Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szliwe, nie rumaki! — odpowiedział ze śmiechem Henryk. — Widziałeś, jak usiłowały ugryźć Czultuna, jak wierzgały tylnemi nogami niezwiązanemi i biły przedniemi kopytami? Wściekłe to i złe bestje!
— Ho! Ho! Czultun da sobie z niemi radę. Wierz mi, ugłaszcze je i ujeździ! Tęgi chłop ten nasz „nuchur“ czacharski! — zawołał Romek.
— Mam nadzieję, że potrafi on ułaskawić dżegetaje, ale uprzedzam ciebie, braciszku, że nieraz grzmotniesz o ziemię, spadając z tych wierzchowców! — mówił, uśmiechając się, Henryk.
Dobrnęli do obozu późno w nocy.
Irenka czekała na nich.
Ucieszyła się, posłyszawszy o zdobyciu koni, nakarmiła zgłodzonych braci i wysłuchała porywającej opowieści o schwytaniu dżegetajów.
Nazajutrz od rana nikogo już nie było w zarośniętym krzakami wąwozie. Tylko lekka, siwa smuga dymu, unoszącego się nad ogniskiem, wskazywała miejsce niedawnego obozu.
Dla krótkiego pobytu na pustyni zapobiegliwy Czultun wybrał suchy rozłóg, ukryty za skałami z jeziorkiem, gdzie schwytano konie.
Wąwóz był bardzo głęboki.