Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Irenki bez opieki nie możemy. Musimy więc zmienić koczowisko!
Przygotowania do podróży nie trwały długo; zabrali ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyli. Czultun prowadził przyjaciół naprzełaj przez góry. Droga była uciążliwa, bo stroma, najeżona kamieniami, przecięta wąwozami lub przysypana ruchomemi piargami.
Jednak, mimo znużenia, w nocy już doszli do krętego wąwozu, prowadzącego na płaszczyznę.
Czultun z podziwem spoglądał na Irenkę. Blada ze zmęczenia, z zapadłemi oczkami, szła, ciężko oddychając, lecz nie skarżąc się i nie zatrzymując. Nie chciała wydawać się słabszą od braci i być zawadą w wyprawie.
Mongoł, widząc to, szybko urządził nowy obóz. Naprędce sklecił szałas, narzucał świeżej trawy, przykrył ją skórą kabargi i zawołał:
— Irenka, spać! My sami przyrządzimy wieczerzę.
Dziewczynka z wdzięcznością spojrzała na Czachara, lecz potrząsnęła główką.
— Przyrządzenie posiłku dla was jest moim obowiązkiem, — rzekła — wy macie dużo własnej roboty. Zaraz wszystko zrobię!
Mongoł cmoknął ustami na znak podziwu i pochwały. Porwał bańkę i pobiegł po wodę.