry i skrzepłe sople krwi okrywały ją. Długie, niby nożem zadane blizny ciągnęły się od szyi i karku nieszczęśliwego i ginęły w gmatwaninie nasiąkniętych krwią łachmanów ubrania i poszarpanych kawałków mięsa, obrywków skóry i skrzepów krwi.

Henryk ukląkł nad rannym i zaczął słuchać. Serce biło; dotknął palcami pulsu. Uczuł słabe, ledwie tętniące uderzenia krwi.
Na kamienistym brzegu, tuż nad wodą, leżał człowiek.

— Trzeba ratować... natychmiast... — mignęła myśl. — Ale jak?
Po krótkim namyśle, szybko zrzucił z siebie kurtkę, ściągnął koszulę i zaczął ją starannie myć w jeziorze, poczem rozdarł na cztery długie paski, które mogłyby zastąpić bandaże.
Przystąpił do wyjmowania z ran szmat odzieży i przylepionych kamieni, piasku, ziół.
Ranny jęknął i słabo poruszył ręką.
Wtedy Henryk podciągnął go bliżej do wody i zaczął przemywać rany, polewając zimną wodą twarz i głowę Mongoła.
Nareszcie ranny otworzył oczy i jęknął.
Henryk przystąpił do nakładania opatrunku. Długo mozolił się z tem, aż nareszcie starannie obwiązał pierś Mongoła, złożył go wygodnie na posłaniu z trzcin, okrył chałatem i ostatecznie ocucił zemdlonego, przyniósłszy mu w swej czapce wody do picia.
Z wdzięcznością patrzył skośnemi, piwnemi oczami Mongoł na swego zbawcę, który siedział obok i myślał uporczywie nad tem, co należy robić dalej.
Słabo poruszając sinemi, wydętemi wargami, Mongoł zaczął mówić:
— Dżeń-szeń... Dżen-szeń... Alar... — powtarzał raz po raz.
Chłopak nie rozumiał.
Widząc to, Mongoł z trudem sięgnął do wiszącego na pasie worka i wydobył coś czarnego.
Wyciągnął nieznany przedmiot do chłopaka i szepnął:
— Dżeń-szeń, sajn dżeń-szeń!...
— Sajn?... „Sajn“ oznacza dobry, przypomniał sobie Henryk mongolskie słowo, często słyszane w Chinach, gdy koczownicy przyglądali się z zachwytem domom, wznoszonym przez pana Stanisława Broniewskiego. — Lecz co znaczy „dżeń-szeń“? Jest to słowo chińskie, już z samego brzmienia domyślić się tego można!
Wziął do ręki czarny przedmiot i obejrzał go uważnie. Był to korzonek jakiejś rośliny. Niezawodnie! Pozostały nawet resztki obciętych nożem liści, a na trzonie — grudki ziemi.
Henryk podniósł korzeń do góry i nagle krzyknął zdumiony.
Ujrzał wyraźnie formę naśladującą dokładnie ludzką postać.
Oto główka z zabawnym kłakiem włosów, utworzonych przez drobne, cienkie korzonki; dalej — rączki, wparte w boki; rączki o długich, niby u krasnoludków palcach; niżej — wygięte nogi, z pokracznemi, włochatemi stopami!
— Dżeń-szeń! — wyrwał się chłopakowi okrzyk, bo nagle przypomniał sobie muzeum handlowe w Szanghaju, gdzie widział całą witrynkę, napełnioną korzonkami dżeń-szeniu.
Była to poszukiwana przez wszystkie ludy azjatyckie roślina lecznicza, o działaniu wprost niezwykłem, potężnem.
Płacono za dżeń-szeń 10—15 razy drożej niż za złoto.
Zrozumiał Mongoł, że chłopak słyszał o dżeń-szeniu, więc jął powtarzać:
— Alar... alar...
Tego słowa nie znał Henryk, więc potrząsnął głową. Wtedy Mongoł palcem narysował na piasku jakieś zwierzę, okryte plamami i posiadające długi ogon i okrągłą głowę.
Ruchami palców i rąk objaśnił ranny, że „alar“ napadł na niego i poszarpał mu pierś. Bardzo wyraziście, na migi opowiedział o swojej walce z „alarem“, któremu nożem rozpruł brzuch, zmuszając go do ucieczki.
Pokazywał przytem na karabin Henryka, ciągnął chłopaka za ramię i popychał w stronę zwałów skalnych na stromym spychu góry.
Henryk zrozumiał, że tam musiało się ukryć ranne zwierzę.
Postanowił odnaleźć je i dowiedzieć się nareszcie, co oznaczało słowo „alar“.
Dał znak Mongołowi, że niebawem do niego powróci i z palcem na cynglu zaczął się skradać do skał.
Znowu spadały na chłopaka krople krwi. Widocznie, ciężko ranny „alar“ zrosił swoją posoką krzaki i trawę.
Sunąc bez szmeru, doszedł Henryk do skał i zaczął je obchodzić. Chrapliwy, groźny ryk zmusił go do zatrzymania się. Wypatrywał zwierza w haszczach i pomiędzy nagromadzonemi wszędzie kamieniami.
Nagle coś się poruszyło za pobliskim odłamkiem skały. Henryk zobaczył długie, centkowane, rudo-żółte ciało i ogon, bijący o ziemię.
— Alar — to bars, straszliwy drapieżnik — błysnęła myśl, lecz nie było już czasu na zwlekanie i wahanie się.
Chłopiec podniósł karabin do ramienia, starannie wycelował i strzelił.
Bars ze strzaskaną głową leżał bez życia.
Podszedłszy, Henryk przekonał się, że drapieżnik miał wyprute wnętrzności, które mu wypadały z podłużnej rany w boku i broczyły krwią, wsiąkającą w kamienistą glebę. Z wielkim mozołem przywlókł chłopak barsa na brzeg jeziora, gdzie leżał ranny Mongoł.
Jęczał poszarpany straszliwemi pazurami i kłami biedak i majaczył.
Gorączka trawiła go i męczyła.
Znowu ocucił go Henryk. Oprzytomniawszy, Mongoł prosił o rozpalenie ognia, oczami wskazując na ziemię.
Na piasku widniały ślady.
Były podobne do psich, lecz chłopak zrozumiał, że to wilki przychodziły, zwęszywszy rannego.
Może te same, które spłoszył, podchodząc do jeziora?
Gdy ognisko buchnęło wysokim płomieniem, Henryk długo objaśniał Mongoła na migi i zapomocą rysunków na piasku, że pójdzie do domu i powróci z bratem, aby doprowadzić rannego do swego schroniska.
Nareszcie zrozumiał Mongoł i, z wdzięcznością patrząc na chłopca, machnął ręką, niby życząc szczęśliwej drogi i prędkiego powrotu.
Henryk dorzucił suchych trzcin do ogniska i poszedł. Odszedłszy około kilometra od jeziora, znowu ujrzał wilki, które uciekały w kierunku krzaków. Chłopiec zajrzał do haszczy, skąd spłoszył tchórzliwych drapieżników i wszystko zrozumiał.
Leżał tu koń pod siodłem mongolskiem. Widocznie bars zagryzł go, a wilki zamierzały załatwić się ze zdobyczą doreszty. Teraz wiedział już, że Mongoł stracił wierzchowca i był skazany na śmierć głodową w tem bezludziu, gdzie człowiek nieuzbrojony nie mógłby walczyć o swoje życie.
— Biedak! — westchnął Henryk i postanowił czem prędzej ratować rannego.
Biegł więc naprzełaj, przez haszcze i gołe skały, przebiegł płaszczyznę z kolonją świstaków, dopadł lasu i zdyszany, krzycząc już zdaleka, pędził ku chatce, koło której krzątała się Irenka.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.