Strona:Liryka francuska. Seria druga.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ŚNIEG SPADNIE...


Śnieg spadnie za dni kilka; pomnę takie dnie
Z przeszłego roku. Takie szare dnie w żałobie
U kominka. Kiedy mnie pytano: »co tobie?«
Odpowiadałem: »Ależ nic! Zostawcie mnie!«

Rozmyślałem rok temu w tym pokoju,
Podczas kiedy na dworze padał gęsty śnieg, —
Rozmyślałem nad niczem i czas zbiegł,
A ja znów siedzę z wierną fajką moją.

Stara komoda z dębu pachnie mi jak wprzód...
Ale ja byłem głupi, bo tych wszystkich rzeczy
Nie można było zmienić. Któż zaprzeczy?
Pozą jest praca, gdy się wie, że próżny trud.

To śmieszne! Poco dane nam myśli i mowa?
Nie mówi pocałunek, uśmiech, ani wzrok,
A jednak rozumiemy je dobrze! a krok
Przyjaciela jest słodszy, niźli słodkie słowa.