Strona:Liryka francuska. Seria druga.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ich lemiesze z spiekłych ról
Odrzucały grudy skał,
Głazów zwał,
Szczęki się zatarły w gniew:
Wgryźć się w ziemię ornych pól
Aż do serca! aż do trzew!

Z burym kotem, z wiernym psem,
Z klatką, w której drzemie ptak,
Z mocą życia chyba w tem,
By bunt gnieść, a ból swój nieść,
Opuszczają pól swych szlak
Nasi ludzie, ludzie trwóg,
W głuchym trudzie, brnąc po grudzie
W nieskończoność zmrocznych dróg.

Za spódnicą swych macierzy
Dzieci drobnych stadko bieży:
Drżące stadko i beczące
W mroku chmury.
Starców wzrok znużony w mgle
Żegna jeszcze własny kąt
Strupieszałej, szarej ziemi,
Kędy kąsa wiatr, jak trąd,
Gdzie, jak mróz -— zaraza żre!
A za niemi
Idą ludzie z nad wybrzeży
O ramionach wyschłych w sznury...