Liryka francuska seria druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Liryka francuska
Podtytuł Serya druga
Data wydania 1911
Wydawnictwo J. Mortkowicz
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Bronisława Ostrowska
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

LIRYKA FRANCUSKA

SERYA DRUGA

PRZEKŁADY BRONISŁAWY OSTROWSKIEJ



Pod znakiem poetów żółta.png






POD ZNAKIEM POETÓW



Pod Znakiem Poetów logo.jpg




WYDAWNICTWO JAKÓBA MORTKOWICZA



LIRYKA FRANCUSKA

SERYA DRUGA

PRZEKŁADY BRONISŁAWY OSTROWSKIEJ


Wydawnictwo J. Mortkowicza logo2.png






WARSZAWA MCMXI J. MORTKOWICZ







KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI






JEAN MORÉAS



MŁODA DZIEWCZYNA MÓWI.


Cząbry rzekły: kocha ciebie tak,
Że do stóp twych padł, jak ranny ptak!
Na dzień przyjścia zładź mu się i zwól.
— »Nie schlebiajcie, próżne cząbry pól:
Zmiłuj się Bóg nad mą duszą!«

Stokroć rzekła: Czemu dałaś mu
Całą wiarę dziewiczego snu?
Serce jego przepalone rdzą...
— »Późno, stokroć, szepczesz radę twą!
Zmiłuj się Bóg nad mą duszą!«

Szałwie rzekły: zbądź czekania mąk,
Innych ramion go kolebie krąg...
— »Szałwie smutne, szałwie we łzach ros!
Chcę was wszystkie dzisiaj wpleść w mój włos!
Zmiłuj się Bóg nad mą duszą!«




DOBRE WRÓŻKI...


Dobre wróżki, pod waszych długich włosów cień
Śpiewałyście snom moim łagodnie i słodko!
Dobre wróżki, pod waszych długich włosów cień
W mrocznej kniei — uroku baśniowego zwrotką.

W kniei czarów i zaklęć, tajemniczej siły,
O, miłosierne karły, — kiedym cicho spał, —
Wasząście dłonią dobrą cicho mi wręczyły
Złote berło, niestety kiedym cicho spał!

Dzisiaj wiem, że to wszystko jest kłamstwo i złuda,
Baśniowe berła złote i piosenki kniej, —
Jednak płaczę, jak dziecko nie wierzące w cuda,
I oto chciałbym znowu zasnąć pośród kniej...

Cóż, że to wszystko baśnie i kłamstwo i złuda?




NIECH PRECZ RZUCĄ TE LILIE...


Niech precz rzucą te lilie i tych róż wybuchy
I niech pieśnie i fletnie cichną w dali mrąc.
Niech nic nie zbudzi szału pośród ciszy głuchej
Na kwawym nieboskłonie zachodzących żądz.

O, nie dysz ku mnie wonią mrącego oddechu!
O, nie świeć pochodniami płomienistych ócz!
Bo płonę jako nocna ćma w ich złotym śmiechu,
W ogniu gwiazd obłąkanych za pomroką tucz.

O, nie kuś mię już więcej twą chciwą pieszczotą,
W której palę się ogniem i od mrozu drżę!
Nie pój warg tych przewonnych ambrozyą złotą:
Niech me serce zasypia, niech me serce mrze…

Me serce tak spoczywa, jak pustelnik w trumnie,
Chroniąc się pod błękitny wyrzeczenia krzyż…
Żalem nędznego szczęścia nie mąć bezrozumnie,
Nie zakłócaj pogody rozgrzeszenia cisz.




STANZE.



Myślę o mórz błękicie, o słodkich zachodach,
O zapienionej grozie w wodnych wirów leju…
Krabich norach, rybaczych łodziach i niewodach, —
Modrookiej Nerejdzie, Glaukusie, Proteju…

Myślę o tym włóczędze, co idzie śród drogi,
O starcu w przyzbie chaty gdzieś w odwiecznej wiosce,
O przygarbionym drwalu z siekierą u nogi,
O mieście, — jego gwarach, duszy mej, — jej trosce…




∗       *       ∗



Gwałcąc nagle tych dżdżystych dni żałobne zwoje,
Na ogromne kasztany w ostatniej zieleni[1]
Na wodę, na klomb późny i na oczy moje
Zlewasz twą bladą słodycz, o słońce jesieni!

Czego chcesz od nas, słońce? kwiat niech zwiędnie lepiej,
Listowie niechaj zgnije i z wiatrem pożenie[1]
Wodom daj się zamroczyć. Mnie ostaw cierpienie,
Które żywi myśl moją i mą duszę krzepi.




∗       *       ∗



Kiedyż wreszcie, rzuciwszy wszystkie zbędne troski
I nudną pospolitość bezlitosnych miast,
Będę mógł spocząć w szumnych borów ciszy boskiej,
Albo na cichym brzegu jezior pełnych gwiazd?

Chociaż wolałbym raczej śnić w tym złotym piasku,
Morze, kolebko słodka mych najpierwszych lat:
Słuchałbym mew twych dzikich żałobnego wrzasku,
A wzrokby mi odświeżył pian twych biały kwiat!

Ażaliż mnie zadziwiasz, wczesna zimo mroźna!
Wszakżem roztrwonił wszystek darów wiosny plon,
I nie legła pod sierpem moja niwa zbożna,
I inni ścięli pychę mych jesiennych gron…




∗       *       ∗



Lubo jest słuchać wikli, która rzewnie wzdycha
Wśród bratnich wiklin w brzeżnej śmiejącej dolinie;
Czoło w dumach się chyli, gdy muzyka cicha
Z rozszumiałej dąbrowy pod wiatrami płynie.

Lecz jakże wobec głosu Samotnego drzewa
Chóry szumów się stają niklejsze i cichsze, —
Gdy w smętku pól, na które wielki zmierzch się zlewa,
Ono idącej nocy śle swą skargę w wichrze.




∗       *       ∗



Obłoki, ukąpane w jasnej dnia pogodzie
Nad polami, co stają w skwitających zbożach,
Które mi się jawicie w cichym korowodzie,
Jako senne żaglowce na spokojnych morzach…

Wy, co rychło ciężarne popłyniecie dołem,
Niosąc groźne oblicze jutrzejszego gromu!
O pielgrzymi niebiescy, z wami lecim społem[2]
Serce me, wam podobne, nieznane nikomu…




∗       *       ∗



Bluszcze! Jakimż zwisacie wdziękiem bukolicznym
Na starych gruzów zwalisku,
Albo gdzieś na samotnym platanie antycznym,
Co ginie w waszym uścisku.

Lecz lubię was nad wszystko, mroczne smętne bluszcze,
Wokoło fontanny szmernej,
Kędy żałośnie woda o kamienie pluszcze
Wśród zrujnowanej cysterny.




∗       *       ∗



Lubię, srebrny księżycu, kiedy blask twój pada
Na las nierównych masztów w leniwej przystani, —
Lecz wolę, kiedy w parku pieści jaśń twa blada
Ławkę, kędy się sparłem na marmuru grani.

Lubię twój nów młodzieńczy i twej pełni blaski…
Lubię cię w pustki nocnej bezmiernych równinach,
I nad cichem jeziorem, nad srebrnymi piaski, —
I w mym drogim Paryżu na smukłych kominach.




∗       *       ∗



Samotny, zadumany, pójdę przez gościńce
Pod bezupalnem niebem, które smęt już iści,
I z rozkochanem sercem wezmę w obie ręce
Podjętą spod wierzb drożnych garść jesiennych liści.

I będę słuchał ptaków, co krąg w wietrze wiodą,
Krzyczące w nadchodzącej już nocy żałobie, —
I gdzieś na zżółkłej łące, ponad smutną wodą,
Będę długo rozmyślał o życiu i grobie…

Mroźny wiatr wstrzyma orszak obłoków najbladszy
I zachód zemrze cicho we mgle tajemniczej, —
A ja, znużon pielgrzymstwem, gdzieś u kresu siadłszy,
Spokojny już przełamię chleb mój, — chleb goryczy.




∗       *       ∗



Róże, które kochałem, z każdym dniem więdnieją…
Nie wszelki czas jest nowym pąkowiom przychylny.
Zefir wiał już dość długo. Niech teraz koleją,
Mrożący w biegu rzeki, zadmie wicher silny.

Czemuż w tak głośne pienie uderzasz, rozkoszy?
Zaż nie wiesz, że szaleństwem jest, gdy wciąż dowoli,
Bez powodu twe przyjście porusza i płoszy
Pod dłonią moją strunę winną Melancholii.







HENRI DE RÉGNIER



NOCTURN.


Pod wieczornym powiewem kwiecie bzów się prószy,
Osypując pod stopy, jak wonna kaskada,
Chrzęstem płatków deptanych, żaląca się w głuszy...

Znużony jestem w sercu i smutek mam w duszy.

Na strzechę siadła białych gołębi gromada,
Gruchając szlochem rzewnym pod zorzy odmętem...
A niekiedy z ich dziobków puch wyrwany spada.

Serce zawiewa śniegiem tajnych bólów zwada...

Na sadzawce fontanna szemrze cichym smętem,
Marszcząc uśpioną wodę w kręgi koncentryczne...
Dreszcz porusza nadbrzeżną wiklinę i miętę...

W sercu płaczą wspomnienia przyćmionym lamentem.


Idzie noc, niosąc grozę i strachy paniczne:
Wiatr ucichł; dziki gołąb pierzchł w cichej pomroczy...
Fontanna szlocha swoje pacierze rytmiczne...

W noc idą za mną wielkie, rozwarte twe oczy. —




KU PRZESZŁOŚCI.


Na śpiącym stawie cicho drżą sitowia sploty,
A niekiedy w powietrzu łagodnie oddycha,
Jak niewidzialnych ptaków trwożliwe przeloty
Stłumionych drżeń wietrzanych harmonia cicha.

Blady księżyc rozlewa się bożym uśmiechem
Na nieskończonych łęgów kwieciste podściele,
Skąd zapachnie niekiedy gorącym oddechem
Młode krzewię zroszone i kwitnące ziele.

Lecz oto cicho, cicho zawodzić poczyna
Pieśń, którą łkają w mroku żałosne źródełka, —
Póki w sercu ich śpiewna, samotna godzina
Wszystkich pragnień i tęsknot i snów nie rozełka.

A wtedy z głębin cichej przeszłości wypływa
Wspomnienie snów, prześnionych w takie same noce,
I zdaleka — powraca ułuda szczęśliwa,
I na wargach się słowo miłości trzepoce.




TAJEMNICA.


Jeżeli na mój smutek pragniesz znaleźć słowo,
Bacz, nie badać ukrytych łez jego tajnicy,
Ani czemu się wpatrzył z pochyloną głową
W bezkwietne, szare bruki posępnej ulicy.

By ulżyć jego próżni i męce bezradnej
Nie wywołuj z przepastnej głuszy zapomnienia
Widma złudy miłości, ni nadziei żadnej,
Której oblicze przeszłość milcząca ocienia.

Mów mu raczej o drzewach, o słońcu, o zdrojach...
O prześwietlonych morzach i leśnej pomroczy,
Zza której wstaje księżyc w srebrzystych zawojach...
I o wszystkiem, co widzi się, otwarłszy oczy.

Mów mu, że każda wiosna nowem kwieciem płonie,
Dłonie tuląc mu cichym ruchem pojednania. —
Bo tylko piękność świata: kształty barwy, wonie,
Są jedynem wspomnieniem, które nie rozrania. —







SAINT-POL-ROUX



PIELGRZYMKA DO ŚW. ANNY.


Pięciu zuchów z majoliki, każdy, rzekłbyś, ciosan w skale, którym w oczach morze gra, gdy w sen fale kładzie, pielgrzymują wraz z daleka do kaplicy malowanej, kędy czeka uśmiechnięta, wiecznie ładna, dobra Święta.
Przystroiwszy się niedzielnie, każda w parze z swym kochankiem, idą z nimi wszystkie pięć woniejące majerankiem, narzeczone z porcelany, jedna w drugą — cacko! Niby jabłka leśnych dziczek promienieją wkrąg weselnie rumieńcami liczek ładnych, — boć od strasznych wielorybów, o szkaradnych paszcz bezdeni, od posępnych wielorybów powracają zgrają chwacką zdrowi, dzielni żeglarczycy do ich łożnic przeznaczeni.
Młodzieńcza ich gromadka wędruje bezustannie ku dobrej świętej Annie: przez piaski i pasieki, kamieni młyńskich łomy, zaciszne domy, gryki, lny, dzwonnice z chleba razowego, poprzez pachnących

łąk manowce, pomiędzy krowy, owce i kozy, za przykładem prababek — beczące.
Wreszcie zbożni podróżnicy przybywają pełni ducha do kaplicy malowanej, kędy każdej prośby słucha uśmiechnięta dobra Święta. Przybywają syny fal ofiarować swoje dary Chrzestnej Macierzy, co ma oczy z morskich traw; chrzestnej matce marynarzy, co nie szczędzi im pomocy przed wilkami żarłokami — wichrami północy i przez wodny wiedzie kraj swe baranki wierne z drzewa — do owczarni — w Cornouailles.
Przetoż szukają w zanadrzach swych pod witaniami dzwonów, szukają srebrnych i złotych serc, zaprzysiężonych dobrej Świętej wśród raf, które w żałobnych szat obłóczą zwoje niewiasty, płakać idące nad zdroje.
Przetoż szukają serc ze srebra albo złota, podczas kiedy na trawie i mchu, pokładły się do snu pielgrzymką umęczone narzeczone o włosach snopia lnu.
Ale w zanadrzach swych, pod witaniami dzwonów znajdują jeno medaliki, grosze, hubkę, koraliki, lecz nie znajdują nigdzie serc ze srebra ni ze złota.
Płaczą więc pątnicy, zbożni żeglarczycy, boć nie chcą czynić wdową po swym darze, świętą o oczach z morskich traw, — która na wód obszarze podróżom kruchym wiernej dziatwy wybawcze tratwy śle. Tak zbożnym staje się w istocie swej,

który wędruje przez niebieskie morze pod krzyżem masztów i rej.
W nagrzanym wietrze umęczone wciąż śpią na trawie wiankiem porcelanowe narzeczone, pachnące majerankiem.




Nagle, chłopcy z majoliki sięgają za pas, i wszyscy wraz wyjmują w blask na słońce nożyki błyskające jako sardynek pięć, — potem na palcach suną się ku dziewicom w śnie.
Drobne uszka dziewic onych w splotach barwy zbóż, różowieją niby muszle w złotym piasku mórz.
A młodzieńcy, niby gwoli szaleństw słodkich i swawoli, uklękają wraz na ziemi przed ładnemi, które śpią w trawie, prawie tak zielonej, jako śpiewna żabka drzewna.
A gdy każdy już koleją rozpiął stanik i gorsecik, gdzie się rajskie jabłka śmieją, — szybkim zwrotem, z oczu grotem, jak dwa lśniące lichtarzyki, zanurzają w piersi żywe dzielni chłopcy z majoliki ostrz sardynki połyskliwe.
Tryskając nagle, róż zrasza kroplami i plami mchów stary plusz. Rzekłbyś, że kuźni krzew ogniowy swoje żary na ich głowy kładzie jak sztandary, lub że garściami jedli w sadzie wystałe morwy i maliny.

Tu dłonie ich sięgają w głębie prześlicznych łon i wyjmują pięć serc, pięć serc, bijących skrzydłem. W nagrzanym wietrze umęczone wciąż śpią na trawie wiankiem porcelanowe narzeczone, pachnące majerankiem.
Potem zeszywszy ciała śniegi gęstymi swych całunków ściegi, swych zębów igłą śmigłą, spiąwszy koleją gorseciki i staniki, gdzie się śmieją rajskie jabłka dwa, — wchodzą wreszcie do kaplicy, do kaplicy malowanej, ofiarować serca, serca bijące skrzydłem, Świętej o oczach z morskich traw, co nie szczędziła im pomocy przed wilkami żarłokami — wichrami północy, i przez wodny wiodła kraj swe baranki wierne z drzewa do owczarni w Cornouailles.




Niestety! znów stanąwszy na trawie i na mchu, nie ujrzeli swych słodkich, o włosach snopia lnu. Wszystkie tam w dali szły, szły wszystkie razem drogą, co się odwija w dal, jak wielka biała żmija, aż ją daleko hen zasłania miasteczko gwarne od gruchania.
Oni wołają po imieniu: Yvonne! Marthe! Marion! Naïc! i Madeleine!
Lecz nie zwracają się ich ładne: Yvonne, Marthe, Marion, Naïc i Madeleine, i szkaradne — idą, idą hen...
Daleko tak, że białe czółko ich, z początku skrzydło mewie, staje się skrzydłem motyla, a wreszcie płatkiem śniegu się rozpyla w błękitu zwiewie.
Mdleją chłopcy z majoliki, gdy w oddali bladym wiankiem nikną słodkie narzeczone, woniejące majerankiem.
Snadź nie mając serc, nie kochały już: Yvonne, Marthe, Marion, Naïc i Madeleine.







ANATOLE LE BRAZ




MONNA KERYWEL.


Monna Kerywel, gdy swe owce spędza,
Gdy na pole idzie ponad jasny zdrój,
Wraz z krzyżykiem złotym, święconym przez księdza,
Monna Kerywel kładzie najpiękniejszy strój.

Piękny rycerz jasny przyjechał zdaleka
I powitał słodko Monnę Kerywel.
Bogaty go ubiór dostojnie obleka,
A mowa jest jako wonnych kwiatów biel.

Monna Kerywel, jak ma odrzec — nie wie,
Szlachetnemu panu, co pozdrowił ją...
Lecz jej serce tonie w ciepłych łez zalewie:
Jutro Monna Kerywel zaleje się łzą.

Serce, gdy topnieje, spływa w łzawej fali.
Zimny wicher nocny goni kłęby tucz...
Kiedy świetny rycerz zniknął z koniem w dali,
Serce Monny Kerywel łzą się lało z ócz.





KOŁYSANKA.


Uśnij, dziecię, uśnij! Niech cię sen rozmarzy!
Przyjmij Bóg w opiekę dzielnych marynarzy!

Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi przy blasku miesiąca.

Gdy na okręt pójdziesz, tedy wicher morza
Będzie cię kołysał śród wodnego łoża.

Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi przy blasku miesiąca.

W duszy twej już śpiewa fala bez rubieży,
Śpiew swój synom słodki, gorzki dla macierzy.

Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi przy blasku miesiąca.

Nie naleźli w fiordach twego ojca ciała!
Tyś się rodził wówczas: jam nie zapłakała.


Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi przy blasku miesiąca.

Wicher nad fiordami zbiera groźne łupy,
Kołysankę śpiewa i kolebie trupy.

Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi przy blasku miesiąca.

Uśnij, dziecię, uśnij! niech cię sen rozmarzy!
Przyjmij Bóg w swą pieczę dzielnych marynarzy!

Śpiewaj, śpiewaj, stara, twoją pieśń bez końca:
Morze się podnosi o blasku miesiąca.

Bowiem my was rodzim tej gorzkiej głębinie:
Kto bretonem zrodzon, ten żeglarzem zginie.







FRANCIS VIÉLÉ GRIFFIN



PIEŚŃ.


Zebrałem deszcz na ręce wyciągnięte,
— Deszcz rzęsisty, ciepły jak łzy...
I wypiłem go jak odwary wyklęte
Za urok zły, —
Aby ma dusza w twojej miała ciche sny...

Zebrałem ziarna z mrocznego śpichlerza,
— Ziarna dzwoniące o deski jak grad...
I wsiałem w skiby twardego pobrzeża, —
Że szron poranny w nie spadł, —
Abyś zerwała pewnych żniw dożynny kwiat.

Zebrałem trawy i liście jesieni,
— Trawy i liście, które wicher miótł...
I zapaliłem w stos cichych płomieni —
Że kryły żywych soków cud, —
Aby pogodniej było ci czekać na wschód.


I zebrałem lic twoich rumieniec i czar,
I oczu śmiech i szczęsne włosów runy,
By uczynić z nich sobie złoty żar,
I radosne promienie, i harfowe struny...
— I dzień mam dzwonny, jako pszczelnych ulów gwar.







GUSTAVE KAHN



ŚPIEWAJ WOLNO...


Śpiewaj wolno i cicho. Moje serce płacze...
Lekko uderzaj smętny akord minorowy!
Zimno! godziny płyną jak błędne tułacze —
Blada mgła tajemnicy skryła nasze głowy.
Przerwij! Tak! dobrze! ale twój głos jest tak senny...
Słyszysz, w pustce coś jęczy niby szloch stłumiony.
Śpiewaj wolno... Czy czujesz, jak na śpiewne tony
Pada lęk nierozwity klęski nieodmiennej?

Jeszcze! Pieśń się przewleka. Moje serce płacze...
Gromady jakieś szare przyćmiły pochodnie,
Niech nadmiar mocne wonie rozwieją się raczej:
Alkowa jak mogiła szarzeje i chłodnie.
Skądże mi ten dreszcz dziwu, co serce przenika,
Skąd to miękkie andante miarowej harmonii?
U bieli okien słania się dziwna muzyka
Ruchów mglistych i skrzydeł, i obłocznych woni.

Dość! Pozwól skonać pieśni. Moje serce płacze...
Oćma pokrywa kręgi świateł. Uroczyście

Zstąpiła cisza między poszmery żebracze,
Co pierzchają trwożliwie na jej dumne przyjście.
Ostaw! Niech woń i tony w spólny grób się chylą
Pod rytmem melancholii bezmiernie zwycięskiej...
Wszystko głuchnie, szarzeje i kona... O, chwilo,
Zali otwierasz nawias wiekuistej klęski?







STUART MERILL



DOBRY DESZCZ.


Oto deszcz, jako słodki przebaczenia głos
Na goscińce, co w słońcu tumanem się kurzą.
I wśród ogrodów, co się zielenią z pod ros,
Brzęczenie jasnych kropel, od których się mrużą
Sadzawki w wielkie oka rozpłyniętych kół...

Nad dolinkami — chmurek krasny pas się zsnuł,
Jako warg aniołowych pąkowie wilgotne
Wokół radosnych pólek i dalekich kniej...
A pielgrzym śpiewa wesół z polnem ptactwem spół,
Że ten deszcz nie zamieni mu w pustkowie błotne

Rozdroża, kędy będzie szukał drogi swej...
Rolnik z błyszczącym pługiem na odłogi sunie,
Poddając kark znużony miłościwym dżdżom,
Pod któremi kiełkują szczeciniaste runie,
A chory, kołysany deszczową piosenką,
Poprzez otwarte okno wpatrzon het za dom, —
Czuje, że dusza w piersi mu wstaje — podzięką.


Oto błogosławiony, dobry, boży deszcz,
Który odświeża czoło znużone włóczęgi.
Oto deszcz mżący z raju perlistemi wstęgi,
Który pracy rolnika dawa życia dreszcz, —
I ożywia uśmiechem obumarłą pierś
I oczy tych, co wiedzą, że już patrzą — w śmierć.

A oto wraz się jawi łuk barwistej tęczy
Nad żółtemi domostwy miasteczkowych dróg, —
Gdzie idą dzieci z nasion pełnemi koszyki
Siać grządki, kędy rychło rój pszczół się rozbrzęczy —
Wśród kwiecistego ziela woniejących smug.
Idą poważne, grzeczne, małe ogrodniki,
A pod rozpiętym łukiem siedmiobarwnej tęczy,
Śpiewając przyszłych siewów wzrost i kwiat i plon,
Bije w zmierzchu rozgłośny i radośny — dzwon.







ADOLPHE RÉTTÉ



ZIMOWA PIEŚŃ.


Radosne wrzeciona gwarzą śród komnaty:
Jej Miłość z siostrami dla dalekich przędzie.
Zamek śpi pod śniegiem. Ognia żar skrzydlaty
Krwawi staroświeckie okapu krawędzie.

Wiosenne śpiewanki szydzą z mroźnych śniegów.
Gwarnym korowodem kołowrotki pieją:
Rycerzowie walczą u dalekich brzegów,
Ale je ustrzeże miłość wraz z nadzieją.

Hej! Wasze Miłoście! Chwalba to szalona!
Ptakowie nieszczęścia łopocą o kraty...
Płyną dnie za dniami, jak nicie z wrzeciona,
Kie wracają do dom rycerze Krucyaty.

Dziś Jej Miłość sama przędzie w pustej sali,
Siostry na cmentarzu, szczęście w dali zczezło...
Włos ją biały skrywa, jak śmiertelne giezło:
Jej Miłość samotna zasypia śród sali.


Usłysz! usłysz prządko! Wichura się zrywa,
Zaworami tłucze u komnaty twojej...
Całą noc dziś wicher rozjarzał łuczywa,
Rzekłbyś, — krew zakrzepła na wiszącej zbroi.

Wiatr, jak chore dziecko, kwili z poza kraty,
Legli w obcych krajach rycerze Krucyaty...







PIERRE LOUYS



PIOSENKA.


Dziewczyno-dziw! Co robisz tam samotnie? — Owijam przęśl i przędę długie nicie. — Ohej! Ohej! Czemu nie tańczysz z nami? — Mam wiele trosk! Mam bardzo wiele trosk!

Dziewczyno-dziw! Co robisz tam samotnie? — Uliniam wić na pogrzebową fletnię. — Ohej! Ohej! A coże ci się stało? — Nie rzekę ci! Nie rzekę tego ci!

Dziewczyno-dziw! Co robisz tam samotnie? — Oliwki mnę na smutną wonność trumny. — Ohej! Ohej! A któż ci umarł, powiedz? — I pytasz mnie! I możesz pytać mnie!

Dziewczyno-dziw! Co robisz tam samotnie? — Padł w morską głąb... — Ohej! Ohej! A jakże to? A gdzie? — Z rumaków swych! Z białych rumaków swych!

Z PIOSNEK BILITIS.




PIOSENKA.


O mroku leśny, kędy miała przyjść moja kochanka, — jakoż stąd poszła — mów! — Równiami... Równie senne, dokąd poszła moja kochanka. Wybrzeżem.

Rzeko jasna, która widziałaś ją! powiedz, zali odeszła daleko? Rzuciła mnie dla drogi... Drogo polna, zali ją widzisz jeszcze? Ostawiła mię dla gościńca.

Gościńcze biały, bity gościńcze grodny! wyznaj, gdzieś zawiódł ją? — W złotą ulicę miasta. — Ulico, czy dotykasz jeszcze jej bosych stop? Weszła do królewskiego zamku.

O zamku! O świetności świata! Powróć mi ją! — Patrz! ma kręgi złociste na piersiach, klejnoty kosztowne we włosach... sto pereł wpodłuż bioder... dwie ręce wokół szyi...

Z PIOSNEK BILITIS.







ALBERT SAMAIN



WIOSENNY WIECZÓR.


Pierwsze zmierzchy wiosenne! Śluby niewyznane!
W ciepłych wiatru powiewach szarfy rozwiązane!
Napowietrzne pieszczoty! cichy nardów kielich,
Nakłoniony z błękitu zwiewem rąk anielich!
Oh, jakoweż pragnienia, co dusz głębię mącą,
Tulą biodra kobiece tą linią pragnącą?...
Zachód jest z róż i złota, czar wieje w przestworze,
I miasto dziś wieczorem tak szumi jak morze.
W kwietniowy ogród wiodą uchylone wrota:
Na lekkich drzewach omgła lśni zielono złota.
Lud roboczy po pracy wraca gwarną zgrają,
I pod zmierzchem chodaki miarowo stukają,
Rzekłbyś, ścierają słodkie Weroniki ręce
Twarde czoła w spylenia i potu udręce...
Oto tydzień się kończy, i wraz się rozdzwania,
Rad wieszczący jutrzejsze święto Zmartwychwstania,
Chór dzwonów, — rozbujany z starych wież, gotyckich,
Jakby powrotna fala wieków katolickich,
Poruszający w ciche przebudzenia dreszcze,

Co w starych kościach wiarą dotrwało nam jeszcze.
Ale już uśmiechnięta, spowita w zawoje
Noc, noc poganka, wszczyna misterya swoje,
I złoty nów księżyca w świetlanej okiści,
Promienieje wciąż jaśniej i świetniej i czyściej...
Na rozgorzałe miasto, co ścicha tej chwili,
Rzekłbyś, że dłoń kobieca łagodnie się chyli:
Barwy i szmery gasną w tę jedną godzinę,
Czar wieczoru się kończy i wszystko jest sine.
Niezapomniana chwila, kiedy dusza tłumu
Zda się mrzeć w rytm mrącego dnia ścichłego szumu.
A serce, obrócone ku czułym przygodom,
Wędruje w mroku gwiezdnych latarni nad wodą...
Pierwsze wieczory wiosny! tchy! gorączki senne!
Ciepło rąk! warg tęsknota! spojrzenia promienne!
Zaś Amor, z różą, usty trzymaną wonnemi,
I skraj płaszcza za sobą ciągnący po ziemi,
O most nadrzeczny wsparł się pyszny i niedbały
I szukając w kołczanie bystrolotej strzały,
Z cudnych, ślepych swych oczu, które blask rozpala,
Milczący uśmiech rzuca Nocy, — co przyzwala.







PAUL FORT







FRANCIS JAMMES



ŚNIEG SPADNIE...


Śnieg spadnie za dni kilka; pomnę takie dnie
Z przeszłego roku. Takie szare dnie w żałobie
U kominka. Kiedy mnie pytano: »co tobie?«
Odpowiadałem: »Ależ nic! Zostawcie mnie!«

Rozmyślałem rok temu w tym pokoju,
Podczas kiedy na dworze padał gęsty śnieg, —
Rozmyślałem nad niczem i czas zbiegł,
A ja znów siedzę z wierną fajką moją.

Stara komoda z dębu pachnie mi jak wprzód...
Ale ja byłem głupi, bo tych wszystkich rzeczy
Nie można było zmienić. Któż zaprzeczy?
Pozą jest praca, gdy się wie, że próżny trud.

To śmieszne! Poco dane nam myśli i mowa?
Nie mówi pocałunek, uśmiech, ani wzrok,
A jednak rozumiemy je dobrze! a krok
Przyjaciela jest słodszy, niźli słodkie słowa.


Ludzie ochrzcili gwiazdy, nie myśląc, że im
Wcale nie trzeba imion. A zaś wyliczenia,
Kiedy piękne komety skroś eterów cienia
Przejść mają, — nie przeszkodzi im pójść szlakiem swym.

Albo i ze mną? Gdzież są owe dnie w żałobie
Z przeszłego roku? Ledwie że pamiętam je.
Powiedziałbym: »O, nic! zostawcie mnie!«
Gdyby mię przyszedł spytać ktoś: »co tobie?«







CHARLES GUÉRIN



WPATRUJ SIĘ CO WIECZORA...


Wpatruj się co wieczora we słońce zachodnie:
Nic nie powiększa oczu i duszy — i niema
Chwili, — jako ta chwila potężna i niema,
Kiedy dzień w piersi morza gasi swą pochodnię.

Podobny gdzieś w nadbrzeżnych skał ukrytym lochu
Gorzkiej muszli, co wiecznie szlochem fali dyszy,
Poeto, labiryncie ciemny, ukój w ciszy
Serce twe krwawe, pełne słonych łez i szlochu.

Obróć w dal widnokręgu znojna skroń i usta
Otwarte, a źrenica twa sucha niech bieży
Od zachodniego słońca tragicznej rubieży
Na wschód, kędy fioletu mgieł zawisła chusta!

I mierząc dal, waż w sercu te wysokie losy,
Których jaskrawe blaski ślepiły w zenicie,
I które wzwyż się dumnie wspinały w niebiosy,
A pochyliły w ciemny grób — jak wszelkie życie.


Ludzkość w próżnej goryczy starzeje bez wiary;
Myśl o bóstwach, co wieczne być śniły nadzieją:
Ich kadzielnice rdzawe mgłą dziś jeno wieją,
A ołtarze haftuje srebrem pająk szary.

Myśl o narodach padłych. Były wielkie. Twoja
Rasa lazurem chwały swe lilie poiła,
Lecz króle podłe dały, gdy z nich spadła zbroja,
Że w zbrukanych sztandarach brat brata zabijał.

Czerw z dojrzałych owoców toczy marmur łona;
Myśl o kochankach, których sny były tak dumne:
Kiedy na drzewie ryli wspólne swe imiona,
Znacząc pod korą wieko na swą własną trumnę.

Jękliwym dźwiękiem rogu pasterz z blizkiej wioski
Zwołuje z łąk skoszonych trzodę zabłąkaną.
Ty, wobec wielkiej słońca zachodniego troski,
Myśl o tych słońcach, które więcej nie powstaną.

I podczas gdy surowa noc w niebieskiej dali
Wbija w całun przeszłego dnia swój szereg złoty
Gwiazd, stokroć okrutniejszych od ćwieków Golgoty,
Ty, — zdala skał zgładzonych wieczną pracą fali,

Zdala swarliwych wiatrów i grzmiącego morza, —
Unieś, — idący smutnie w swoich dróg zawiłość,
Kędy cel kij pielgrzymi znaczy śród rozdroża, —
Ciszę serca, które ci nawiedziła — miłość.







GEORGES RODENBACH




KLASZTOR FLAMANDZKI.

I.

W oddali cichy klasztor. Strzeliste wieżyce,
Czerwony mur grodzący, i te sine dachy, —
Odbijające niebo zwierciadłami z blachy, —
Ponad cichych łąk kwietnych jasne okolice.

Skroś rzeźbione koronki, zazębień i wschodów
Wstępują w szarą oddal sen Bożego leństwa...
A niekiedy gałęzie zza muru ogrodów
Mają słodki, kapłański ruch błogosławieństwa...

W złotych napisach każde wrót klasztornych miano
Wokół bramic zapartych za wiatrem się słania.
Słodkie imiona, wargą szeptane wietrzaną:
Przybytek bożych kwiatów... przybytek kochania...

Nadwszystko ciche okna, co są jak ołtarze
Ukwiecone geranii różowemi pręty,
Co w pastelowych tonów łagodnym oparze
Malują sny kwiatowe na szybie zamkniętej.





DESZCZ.


Och deszcz! Och deszcz! Och przędza cichych kołowrótków
Czasu, snuta na pasma kropliste i lotne,
Co niżą na się sznurem łzy lat bezpowrotne...
Och deszcz! Och jesień słotna! Och wieczory smutków!
Och deszcz! Och deszcz! Och przędza cichych kołowrótków.

Któż wypowie ból, którym widnokrąg się broczy,
Na cmentarnych gościńcach, kędy chmury płyną
Elegijną, milczącą, żałobną drużyną,
Grzebiącą trupy gwiezdne śród mrocznych roztoczy...
Któż wypowie ból, którym widnokrąg się broczy?

W żałobie czarnych mroków i pustce ulicy
Deszcz... Skrapla się skroś nasze serdeczne wyrzuty.
Jak łez rzeczy minionych różaniec rozsnuty,
Jako łzy padające z umarłej źrenicy, —
W żałobie czarnych mroków i pustce ulicy.


Deszcz jest siecią, co dawno prześnione sny łowi,
I w swoich rozkroplonych ok tajemne sidła
Więzi tych ptaków bożych harmonijne skrzydła, —
Że mrą tęsknicą światła, co treść ich stanowi...
Deszcz jest siecią, co dawno prześnione sny łowi.

Jako przemokły sztandar na drzewcu złamanem,
Duch nasz, gdy deszcz w nim wszystkie zmarłe żale zbudzi,
Kiedy deszcz go przemoczy, przemęczy, przetrudzi, —
Jest już tylko bezbarwnym, obwisłym łachmanem,
Jako przemokły sztandar na drzewcu złamanem.




W MIASTECZKU...


W miasteczku, pod blaskiem porankowych zórz,
Które patrzą rzewną, siostrzaną źrenicą,
Bije smętny dzwon, bije swą tęsknicą,
Skroś echowe fale rozśpiewanych głusz...
Bije smętny dzwon i muzyka blada,
Jako rwany wiatrem rośnych tonów pęk
Pruszy się na zręby strzelnych wież i wnęk,
Z kościelnej wieżycy girlandami spada...
Muzyka, co spada jak po kwiecie kwiat:
Z ogromnie daleka, z niegdyś, z pozaświecia,
Rojem tak bladego, liliowego kwiecia,
Jakby je zwiewała z martwej skroni lat.







MAURICE MAETERLINCK







EMILE VERHAEREN



WYCHODŹCY.


Z burym kotem, z wiernym psem,
Z chęcią życia Bóg wie czem,
Idą w mroku, brnąc po grudzie,
Nasi ludzie:
Wiekuistych dróg tułacze,
Dżdżów pijaki, mgieł palacze.

Nic nie mają nasi ludzie:
Nic a nic —
Prócz gościńca w mroków chmurze.

Każdy niesie na kosturze
W swojej chustce w wielkie kraty,
Mieniąc ramię po kolei,
Każdy niesie
Zabrukane, stare szmaty
Nadziei.

Idą ludzie, nasi ludzie,
W głuchym trudzie, brnąc po grudzie,
W nieskończoność mrocznych dróg.


Karczma stoi w suchym lesie,
W głuchej ciszy:
Stara karczma nieznanego.
Gruzów ciszy sowy strzegą,
Zgrają szczury w niej biegają,
Szczury, myszy.

Stara karczma w zbiegu dróg
Ma stoczone czerwiem ściany,
Strzechę burą nakształt strupa,
Trzęsie w wietrze szyld blaszany
Z piszczelami kościotrupa.

Nasi ludzie, ludzie trwóg:
Kładą krzyż na klęskę swą
I drżą.
Nasi ludzie mają w duszy
Dwa bezżarne żużle czarne,
Żużle czarne dwa — na krzyż!

W nieskończoność zmierzchniej głuszy
Polatuje głos podzwonny
Przez bezdroża zapomniane
Leśnych cisz:
To madonny tak wołają
Z kaplic licznych okolicznych:
Jako ptaki w mgle zbłąkane
Madonny!


Nasi ludzie — ludzie trwóg:
Drżą, że dziewki ich nie mają
Świec gromnicznych,
Że kadzidło nie ma woni,
Że w odludnej chyba niszy
Nad barwioną z gipsu głową
Kilka jeno róż się kłoni
W sennej ciszy.

Boją się, gdy legnie cień
Na ich pól stwardniałej grudzie, —
Boją się miesięcznych lśnień
Nad drętwotą swoich wód —
Trupa ptaka u swych wrót:
Nawet ludzi już się boją
Nasi ludzie.

Nasi ludzie są niezdolni,
Niedołężni i bezwolni,
Choć zaciekli są w uporze
Nędzą swoją!
Nasi ludzie to biedaki,
Jeśli liczą jeszcze kiedy,
To plon chyba własnej biedy:
Na groszaki.

Przez różańce długich lat
Naszych ludzi płonne zboże
Śnieć toczyła, sporysz jadł!


Ich lemiesze z spiekłych ról
Odrzucały grudy skał,
Głazów zwał,
Szczęki się zatarły w gniew:
Wgryźć się w ziemię ornych pól
Aż do serca! aż do trzew!

Z burym kotem, z wiernym psem,
Z klatką, w której drzemie ptak,
Z mocą życia chyba w tem,
By bunt gnieść, a ból swój nieść,
Opuszczają pól swych szlak
Nasi ludzie, ludzie trwóg,
W głuchym trudzie, brnąc po grudzie
W nieskończoność zmrocznych dróg.

Za spódnicą swych macierzy
Dzieci drobnych stadko bieży:
Drżące stadko i beczące
W mroku chmury.
Starców wzrok znużony w mgle
Żegna jeszcze własny kąt
Strupieszałej, szarej ziemi,
Kędy kąsa wiatr, jak trąd,
Gdzie, jak mróz -— zaraza żre!
A za niemi
Idą ludzie z nad wybrzeży
O ramionach wyschłych w sznury...


Umęczony orszak kroczy
W mroku chmury,
Bez pragnienia, bez wspomnienia,
Bez zawiści dawnych szczęść,
Nawet już i bez twej woli,
By pięć palców ścisnąć w pięść
Przeciw doli —
Przeciw śmierci.

Nasi ludzie, ludzie pól
W nieskończoność niosą ból.

Wózki liche i powózki
Już od świtu tłuką bruk
Kamienistych polnych dróg.
Jedne stare jak szkielety
Pobrzękują w amulety,
Co z hołobli im zwieszono, —
Inne skrzypią w mroki senne,
Jak żórawie gdzieś studzienne, —
Inne jak okrętu łono,
Który w burzy stzaskał[3] ster, —
A dwa koła gdzie od lat
Wyrzeźbiono zodyak sfer,
Zdają się po drożnej grudzie
Wieść w płóciennej swojej budzie
Cały świat!


Szkapy stare, nędzne chude
Ledwie wloką się przez grudę
Że woźnica wraz idący
Niby wiatrak szalejący
Ciska w przestrzeń raz po raz
Gdzieś podjęty drogą z roli
Senny głaz —
Czarnym krukom, — ptakom doli
Mijającej.

Nasi ludzie, ludzie pól
Już pokornie niosą ból.

Trzody nędzne społem z nimi
Po gościńców twardej ziemi
Idą w świat.
Głody gnają je z zagrody,
Klęsk i nędzy wieczny bat:
Owce, których umęczenie
Potyka się o kamienie,
Co krok nowy, —
Woły rykiem witające
Rychły zgon, —
Opuchnięte, ciężkie krowy,
Wymionami zwisające, —
I ciągnący z obu stron
Mułów rząd, co niesie w mrokach
Śmierci krzyż na wpadłych bokach.


Trzody idą, idą ludzie
Przez gościńce w głuchym trudzie,
Drogą mroku, i bezmocy
Drogą, co okrąża świat.

Z jakich, powiedz, dalekości,
Morza losów, morza lat?
Ze spoczynkiem jeno prawie
Na cmentarnych wzgórz murawie,
Co im ściele swą zieloność, —
Idąc, wstając, upadając,
Brnąc w bezdrożach głuchej nocy,
Jesień, lata, zimy, wiosny, —
Tłum tułaczy, tłum żałosny,
Dąży skroś, — z nieskończoności
W nieskończoność. —

A w oddali już majaczy
Z pod ciężarnej nieb opony
Czoło niby szczyt Taboru,
Czarne ssawki, dech czerwony, —
Cały mroczny kształt potworu,
Który ciągnie wieczny połów
Polnych ludzi.

Miasto, co przygasa w dzień,
W proch i ołów,
A rozżarza się i pali

W płomieniste skry ogniowe,
Gdy je budzi
Nocny cień.

Miasto murów i marmurów, z drzewa, cegły, złota, stali, —
— Polipowe.







CHARLES VAN LERBERGHE



PIEŚŃ EWY.

NAJPIERWSZE SŁOWA.

Oto jest pierwszy ranek świata.
Jako kwiat roztulony wśród nocy błękitnej,
W młodzieńczym wietrze, co nad falą lata,
Wykwita ogród błękitny.

Wszystko w nim jeszcze łączy się i miesza:
Dreszcz liści, ptasi śpiew, lot piór, —
Szmer źródeł, głosy wód, głosy powietrza, —
Wszystkie podźwięki, które wkoło dyszą
W ogromny chór,
A które przecie są — ciszą.

Ozwarłszy słodkie oczy jutrzennemu ranu
Młoda i boska Ewa
Obudziła się w Panu,

A jako sen cudowny świat u nóg jej śpiewa.

I wyrzekł Pan: »Idź, dziecię
W drogę nieznaną

I każdej rzeczy stworzonej na świecie
Daj miano«.

I poszła biała Ewa posłuszna przed Panem
W zarośla róż,
Darząc wszelką rzecz wkoło dźwiękiem, słowem, mianem, —
Szeptem warg rozchylonych jako kwietny kruż:

»To, co pierzcha, to, co tchnie, to, co leci...«

A zasię mija dzień i jak w porannej zorzy,
Tak teraz w zmierzchu znów,
Eden zapada zwolna w głębokiej ciszy Bożej
W błękitność snów.

Ścichł wszelki szmer, i wszystko wokół słucha,
Gdy z pierwszą gwiazdą — Ewa,
Wznosząc oczy do sennych obłoków łańcucha, —
Śpiewa.

Ciche, półsenne, modlitewne,
Pełne ekstazy,
W ciszy i woni śpiewne
Powtarza drżące wyrazy,
Które stworzyła dziś na Boży zew:

— »To, co pierzcha, to, co tchnie, to, co leci«. —


I łączy je przed Panem
W powietrzu zasłuchanem
W najpierwszy śpiew.




DESZCZ LETNI.


Siostra moja, letnia zlewa,
Żyzna, ciepła, zlewa cicha,
Słodko płynie, słodko śpiewa
Z srebrzystego nieb kielicha.

Wszystkie białych pereł sznury
Rozesnuła z siwej chmury:
Tańczcie, pliszki!
Piejcie, kosy!
Uderzajcie w hymn stugłosy!
Piejcie, gniazda! tańczcie, kwiaty!
Chwalcie niebios dar skrzydlaty!

Na mych warg stulony pąk
Kładnie usta z malin rośnych,
Uśmiechniętych i bezgłośnych, —
I tysiącem drobnych rąk
Dotyka mię zewsząd w krąg.


Na kobiercach dzwonnych ziół
Od poranku do poranku
Sznur się pereł snuł i snuł,
Jak szemrząca w mgle kaskada
Bez wytchnienia, bez ustanku,
Zlewa pada... pada... pada...

Wreszcie słońce z chmur wyziera
Na niebiosy
I ociera
Przesianymi między drzewy
Złocistymi blasków włosy
Rośne stopy letniej zlewy.







GRÉGOIRE LE ROY



PRZĄDKA PRZESZŁOŚCI.


Stara przędzie i przęślica lnu
Stare, stare jej powiada wieści,
Stara mruży oczy jak do snu,
Śniąc, że w rękach stare cacko pieści.

Len jest płowy, zasię skroń jej siwa,
Stara wolno przędzie długą nić,
Pochylona, aby lepiej śnić, —
Nad kłamliwą, gwarną baśń przędziwa.

Dłoń jej kręci kółkiem staroświeckiem,
Druga snuje rozmiędlony len.
Kręgiem, kręgiem płynie stary sen:
Starej zda się, że jest jeszcze dzieckiem...

W płowej przędzy, którą snuje z rąk,
Widzi własny płowy splot warkoczy...
Kręgiem, kręgiem stary sen się toczy:
Stara tańczy korowodny krąg.


Kądziel krąży, gwarząc bez ustanku,
Bez ustanku płynie przędza lnów...
Stara marzy o dawnym kochanku,
I miłosnych słucha jego słów...

Cichnie gwarny kołowrotka ciąg,
I bezradnie zwisły dłonie prządki:
Bowiem wszystkie żywota pamiątki
Społem z nicią wysnuły się z rąk.




WIECZÓR.


Dusza moja jest równią senną pod bezmiarem:
W pośrodku wieś, — z jasnemi słonecznemi strzechy,
Pod latorośli winnych rozkwieconym czarem;
Sto chat, kędy mieszkają nadzieje, pociechy.

Ale wieczór zapada. Zgęszczają się mroki,
Księżyc — gwiaździca śmierci — przepływa obłoki
I na uśpione równie, na pola i chaty
Rozlewa srebrną jasność łagodnej poświaty.

Utrudzone nadzieje i pociechy próżne
Zasypiają w chat ciszy, gdzie głos żaden nie łka
I jedyną wśród nocy żywota jałmużnę,
Zapala miłość swoje łuczywne światełka.

A tedy zabłąkany na drodze wędrowiec
Patrzy na wieś swą, której we mgle nie poznaje:
Jego wieś, — a wyminie ją może o staję
Patrzący błędnem okiem na obcy manowiec.


Me serce jest wędrowcem tym z innego wieka:
Oto już noc zapadła, i umierać trzeba,
A ono patrzy, — jako w sinej dali nieba
Gasną łuczywa w chatach, kolejno, — zdaleka.







HENRY BATAILLE



WIECZORY.


Bywają zmierzchy wielkie, gdy po dziennych gwarach
Miasta mrą... gdy gołębie posną w gołębniku...
Mrą cicho, wolno, w sennie bijących zegarach
I jaskółek niebieskich na dzwonnicy krzyku...
A wtedy się nad niemi światła zapalają:
Czuwalne dobre światła, jako siostry wierne.
I latarnie wędrują w mgłę staja za stają,
I szara droga płynie przez pola niezmierne;
Kwiaty się po ogrodach zatuliły drżące,
By słyszeć, jak w ten wieczór stare miasto kona,
Bo wiedzą, — że w niem oczy otwarły na słońce.
A potem światła gasną i śród nocy łona
Stare mury oddają Bogu wierne duchy
Cicho, łagodnie, jako poczciwe staruchy...







MAX ELSKAMP



DLA UCHA.


Wciąż bliżej, bliżej gna tęsknota
Ku morzu, które jest ze złota...
Aż poza domy, poza sady,
Poza ostatnich drzew gromady,
Gdzie zwę chrzestnemi imionami
Najsłodsze barki mej przystani, —
Które na rzek miłosnym brzegu
W chór stoją w cichym swym szeregu.
Tedyż świątecznie w cichość ranną
Pozdrawiam ciebie, Maryo Anno,
Co zdasz się wieźć niewinne dzieci,
Tak biel twych żagli w słońcu świeci!
Radość, jak kolęd śpiew niedzielą,
Że ciebie widzę znów, Anielo,
Z maszty, gdzie nie lśnią lin girlandy,
Chociaż powracasz z mórz Islandyi!
Lecz oto tak, jak Gabryjela,
Skrzydła swych żagli wzwyż wybielaj,
I nie rozpaczaj, Magdaleno,

Że twe niewody z prądem żeną!
Boć wszystkie zmazy łaska zetrze,
Nawet całunki w morskim wietrze, —
By tak w radości, jak w pieszczocie,
Wszystkie się fale zbiegły w locie
Na wielki chór, gdzie się zestraja
Wysokie morze w pieśni Maja.




JASNA NIEDZIELA.


Dzisiaj, przy jasnej niedzieli,
Pogoda wkoło i słońce...
I sady ptactwem grające,
Dzisiaj, przy jasnej niedzieli. —

I dziewcząt gromadki w bieli,
I miasta w oddali szarej...
Flandrya skroś drzewne konary
Z lazurem morskiej topieli.

Święcą to wszyscy anieli:
Michał z jaskółek chorały,
I Gabryel w skrzydłach swych cały!
— Wszyscy niebiescy anieli.

Zaś w dole, pod błękitami,
Dziś jeno szczęśliwi sami
Śmieją się w słońcu... parami...
Do życia pod błękitami.


Dzisiaj, przy jasnej niedzieli,
— Młynarze w młynach posnęli —
Dzisiaj, przy jasnej niedzieli,
Kończę mą piosnkę — Bóg z wami.







OD TŁÓMACZA




W przewidywaniu zarzutów, z którymi spotkać się mogą te dwie serye »Liryki francuskiej"«, dodaję tu parę słów wyjaśnienia:
Nie miałam bynajmniej zamiaru dać w tej antologii całokształtu poezyi francuskiej obecnej doby. Wybór z licznych autorów czyniłam dowolnie, kierując się raczej upodobaniem swojem w chwili przekładu i myślą o zestrojeniu całości. Dlatego też nie zawsze wybór lub ilość miejsca, poświęconego danemu poecie w stosunku do innych, odpowiadały znaczeniu jego w literaturze.
Ta wolność przekładu i układu pociągnęła za sobą pewne usterki i braki, które w dalszej pracy postaram się usunąć -— lecz miała może zarazem i swoje dobre strony, których łaskawe odszukanie samemu już czytelnikowi pozostawiam.

BRONISŁAWA OSTROWSKA.
Paryż
jesień,
1910 r.



Przypisy

  1. 1,0 1,1 Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka na końcu wersu.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka na końcu wersu.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – strzaskał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bronisława Ostrowska.