Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pręgą, biegnącą od krótkiej zwichrzonej grzywy aż do ogona, zupełnie uspokojone, zarżały cicho i pobiegły ku zdradliwemu przejściu do jeziorka.
Cały tabun poszedł natychmiast za ich przykładem.
Ze rżeniem wesołem i wierzganiem przesadzały konie przegrody kamienne, popychały się, aż wszystkie przypadły pyskami do wody i, prychając, piły.
Wtedy Czultun wyskoczył z zasadzki i zaczął krzyczeć, ciskając kamienie i zbiegając ze zboczy skał ku szczelinie. To samo robili Henryk z Romkiem.
Tabun miotał się w małej kotlinie, napróżno szukając wyjścia. Jedyne — przez szczelinę zostało zamknięte przez hałasujących ludzi; skały miały tak stromy spadek, że konie nie mogły utrzymać się na nich. Wbiegały więc do wody, grzązły w rozmiękłem dnie, padały, rozbryzgując wodę. Tabun skłębił się w ruchomą ciżbę, rozległy się kwilenia żałosne, wylękłe rżenie, rozpaczliwe chrapanie starych ogierów.
Stawały dęba i pełnemi przerażenia oczami patrzyły na postać ludzką, przebiegającą pomiędzy kamieniami u wyjścia z pułapki, jaką się nagle stało ożywcze jeziorko.