Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopcy zaczęli zbierać suche gałęzie, naprędce układać piec z kamieni i rozpalać w nim ogień.
Wkrótce zagotowała się herbata w kociołku, więc rozwinięto paczkę z żywnością, zabraną z dawnego obozu i posilano się. Podróżnicy gwarzyli wesoło.
Czultun zapowiedział, że nazajutrz Irenka pozostanie w obozie, gdzie będzie w bezpieczeństwie, mężczyźni zaś szybko przetną pustynię, aby zaraz po południu dojść do miejsca wodopoju dżegetajów.
Po posiłku, zmówiwszy pacierz, dzieci udały się na spoczynek.
Mongoł pozostał przy ognisku.
Przeglądał raz jeszcze rzemienie arkanów i sprawdzał, czy dobrze ślizgają się ruchome pętle. Kiwał się i mruczał ponurym głosem.
Czultun śpiewał.
Usnął przy dogasającem ognisku.
Obudził chłopców przed świtem.
Mężczyźni w pośpiechu napili się herbaty, zjedli resztkę pozostałej z wieczerzy pieczeni i, krzyknąwszy Irence słowa pożegnania, szybkim krokiem ruszyli ku wschodowi. Mongoł niósł pęk rzemieni, Henryk karabin na ramieniu, Romek zaś trzymał w ręku łuk, z którego strzelał coraz celniej.