Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czultun zastawiał sidła w miejscach, gdzie dżegetaje, zamierzając wybiec z kotliny, musiały skakać przez odłamy skalne.
Nareszcie Mongoł umocował i ustawił wszystkie rzemienne pętle i wybiegł na płaszczyznę.
— Teraz na skały! — krzyknął. — Musimy wypłoszyć tabun i zmusić go do ucieczki przez wąwóz!
Szybko obiegli skały i, wdrapawszy się na ich szczyty, krzyczeli, ciskali kamienie, wymachiwali rękami, gwizdali.
Jeszcze większy zgiełk powstał w zbitej ciżbie koni. Zaczęły się gryźć, wierzgać, popychać, tłoczyć się przy wyjściu z kotliny.
Wreszcie jeden duży ogier przedarł się przez miotające się konie i runął w stronę wąwozu, sadząc przez kamienie z radosnem i pełnem triumfu rżeniem.
Nagle potknął się, szarpnął i już ciężko, z wysiłkiem skakał, a za każdem jego poruszeniem w powietrze wylatywał kamień, uwiązany do zdradzieckiego sidła i tłukł z głuchym łoskotem boki zwisających skał.
Jeden po drugim wybiegały na równinę dżegetaje i wkrótce cały tabun mknął na północ. Tylko pięć koni coraz bardziej zwalniało biegu. Galopowały z całej siły, lecz bystrooki Czultun