Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Upał był znaczny, lecz szli, nie zwalniając kroku, aż ujrzeli niewysokie skały.
— To tu! — zawołał Czultun. — Miejsce wodopoju dzikich koni!
Doszli zatem do celu. Skały tworzyły małą kotlinę, z kałużą brudnej wody pośrodku.
Brzegi stratowane, noszące niezliczone ślady kopyt różnych zwierząt, świadczyły o tem, że mieszkańcy pustyni Mumingan przychodzili tu, aby ugasić pragnienie.
Wśród śladów antylop widniały okrągłe, dobrze znane dzieciom ślady końskie.
Jedno zaledwie przejście prowadziło do jeziorka.
Była to wąska szczelina, przegrodzona dużemi głazami, które niegdyś stoczyły się ze skał.
Czultun owinął nogi kawałkami skóry gazeli, wszedł do środka kotliny i zaczął się rozglądać.
— Sajn! — zawołał. — Nie wymkną się nam!
— Poco obmotałeś nogi skórą? — spytał Romek.
— Żeby dżegetaje nie zwęszyły człowieka... — odparł, uśmiechając się chytrze.
Obszedł skały dokoła, przekonał się, że lekki wiatr zalatuje od strony, skąd zwykle przychodzą konie i rzekł: