Dusza Zaczarowana/I/Część druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część druga
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ DRUGA.


Zaczął się październik szary i ciepły. W powietrzu zmilkly wszystkie szmery. Padał deszcz zwolna, jakoś prosto, nie spiesząc się, nie siekąc. Z mokrej ziemi szedł zapach gorący, zmysłowy, niosąc woń dojrzałych owoców, w piwnicach schowanych, i winogradu w tłoczni...
Obie siostry siedziały przy otwartem oknie willi wiejskiej Rivière’ów, w Burgundji, naprzeciw siebie i szyły. Głowy spuściły nad robotą i zdawało się, że chcą w siebie uderzyć czołami krągłemi, bez zmarszczki. Czoło Sylwji wypukłe było, lecz drobniejsze, zaś silniej zarysowane było czoło Anetki, u pierwszej wyrażało ono kaprys, u drugiej upór. Koza i jałowica. Gdy podniosły głowy, zamieniały spojrzenie porozumienia. Języki spoczywały po całodziennem dzwonieniu. Rozmyślały teraz nad tem, co je gorączkowało, unosiło, rozważały dawniej wyrzeczone słowa, oraz wszystko, co wzięły od siebie i czego się nauczyły w dniach minionych. Oddały się bowiem teraz niepodzielnie i chciwie zadaniu brania od siebie i dawania sobie wzajem wszystkiego. Zamilkły wreszcie, by lepiej myśleć o owych ukrytych skarbach.
Daremnie jednak chciały wszystko widzieć i posiąść, w rezultacie pozostały dla siebie zagadką. Niewątpliwie każda istota jest dla drugiej zagadką i to stanowi właśnie urok. Ileż rzeczy w każdej, których druga nie zrozumie nigdy. Mówiły sobie (bo wiedziały o tem):
— Cóż znaczy zrozumieć? Zrozumieć, to znaczy wyjaśnić. Nie potrzeba tłumaczyć, by kochać.
A jednak to ma wielkie znaczenie, gdyż nie rozumiejąc, nie można brać wszystkiego. Przytem, jakżeż to one kochały? Nie miały tego samego sposobu kochania. Obie córki Raula Rivière odziedziczyły po ojcu bogatą naturę, ale u jednej przejawiała się ona skupieniem, zaś u drugiej w ciągłem trwała rozpraszaniu się. Nic nie jest tak różne u dwu sióstr, jak miłość. Sylwja odznaczała się swobodą w objawach czułości, była roześmiana, trzpiotowata, bezczelna, ale w gruncie bardzo rozsądna, ruchliwość nie przeszkadzała jej zachować kierunku, trzepotała skrzydełkami, ale latała jeno wokół swego gołębnika. Dziwny demon miłości, żyjący w Anetce, o którego istnieniu dowiedziała się dopiero od pół roku, został przez nią okiełznany, usiłowała go skryć, bojąc się go, bowiem instynkt mówił jej, że nie zostanie przez ludzi zrozumiana. Eros siedział w klatce, z oczyma zawiązanemi, niespokojny, chciwy i zgłodniały, kaleczył się o kraty świata i, milcząc, żarł powoli serce, w którem był zamknięty! Nieustanne ukąszenia milczkiem, nieznacznie zaczynały wstrząsać umysłem Anetki, czuła szum odrętwienia bolesnego, nie pozbawionego uczucia rozkoszy. Rozkosz tę samą odnajdywała we wrażeniach niemiłych, jak w dotknięciu szorstkiej materji, kańciastego mebla, czy chłodnego, wilgotnego muru. Żując gorzką korę gałązki, którą gryzła, zatracała chwilami świadomość własnego istnienia i czasu, a owo omdlenie trwało Bóg wie jak długo, ćwierć sekundy, czy godzinę. Budziła się zeń pospiesznie, pełna podejrzliwości i wstydu, czując niedostrzegalne spojrzenie Sylwji, która, niby to pracując, śledziła ją złośliwie z pod oka. Sylwja milczała, ni jedna, ni druga nie ruszały się z miejsca, a jednak fale płomieni jawiły się na policzkach Anetki. Sylwja, nie rozumiejąc dobrze, węszyła małym swym noskiem za owem życiem wnętrznem, śpiącem na słońcu, które nagłym rzutem cofało się i rzucało wgłąb, niby jaszczurka pod liśćmi. Uważała starszą siostrę za dziwaczkę, potrochu bezświadomą istotę, różniącą się od całego świata... Dziwiły ją w niej nietyle wybuchy namiętności, nagłe rozpłonienia i te przejścia duchowe, jakich się domyślała, ile tragiczna wprost powaga, jaką wkładała we wszystko. Tragizm? Ach, cóż za pomysł? Powaga? Cóż po niej? Rzeczy należy brać jak są. Sylwji nie wprawiały w zakłopotanie tysiączne fantazje, przelatujące jej przez głowę. Przelecą i znikną. Wszystko, co dobre i miłe, jest proste i naturalne. A to, co niedobre i niemiłe, jest również takie same. Zresztą, dobre czy niedobre, świstam na to, przejdzie i basta. Pocóż robić tyle ceregieli? Niewiadomo, naco tak zacietrzewiona Anetka daje nura w gęstwę myśli gorących, czy zimnych, w tę gmatwaninę pożądania i strachu w ową stertę namiętności i wstydliwości, nagromadzonych po wszystkich zakamarkach?... Któż ją raz odkorkuje? Mimo jednak, że była tak anormalna, przesadna i niezrozumiała, bawiła Sylwję, intrygowała ją, pociągała, i z tych właśnie powodów kochała ją bardziej jeszcze...
Długie milczenie brzemienne było w niepokojące zagadki. Sylwja wyrwała się zeń raptownie, zaczynając pleść trzy po trzy. Paplała prędziutko, cichutko, wetknąwszy nos w robotę, jakby na nią miotała klątwy. Mamrotała litanję drobnych, szaleńczych słówek, artykułowanych przeważnie na i, były to jakieś kikikiki, świegoty, wyrażające rozradowanie. Potem nagle przybierała minę poważną, jakby chciała pytać: — Kto? Ja? Ależ ja nic nie zrobiłam! — To znów gryząc nitkę, nuciła falsetem, przez nos jakąś arcygłupią romancę, gdzie była mowa o kwiatach, lub „ptaszkach pleciugach“. Nakoniec opowiedziała dykteryjkę, przerywając ją, ze złośliwą, niewinną minką grzecznego dziecka, jakiemś grubszem świństewkiem.
Anetka podskoczyła napoły rozweselona, napoły gniewna, wołając:
— Dajże spokój!
To im ulżyło. Powietrze drgnęło powiewem. Cóż zależy na słowach? Głos, podobnie jak ręce, przywraca kontakt. Wracamy do siebie. Gdzieżeśmy byli? Strzeżmy się milczenia! Czy wiesz, gdzie cię może unieść na skrzydłach w ciągu jednej sekundy? Mów do mnie. Ja będę do ciebie mówił. Trzymam cię. Trzymaj mnie mocno!...
Trzymały się mocno, zdecydowane nie puścić się, bez względu na to, coby zaszło. Okoliczności nie mogły zmienić zasadniczego faktu. — Ja jestem ja. Ty jesteś ty. Mieniamy się. Na tem koniec i basta. Niema zwrotów! — Był to dar wzajemny, milczący kontrakt, rodzaj zaślubin dusz, tem donioślejszy, że nie ciężył na nich żaden przymus zewnętrzny, ni zobowiązanie pisemne, ni sankcja religijna, czy cywilna. Różniły się, ale to nie stanowiło przeszkody. Myli się ten kto twierdzi, że najtrwalsze związki oparte są na powinowactwie, czy też kontrastach. Tak nie jest, idzie tu o akt wnętrzny, który brzmi: — Wybrałem, chcę i ślubuję. — Tylko akt taki winien być solidny, ukuty mocno, twardą, obopólną decyzją, jak to uczyniło dwoje dziewcząt o wydatnych czołach. — Mam cię i nie mam mocy ani oddać cię, ani wziąć zpowrotem. Pozatem wolno ci kochać kogo chcesz, czynić co chcesz, robić szaleństwa, dopuścić się nawet jakiejś pomniejszej zbrodni, jeśli masz ochotę (wiem, że nie uczynisz tego, ale mniejsza...!) a wszystko to nie naruszy paktu! — Niechże to wytłumaczy kto! Skrupulatna Anetka, mając odwagę dotrzeć do krańca swego rozumowania, musiałaby przyznać, że nie posiada żadnej pewności co do wartości moralnej Sylwji i jej czynów przyszłych. A Sylwja, patrząca jasno, nie byłaby włożyła ręki w ogień, przysięgając, że Anetka nie uczyni kiedyś czegoś strasznego wprost. Ale to obchodzić mogło ludzi postronnych jeno, nie zaś obie siostry. One obie były pewne i miały do siebie wzajem zaufanie absolutne. Reszta świata mogła sobie robić, co chciała. Cokolwiekby uczyniły, od chwili, gdy to nie mogło naruszyć ich wzajemnej miłości, przebaczyły sobie wzajem wszystko, z zamkniętemi oczyma.
Nie było to może zbyt moralne, ale mniejsza z tem... Znajdzie się jeszcze czas i na moralność.
Nieco pedantyczna Anetka, znająca życie z książek, co jej zresztą nie przeszkadzało odkrywać je na nowo, potem (bo życie ma zgoła inny ton, gdy się je słyszy poza sferą książki) wspomniała piękny wiersz Szylera:[1]
O synowie moi, świat pełen jest kłamstwa i zdrady, a każdy jeno siebie kocha. Wszystko, kruchem szczęściem splecione, niepewne jest. Co kaprys złączył, drugi kaprys rozłączyć może. Sama jeno przyroda szczera jest, ona jedynie na fundamentach spoczywa niewstrząśnionych. Wszystko inne, z falami chyboce się burzliwemi... Skłonność daje ci przyjaciela, interes — towarzysza. Szczęsny ten, któremu urodzenie daje brata... we dwu się bowiem wówczas opierać mogą wspólnie walkom i zdradzie tego świata...
Sylwja nie znała, oczywiście, tego wiersza i byłaby uznała, że zawiera zanadto słów mętnych, zgoła zbytecznych dla wyrażenia tak prostego uczucia. Patrzyła na Anetkę, która, przestawszy pracować, spuściła czoło, na jej silny kark, jej bujne, falą spływające włosy i pomyślała:
— Znowu marzy moja dziwaczka, znowu wlazła po uszy w swój kufer szaleństw. Ach, czegoż tam niema! Na szczęście jestem teraz przy niej! Odtąd nie otworzy go bez mego zezwolenia...
Młodsza siostra miała przesadne nieco zresztą przekonanie, że posiada więcej zdrowego sensu i doświadczenia. Powiedziała sobie:
— Zaopiekuję się nią!
Powinna była przedewszystkiem zaopiekować się sobą. Miała i ona swój kufer szaleństw. Tylko znała je wszystkie dobrze i zgóry traktowała, jak kamienicznik swych lokatorów. Dawała im mieszkanie, ale nie darmo... zapłać, a potem rób co chcesz! Póki szło o nią samą, nie miało to wielkiego znaczenia, poradzić sobie mogła tak, czy owak... Teraz jednak szło o opiekę nad drugą, więc było to uczucie nowe i arcyprzyjemne...
Anetka, która siedziała z opuszczoną głową, porzuciwszy robotę, oddawała się tym samym marzeniom. Myślała:
— Moja mała, szalona, droga siostrzyczko! Szczęściem przybyłam na czas, by tobą pokierować.
Zaczęła snuć plany, zaiste cudne plany przyszłości Sylwji, tylko, niestety, nie pytała jej wcale o zdanie.
Gdy już każda z nich dostatecznie obmyśliła szczęście drugiej (rozumie się i swoje też w dodatku), zawołała Sylwja:
— Ach! Złamałam igłę. Już nic nie widać!
Porzuciły robotę i wyszły razem, by sobie rozprostować nogi. Szły wśród deszczu, okryte jednym płaszczem, i dotarły aż do końca ogrodu pod zapłakane drzewa tracące swe włosy. Zjadły kilka winnych gron, tem smaczniejszych, że były mokre, a przez cały czas rozmawiały ustawicznie. Nagle umilkły, nadsłuchując i wdychając wiatr jesienny, woń dojrzałych owoców (chciałoby się to zjeść), zwiędłych liści, mdłe światło październikowe, gasnące już o czwartej, milczenie zaśnionych pól, ziemię pijącą deszcz, noc...
Potem wróciły, trzymając się za ręce, jak wraca na spoczynek przyroda, w której tętni trwożna, a płomienna nadzieja wiosny, zagadka przyszłości...



Zbliżenie owo, jakie miało miejsce w mglistym, jakby pajęczyną osnutym październiku, stało się im tak niezbędnem, że zadały sobie pytanie, jak mogły się bezeń obejść do tej pory.
Tymczasem obchodziły się dawniej i w przyszłości miały również się obchodzić. Życie nie zamyka się, począwszy od lat dwudziestu w związku, chociażby najczulszym, zwłaszcza, gdy idzie o życie dwu istot tak lotnych. Muszą mknąć w przestwór powietrza. Choćby siła ich serc była największą, instynkt latania przeważyć musi. Gdy Anetka i Sylwja mówiły sobie z czułością:
— Jakżeśmy mogły żyć tak długo bez siebie? — wówczas nie przyznawały się, że:
— Prędzej, czy później, trzeba będzie (jakaż szkoda!) żyć zdala od siebie.
Wszakże jedna nie może żyć za drugą na jej miejscu, i ta druga nie chciałaby tego nawet. Głęboką była zaiste ich wzajemna potrzeba miłości, atoli miały obie potrzebę silniejszą, sięgającą dalej, aż do źródeł własnej ich istoty, obie młode Rivière odczuwały potrzebę niezawisłości. Mając tyle cech odmiennych, posiadały właśnie (a to nie było zgoła pomyślne) ten rys wspólny, że każda była sobą. Wiedziały to dobrze, był to nawet jeden z powodów, dlaczego, nie mówiąc o tem, tem więcej się kochały, mianowicie: rozpoznały się w nim. Cóż tedy znaczyły projekty stopienia swych żyć w jedno? Gdy snuły marzenie chronienia się wzajem w życiu, wiedziała dobrze każda, że druga nie zgodzi się na to, podobnie jak nie zgodziłaby się pierwsza. Było to marzenie serc, z którem igrały. Starały się, by gra owa trwała jak można najdłużej.
Ale długo trwać ona nie mogła.
Niczem by to jeszcze było usamowolnić się wzajem. Owe dwie republiki, zazdrosne o swobody swoje, wyposażone były, bezwiednie, jak wszystkie republiki, w instynkty despotyczne. Każda chciała prawa swoje, uznane przez nią za dobre, wprowadzić do drugiej. Anetka, posiadająca krytycyzm, potępiała siebie po niewczasie, ile razy wdarła się na terytorjum siostry, ale czyniła to dalej. Miała charakter silny, namiętny, skłonny, wbrew jej woli, do panowania. Natura ta mogła zataić się przez czas jakiś pod przysłoną wielkiej miłości, ale wracała do swych praw. Trzeba przyznać, że ile razy Anetka czyniła wysiłki, by przystosować się do woli Sylwji, Sylwja wcale jej nie ulatwiała zadania. Postępowała po swej myśli, a w głowie jej w ciągu doby jawiło się więcej niż dwa tuziny myśli i aktów woli, niezawsze poza tem zgodnych z sobą. Metodyczna, systematyczna Anetka śmiała się zrazu z tych szalonych kaprysów, potem zaś niecierpliwiła. Nazywała siostrę: „Różą wiatrów“, lub „Chcę, ale czego ja to chcę?“. Wzamian Sylwja zwała ją: „Burzą“, „Panią żandarmką“, lub też, oburzona jej punktualnością, „Południem o dwunastej“.
Mimo że się kochały, trudnoby im było dostosować się do jednego sposobu życia. Nie miały jednych upodobań i nawyknień. Kochając siostrę, mogła Anetka słuchać pobłażliwie drobnych świństewek i facecyjek Sylwji, która je gromadziła, mając wprawne do tego oko i ucho, ale nie umiejąc się jak należy wysłowić. Sylwja mogła udawać, pokrywając straszne ziewanie, że interesuje się okropnościami, zawartemi w książkach Anetki, usiłującej przyzwyczaić ją do czytania i dzielenia się z nią ową rozkoszą...
Mogła czasem wykrzykiwać:
— Ach, jakże to piękne, droga moja! — gdy szło o szczytne myśli na temat życia, śmierci, czy społeczeństwa.
(Boże! Turlututu! Ileż ci pisarze marnują czasu! myślała).
Cóż o tem sądzisz, Sylwjo? — pytała Anetka.
( — Gwiżdżę na to! myślała).
— Myślę to samo co ty, najdroższa! — odpowiadała.
Nie przeszkadzało to wcale adorować się wzajem, ale mimo wszystko krępowało trochę w rozmowie.
Czemże zresztą zapełnić samotne dni w ponurym domu, na skraju lasu, w otoku pól pustych, nakrytych brzemiennym chmurami nieboskłonem jesiennym, stapiającym się we mgle równią nieskończoną? Daremnie mówiła Sylwja i wierzyła, że zachwyca się wsią, rychło wyczerpała wszystkie jej uciechy i popadła w stan nudy, zatraciła się w tem otoczeniu i nie wiedziała, co czynić. Natura! Przyroda! Powiedzmy prawdę... natura ta doprowadzała ją do pasji... do zielonej pasji! Znieść nie mogła tego co dawała wieś: wiatru, deszczu i błota, (błoto paryskie złotem jej się w porównaniu wydało), myszy biegających poza starem obiciem, pająków, wracających z pola na zimowe leże w pokojach, a nadewszystko owych ohydnych, trąbiących komarów, żywiących się z upodobaniem stopami jej i rękami. Nieraz zbierało jej się na płacz z irytacji i nudy. Anetka przeciwnie rozkoszowała się świeżem powietrzem, samotnością, urozmaiconą pobytem ukochanej siostry, niedostępna nudzie, śmiała się z ukąszeń i usiłowała zachęcić Sylwję do długich wędrówek po błocie, nie bacząc jej miny zniechęconej i kwaśnej. Upajała się tchnieniem wiatru i sieczeniem deszczu i, zapominając nawet o siostrze, sadziła wielkiemi krokami przez rozmiękłe zagony i gęste lasy, a z gałęzi potrąconych spadały na nią strumienie wody. Często przypominała sobie po długim dopiero czasie o biednej, opuszczonej, a Sylwja, zadąsana przed lustrem, w którem oglądała swą napuchłą od żądeł komarzych buzię, zadawała sobie pytanie:
— Ach, kiedyż wrócimy?
Z pośród tysiąca i jednej idei młodszej panny Rivière, jedna okazała się nakoniec dobrą, a pobyt na wsi nietylko jej nie zmienił, ale przeciwnie nadał jej, niejako, lepszą i świetniejszą płeć. Sylwja lubiła swój zawód, lubiła naprawdę. Wywodząc się z mocnej rasy robotniczej Paryża, łaknęła pracy, igły swej i naparstka, celem zajęcia palców i myśli. Miała wrodzone upodobanie do szycia. Doznawała fizycznej wprost rozkoszy, obracając w rękach godzinami jakąś materję, tkaninę lekką, muślin czy jedwab, plisując, mnąc, prostując, czy motając wstążki w dziwne fantazje. Przytem, chociaż główka-makówka Sylwji, Bogu dzięki, nie zdolną była ogarnąć idei, mieszkających w wielkim mózgu Anetki, wiedziała ona dobrze, że tutaj, w królestwie szmatek może się poszczycić tylu idejami, tylu pomysłami, iż mogłaby je sprzedawać na funty innym ludziom. Niesposób tedy, by zrezygnować z nich miała. Zazwyczaj sądzimy, że największą przyjemnością dla kobiety jest nosić piękne suknie. Kobieta naprawdę zdolna doznaje stokroć jeszcze większej przyjemności, mogąc je... robić. Raz zakosztowawszy tej rozkoszy, trudno się bez niej obejść. W środowisku wygodnego lenistwa, gdzie ją zamknęła siostra, podczas gdy piękne ręce Anetki biegały po klawiszach pianina, Sylwja tęskniła za zgrzytem wielkich nożyc i łoskotem maszyny do szycia. Oddałaby wszystkie kosztowne dzieła sztuki za poczciwego manekina bez głowy, którego można ubierać wedle własnej fantazji, obracać na wszystkie strony, przed którym można siadać w kucki, maltretować do woli, z którym wreszcie, gdy wyjdzie przodowniczka pracowni, można zatańczyć wokoło sali, przewracając stołki. Kilka luźnych słów dały poznać zniecierpliwionej Anetce tok myśli siostry, tak, że, patrząc w rozbłysłe oczy Sylwji, dorozumiała się, iż czeka ją niebawem znowu historja krawiecka.
Gdy tylko wróciły do Paryża, Sylwja oświadczyła, że wraca do siebie i bierze się do pracy systematycznej. Anetka westchnęła, ale nie okazała ździwienia. Sylwję, spodziewającą się opozycji, wzruszyło bardziej owo westchnienie od słów. Przybiegła do siedzącej siostry, klękając objęła ją wpół i nadstawiła do pocałunku usta.
— Anetko, nie miej mi za złe! — prosiła.
— Droga moja, — odparła Anetka — wiesz dobrze, że szczęście twe jest mojem!
Ale przykro jej było, a Sylwji także.
— To nie moja wina! — powiedziała. — Wiesz, jak cię kocham.
— Tak, pewna jestem!
Uśmiechnęła się, ale raz jeszcze westchnęła ciężko. Sylwja, klęcząc dalej, ujęła jej twarz w dłonie i, zbliżając swoją, rzekła:
— Zabraniam ci wzdychać... szkaradnico jedna! Jeśli tak będziesz wzdychała, nie zdołam iść precz. Nie jestem katem.
— Nie, nie jesteś nim, drogie dziecko. Źle postępuję, prawda... ale nie w chęci przygany, żal mi tylko, że się rozłączymy...
— Rozłączymy się?... Nigdy! Cóż to za gadanie? Będziemy się widywały codziennie. Ty przyjdziesz, ja przyjdę. Mój pokój zostanie moim nadal. Wszakże nie ośmieliłabyś się odebrać mi go? O, spróbuj tylko... nie dam! Gdy się zmęczę, przyjdę poleniuchować sobie. Czasem, jakiegoś wieczora, kiedy się mnie nie będziesz spodziewać, o niezwykłej godzinie, przybiegnę, wszakże mam klucz, wpadnę i przyłapię cię... Biada ci, jeśli będziesz robiła głupstwa... Zobaczysz, zobaczysz, pokochamy się jeszcze bardziej, tak będzie stokroć jeszcze lepiej... Rozłączyć się? Czy sądzisz, żebym się zgodziła, że mogłabym się obejść bez mej ślicznotki?
— Przychlebnico! Szelmeczko! — odparła, śmiejąc się Anetka. — Jak ty umiesz tumanić... Przeklęta kłamczyni!
— Anetko, nie klnij! Cóż to znowu!
— No więc, poprostu kłamczyni. Czy wolno tak?
— Ujdzie, ujdzie! — zgodziła się wspaniałomyślnie Sylwja.
Rzuciła się siostrze na szyję, ściskając ją do uduszenia.
— Kłamczyni pożre cię teraz! Zemści się!
Chytra dziewczyna miała jednak inny jeszcze sposób przebłagania Anetki. Poprosiła, by jej pomogła do założenia własnej pracowni. Ta młódka dwudziestoletnia chciała być panią na własnych śmieciach, nie słuchać komendy, ale dowodzić, rozkazywać, bodaj manekinowi. Anetka zachwycona była, że może dać jej pieniądze. Zaczęły wspólnie rzecz obmyślać, dyskutowały zaciekle na temat urządzenia, biegały po całych dniach za lokalem, potem za meblami, potem pilnowały sprowadzania ich, następnie załatwiały sprawę z władzami, a wieczorami układały listę klientek, roiły przeróżne projekty, czyniły mnóstwo potrzebnych kroków i wkońcu Anetka popadła w złudzenie, że razem z Sylwją zakłada wspólną pracownię. Zapomniała pod wpływem tej złudy o tem, że się rozłączą rychło.



Klientki bardzo prędko zaczęły jawić się u Sylwji. Anetka składała liczne wizyty, demonstrując wytworne tualety, będące dziełem młodej mistrzyni, i wychwalała ją pod niebiosy. Udało jej się też zwerbować dużo kobiet ze swych sfer na odbiorczynie. Sylwja ze swej strony eksploatowała bez skrupułów adresy klientek dawnej swej chlebodawczyni. Była jednak rozsądną i nie powiększała zbyt pospiesznie zakresu swej działalności. Powoli. Życie jest dość długie. Mamy czas... Lubiła pracę, ale nie popadała w manję, jak dużo mrówek ludzkich, zwłaszcza rodzaju żeńskiego, które zabijają się wysiłkiem. Umiała znaleźć czas na przyjemność. Praca to jedna przyjemność, ale nie jedyna. „Z wszystkiego potrochu.“ Jej dewizą było jeść niewiele, ale potrawy musiały być smaczne i urozmaicone...
Wkrótce życie jej wypełniło się tak, że niewiele zeń zostało dla Anetki. Sylwja pamiętała w każdych warunkach o należnej jej części, ale dla serca Anetki cząstka była porcją zbyt małą. Nie umiała oddawać się przez połowę, w jednej trzeciej, czy czwartej. Teraz musiała się przekonać, że świat w uczuciach swych podobny jest do małego przekupnia detalisty, sprzedającego na funty. Długo się tego musiała uczyć, dłużej jeszcze z tem oswajać, a zaczęła dopiero pierwsze lekcje.
Cierpiała bez słowa, widząc, jak zwolna zostaje wyłączoną z życia Sylwji. Sylwja w pracowni nie była teraz nigdy sama, a niebawem przestała być również sama poza nią. Wzięła sobie ponownie kochanka. Anetka nie oponowała, miłość bowiem ku siostrze nie dopuszczała teraz urazy, żalu i surowości w jej sądzeniu, jak było dawniej. Nie chroniło jej to jednak od smutku. Sylwja kochała siostrę tak, że mimo lekkomyślności intuicyjnie odczuwała, iż ją to boli, to też wyzwalała się często z kręgu zajęć swych, poważnych, czy przyjemnych i nagle, wśród pracy, czy miłosnego sam na sam zrywała się i biegła do niej. Spadał wówczas na Anetkę huragan serdeczności, z równą odwzajemniany w takich momentach siłą. Ale burza mijała, a kiedy wichr porywał Sylwję do pracy, czy w objęcia kochanka, Anetka, wdzięczna za ów wylew miłości, za rozkoszny szczebiot, szaleńcze zwierzenia, pocałunki, śmiech, za światłość, jaką ją oblała, wzdychała jednak ciężko i czuła się bardziej jeszcze samotną i niepewną.
Nie brakło jej zajęcia, a dni Anetki wypełnione były równie obficie jak Sylwji.
Podwójne jej życie, intelektualne i światowe, zatrzymane od śmierci ojca, popłynęło dawnem korytem. Potrzeby umysłu, otamowane w roku zeszłym porywami serca, przypomniały się z większą jeszcze mocą. Chciała zapełnić pustkę, spowodowaną nieobecnością Sylwji, a także w bogatej jej naturze inteligencja dojrzała pod wpływem przeżyć zmysłowych, przeto wróciła do swych studjów, dziwując się, że ujmuje teraz wszystko jaśniej niż przedtem. Zajęła się biologją i powzięła myśl napisania książki o źródłach uczuć estetycznych i ich przejawach w przyrodzie.
Wznowiła również stosunki towarzyskie, wracając do sfer, pośród których żyła ongiś, wraz z ojcem. Sprawiło jej to zgoła nową przyjemność, polegającą głównie na zaciekawieniu. Umysł jej, sięgający teraz głębiej, odkrywał w osobach znanych rzeczy niespodziane, których nie dostrzegała przedtem. Łączyły się z tem inne jeszcze przyjemności odmiennego rodzaju, takie, do których się przyznajemy, i inne, których nie wyznamy za nic, a więc rozkosz podobania się, owe tajemne siły atrakcji (i repulsji także), budzące się w nas, jawiące się wokół, relacje magnetyczne, powstające pod osłoną złudnych słów, a łączące umysły i dusze, głuche instynkty posiadania, wypływające chwilami na równą i jednostajną powierzchnię myśli, salonu, co nikną dla oczu potem, ale drżą w głębi...
Świat i praca wypełniały niewielką jeno część dnia Anetki. Nigdy nie było gwarniej w jej duszy, jak kiedy znalazła się sama. Anetka zatapiała się w kontemplacji toni morza wnętrznego i plaży jego, pokrytej zasiewem podczas długich wieczorów i nocy, kiedy sen odrzuca jawę duszy, przepojoną marzeniem, niby cofająca się fala, która pozostawia na brzegu mirjady organizmów, wydobytych z przepastnych ciemni oceanu. Było to wielkie wiosenne ekwinokcjum.
Znała już część owych sił, poruszających się w niej, ale w chwili, gdy ich energja wzmagała się dziesięciokrotnie, umysł uświadamiał je sobie z wyrazistością niezmierną. Sprzeczny ich rytm budził w sercu upojenie i zawrót... Niepodobna było odkryć, jakie prawo kryje się w tej rozchwiei. Gwałtowny wstrząs zmysłowy, który niby burza letnia nawiedził serce Anetki, pozostawił trwałe ślady. Mimo, że znikło wspomnienie Tullia, równowaga całej jej istoty na długo była zachwiana. Spokojny tok życia i brak wszelkich zdarzeń dawały Anetce złudzenie, że nie dzieje się nic i mogła powtórzyć okrzyk niedbały stróżów nocnych podczas pogodnych nocy włoskich: — Tempo sereno! Ale noc upalna brzemienna była w nowe burze, a powietrze niepewne drżało dziwnym, niespokojnym rozgwarem. Wieczysty nieład. Dusze zmarłe i zmartwychwstające kotłowały bezustannie w tej formującej się duszy. Z jednej strony groźne dziedzictwo ojcowskie, pożądania, zazwyczaj zapomniane, wstawały nagle, wynurzając się z dna. Z drugiej strony siły przeciwne, duma moralna, umiłowanie czystości i żądza niezawisłości, której imperatyw i wywołane nim zakłopotanie odczuła już Anetka w zjednoczeniu swem z Sylwją. Z niepokojem też oczekiwała tragiczniejszych jeszcze konfliktów przyszłych z miłością. Całe to zmaganie się wnętrzne zajmowało ją bardzo i wypełniało długie dni zimowe. Dusza, niby chryzalida, osnuta kokonem przyćmionego mgłami światła, marzyła o przyszłości i słuchała marzeń własnych...
Czasem traciła nagle grunt pod nogami. Zdarzały jej się takie momenty zaniku świadomości, jak chwilami w jesieni, gdy była w Burgundji, a wówczas uczuwała pustkę i wpadała w nią. Pustkę? Nie była pustą, tylko nie wiedziała, co się tam dzieje w głębi... Coraz częstszemi stawały się teraz owe zjawiska dziwne, niedostrzegane, nie istniejące jeszcze przed dziesięciu może miesiącami, a wywołało je, zda się, głównie przejście, jakie zaszło w lecie. Anetka miała niejasne wrażenie, że owe tonie bezświadomości rozwierały się także nocą, kiedy spała... ciężkim snem hipnotycznym. Wynurzając się z nich, wracała z bardzo daleka i nie pozostawało jej żadne wspomnienie. A jednak coś szeptało, że działo się tam coś niezmiernej wagi, dotyczące całych światów, coś nienazwalne, coś z poza granic dozwolonych rozumowi i rzeczy znośnych dlań jeszcze, coś bestjalsko-nadludzkiego, coś, czego wyrazem są greckie potwory i maszkary katedralne. Jakaś magma bezkształtna czepiała się jej rąk, czuła się żywcem związaną z ową podświadomą istotą snu. Ciężył jej smutek, hańba, parne brzemię wspólnictwa z czemś, czego nie mogła żadną miarą określić. Ciało jej nawet przepojone było mdłym odorem, który nie ustępował przez dni kilka. Nosiła niejako tajemnicę, skrytą wśród ciżby przelotnych obrazów dnia, za zamkniętemi wrotami gładkiego czoła, nie myśląc o niczem prócz niej, z oczyma obojętnemi dla świata, zwróconemi do wnętrza, mając ręce jak przystoi skrzyżowane pod piersiami... śpiące jezioro...
Anetka zanosiła z sobą wszędzie ów sen nieustanny. Towarzyszył jej w zgiełku ulicznym, podczas skupienia naukowego kursów i bibljotek, wśród miłej banalności salonowej i prowadzonych tam rozmów, zawierających zawsze ziarnko flirtu i ironji. Niejednokrotnie zauważono na przyjęciach wieczorowych bezprzytomne jakby spojrzenie dziewczyny, uśmiechającej się z roztargnieniem, nie z tego, co do niej mówiono, ale do tego, co sama snuła w myśli. Chwytała czasem naoślep kilka słów, a potem oddalała się szybko, nadsłuchując śpiewu jakichś ptaków, skrytych w głębi swej własnej ptaszarni.
Koncert tej rozkrzyczanej rzeszy wnętrznych śpiewaków musiał być donośny, jeśli nawet Sylwja przyłapała ją pewnego dnia na tem słuchaniu. Droga, kochana Sylwja stała przed nią, wyplatając swe kochane głupstewka, mówiła do niej... cóż to ona mówiła? Sylwja spostrzegła, potrząsnęła nią ze śmiechem i zawołała:
— Anetko, ty śpisz!
Zaprzeczyła.
— Tak, tak widzę, śpisz stojąco, jak stary koń dorożkarski. Cóż tedy robisz w nocy?
— Bezwstydnico! A co ty robisz?
— Chcesz wiedzieć co? Doskonale, zaraz ci powiem szczegółowo. Zaręczam, że cię to nie znudzi!
— Nie, nie! — zaprotestowała, śmiejąc się, całkiem już rozbudzona.
Zatkała dłonią usta siostry, ale Sylwja wywinęła się i, biorąc jej głowę w dłonie, spojrzała w oczy i rzekła:
— Pokaż-no, co się mieści w tych pięknych oczach somnambuliczki. O czem śnisz, Anetko? Powiedz! Opowiedz wszystko!
— Cóż ci mam opowiedzieć?
— Powiedz, o czem myślałaś.
Anetka wzbraniała się, ale ustępowała zawsze wkońcu. Była to dla obu wielka przyjemność, wielki dowód przywiązania, a może i egoizmu, że sobie mówiły wszystko. Nie nużyło ich to nigdy. Anetka zaczęła tedy próbować, tłumaczyć swój sen nietyle dla Sylwji, ile raczej dla samej siebie i to jej sprawiło ulgę. Wysilała się, by być skrupulatną, a powaga, z jaką to czyniła, rozśmieszyła Sylwję. Parskała z radości, miotając wszystkie szalone myśli, naiwne, niewinne, barokowe, zuchwałe, a nawet czasem...
— Jakto? — wołała, udając oburzenie moralne. — Anetko, jakże możesz pozwalać sobie na coś podobnego?
Posiadała może równie dziwne życie wnętrzne (podobnie jak my wszyscy), ale nie domyślała się go nawet i nie ciekawiło ją ono, była bowiem osobą praktyczną, wierzącą raz na zawsze jeno w to, co widzi, czego dotyka, liczącą się jeno ze snami rozsądnemi, powszedniemi, żyjącą sprawami ziemskiemi, a odsuwała od siebie jako absurd wszystko, co mogło to życie zmącić.
Śmiała się z całego serca, słuchając siostry. Ach, któżby przypuszczał coś podobnego u tej Anetki! Z niewinną minką opowiada czasem rzeczy straszne, potem zaś przeraża się rzeczami prostemi które każdy zna! Opowiadała to Sylwji, która uznała ją za skomplikowaną, zachwycającą, niemożliwą, niepojętą i szaloną, z komiczną pewnością siebie. Ciągle ją trapiło owo upodobanie wbijania sobie gwoździ w głowę, gdy należałoby jeno zostawić wszystko jak jest. „Niech to sobie śpiewa wedle własnego dzioba!“
— To jednak śpiewa pół tuzina melodyj naraz! — odparła Anetka.
— Tem lepiej, tem jeszcze zabawniejsze! — zawołała Sylwja. — Przypomina obchód Lwa Belforckiego.
— Okropność! — zawołała Anetka, zatykając sobie uszy.
— Ja przepadam za tem. Trzy, lub cztery strzelnice, trąbki tramwajowe, organy parowe, dzwony, gwizdki, wszyscy krzyczą naraz, nie można się usłyszeć wzajem, krzyczę tedy głośniej od innych, chrapię, śmieję się, przewracam kozły, a serce skacze mi z radości.
— Mała plebejka!
— Wielka arystokracicha! To ty sama (wszak powiedziałaś) jesteś taką właśnie! Jeśli ci się to nie podoba, uczyń, co ja czynię. U mnie wszystko jest w porządku. Każda rzecz na swojem miejscu, każdy garnek na swoim kołku.
Mówiła szczerą prawdę. Bez względu na to, jakiby tumult wrzał na placu Denfert, czy w jej małym móżdżku, umiała się wyznać w jednym i drugim. Zaprowadziłaby natychmiast ład w beznadziejnym chaosie. Umiała godzić wszystkie potrzeby swego ciała, serca, życia codziennego i niecodziennego. Każdemu co mu się należy! Anetka mówiła:
— Jesteś komoda z szufladami! (Pokazała jej sławetny mebel w stylu Ludwika XV z listami ojca).
— Tak! przyznała Sylwja przekornie. — On do mnie podobny...

(Nie myślała o meblu).

...W gruncie rzeczy, ja jestem prawdziwą jego córką.
Chciała Anetkę przywieść do pasji, ale Anetka nie reagowała już na to. Przestała być zazdrosną o dziedzictwo po ojcu. Chętnie zrzekłaby się. nawet swego w niem udziału. Była to w pewnych dniach rzecz mocno kłopotliwa.



Nie wiedziała czemu, ale w tym ostatnim roku utraciła pewność logicznego umysłu swego i silnych dawniej nóg, mocno tkwiących w świecie realnym, nie miała też pojęcia w jaki sposób odzyskać równowagę. Dużoby dała, by móc obuć małe trzewiki Sylwji, która bez wahania stąpała pewnym krokiem, tupiąc po ziemi obcasami. Czuła, że nie jest jak należy związana z życiem codziennem, z życiem ogółu i to ciągle, bez przerwy. W przeciwieństwie do siostry, zanadto pokochała życie wnętrzne, a zobojętniało jej to, które słońce oświeca. Takiby też pewnie stan trwał ciągle, gdyby nie wpadła w pułapkę seksualną, w którą chwytają się dużo prędzej i dużo niezręczniej marzyciele, niż inni ludzie. Nadchodziła godzina zdradziecka, a siatka sposobiła się już.
Nie wiedząc narazie o niczem, krążyła wokoło, oczywiście, nie myśląc o tem, w przeciwnym bowiem razie byłaby się rzuciła wstecz. Każdy krok jednak zbliżał ją do zasadzki.
Musiała przyznać jedno. Przez całe lata poprzednie zachowywała wobec mężczyzn spokój i pewność siebie, traktowała ich jak towarzyszy, niewątpliwie wkładając w ten stosunek pewną dozę kokieterji i wabliwości, ale pozostawała obojętną, niczego od nich nie żądając i nie bojąc się niczego z ich strony. Poprzestawała na obserwacji i wyczekiwaniu. Od czasu przygody z Tulliem zatraciła swój zuchwały spokój.
Wiedziała teraz, że bez mężczyzny obejść się nie zdoła i przypomniała sobie ów jawiący się na ustach ojca uśmiech, gdy słuchał dziecinnych jej wywodów na temat małżeństwa. Namiętność zostawiła w jej ciele zatrutą strzałę osiego żądła. Czysta, a płonąca, naiwna, a świadoma, znała teraz swe pożądanie i chociaż je zatajała w głębi swych myśli, zaznaczały one swą obecność przez nieład, jaki nieciły w całokształcie jej idei. Zdezorganizowaną została aktywność umysłu, a zdolność refleksji doznała jakby otamowania. Nie mogła czytać, ni pisać, z nieproporcjonalnym jeno do sprawy wysiłkiem, zdolną była czasem skupić uwagę na jeden przedmiot, potem jednak czuła wyczerpanie i niechęć. Mimo wysiłków, węzeł uwagi rozsnuwał się ustawicznie, a wszystko, o czem myślała, osnuwały mgły. Cel jasny, zbyt może jasny nawet, postawiony w pełnem świetle i ustalony w świadomości przysłaniały chmury. Urywała się ciągle droga doń wiodąca i coś ją przecinało co krok. Zniechęcona Anetka myślała:
— Nie dotrę tam nigdy.
Dawniej przyznawała kobiecie dumnie wszystkie intelektualne zdolności mężczyzny, teraz mówiła sobie z uczuciem upokorzenia:
— Myliłam się.
Pod wrażeniem znużenia, jakie ją ogarnęło, przyznawała teraz (słusznie, czy nie), że kobieta dotknięta jest pewnego rodzaju niemocą mózgu, pochodzącą może z wiekowego braku nawyku do myśli bezinteresownych, do owej aktywności umysłu, objektywnej i wolnej od własnego ja, jakiej domaga się wiedza, czy prawdziwa sztuka. Niemoc owa ma jednak, myślała, prawdopodobnie raczej źródło w oddziaływaniu wielkich, świętych instynktów, które natura złożyła w kobiecie jako bogaty i ciężki depozyt. Anetka odczuła, że jako taka, jest niedopełniona, niekompletna w umyśle, ciele i sercu, ale o tych dwu ostatnich rzeczach mówiła możliwie najmniej, mimo że nasuwały jej się na myśl aż nazbyt często.
Znalazła się w tym okresie życia, kiedy istnieć bez towarzysza niesposób, a to zwłaszcza kobiecie, gdyż miłość budzi ją do funkcji, nietylko kochanki, ale także matki. Nie zdaje sobie z tego sprawy, bo dwie owe aspiracje zlewają się w jedną. Anetka, nie skupiając jeszcze na nikim swych myśli, miała serce wezbrane potrzebą oddania się jakiejś istocie silniejszej i słabszej zarazem, któraby piła z jej piersi. Na tę myśl omdlewała z czułości, radaby była, by cała krew jej ciała zmieniła się w mleko, któreby dała... Pij, pij... o ukochany mój!...
Oddać wszystko! Nie! Nie mogła oddać wszystkiego. Nie było jej wolno... dać wszystko... tak, mleko, krew, ciało, miłość... Ale wszystko, całą duszę swoją, całą wolę... i to na całe życie? Nie... wiedziała, że tego nie uczyni za nic. Gdyby nawet chciała, nie mogłaby. Nie można dać tego, co nie jest naszą własnością. Dusza moja, wolna moja dusza nie jest moją! To ja właśnie, myślała, jestem własnością mojej wolnej duszy. Nie mogę nią dysponować. Ocalić swą wolność, to więcej niż prawo, to obowiązek religijny...
W tych myślach Anetki taiło się dużo nieugiętości moralnej matki, ale u niej wszystko nabierało charakteru namiętnego, zdolną była rozpłomienić krwią swoją burzliwą najbardziej abstrakcyjne ideje. Jej „dusza!“ Często używała tego „protestującego“ (to jej wyrażenie) słowa. Czyż jednak córka Raula Rivière posiadała jedną tylko duszę? Miała ich całą gromadę, a pośród niej znajdowało się kilka pięknych postaci, nie zawsze zgodnych z sobą...
Mimo wszystko, owa wnętrzna walka toczyła się w sferze nieokreślonej. Anetka nie miała dotąd sposobności wypróbowania tych sprzecznych namiętności. Opozycja ich była dotąd jeno igraszką umysłu, płomienną, podniecającą dosyć, ale bez ryzyka. Nic jej nie zmuszało do decyzji, mogła sobie pozwolić na zbytek próbowania w myśli jednego i drugiego rozwiązania.
Było to tematem przeplatanych śmiechem dyskusyj z Sylwją, problematem jednym z ważniejszych, w których się lubuje młodociane serce w okresach bezczynu, czy oczekiwania, aż do dnia, w którym rzeczywistość zadecyduje nagle, nie troszcząc się zgoła o mądre tegoż serca pomysły. Sylwja rozumiała dobrze dwoistość aspiracyj Anetki, ale ze swego punktu widzenia nie dostrzegała w nich żadnych sprzeczności. Należało poprostu czynić jak ona, kochać, kiedy przyjdzie ochota, być wolną, kiedy się spodoba...
Anetka potrząsnęła głową.
— Nie!
— Cóż to znaczy: nie?
Odmówiła wyjaśnień.
Sylwja rzekła drwiąco:
— Sądzisz, że to dobre jeno dla mnie?
Anetka zaprzeczyła żywo:
— Nie, droga moja. Wiesz dobrze, że cię kocham, jaką jesteś.
Ale Sylwja się nie myliła. Anetka wstrzymywała się, przez przywiązanie, od sądzenia (wzdychając zcicha) lekkomyślnvch miłostek Sylwji, ale odnośnie do samej siebie nie dopuszczała nawet myśli czegoś takiego. Nietylko purytanizm matki czułby się tem dotkniętym, ale sama jej natura, sama pełnia jej pożądania nie mogła się pogodzić z takiem zmienianiem miłości na drobną monetę. Mimo tajnego wołania silnej zmysłowości nie mogła w tym momencie życia przyjąć bez buntu idei miłości, w której nie uczestniczyłoby narówni wszystko, a więc cała istota, zmysły, serce, myśl, szacunek dla samej siebie, szacunek dla drugiego osobnika i religijny wzlot duszy namiętnej. Dać ciało swoje, a zachować dla siebie myśl... nie, o tem nie mogło być mowy... To zdrada! Pozostawało tedy jedno jeno rozwiązanie, małżeństwo, czyli miłość wyłączna? Czyż ziszczenie tego marzenia możliwem było dla Anetki?
Możliwe, czy nie, marzenie owo nie kosztowało nic i można było je snuć, to też nie żałowała go sobie. Dotarła do skraju lasu młodzieńczości, do pięknego momentu końcowego, w którym, rozkoszując się jeszcze chroniącym od żaru cieniem snów, widzimy długie, białe gościńce na równi słońcem oblanej. Na którym z nich zarysuje się ślad stóp naszych? Niema potrzeby naglić wyboru. Umysł przeciąga czas decyzji, uśmiecha się i wybiera wszystkie. Młoda, szczęśliwa dziewczyna, wolna od trosk materjalnych, promieniejąca miłością, niosąca w ramionach naręcz nadziei, odczuwa w sercu możliwość dwudziestu rozmaitych dróg życia, zanim spyta:
— Którążbym iść chciała?
Obejmuje wszystkie, delektując się niemi. Anetka rozkoszowała się w wyobraźni po kolei przyszłością dzieloną z tym, potem tym, a potem tym towarzyszem, porzucała owoc nadgryziony, biorąc w usta drugi, a dotykając trzeciego nie decydowała się na żaden z nich. Była w szczęśliwym zrazu wieku niepewności, który jednak poznaje niebawem, co znaczy znużenie, dławiące przygnębienie, a często nawet rozpaczliwa wątpliwość.
W ten sposób rozważała Anetka swe życie, swe życie przyszłe, zwierzając się jednej, jedynej Sylwji z wrażeń chwiejnego oczekiwania. A Sylwję bawił ów pożądliwy, niespokojny brak decyzji siostry. Nie znała go wcale, sama bowiem zawsze (chlubiła się tem, by skandalizować Anetkę) decydowała jeszcze przed wyborem. Należy, mówiła, natychmiast decydować się na kochanie, potem zaś starczy aż nadto czasu na namysł i wybór...
— W ten sposób, — zapewniała z fanfaronadą — człowiek wie przynajmniej, o co idzie.



Anetka miała wielkie powodzenie w świecie, w którym się obracała, a większość młodych ludzi składała jej holdy. Panny natomiast, nieraz piękniejsze od niej, nie rade temu były. Miały tem większą rację czuć się dotkniętemi, że Anetka niebardzo się nawet starała podobać. Roztargniona, bujająca w przestrzeni myślami, nie czyniła nic, by pobudzić zainteresowanie, lub pochlebić miłości własnej mężczyzn, którzy się o nią ubiegali. Siedząc spokojnie w kącie salonu, ściągała ich do siebie, zdając się niedostrzegać ich obecności, słuchała uśmiechnięta (nikt nie był pewny, czy słyszy), a gdy odpowiadała, z ust jej nie wychodziły miłe, banalne słówka. Mimo to przychodzili wszyscy, chcąc ją zniewolić, młodzi modnisie, świetni młodzieńcy i uczciwi chłopcy.
Zawistne dziewczęta twierdziły, że Anetka kryje się ze swemi sztuczkami, a jej obojętność jest jeno chytrym podstępem świadomej kokieterji i podnosiłly fakt, że od pewnego czasu nieco chłodna poprawność stroju Anetki ustąpiła miejsca elegancji, której ton, wybitnie fantastyczny, zręcznie podkreśla nudę brzydoty, co czeka. Złośliwe plotkarki dodawały, że mężczyźni starają się raczej o jej fortunę, niż o nią samą. Powab i pełen artyzmu wdzięk tualet Anetki, było to wyłącznie dzieło gustu i zdolności Sylwji. Niewątpliwie Anetka była dobrą partją, ale jeśli mały jej dwór zdawał sobie z tego sprawę, to mogło to wywołać jeno przejawy szacunku. Tymczasem, gdyby nawet była biedniejszą, staraliby się o nią niewątpliwie mężczyźni.
Powody leżały głębiej. Nie będąc kokietką, Anetka obsługiwana była doskonale przez swe wrodzone instynkty. Bogate i silne były i nie trzeba im było mówić, co czynić mają, funkcjonowały pewnie, gdyż wola nie tamowała ich działalności. Ciało samo mówiło za nią, podczas gdy uśmiechnięta, zamknięta, jakby wtopiona w życie wnętrzne, dała się unosić rozkosznym falom miłych, nieuchwytnych marzeń, co jej nie przeszkadzało widzieć i słyszeć. Potężną atrakcję stanowiły jej oczy, usta, członki świeże i silne, oraz młodzieńczość nietknięta miłością, podobna rozkwitłej glicynji. Urok był tak silny, że nikt, patrząc na nią (chyba tylko kobieta), nie byłby przypuścił, by mogła być brzydka, a chociaż mówiła niewiele, to kilka tu i owdzie w jałową rozmowę wtrąconych słów rozwierały niezwykle horyzonty myśli. W ten sposób była cenną zarówno tym, którzy szukali duszy, jak też budziła żądze tych, którzy zrozumieli, że w owem śniącem ciele (cicha woda) mieszczą się nieznane mu skarby rozkoszy.
Zdawało się, że tego nie dostrzega, ale widziała bardzo dobrze. Jest to przywilej kobiety. Uzupełniony był w Anetce siłą intuicji, będącej często cechą silnej żywotności, która bez słów, czy gestów pozwala bezpośrednio komunikować się duszom. Kiedy się wydawała roztargnioną, nadsłuchiwała właśnie tego, co jej mówi. Mroczny to los serc! Razem z nią odprawiały łowy, a każde szukało swego tropu. Wahając się przez czas jakiś, Anetka znalazła swój.
Młodzieńcy, z pośród których miała wybierać, zaliczali się do mieszczaństwa bogatego, inteligentnego i czynnego, o postępowych idejach (tak sądzili przynajmniej) do którego sfery zaliczał się Raul Rivière. Było to niedługo po skończeniu sprawy Dreyfusa. Zbliżyła ona ludzi umiarkowanych o różnych poglądach, których jednak zgrupował razem wspólny instynkt sprawiedliwości społecznej. Instynkt ów, jak się potem okazało, nie odznaczał się trwałością. Pojęcie niesprawiedliwości socjalnej ograniczało się dlań do jednego tylko przypadku krzywdy. Przykładem jednym z pośród tysięcy był sam Rivière, któremu niesprawiedliwość świata nie przeszkadzała spać, który nawet umiał bez wyrzutów sumienia prowadzić korzystne tranzakcje z sułtanem, w czasie kiedy Padyszach urządzał z zimną krwią, wśród milczenia usłużnej Europy, pierwsze masakry Armeńczyków, a który był całkiem szczerze wzruszony wiadomą aferą. Nie można zbyt wiele wymagać od ludzi! Po jednej walce o sprawiedliwość, na całą resztę życia brak im tchu w piersiach. Byli przynajmniej przez jeden dzień sprawiedliwi i za to należy im się uznanie. Sami zresztą oddają sobie hołd należny. Ludzie ze sfery Rivière’a, rodziny, których synowie byli teraz adoratorami Anetki, nie wątpili na chwilę, że położyli niespożyte zasługi w walce o świętość prawa i uważali za rzecz zgoła bezpotrzebną ponowienie tego wysiłku. Raz na zawsze stanowili orszak postępu, to też trwali w spokoju, z rękami założonemi.
Byli oni usposobieni pokojowo, tem więcej, że na widowni międzynarodowej, w tej właśnie przejściowej porze, konflikty klas obywatelskich przytłumiły niemal całkiem nienawiści narodowościowe, z wyjątkiem starego zarzewia anglofobji, które dymiło jeszcze po wojnie boerskiej. Ożywiał ich patrjotyzm łagodny, mało militarystyczny, skłonny do tolerancji i dobrego humoru, albowiem nienajgorzej na sprawie, jako zwycięzcy, wyszli. Czynili wrażenie społeczeństwa żyjącego swobodnie, o szerokich koncepcjach moralnych, niewyraźnym humanitaryzmie, wyraźniejszym nierównie utylitaryzmie społeczeństwa sceptycznego, bez górnych zasad, ale też bez zbyt wielkich przesądów... (nie należało polegać na tem). W szeregach ich znajdowało się kilku liberalnych katolików, sporo protestantów, znacznie więcej Żydów, główną zaś falangę stanowiła poczciwa burżuazja francuska, obojętna dla wszelkiej religji, bowiem zastąpiła ją polityką. Polityka ta nosiła rozmaite etykiety, ale nie oddalała się od republikanizmu, który, przetrwawszy trzydzieści lat, zaczął przybierać formę (najpraktyczniejszą) konserwatyzmu. Był również reprezentowany socjalizm, ale tylko przez młodzieńców ze sfer bogatego intelektualnego mieszczaństwa, pozyskanych wymową i osobistym wpływem Jaurèsa. Pędzili oni jeszcze miodowe miesiące pożycia z republiką.
Anetkę nie interesowała nigdy serjo polityka, gdyż silnie rozwinięte życie wnętrzne nie zostawiało jej na to czasu. Przeszła jednak i ona swą godzinę uniesienia podczas „afery“. Miłość dla ojca narzuciła jej kształty tego, co odczuwał. Była na to podatna przez wrażliwość serca, oraz przez instynkt wolności, żyjący w jej krwi, który nakazywał stawać po stronie uciemiężonego. Przeżyła tedy momenty wzruszenia namiętnego, kiedy Zola i Picquart zaatakowali wielką bestje... rozpętaną opinję publiczną i było niepodobieństwem, by serce jej, narówni z sercami mnóstwa dziewcząt, nie zabiło współczuciem dla człowieka zamkniętego w więzieniu Cherche-Midi. Ale uczucie to nie było poparte rozumem i Anetka nie mogła się nigdy zdobyć na przestudjowanie krytyczne „afery“. Polityka napawała ją odrazą, ile razy przyjrzała jej się zbliska, odsuwała się znudzona i pełna wstrętu, których to uczuć nie usiłowała analizować. Patrzyła za bystro, by nie dostrzec mnóstwa małostek i świństewek, które w równej niemal mierze cechowały obie strony. Mniej szczere od oczu, serce jej chciało dalej wierzyć, że partja idei sprawiedliwości składa się z ludzi najlepszych. Czyniła sobie wyrzuty, że leni się, jak to zwała, poznać lepiej ich działalność. Dlatego to zmuszała się do sympatycznej dla nich cierpliwości, podobnie jak udzielamy kredytu piękności, którą odkryć z czasem możemy, nowemu utworowi muzycznemu, za którego jakość poręcza nazwisko znanego kompozytora i audytorjum godne szacunku, mimo że muzyki tej nie rozumiemy wcale.
Anetka była lojalna, wierzyła tedy w uczciwość etykiet, nie wiedząc, że nigdzie niema częstszych malwersacyj, jak w handlu idejami. Przypisywała jeszcze niejaką realność owym izmom fabrycznym, których pieczątka oznacza różne wytwory polityczne, i pociągały ją te gatunki, które głosiły fabrykaty firm najpostępowszych. Tajemna iluzja dawała jej nadzieję, że w tych okolicach ma najwięcej szans napotkać przyszłego towarzysza swego. Nawykła do swobodnego oddychania, zbliżyła się do tych, którzy jak ona pragnęli świeżego powietrza, poza sferą starych przesądów, manij przedwiecznych i zagaru domostwa przeszłości. Nie mówiła źle o starem mieszkaniu, bowiem całe pokolenia chroniły tam marzenia swego życia. Ale powietrze było duszne. Niech zostaje komu miłe, koniecznem jej było oddychać, przeto śledziła spojrzeniem za przyjacielem, któryby jej pomógł zbudować dom zdrowy i jasny.
W salonach, gdzie bywała, mnóstwo spotykała młodych ludzi, zdolnych, z pozoru przynajmniej, zrozumieć ją i dopomóc. Z etykietką, czy bez niej, wielu miało zuchwałe miny. Niestety jednak, zuchowatość ich nie była zorjentowana w tym samym kierunku. Jak powiada filozof „rozmach życiowy“ jest ograniczony ściśle i nie działa jednocześnie na wszystkie strony. Niezmiernie są rzadkie umysły, promieniujące światło wokół, podczas postępowania naprzód. Większość tych, którym się powiodło zapalić swą latarkę (a i ci nie są liczni), kierują światło przed siebie, na jeden jedyny punkt, zaś wokoło nie widzą nic a nic. Możnaby powiedzieć, że postęp w jednym kierunku okupiony bywa niemal zawsze uwstecznieniem w innym. Człowiek, będący w polityce rewolucjonistą, bywa w dziedzinie sztuki konserwatystą zacietrzewionym, a jeśli pozbawiony jest garści przesądów, (zazwyczaj tych, na których mu najmniej zależy), to tem zazdrośniej ciśnie resztę tychże do piersi.
Nigdy nie ujawniła się lepiej nierówność tego kulejącego marszu, niż w rozwoju moralnym obu płci. Kobieta, która, wysilając się na zerwanie z błędami przeszłości, wkroczyła na ścieżkę wiodącą w nowe społeczeństwo, rzadko spotyka na niej mężczyznę, chcącego stworzyć również świat nowy. On szedł właśnie inną drogą. A jeśli nawet skalne ścieżki obojga zetknęły się na moment, kiedyś w słońcu, na wyżu podniebnym, to napewno obracali się do siebie plecami. Owa dywergencja celów rzucała się w oczy, szczególniej w tej właśnie epoce, kiedy umysł kobiecy, powstrzymany we Francji dłużej w tyle, od lat kilku zaczął nagle kroczyć naprzód, z czego ówcześni mężczyźni nie zdawali sobie sprawy. Same kobiety nie zawsze posiadały ścisłą miarę własnego ruchu i dopiero zderzenia doświadczenia osobistego uświadamiały im, że istnieje mur dzielący je od towarzyszy. Cios bywał nieraz dotkliwy. Anetka miała z własną szkodą przekonać się o tem bolesnem nieporozumieniu.



Pośród otaczającego ją roju dusz, oczy jej roztargnione, krążące wkoło każdej nieznacznie, uczyniły nakoniec wybór. Ale nie powiedziały o tem nic. Starała się jak najdłużej zachować złudzenie, że się jeszcze waha. Słodko jest szeptać sobie:
— Nic mnie jeszcze nie wiąże... wówczas kiedy nie mamy potrzeby wysilać się już na decyzję. Wówczas to po raz ostatni otwieramy naściężaj wszystkie bramy nadziei.
Przyszłość swą zostawiła w zawieszeniu, pomiędzy dwoma zwłaszcza ludźmi, mimo że wiedziała dobrze, którego z nich wybrała. Byli to dwaj młodzieńcy dwudziestoośmio czy trzydziestoletni: Marcel Franck i Roger Brissot. Obaj zaliczali się do zamożnych sfer mieszczańskich, posiadali maniery dystyngowane, byli ujmujący, inteligentni, ale różnili się środowiskiem duchowem i charakterami.
Marcel Franck pochodzenia napoły semickiego, był to typ pociągający, jaki wytwarza czasem małżeństwo mieszane, pomiędzy dobrze dobranymi osobnikami obu ras. Średniego wzrostu, szczupły, delikatny, wykwintny, miał oczy błękitne, białe, matową cerę, nos nieco spiczasty, małą, jasną bródkę; profil wydłużony, nieco koński, przypominał Alfreda de Musset. Posiadał spojrzenie uduchowione, pieszczotliwe, czasem czułe, czasem takie, że czuło się, iż widzi przez suknię. Ojciec jego, bogaty przemysłowiec, handlujący suknem, człowiek znający się na interesach, o mocnych upodobaniach, lubował się w nowej sztuce, patronował młodym pismom artystycznym, skupował obrazy van Gogha i Rousseau. Ożenił się z tuluzanką, która otrzymała drugą nagrodę za komedję w Konserwatorjum przez czas jakiś występowała u Antoine’a i Porela. Wzięta zrazu szturmem, została potem legalną żoną mocnego Jonasza Francka i wśród pełni sukcesów porzuciła scenę poto, by jednocześnie nadzorować interesy swego męża i królować we własnym, znanym artystom salonie literackim. Małżeństwo żyło bardzo przykładnie, lub może milcząca ugoda sprawiła, że żadna strona nie badała zbliska postępowania drugiej. Oboje wiedzieli zresztą, że trzeba we własnym interesie zważać, co świat na to powie. Wychowali jedynego syna w atmosferze inteligencji, tolerancji i wykwintu. Marcel Franck nabrał w domu przekonania, że istnieje harmonja pracy i rozrywek i że rozumna ich unja stanowi sztukę życia.
Sztukę tę uprawiał narówni z innemi, których był bardzo wybitnym znawcą. Pracując w dyrekcji muzeów narodowych, zyskał znaczną sławę historyka sztuki. Podobnie jak na obrazy, umiał też patrzeć na żywe figury wzrokiem niedbałym, jednocześnie przenikliwym, zuchwałym i pobłażliwym. Z pośród otaczających Anetkę mężczyzn czytał w niej najlepiej, a ona wiedziała o tem. Czasem, ocknąwszy się z pełnych roztargnienia marzeń, lub podczas rozmowy, kiedy snuła zgoła inne myśli jak te, które wyrażała, natrafiała na jego rozciekawione oczy, mówiące:
— Anetko! Widzę panią nagą.
Najdziwniejszem było, że nie doznawała wcale zażenowania, ona, skromna Anetka, i miała ochotę odpowiedzieć:
— Jakże się panu podobam?
Zamieniali porozumiewawcze spojrzenia. Nie miało żadnego znaczenia, że ją widział bez osłon, wiedziała bowiem, że jej nigdy nie posiądzie. Marcel czytał w niej ową pewność i nie czuł zakłopotania. Myślał sobie:
— Zobaczymy!
Albowiem znał tamtego.
Tamten, Roger Brissot był jego kolegą z liceum. Franck tłumaczył sobie całkiem jasno, dlaczego go woli... na początek co najmniej (a potem?... to inna sprawa!...) Brissot był pięknym chłopcem o ujmującej, jasnej postaci, o otwartym wyrazie twarzy, wesołych, ciemnych oczach, regularnych rysach, trochę grubych, miał twarz pełną i zdrowe zęby. Golił zarost, głowę okrywały mu młodzieńcze, bujne, czarne włosy, podniesione na inteligentnem czole rozdziałem z boku. Wysoki, o szerokiej piersi, długich nogach, muskularnych ramionach, poruszał się swobodnie, czyniąc wymowne gesty. Mówił dobrze, bardzo nawet dobrze, głosem gorącym, muzykalnym, basowym i metalicznym, który się podobał, zwłaszcza jemu samemu. Był współzawodnikiem Francka w nauce, posiadał żywą inteligencję, łatwą, błyskotliwą, a nawykły do sukcesów na polu umysłowem, miał również upodobanie do ćwiczeń fizycznych. Podczas pobytu w Burgundji, gdzie majątek jego rodziców, lasy i winnice przytykały do willi wiejskiej Rivière’ów, oddawał się forsownym marszonm, polował i doskonale jeździł konno, a Anetka spotykała go nieraz dawniej na przechadzkach. Ale wówczas nie myślała zgoła o towarzyszu, woląc chodzić sama. Podobnie i Roger w owych miesiącach swobody, wypuszczony z murów Paryża, grał rolę młodego Hippolita, udając, że woli konia i psa, niż dziewczynę. Mijając się, zamieniali tylko pozdrowienia i spojrzenia. Nie wszystko z tych czasów przepadło. Pozostały im miłe obrazy i mglisty pociąg dwu istot, dobrze wyposażonych fizycznie.
Rodzina Brissotów pragnęła tego związku, niemniej bowiem od osób, dobra stworzone były na to, by się połączyć. Jednak, dopóki żył Raul Rivière byli z sobą na stopie grzecznej, lecz chłodnej i całkiem zdala. Dziwnym zbiegiem okoliczności Rivière, który w liberalizmie nie byłby się dał prześcignąć nikomu, jako architekt, liczył do swych klientów, aż do czasów sprawy Dreyfusa, samą niemal arystokrację i reakcjonistów. Zbyt zręczny na to, by im nie służyć do mszy, a nawet, by na nią nie chodzić (bez metafory), o ile to było konieczne dla uzyskania dobrej marki, uchodził za wstecznika, a nawet klerykała (śmiał się z tego do rozpuku) w oczach radykałów republikańskich swej prowincji. Brissotowie byli natomiast ostoją radykalizmu. Ta rodzina prawnicza... adwokaci, prokuratorowie itd., twierdziła z dumą, że od stu lat przeszło jest republikańską. (W istocie tak było za czasu pierwszej republiki, zapomnieli tylko dodać, że ich pradziad, były członek Konwentu, otrzymał po powrocie Burbonów order lilji). Wierzyli wszyscy w republikę, jak inni wierzą w Boga Ojca, i uważali się za związanych tradycją... noblesse oblige! To też uznali za stosowne dać poznać Raulowi Rivière w sposób niedwuznaczny swe potępienie i trzymali go zdala. Nic sobie z tego nie robił, gdyż nie spodziewał się żadnego zamówienia. Nadeszła wkońcu słynna afera i Rivière znalazł się, sam nie wiedząc jak, w partji postępowej. Spostrzegł, że nagle wybielał. Gąbka jakaś zmazała jego przeszłość, a nawet odkryto w nim wielkie zalety obywatelskie i republikańskie, o których nie miał pojęcia, z którychby jednak nie zaniedbał wyciągnąć znacznych korzyści, gdyby śmierć nie pokrzyżowała jego planów.
Plany Brissotów nie doznały szwanku. Wielcy republikanie, którzy umieli w ciągu wieku trzymać wysoko wzniesiony sztandar przekonań swych i interesów, byli bogaci i oczywiście pragnęli się dalej bogacić. Wiedzieli, że Rivière zostawił córce znaczną fortunę. Bardzoby im było na rękę połączyć dobra swe w Burgundji z jej posiadłością, któraby je pięknie zaokrągliła. Ale dla ludzi w rodzaju Brissotów sprawy majątkowe stały na drugim planie, nawet wówczas, kiedy o nich myślano najpierw. W kwestji małżeństwa pierwszą rzeczą była sama osoba wybranki. Wybranka ta zaś zaspakajała wszystkie wymagania. Znalazła w oczach rodziny łaskę, albowiem słyszano o niej wiele dobrego, ponieważ była poważna i dobrze ułożona i, jak wieść głosiła, okazała wielkie do ojca przywiązanie. Inteligencja jej i prostota czyniły jak najlepsze wrażenie, zachowywała się w towarzystwie wzorowo. Jaki spokój w niej. Dosyć dowcipu. Zdrowa zupełnie. Zapewne uznano za przesadę jej studja w Sorbonie, badania i dyplomy. Ale osądzono, że były to jeno rozrywki młodej, inteligentnej dziewczyny, która się nudzi i oczywiście pójdą w kąt przy pierwszem zaraz dziecku. Nawet na rękę było Brissotom okazać, że umieją cenić światłość nawet w kobiecie, oczywiście, pod warunkiem, by nie sprawiała kłopotu, broń Boże! Zresztą Anetka nie byłaby pierwszą intelektualistką w rodzinie. Pani Brissot, matka Rogera, i jego siostra, Adela, cieszyły się sławą (niewiadomo o ile uzasadnioną) tęgich głów, a zarazem kobiet wielkiego serca, które zdolne były brać udział w życiu umysłowem, jak i życiu czynnem mężczyzn swego rodu. Intelektualizm Anetki był niemal gwarancją, że (ważny punkt!) niema obawy klerykalizmu z jej strony. Zresztą znajdzie w nowej rodzinie serdeczną opiekę, która uchroni ją od wszelakiej przesady. Kochane to dziecko bez żadnej trudności wcieli się w kółko tych, których przybierze nazwisko, nie ma już rodziców i z największą radością podda się egidzie swej drugiej matki i siostry w poważniejszym już wieku, która niczego bardziej nie pożąda, jak kierować nią. Panie Brissot, dobre obserwatorki, uznały Anetkę za osobę zupełnie sympatyczną, dystyngowaną, łagodną, uprzejmą, pełną rezerwy, lękliwą (z ich punktu widzenia nie było to złe) i nieco chłodną (było to niemal cnotą).
Roger tedy zaczął konkury za zupełną zgodą całej rodziny, której poprzód zasięgnął zdania. Nie ukrywał się nigdy z niczem, pewny aprobaty. Ten kochany dryblas był bożyszczem swych bliskich i odwzajemniał im to uczucie. W rodzinie Brissotów uprawiano adorację wzajemną. Istniała hierarchja, ale każdy miał swą wartość. Przyznać należy, że wyznaczano ją dość sprawiedliwie, tak pod względem zalet umysłu, jak ciała i fortuny. Każdy godził się na to bez apelacji, jak przystało ludziom dobrze wychowanym. Dawało to wszystkim pewność zajmowanego stanowiska, niepodobna było wątpić w ową słodką pewność, malującą się w rysach twarzy. Z wszystkich, najpewniejszym swej rangi był Roger. Był dumą rodziny i uczucie to odpowiadało nawet rzeczywistości. Nigdy drzewo Brissotów nie wydało źralszego owocu. Roger wyposażony był w najlepsze dary swej rasy, a jeśli posiadał także jej błędy, nie były one zgoła rażące, a ujmujące wzięcie i młodość pozwalały o nich zapomnieć! Posiadał rozliczne talenty, wszystko mu szło jak z płatka, zwłaszcza słowa. Krasomówstwo, był to jeden z atutów rodziny. Jeden z jej członków był naczelnym obrońcą sądowym, wszyscy zaś przynosili z sobą na świat zamiłowanie do pięknego wysławiania się. Niesprawiedliwem byłoby sądzić, że wzorem gadułów Południa musieli mówić, by myśleć, mimo to odczuwali przymus mówienia, to pewne. Zdolności realne ujawniały się we frazesie, milczenie byłoby na nie sprowadziło zanik. Ojciec Rogera, jeden z najsłynniejszych wielomówców, jakich posiadała trybuna parlamentu, pogromił wymową wyborców, którzy nań nie chcieli powtórnie głosować, tak, że musieli ustąpić, a sześcioletni wówczas Roger prosił go często naiwnie, gdy byli sam na sam w domu:
— Papo, powiedz mi mowę!
Teraz tworzył je na własny rachunek, a młoda jego sława rozbłysła świetnym blaskiem podczas występów adwokackich w Palais. Jak wszyscy Brissotowie skierował swe talenty ku polityce, a meetingi w czasie afery Dreyfusa stały mu się doskonałą odskocznią, z której się rzucał w arenę i dyskutował nazabój. Młodzieńczy rozmach, brawura i obfitość słów wykwintnych tego pięknego chłopca zjednały mu entuzjastyczne uznanie młodych kobiet dreyfusistek i wielu panien z tegoż obozu. Brissotowie pałali zawsze żądzą, by nie dać się prześcignąć na drodze postępu, ale jednocześnie baczyli pilnie, by nie uczynić kroku zbytecznie, ani też zbyt pospiesznie naprzód. Zbadawszy tedy roztropnie teren, pchnęli syna swego, swą młodą chwałę, na drogę „dobrze myślącego“, socjalizmu. Roger, węsząc trop, pomknął w tym kierunku. Wzorem najwybitniejszych z pośród ówczesnej młodzieży uległ wpływowi Jaurèsa i starał się modelować swe krasomówcze występy wedle wspaniałych, świetnych słów wielkiego retora, pełnych proroczych wizyj i mirażów fantazji. Proklamował nieodzowny obowiązek zbliżenia się ludu i intelektualistów i dało mu to temat do licznych świetnych mów. Jeśli nie poruszyły one ludu, który nie miał czasu ich słuchać, ani był rozumiał, to wywarły jednak wrażenie na młodej burżuazji. Przy pomocy subskrypcji przyjaciół bliższych, Roger założył klub polityczny, dziennik, partję. Zużył na to dużo czasu i trochę pieniędzy rodzinnych. Brissotowie, umiejący rachować, umieli również wydawać w właściwym czasie. Podobało im się, że oto syn ich staje się przywódcą nowego pokolenia. Przysposobili teren przyszłych wyborów, a Roger miał już wyznaczone sobie zgóry miejsce w przyszłej Izbie, o czem dobrze wiedział. Nawykłszy od dzieciństwa do tego, że rodzina ufała mu, powziął też do rodziny wzajemne zaufanie, które przybrało potem cechy wiary absolutnej. Wierzył również w siebie niezachwianie, ale było to tak naturalne! Wszakże wszystko mu się udawało. Był do tego tak dalece przyzwyczajony, że nie uczuwał nawet pychy, a zdumiałby się wielce, gdyby zaszedł fakt przeciwny, gdyby dogmaty jego doznały poważniejszego wstrząśnienia. Jakże był sympatyczny! Egoista bezwiedny, nie z zasady wcale, naiwny, dobry i ładny chłopak, gotów zawsze dać, ale jednocześnie zdecydowany wziąć, niemógł nigdy pojąć, by mu czegoś można odmówić, odznaczał się przytem prostotą, ugrzecznieniem, był kordjalny, a wymagający, a prócz tego czekał, aż świat padnie mu do nóg, pewny, że to nastąpić musi. Naogół był bardzo sympatyczny.



Uczynił na Anetce wrażenie. Osądziła go dość trafnie, ale tem więcej pokochała. Z uśmiechem myślała o jego słabostkach, które jej były niesłychanie drogie. Skutkiem nich był w jej oczach mniej mężczyzną, a więcej dzieckiem. Serce radowało się, że był jednem i drugiem. Jedną z ponęt Rogera stanowiło to, że nie krył niczego i okazywał wszystko jawnie. Naiwne zadowolenie z siebie samego czyniło go prostym i naturalnym.
Przedstawił się tem lepiej, że odrazu zapalił się do Anetki, szczerze, bez rezerwy. Nie kochał niczego połowicznie, natomiast z wszystkiego widział jeno połowę.
Zakochał się w niej pewnego wieczora, kiedy w jednym z salonów produkował się elokwencją Anetka nie mówiła nic, zato jednak przepysznie słuchała (tak przynajmniej sądził). Jej pełne inteligencji oczy rozjaśniały mu myśli i dodawały im skrzydeł. Uśmiech jej sprawiał, iż radowało go to, co tak dobrze powiedział, oraz że słowa jego zrozumiała, jak czuł, i podzielała... Jakże piękną była słuchaczka jego. Jakiż miała przedziwny umysł, jakaż wyjątkowa dusza wyzierała z jej oczu uważnych i wymownych, przejawiając się również uśmiechem pełnym zrozumienia... Mimo, że sam przemawiał, miał wrażenie, że z nią rozmawia. W każdym razie mówił wyłącznie dla niej i czuł się wzniesionym ponad samego siebie przez ten dialog wewnętrzny, przez tajemniczą wymianę bezsłownych myśli...

Prawdę mówiąc, Anetka nie słuchała wcale. Dość inteligentna, by uchwycić sens ogólny słów Rogera, ze zwykłem roztargnieniem dała się unosić fali kołyszących ją pięknych frazesów. Korzystała z tego, że zajęty był krasomówstwem, i przyglądała mu się uważnie, ogarnęła spojrzeniem jego oczy, usta, ręce i ruch podbródka, podczas gdy mówił, piękne nozdrza rżącego źrebca, wsłuchała się w miłe „rulowanie“ niektórych liter, słowem wszystko, badając, jakim te zewnętrzne objawy odpowiadają wewnętrznym wartościom. Umiała patrzyć, widziała, że pragnie, by go podziwiano, widziała, że sprawia mu przyjemność to, iż się podoba, że ona go uznaje za pięknego, rozsądnego, wymownego i wprost zdumiewającego. Nie przyszło jej na myśl (chyba tak, troszkę), że jest komiczny. Przeciwnie, czuła rozrzewnienie.
(— Tak, najdroższy, jesteś piękny, porywający, inteligentny, wymowny, zachwycający! Chcesz mały uśmieszek? Oto masz dwa, mój luby... Patrz, jak się słodko uśmiecham... Czyś zadowolony?)
Serce jej się śmiało, że jest tak szczęśliwy, tak pełen chwały, że świegoce z coraz większym zapałem, jak ptak na wiosnę.
Delektował się jej uznaniem, pił ten hołd czysty, bez kropli ironji, pragnął dostać więcej, więcej jeszcze, nigdy nie syty. Upajał się własnym śpiewem, nie odróżniając go już od tej, którą uwielbiał. Wydała mu się wcieleniem wszystkiego, co było w nim piękne, czyste i genjalne. Padał przed nią na kolana.
Ona zaś, od kiedy wślizgnęło się w nią pierwsze spojrzenie miłosne, od kiedy skąpała się w tej fali adoracji, nie stawiała najlżejszego oporu. Opadła nawet zasłona ironji, którą okrywała niby pancerzem bicie serca swego, i z obnażonemi piersiami oddała się miłości. Tak była spragniona pieszczot! Jakaż rozkosz nasycić się, pijąc z ust człowieka, który ją uwodził. Radowała się tem zgóry, a to, że jej tę czarę rozkoszy podawał, uprzedzając pożądanie, tak płomiennym gestem, przepajało ją namiętną wdzięcznością.
Ogień rozpalił się tedy na dobre, każde płonęło żądzą drugiego i syciło ją swem własnem pożądaniem. Im większem było jej uniesienie, tem więcej spodziewała się od niego, on zaś tem usilniej pragnął prześcignąć jej oczekiwanie. Nużyło to zapewne, ale mieli do dyspozycji niezmierne siły młodości.
Narazie Anetka skazana była na rolę bierną, nie mogła uczynić nic innego, albowiem Roger zagarnął ją zupełnie. Tonęła, ledwo mogąc oddychać. Ekspansywny z natury, kipiący życiem, czuł potrzebę wypowiedzieć wszystko, z wszystkiego się zwierzyć, z przyszłości, chwili obecnej i z tego co minęło. Był niewyczerpany. Ale Roger chciał także wszystko wiedzieć, wszystko posiąść. Wkraczał przemocą w tajemnice Anetki, która miała nielada rzecz do zrobienia, chcąc obronić ostatnie kryjówki swoje. Trochę oburzona, a szczęśliwa i rozbawiona, doznawała czasem chętki protestowania przeciw tej inwazji, ale najeźdźca był tak zachwycający! To też oddawała się z rozkoszą i, ulegając owemu gwałceniu myśli („Et cognovit eam“... Nie znał jej wcale!), uczuwała tajne odruchy buntu i upojenia...
Nie było roztropnem wydawać wszystkiego. Pewne zwierzenia, w godzinach omdlenia woli poczynione, mogą być potem przez konfidenta użyte jako broń. Była to jednak ostatnia z trosk Anetki i Rogera. Onej godziny miłości nie mogło razić nic w kochanej, nic dziwić. Wszystko, co zwierzała kochankowi, nietylko go nie mogło odpychać, ale przeciwnie odpowiadało właśnie jego niewyrażonym pragnieniom. Roger nie baczył już wcale na niedyskretne wyznania, które pobłażliwe ucho Anetki regestrowało, mimo wszystko, wiernie na jego niekorzyść.
Chociaż z wielką przyjemnością uzgadniali oboje swą przeszłość i chwilę obecną, to chwila ta i przeszłość tonęły w marzeniach o przyszłości, ich przyszłości. Anetka nie powiedziała nic, niczego nie przyrzekła, zgoda jej zgóry została wstawiona w rachunek i zakontowana tak stanowczo, że ona sama uwierzyła wkońcu, iż dała słowo. Szczęśliwa, z napoły przymkniętemi oczyma słuchała Rogera (zaliczał się do ludzi radujących się więcej przyszłością, niźli dniem bieżącym), który jej kreślił z niesłabnącym entuzjazmem wspaniałe życie myśli i czynu, jakie miał przed sobą. Kto? On, Roger... ona też, oczywiście, bo wszakże stanowiła cząstkę Rogera. Nie raziła jej ta absorbcja, zanadto była zajęta słuchaniem, patrzeniem, syceniem się tym przecudownym Rogerem. Mówił dużo o socjalizmie, sprawiedliwości, miłości, ludzkości. Był naprawdę wspaniały. W słowach, hojność jego nie miała granic. Anetka była wzruszona. Zachwycało ją, że może wziąć udział w tem dziele, potężnem dobrocią. Roger nie pytał nigdy, co o tem myśli. Rozumiało się samo przez się, że to co on. Czyż mogła inaczej? Wszakże mówił za nią, mówił za dwoje, bowiem umiał się lepiej wysłowić. Powiadał:
— Zrobimy... Będziemy...
Ona nie protestowała, raczej była skłonna dziękować. Wszystko to było tak rozległe, tak niejasne, tak bezosobiste, że nie miała żadnego powodu zakłopotania. Roger był cały jak światło i wolność. Nieco rozproszone było, coprawda, jedno i drugie, Anetka wolałaby niezawodnie coś ściślej określonego, ale pewna była, że to przyjdzie we właściwym czasie, niepodobna przecież powiedzieć wszystkiego odrazu. Niechże jak najdłużej trwa przyjemność... Narazie lubowali się przestworzami bez kresu.
Radowała się zwłaszcza pięknym kształtem, namiętnem przyciąganiem się ich dwu zakochanych w sobie ciał, owemi nagle jawiącemi się prądami elektrycznemi, falą zmysłową, wprawiającą oboje w stan napięcia, oboje bogatych w zasoby czystej młodzieńczości, zdrowych, silnych i rozpłomienionych...
Elokwencja Rogera nigdy nie bywała pewniejszą siebie, niż w chwilach, kiedy nagle urywał się potok słów rozwierających w ostatnich wibracjach wizje ekstatyczne i kiedy oczy ich się spotkały. Owo nagłe zetknięcie było jak uścisk. Wówczas takie się w nich zapalały żądze, że dech im zapierało. Roger nie myślał już olśniewać i mówić. Anetka zapominała o przyszłości świata i własnej nawet. Z oczu im znikało wszystko wokół, salon, publiczność, w sekundach tych stawali się jedną istotą. Nie zostawało nic, prócz żądania natury, jednego, czystego jak płomień. Po chwili, Anetka, z mętnem spojrzeniem i pałającemi licami, otrząsała się z czaru i z drżeniem uświadamiała sobie, pełna upojenia, ów pewnik, że niebawem ulec musi.



Miłość ich przestała być dla wszystkich tajemnicą, żadne bowiem nie umiało jej przysłaniać. Daremnie Anetka milczała, oczy mówiły za nią. Milcząca ich zgoda była tak wymowna, że zarówno świat, jak i Roger uznali to za bezsłowne zobowiązanie.
Samej jeno rodzinie Brissotów nie uszło, że tak nie było. Anetka poddawała się z przyjemnością oświadczynom Rogera, ale unikała odpowiedzi wprost i z wielką zręcznością kierowała rozmowę na jakiś wielki problem. Naiwny Roger, porzucając zdobycz dla cienia, rzucał się nań naoślep, szczęśliwy, że może mówić, a Anetka wymykała się znowu, nic nie powiedziawszy.
Zauważywszy dwa, czy trzy razy ten manewr, Brissotowie, ludzie rozważni, postanowili wmieszać się w sprawę. Nie przyszła im nawet do głowy wątpliwość w determinację Anetki, pewni byli, że uszczęśliwia ją tak świetna szansa zamężcia. Ale trzeba zawsze liczyć się z kaprysami dziewcząt. Znali życie i jego zasadzki. Byli to nie w ciemię bici prowincjonaliści francuscy. Gdy opóźnia się po drodze spodziewana decyzja, należy wyjść naprzeciw i przyprowadzić. Jest to rada mądra, przeto obie panie Brissot ruszyły w drogę.
Istniał wówczas w Paryżu uśmiech, zwany w kole znajomych uśmiechem brissotowskim, był tłusty i słodki, przychlebny i dostojny, swawolny, oczywiście, z miarą i wagą, wiedzący wszystko zgóry, kapiący życzliwością, doskonale obojętny, oraz ofiarujący wszystko pełną garścią w ten sposób, że garść pozostawała pełna. Obie panie Brissot były mistrzyniami tego uśmiechu.
Pani Brissot, matka, piękna, wysoka niewiasta o szerokiem obliczu, tłustych policzkach, dobrze odżywiona, okazała, posiadała imponujące pośladki i wypukły gors, a słowa jej cechowało namaszczenie i niezmierna doza pochlebstw, którą połknąwszy, Anetka szczerze się zmieszała. Nie ona jedna (jak to rychło z ulgą spostrzegła) była ich odbiorczynią. Pochwały rozdzielała mama Brissot hojnie pomiędzy wszystkich, a towarzyszyły im nieustannie swawolne żarciki, co było u Brissotów pełną kurtuazji oznaką wrodzonej, dobrodusznej pewności siebie. To też wszyscy przyjmowali ów dar ochotnie.
Panna Brissot, siostra Rogera, była również wysoka i rozrosła, a posiadała włosy blade, wypełzłe, niemal białe włosy albinoski. Policzki pokrywała warstwa pudru, wargi zaś odrobina karminu. Ideałem jej był pastel w stylu Ludwika XV. Mogła pozować Nattierowi do jakiejś burgundzkiej Feby, miluchnej, anemicznej i tucznej zarazem. Matka zwała tę silną dziewczynę: „moje biedne maleństwo“, bo pani Brissot, zażywająca wystawowego wprost zdrowia, patrząc na jej słabość, powzięła przekonanie, że ma wątłe zdrowie. Ale nie korzystała z tego, by dać się rozpieszczać. Przeciwnie używała tej broni dla tem lepszego wykazania swej energji i zyskania prawa pogardy względem istot słabszych swej płci, utyskujących ciągle na drobne niedomagania. Była naprawdę podziwu godna, czynna, nieznużona, czytała, widziała i wiedziała wszystko, malowała, znała się na muzyce, rozprawiała o literaturze i dopełniała codziennie wraz z matką programu dwustu, czy trzystu wizyt, mających się odbyć w danym czasokresie. Przyjmowała wzajem gości, dawała obiady, uczęszczała na koncerty, chodziła do teatrów, na posiedzenia Izby i wystawy, nieugięta, bez zdradzenia się ze znużeniem inaczej, jak kilku, po męsku stłumionemi westchnieniami. Umiała przytem odżywiać wyczerpane fatygą ciało, jadała obficie (jak cała zresztą rodzina) i przesypiała całą noc jednym tchem, nie marząc nigdy. Była władczynią swego serca, zarówno jak ciała. Sposobiła się rozważnie do małżeństwa z pewnym czterdziestoletnim podówczas mężem stanu, który był właśnie gubernatorem jednej z większych kolonij zamorskich. Ale nie postało jej w głowie jechać z nim. Postanowiła porzucić Paryż i nazwisko Brissotów wtedy dopiero, kiedy szczęśliwy małżonek będzie mógł ofiarować w granicach Francji godne jej stanowisko. Umiała zresztą tak pokierować sprawą, by o nim nie zapomniano u wielkiego ołtarza i pisywała regularnie odpowiednie listy, pełne serdeczności. Owe konkury na odległość trwały już lat kilka. Osądziła, że małżeństwo nastąpi we właściwym czasie i nie spieszyła się. Wprawdzie małżonek mógł tymczasem stać się zbyt dojrzałym, ale w takim razie przypadłby tem lepiej do gustu pannie Brissot. Była to tęga głowa. Głów tęgich nie brakło nigdy tej dynastji, a głowa tej, jak ją matka zwała, Egerji z powołania była wybitnie polityczna. Pani Brissot podziwiała talenty panny Brissot, zaś panna Brissot admirowała genjusz domowy i spryt pani Brissot. Oczkowały z sobą ciągle i całowały się w obecności Anetki. To było wprost prześliczne.
Nałożyły atoli teraz tłumik na ten wzajemny kult i jeły się razem przymilać do Anetki. Zasypywały ją nieustannie komplementami co do jej samej, domu, tualet, gustu, rozumu i piękności. Ton przesadnie pochwalny drażnił potrochu Anetkę, ale trudno pozostać obojętną na pochlebną opinję ludzi o sobie, zwłaszcza, jeśli ci ludzie wydają się posłannikami tego, którego się kocha. Niesposób też było watpić w tę misję zacnych pań Brissot, bowiem w tem, co mówiły, powtarzało się nieustannie imię Rogera. Łączyły pochwały dla niego z pochwałami dla Anetki, czyniły z uśmiechem aluzje nieustanne do wrażenia, jakie na nim wywarła Anetka, i do słów, jakie mu powiedziała, powtarzanych przezeń z zachwytem. (Powtarzał wszystko, to też Anetka była gniewna, a jednocześnie rozczulało ją to.) Pozatem rozwodziły się szeroko nad świetną jego przyszłością, a pani Brissot wyraziła tonem wzruszenia nadzieję, że Roger znajdzie godną siebie towarzyszkę. Nie wymieniła nikogo, ale zrozumiano się. Wszystkie te drobne sztuczki widać było gołem okiem na dwadzieścia kroków. Był to rodzaj gry towarzyskiej, polegającej na zręcznem krążeniu koło pewnego słowa, którego wymówić nie wolno. Pani Brissot śledziła, jak się zdało, owe słowo, zrywające się już z ust Anetki:
— Fant!
Fantu żądała pani Brissot, a Anetka uśmiechnięta otwierała już usta, ale słowo decyzji wyjść z nich nie chciało.
Anetka zaproszona została do Brissotów na poufne wieczorki w apartamentach rodzinnych, przy rue de Provence. Poznała tam Brissota-papę, wysokiego, barczystego osobnika, o oczach świdrujących spojrzeniem z pod krzaczastych brwi, czerwonej cerze twarzy, który miał małą, szpakowatą bródkę, minę zawodowego retora, gesty ojcowskie i który zasypał ją przestarzałemi galanterjami i żarcikami. Popróbował także owej gry towarzyskiej, ale wlazł zaraz butem w półmisek. Anetka spłoszyła się, a pani Brissot dała znak mężowi, by się w sprawę nie mieszał. Odtąd wycofał się z gry i śledził jej tok jeno z pod oka, z drwiącą miną, przyznając, że to nie jego rzecz i kobiety wywiążą się ze sprawy znacznie lepiej.
Zręczna pani Brissot zapraszała zrazu wraz z Anetką trzy, czy cztery zażyłe przyjaciółki, potem dwie, potem jedną, a wreszcie Anetka znalazła się sama z czworgiem Brissotów w „kółku rodzinnem“, jak mówiła pani Brissot tonem, pełnym obietnic, namaszczonym i macierzyńskim. Anetka spostrzegła pułapkę, ale nie cofnęła się, gdyż wielką jej sprawiało przyjemność przebywanie z Rogerem. Przez miłość dla niego stała się wyrozumiałą dla jego rodziny i zamknęła oczy na to, co ją tajemnie drażniło w tem środowisku. Czujny instynkt kobiecy ostrzegł panie Brissot. Mimo silnie rozwiniętej miłości własnej, nie czyniły nigdy uszczerbku swym interesom, zaraz też, jakby się umówiły, wsiąkły w kąt, mówiły mniej, osłaniały swe myśli, ułatwiały zakochanym częste sam na sam, nie przeszkadzając wcale. Sprawa Rogera miała w nim samym najlepszego jednak rzecznika. Coraz mocniej zakochany zaniepokoił się rezerwą Anetki, którąby nie tak wyraźnie dostrzegał, gdyby matka i siostra nie zwróciły mu uwagi. Stał się teraz powabny jak nigdy, od chwili kiedy zagrożone zostało jego zaufanie do siebie. Nie dyskutował już, a elokwencja znikła. Po raz pierwszy w życiu starał się czytać w duszy drugiego człowieka. Siedząc obok Anetki, oczyma pokornemi, a płomiennemi, pożerał zagadkową dziewczynę, błagał, wysilał się na jej przeniknięcie. Anetkę radowała ta niezwykła u niego trwożliwość i bojaźliwe wyczekiwanie, z jakiem śledził każdy jej ruch. Doznawała wstrząsu i chwilami bliska była, pochyliwszy się ku niemu, wyrzec słowo decydujące. Nie uczyniła tego jednak. W ostatniej sekundzie instynktownie, bez powodu rzucała się wstecz, odsuwała od siebie oświadczyny Rogera i własną decyzję. porywczo Wymykała się...
Sieć zacieśniła się teraz bardziej. Pani i Brissot stały w sąsiednim salonie na czatach, panna śledząc dyskretnie bezowocną rozmowę. Czasem przechodziły przez salon uśmiechnięte i jakby czemś zaaferowane, rzucając przelotnie serdeczne słówko, nie zatrzymując się jednak. A młodzi wiedli dalej długie rozmowy.
Pewnego wieczora przeglądali razem od niechcenia jakiś album, co im było jeno pretekstem do zbliżenia głów, i zamieniali półgłośne słowa. Nagle umilkli i Anetka dostrzegła niebezpieczeństwo. Chciała wstać, ale Roger objął ją wpół, a usta młodego człowieka dotknęły jej ust półotwartych. Usiłowała się bronić, ale jakże bronić się przeciw samej sobie? Chcąc oderwać usta, zaczęła mu oddawać pocałunki. Odskoczyła jednak, posłyszawszy z drugiego końca salonu wzruszony głos pani Brissot:
— Ach, droga córko moja! – zatrąbiła na zwycięstwo, potem zawołała: — Adelo... Brissot!
Zdumiona Anetka została w jednej chwili otoczona przez całą rodzinę, rozradowaną i rozczuloną. Pani Brissot okrywała ją pocałunkami i, trąc oczy chustką, powtarzała:
— Kochaj go bardzo!
Panna Brissot mówiła:
— Kochana siostrzyczko!
A pan Brissot niezdarny jak zawsze dodał:
— No, nareszcie! Aleśmy się też naczekali...
Roger, klęcząc, całował jej ręce, błagając spojżeniem trwożnem, nieco wstydliwem. Przepraszał i prosił:
— Nie odmawiaj!
Zdrętwiała Anetka pozwalała się całować, ale owa niema prośba zņiewoliła ją do reszty i skrępowała. Uczyniła ostatni wysiłek protestu. Chciała zawołać:
— Ale ja nic nie powiedziałam!
W tej chwili dostrzegła w oczach Rogera tak szczery smutek, że wytrwać dłużej nie mogła. Zmusiła się do uśmiechu, a na widok szczęścia, którem rozbłysła twarz Rogera, rysy jej rozpogodziły się radością, którą dawała. Ścisnęła mu dłońmi głowę, a Roger wstał, krzycząc z uciechy. Potem zamienili pocałunek narzeczeński w oczach rodziców, wyrażających błogosławieństwo.



Anetka była zdruzgotana, znalazłszy się sama nocą we własnym domu. Nie należała już do siebie. Oddała się... Dała się... dała swe życie! Serce jej ścisnęła trwoga.
Przesadnie ściśle pojmowała więzy dobrowolnie przyjęte. Nie zaliczała się do modnych dziewcząt, co w rozmowie z narzeczonym stroją sobie żarciki, kokietując ich rozwodem. Nie dawała jedną ręką po to, by drugą odbierać. Nie była już własnością swoją, lecz Brissotów. I nagle Brissotowie wydali jej się wrogami. Wyrazistym konturem zarysowało się przed nią teraz wszystko, na co patrzyła w ostatnich tygodniach, wszystkie prace podziemne, manipulacje w celu osaczenia, spisek przeciw wolności, wreszcie komedja końcowa, którą zaskoczono ją i wymuszono decyzję. (Czy sam Roger nie zaliczał się również do spiskowców?) Najeżyła się, niby zwierz, który wpadł w matnię i, widząc zwężające się coraz koło prześladowców, spuszcza głowę i gotuje się do ataku na nich, by zdobyć sobie przejście, by dokonać pomsty, lub zginąć. Po raz pierwszy to wszystko, co ją raziło u Brissotów, o czem myśleć dotąd nie chciała, ukazało jej się w powiększeniu, wstrętne i nieznośne... Sam nawet Roger! Nigdy nie będzie mogła żyć zamurowana w tym człowieku, tej rodzinie, tej sferze interesów, które z nią nic wspólnego nie miały i z któremi nigdy nic jej łączyć nie może. Postanowiła zerwać...
Czyż jednak mogła zrywać, zdecydowawszy się raz? Czyż pozwoli na to Roger. Musi pozwolić! Nie może przeszkadzać! Na myśl, że może się sprzeciwić, znienawidziła go. W tej chwili nie brała w rachubę cierpienia jego, bez wahania zakrwawiłaby mu serce, byle odzyskać wolność. Nagle ujrzała błagające oczy jego i doznała zawrotu głowy. Mniejsza z tem! Egoizm, zagrożone życie, instynkt samozachowawczy, okazały się silniejszemi nad miłość, czy litość. Uczuła konieczność ratowania się. Biada temu, ktoby jej tamował wyjście!...
Przewracała się przez całą noc po łóżku, trawiona gorączką i bezsennością, i przeżywała naprzód scenę, jaka ją czekała z Rogerem. Mówiła próbując słów, jakie wypowie on i ona sama. Starała się go przekonać, dyskutowała, unosiła się, żałowała go i nienawidziła. O świcie była wyczerpana, ale pewna swego. Czy pójść do Rogera? O nie, lepiej napisać. Będzie mogla z większą swobodą wypowiedzieć aż do końca wszystko, co chce, i nie narazi się na przerywanie z jego strony. Zerwie. Dla zabezpieczenia się przed najściem Brissotów postanowiła uciec z Paryża i zamieszkać przez dni kilka w którymś z hoteli w okolicy. Wstała i skreśliła list, którego wszystkie zdania sto razy przewróciła tam i zpowrotem w umyśle, potem zaczęła się pospiesznie sposobić do odjazdu.
Jeszcze nie skończyła, gdy przybył Roger i schwytał ją na uczynku. Nie pomyślała o tem, by się przed najściem zabezpieczyć, gdyż nie sądziła, że nastąpi tak rychło. Wszedł, wyprzedzając w miłosnym pośpiechu lokaja, który go miał zaanonsować. Przyniósł kwiaty. Pełen był szczęścia i wdzięczności. Widząc, jak jest rozkochany, młody, powabny, Anetka nie mogła przemówić słowa. Zapomniała wszystkich pięknych postanowień, a od pierwszego wejrzenia serce jej poddało się miłości. Z przedziwną, złą wiarą uczucia, odnalazła natychmiast tyle danych, przemawiających za małżeństwem, ile ich przeciw niemu zgromadziła przed minutą zaledwo. Próbowała walczyć, ale radość błyszczała w jej oczach podkutych udręką nocną. Patrzyła na swego Rogera, który sycił się jej widokiem upojnym, i mówiła sobie:
— Przecież postanowiłam... powinnam przecież postanowić... Ach, cóż ja to postanowiłam?...
Jakże jednak dowiedzieć się o tem, zostając pod wpływem spojrzenia, sięgającego do dna duszy? Jakże myśleć, jakże zebrać myśli? Nie wiedziała już nic, była stracona! Z drugiej strony pociągał ją urok miłości... Wszystko, na co się zdobyć mogła, polegało na tem, że wymogła na narzeczonym, by nie spieszył z terminem ślubu. Kosztowało ją to dużo, a Roger zaraz przybrał wyraz takiego rozczarowania i zniechęcenia, że nie mogła mówić dalej. Jakże sprawiać ból temu kochanemu chłopcu? Pospiesznie upewniła go o swej miłości i starała się, czując, że lada chwila sił jej zbraknie, wytrwać przy żądaniu odwłoki, ale zwalczał ten kaprys z taką energją, jakby szło o życie. Wkońcu, po obustronnych targach miłosnych postanowili ustąpić każde przez połowę, tak, że termin ślubu oznaczyli na połowę lata.
Potem Roger odszedł, a Anetka przejrzała się z zakłopotaniem w lustrze i zobaczyła na swej twarzy tenże sam co przedtem wyraz niepewności. Jakże z niej wybrnąć? Spojrzała na przygotowania do odjazdu.
— Ładny pomysł! — powiedziała. Wzruszyła ramionami i roześmiała się. Jakże śliczny był Roger!... Włożyła zpowrotem do szafy bieliznę i drobiazgi, wyjęte poprzód, by je umieścić w kuferku.
— A mimo wszystko, — pomyślała — nie chcę, nie chcę!
Zdenerwowana, upuściła pęk koszul... posypały się na ziemię, a w ślad za niemi spadać zaczęły różne szczotki. Kopnęła gniewnie całą tę stertę...
Potem pozbierała wszystko, schylając się aż do podłogi. Znużyło ją to, więc siadła na ziemi, niezbyt dumna z siły swej woli.
— Głupstwo! — powiedziała, wyciągając się na dywanie. — Mam jeszcze cztery miesiące czasu...
Z twarzą zanurzoną w poduszce, leżąc na brzuchu, zaczęła liczyć dni.



Roztropni Brissotowie zastosowali się do życzenia Anetki, by przedłużyć okres narzeczeństwa. Nie chcieli narażać na szwank odniesionego sukcesu i nie nalegali zbytnio. Wydało im się atoli koniecznem wziąć dziewczynę pod nadzór, na czas wyczekiwania. Niesposób było zostawiać jej samej sobie, gdyż dziwna ta osóbka gotowa była wymknąć się każdej chwili.
Zbliżała się Wielkanoc, a Brissotowie zaprosili Anetkę, by spędziła z nimi święta w posiadłościach rodzinnych, w Burgundji. Anetka przyjęła propozycję z pewnem wahaniem, nęciła ją bowiem i napełniała strachem jednocześnie. Było to nowe ogniwo łańcucha, który ją oplatał, bała się, że popadnie do reszty w niewolę, lub wszystko zerwie, bała się prócz tego innych jeszcze groźniejszych rzeczy, o których myśleć nie chciała nawet. Nie miała zamiaru porzucać stanu niepewności miłosnej, którenmu się dała kołysać, cierpiąc potrochu, ale ulegając jego czarowi. Radaby była przedłużyć go nawet, wiedziała atoli, że to niezdrowo i że nie ma do tego prawa ze względu na Rogera.
Postanowiła wkońcu zwierzyć się Sylwji z trapiących ją skrupułów. Nigdy, ni słówkiem nie wspomniała jej o miłości dla Rogera, mimo że poza tem mówiła jej wszystko, nieraz rozmawiając o innych młodych ludziach. To prawda... ale owych innych, nie kochała, a imię Rogera trzymane było zosobna, na boku.
— Powiedzże mi pytała Sylwja czy ten twój ptaszek przynajmniej ładny?
— Tak, — odparła Anetka.
— A kocha cię?
— Tak.
— A ty go kochasz?
— Kocham go.
— No więc, cóż ci stoi na przeszkodzie?
— Ach, to trudno wyrazić! Jakże ci powiem? Kocham go... bardzo kocham... jest zachwycający!
Zaczęła go opisywać z upodobaniem, a oczy Sylwji błyszczały przekorą. Nagle urwała...
— Tak, kocham go bardzo... bardzo... a jednocześnie nie kocham go wcale... Jest w nim coś... nie mogłabym z nim żyć... nie mogłabym nigdy... Przytem... przytem kocha mnie zanadto... chciałby mnie połknąć...
Sylwja wybuchła śmiechem.
— Naprawdę, mówię ci, chciałby mnie wchłonąć w siebie całą, zabrać mi życie, własne myśli moje, odebrać powietrze, którem oddycham. O, on ma doskonały apetyt, ten mój Roger. Miło patrzyć jak się dzielnie sprawia przy stole... Je, aż mu się uszy trzęsą... Ale ja nie chcę zostać zjedzoną...
Śmiała się z całego serca, a Sylwja, siedząca na jej kolanach, z rękami wokół jej szyi, śmiała się także. Anetka mówiła dalej:
— To straszna rzecz czuć, że mnie ktoś zjada w ten sposób żywcem, że nic mi nie pozostanie już własnego, że nie mogę niczego ocalić... On się tego nawet nie domyśla. Kocha mnie do szaleństwa, a mnie się, widzisz, wydaje, że ani przez moment nie starał się zrozumieć mnie, nie zatroszczył się o to nawet. Przyszedł, wziął i chce mnie porwać z sobą...
— Ano, to najlepsza rzecz! — zawyrokowała Sylwja.
— Myślisz jeno o głupstwach! — powiedziała Anetka, tuląc ją do siebie.
— A o czemże mam myśleć?
— O małżeństwie. To sprawa poważna.
— Nie tak znowu bardzo poważna!
— Jakto? Czyż nie jest to rzecz wielka, dać wszystko z siebie, nic sobie nie zostawiając?
— A któż to mówi? Musiałabyś chyba oszaleć!
— On chce mieć wszystko!
Sylwja wiła się od śmiechu, niby ryba po piasku.
— Ach... Netko, warjatko... głuptasku mały!...
Wydało jej się ogromnie łatwem mówić, co chce, dać co chce i ile chce, a zachować, nie rzekłszy słowa, resztę dla siebie! Mężczyzn traktowała z życzliwą ironją i niewiele sobie robiła z ich wymagań. Jakże są mało szkodliwi!...
— Ja jednakowoż nie umiem tej sztuki życia! — przyznała Anetka.
— Wiem to! — powiedziała Sylwja. — Bierzesz wszystko serjo...
Anetka przyznała ze skruchą.
— To źle, to bardzo źle! A mimo to chciałabym być do ciebie podobną. Masz szczęście!
— Zamieńmy się tedy! Oddaj mi swe usposobienie! — zaproponowała Sylwja.
Anetka nie miała ochoty na zamianę. Po odejściu Sylwji uczuła się jednak silniejszą. Nie rozumiała siebie jak i przedtem, ale była zaintrygowana.
— Ciekawe! — powiedziała sobie. — Dam tedy wszystko i wszystko zachowam dla siebie!...
Nazajutrz, a była to wilja wyjazdu, kończyła przygotowania i trapiła się w dalszym ciągu, gdy nagle zjawił się dziwny gość, który, zwiększywszy jej niepokój, rozjaśnił skrupuły i uczynił je bardziej uchwytnemi. Marcel Franck kazał się zaanonsować.
Po kilku uprzejmych słowach pełnych kurtuazji, nawiązał do zaręczyn Anetki, z czego Roger nie czynił tajemnicy.
Powinszował jej w sposób wykwintny, a ton jego i wyraz oczu cechowała lekka, życzliwa ironja. Anetce było z nim bardzo dobrze, czuła, że to przyjaciel przenikliwy, przed którym nie ma potrzeby niczego ukrywać, ani niczego mówić, bowiem obie strony rozumieją się wpół słowa. Mówili o Rogerze, któremu Marcel zazdrościł, uśmiechając się przytem. Anetka wiedziała, że mówi prawdę i że jest w niej zakochany. Nie mieszało ich to jednak obojga. Wypytywała go o Rogera, którego znał blisko, a Marcel wychwalał rywala. Gdy nalegała, by się wyrażał mniej banalnie, powiedział żartobliwie, że jest zgoła zbytecznem, by jej opisywał Rogera, bowiem zna go równie dobrze, jak on. Mówiąc to, wpatrywał się w nią tak przenikliwię, że zakłopotana na moment spuściła oczy. Potem spojrzawszy nań bystro, dostrzegła subtelny uśmiech, świadczący, że się rozumieją. Rozmawiali chwilę o rzeczach postronnych, aż nagle Anetka przerwała i mówiąc z naciskiem:
— Mów pan szczerze! — zapytała: — Zdaniem pańskiem, źle postąpiłam, prawda?
— Nigdybym pani niczego przyganiać nie śmiał! — odparł.
— Tak, przez uprzejmość. Ale pan jeden możesz mi powiedzieć całą prawdę.
— Położenie moje jest wyjątkowo trudne, proszę pani.
— Wiem o tem. Ale wiem także, że nie wpłynie na szczerość pańskiego sądu.
— Dziękuję! — rzekł zcicha.
Podjęła na nowo:
— Sądzisz pan tedy, że mylimy się, ja i Roger?
— Sądzę, że... pani... się myli.
Spuściła głowę. Potem powiedziała:
— I ja tak sądzę.
Marcel nic nie odrzekł. Patrzył na nią dalej i uśmiechał się.
— Czemu się pan uśmiecha?
— Pewny byłem, że pani to wie.
Anetka spytała, zbliżając się doń:
— Powiedz pan teraz, za co mnie masz?
— Nic nowego powiedzieć nie zdołam.
— Dopomóż mi pan jaśniej zobaczyć samą siebie.
— Jest pani, — rzekł zwolna — żądną miłości, a pełną buntu kobietą. Nieustannie pożąda pani miłości (przepraszam!) i wiecznie się pani buntuje. Odczuwając konieczność oddania się niepodzielnie, czuje pani niezbędną potrzebę zachowania wszystkiego dla siebie...
(Anetka nie była w stanie stłumić drgnienia).
— Czy to panią razi? — spytał.
— Nie, nie! Wprost przeciwnie. To prawda zupełna. Mów pan dalej!...
— Jest pani istotą niezawisłą, która nie może zostać samą. To prawo natury. Odczuwa je pani żywiej niż inni, bo jest w pani więcej życia.
— O tak, pan mnie rozumie! Pan mnie rozumie lepiej od niego. Ale...
— Ale pani kocha jego właśnie...
Ni śladu goryczy w tonie jego słów nie było. Spoglądał na nią po przyjacielsku, zaciekawiony tą niezwykłą naturą ludzką.
— Niełatwa to rzecz żyć we dwoje! zauważyła.
— Owszem, sprawa byłaby nader łatwa, gdyby nie to, że od wieków ludzie silą się, by sobie komplikować życie zapomocą wzajemnego krępowania się. Wystarczy to odrzucić i koniec. Oczywiście, jednak kochany nasz Roger, jak wszyscy prawowici Francuzi, nie ma o tem pojęcia i uważałby się za nieszczęśliwego, gdyby nie czuł na sobie brzemienia całego przymusu przeszłości. „Niema przyjemności bez utrapień“, tak powiadają pono i jest to tem przyjemniejsze, gdy dręczeni przez innych, dręczymy wzajem najbliższego sąsiada.
— Jakże pan wyobrażasz sobie małżeństwo? — spytała.
— Jako rozsądną spółkę dla celu interesów i przyjemności. Życie, to winnica, którą się eksploatuje wspólnie. Razem się uprawia ziemię i razem odbywa winobranie. Ale niema przymusu picia wina zawsze razem i zawsze sam na sam.
— Masz pan na myśli wolność cudzołóstwa? — spytała.
— To stare, bezprzedmiotowe słowa. Mam na myśli wolność kochania, a to rzecz najważniejsza i zasadnicza.
— Mnie na tem najmniej zależy! — odrzekła Anetka. — Małżeństwo nie jest w mych oczach rozstajem, gdzie można się oddawać każdemu przechodniowi. Oddaję się jednemu wyłącznie. W dniu, w którym go kochać przestanę, lub pokocham innego, rozłączę się z pierwszym, a nie będę się dzieliła. Nie znoszę podziału.
Marcel uczynił gest ironiczny, który znaczył:
— Rzecz błaha!
— Widzisz pan tedy, drogi przyjacielu, — zakonkludowała — że koniec końcem jestem jeszcze bardziej od pana, niż od Rogera, oddalona.
— Zalicza się pani więc — spytał Marcel — równie do owej starej szkoły pod godłem: „Krępujmy się wzajem“?
— Całe dostojeństwo związku małżeńskiego, — powiedziała — stanowi miłość wyłączna, wierność dwu serc. Jeśli to zniknie, cóż zostanie poza pewnemi korzyściami praktycznemi?
— To rzecz niemała! — zauważył.
— To nie wystarcza, — odrzekła — by nagrodzić wszystkie poniesione ofiary.
— Jeśli pani tak myśli, to pocóż się żalić? Zaciska pani jeno kajdany, z których chce panią ktoś wyzwolić.
— Nie domagam się wolności serca! — powiedziała. — Czuję się dość silną, by je dochować bez skazy temu, któremu je dałam.
— Czy pani tego pewna? — zapytał spokojnie.
Anetka pewną tego nie była! Wiedziała co zwątpienie. W tej chwili przemawiała jako córka swej matki, nie jako Anetka, pełna i indywidualna. Ale nie chciała przyznać tego, zwłaszcza w rozmowie z Marcelem. Powiedziała tylko:
— Taka jest moja wola!
— Wola, w tych sprawach?... — zdziwił się Marcel i uśmiechnął znowu. — To zupełnie jakby ktoś zadekretował, że płomień czerwony jest zielonym. Miłość, to latarnia morska o zmiennem świetle.
Ale uparta Anetka powiedziała:
— Dla mnie nie! Nie chcę!
Odczuwała doskonale i z tąż samą koniecznością potrzebę zmiany i trwania bez zmian, owe dwa przemożne instynkty każdej silnej żywotności. Po kolei buntował się w niej ten z nich, który był w danej chwili zagrożony.
Marcel, który znał dobrze piękną, dumną, i nieustępliwą dziewczynę, skłonił się tylko grzecznie. Anetka, która sądziła siebie równie ściśle jak on ją, uczuła rodzaj zawstydzenia:
— To znaczy... — nie chciałabym... — rzekła zcicha.
Uczyniwszy tę koncesję na rzecz prawdy, ciągnęła dalej z większą odwagą, gdyż stąpała teraz po gruncie, gdzie czuła się pewną siebie:
— Chciałbym jednak, by wzamian za dar wzajemny wierności miłosnej, każde z małżonków miało prawo żyć wedle duszy swojej, prawo kroczenia swoją drogą, poszukiwania własnej prawdy, zapewnienia sobie, jeśli tak trzeba, własnego pola działalności, słowem prawo własnego życia duchowego, bez obowiązku poddania się wyrokom prawa strony drugiej, choćby to była istota najdroższa nawet. Żadna bowiem istota nie ma prawa składać sobie w ofierze duszy drugiej, ani też obowiązku oddawania swojej. To zbrodnia.
— Prześlicznie, droga przyjaciółko! — zawołał Marcel. — Ale co do mnie, pani wie... dusza... to przekracza moją kompetencję. Może się lepiej na tem zna Roger. Chociaż obawiam.się, że ma podobne zdanie w tej sprawie. Nie wyobrażam sobie jakoś, by Brissotowie uznawali w swem kółku rodzinnem, by dopuszczali możliwość jakiegoś innego „prawa duchowego“, poza prawem karjery politycznej i prywatnej Brissotów.
— Właśnie jutro, — odparła śmiejąc się Anetka — udaję się do nich, do Burgundji, na kilka tygodni.
— Będzie pani miała tedy sposobność skonfrontowania swego idealizmu z ich idealizmem! — rzekł Marcel. — O, są to wielcy idealiści, proszę wierzyć! Zresztą może się mylę, może się państwo zgodzicie doskonale. Pani stworzona jest na to, by się zgodzić.
— Kto wie co będzie! — zawołała. — Może wrócę stamtąd skończoną Brissotką!
— Aj, toby było smutne!... Nie, nie, proszę pani... Czy będziesz panią Brissot, czy nie, pozostań pani Anetką.
— Niestety, chciałabym ją zatracić, a nie wiem, czy tego zdołam dokazać i boję się! — odparła.
Pożegnał się, całując ją w rękę.
— Żal mi jednak Anetki, bardzo żal! — powiedział i odszedł.
Anetka również była tego zdania, choć w nieco innem znaczeniu słowa. Mimo, że ją sądził ściśle i oceniał trafnie, nie rozumiał jej wcale, podobnie jak Roger, który jej nie znał zgoła. By ją zrozumieć, należało mieć duszę bardziej „religijną“, religijniej wolną, niżli stać na to było wszystkich niemal młodych ludzi ówczesnej Francji. Ludzie religijni zachowują tradycję katolicyzmu, to jest wyznają posłuszeństwo i rezygnują ze swobody ducha (zwłaszcza jeśli idzie o kobietę). Ci zaś, którzy są wolni duchem, rzadko wiedzą coś o najgłębszych potrzebach duszy.



Roger czekał nazajutrz z powozikiem na małej stacyjce burgundzkiej, gdzie wysiadła Anetka. Gdy go jeno zobaczyła, pierzchły odrazu wszystkie troski. Roger był tak uszczęśliwiony! Ona również czuła się szczęśliwą. Wdzięczna była paniom Brissot, że wymówiły się niezręcznie i nie przybyły po nią.
Był pogodny, wiosenny wieczór. Złoty widnokrąg ujmowała w ramę świeża, jasna, falista zieleń. Śpiewały skowronki. Dwukolny powozik toczył się po białej drodze, a kopyta małego, ognistego konika grzmiały po niej rozgłośnie. Rzeźwy powiew muskał Anetkę po różowych policzkach. Siedziała przytulona do towarzysza, który, powożąc, śmiał się, mówił do niej, czasem zaś, pochylając się nagle, brał z jej ust i dawał przelotne pocałunki. Nie broniła się. Kochała go, bardzo kochała! Nie przeszkadzało jej to wiedzieć dobrze, że za chwilę zacznie go sądzić i sądzić samą siebie. Inna rzecz sądzić, a inna kochać. Kochała go jak to powietrze, jak niebo, jak powiew idący od łąk, jak część wiosny. Jutro czas będzie zrobić ład w myślach swoich. Odprawiła je do jutra. Radujmyż się, myślała, rozkoszną chwilą! Nie powtórzy się już... Zdało jej się, że polatuje nad ziemią wraz z ukochanym.
Przyjechali za prędko, mimo że na ostatnim zakręcie, jadąc pod górę topolową aleją, zwolnili bardzo, a nawet, chcąc dać spocząć konikowi, przystanęli pod wysokim żywopłotem, zakrywającym fasadę pałacu, i objęli się długim, bezsłownym uściskiem.
Brissotowie otoczyli Anetkę staraniami. Umieli w dyskretnych słowach obudzić wspomnienie jej ojca. Pierwszego wieczora czuła się dobrze w rodzinnem kole, rozrzewniona i wdzięczna. Od tak dawna już pozbawiona była serdecznego ciepła domowego ogniska. Żyła złudzeniem, a opór gdzieś się podział, czy zasnął.
Zbudziła ją nocą mysz, hałasująca za obiciem. Wśród ciszy zupełnej szmer rozlegał się donośnie, przywodząc jej na myśl łapkę na myszy. Powiedziała sobie:
— Złapałam się!...
Przerażona bardzo, usiłowała rozumować:
— Nie, nie, nie chcę... nie jestem w stanie...
Pot nerwowego wyczerpania oblał jej ramiona.
— Jutro pomówię na serjo z Rogerem. Trzeba koniecznie, by mnie poznał. Musimy zbadać lojalnie, czy możemy żyć razem...
Ale nazajutrz widok Rogera napełnił ją taką radością, taka ją objęła fala serdecznego przywiązania, z takiem upojeniem oddychali razem oszałamiającym czarem wsi, tak pięknie marzyli o szczęściu (niemożliwem może, ale, któż wie... może tak bliskiem, że tylko sięgnąć ręką...) iż rozmowę odłożyła do jutra... a potem znowu do jutra...
Co nocy wracał strach i kłuł w samo serce.
— Koniecznie muszę mówić, choćby ze względu na Rogera. Codziennie bardziej mota w łańcuch siebie i mnie. Nie mam prawa dłużej milczeć. To coś, jakbym go oszukiwała...
O jakże była słaba! A jednak silną była w życiu powszedniem. Miłość podobną jest do gorącego pasatu, którego upalna moc odbiera siły i do omdlenia przywodzi serce. Przychodzi straszliwe wyczerpanie tajnej rozkoszy, ogarnia strach przed ruchem, myślą, a dusza, otulona snem, boi się zbudzić. Anetka wiedziała, że za pierwszem drgnieniem marzenia pierzchną.
Chociaż się jednak nie ruszamy, czar się za nas rusza, a sam tok dni starczy, by porwać złudzenie, które chcemy zachować. Daremnie czuwamy nad sobą, niesposób żyć sam na sam od rana do wieczora, by po pewnym czasie nie okazać swej właściwej istoty.
Rodzina Brissotów przybrała postać naturalną. Uśmiech ich, była to fasada. Anetka weszła do wnętrza gmachu. Ujrzała mieszczuchów zajętych interesami, ponurych, którzy zawiadywali swem mieniem z surową jakąś przyjemnością. Nie było tu mowy o socjalizmie. Z pośród nieśmiertelnych zasad, uznawano tu jeno Deklarację Praw... właściciela. Biada, ktoby na nie podniósł rękę. Czuwali pilnie i bezustannie nad stanem posiadania i ów baczny nadzór sprawiał im pełne utrapień zadowolenie. Lubowali się tem. Żyli w ustawicznej walce podjazdowej ze swą służbą, dzierżawcami, robotnikami z winnic, oraz swym wszystkimi sąsiadami. Skłonność do szykan pieniactwa, właściwa tej rodzinie, kwitła w najlepsze tu na prowincji. Śmiał się z całego serca papa Brissot, ile razy mu się udało chwycić w pułapkę kogoś, na kogo czatował. Ale nie śmiał się ostatni, bo przeciwnik zaliczał się do tegoż samego burgundzkiego typu. Nie dając za wygraną, rypostował nazajutrz cięciem jeszcze lepszem. I sprawa rozpoczynała się na nowo...
Anetki nie wtajemniczono, oczywiście, w owe utarczki. Brissotowie mówili o nich jeno między sobą w salonie, lub przy stole, a Roger i Anetka zajęci byli własnemi sprawami. Ale baczna na wszystko Anetka śledziła z uwagą, co mówiono. Roger zresztą przerywał sam czasem miłosne gruchanie i brał udział w dyskusji, która roznamiętniała wszystkich. Zapalali się w takich razach, gadali jeden przez drugiego i zapominali o Anetce. Brali ją za świadka faktów, których nie znała, i trwało to aż do chwili, kiedy pani Brissot, przypominając sobie o obecności słuchaczki, przecinała rzecz i zwrócona ku niej, uśmiechnięta, jakby się miała rozpłynąć, kierowała rozmowę na drogi kwiecistsze. Zaraz też, bez przejścia wracano do pełnej ugrzecznienia dobroduszności. Łączyła się z tym zasadniczym tonem, w przedziwny zespół, także pruderja i swawola galicka, podobnie jak życie mieszkańców pałacu cechowała wystawność i skrajne skąpstwo jednocześnie. Jowjalny papa Brissot układał kalembury, panna Adela rozprawiała o poezji, a każdy wtrącał słówko na ten temat. Wydawało im się to bliskiem i znanem, ale upodobania ich nosiły datę z dwudziestu lat wstecz. Mieli wyrobione zresztą zdanie o sztuce wogóle i popierali je często autorytetem takiego to, a takiego przyjaciela z Instytutu, obwieszonego orderami. Trudno sobie było wyobrazić umysły trwożliwsze, a bardziej autorytatywne od tych, jakiemi się odznaczało owo spanoszone mieszczaństwo, przekonane, że zna się na najnowszych prądach w sztuce, zupełnie jak na ostatnich wydarzeniach w zakresie polityki. Pojęcia ni o jednem, ni drugiem nie mieli, a opinje swe kształtowali wedle każdej wygranej bitwy.
Anetka czuła się zgoła obcą. Słuchała, patrzyła i mówiła sobie:
— Cóż mam do roboty pośród tych figur?
Na myśl, że jeden, lub drugi z tych osobników mógłby sobie uroić jakąś przewagę nad nią, czy chcieć ją wziąć w kuratelę, nie buntowała się nawet, ale uczuwała chęć śmiechu. Przychodziło jej na myśl, coby powiedziała Sylwja, gdyby jej zaofiarowano rodzinkę tego pokroju. Cóżby to był za wrzask, co za wybuchy śmiechu!...
Odpowiadała czasem tem samem, znalazłszy się w ogrodzie, bez świadków. Pewnego razu posłyszał to Roger i spytał zdumiony:
— Cóż cię tak rozśmieszyło?
— Nic jedyny... nic... ot, głupstwo!
Starała się przybrać poważną minę, ale nie mogła się powstrzymać i wybuchała na nowo, czasem nawet w obecności pań. Przepraszała, a pobłażliwe, choć nieco urażone Brissotki mówiły:
— Dziecko z niej jeszcze. Niechże się śmieje do woli!
Nie zawsze się jednak śmiała. Wesołość jej przysłaniały często chmury. Po momentach serdecznego wylania zwierzeń, po godzinach jasnych, spędzonych z Rogerem, przychodziły niespodzianie i nagle napady melancholji, zwątpienia i trwogi. Chwiejność i rozbieżność myśli, trapiące ją od zeszłej jesieni, nietylko nie doznały ukojenia, ale zaznaczały się coraz to wyraźniej czasu tych miesięcy wzajemnej miłości. Wybuchały w niej, ni stąd, ni zowąd instynkty dziwaczne, dysharmonijne, stawała się nerwową, barokową, złośliwą, ironiczną, miewała chwile ponurej pychy i odczuwała niewytłumaczoną urazę. Anetka czyniła wysiłki, by to wszystko ukryć i stłumić, ale wyniki nie były najlepsze. Zapadała wówczas w milczenie nienawistne dla otoczenia i niepokojące. Nie traciła zwykłej bystrości umysłu, dlatego też kontrolowała się, pytała zdumiona, skąd pochodzą te przemiany, i wyrzucała je sobie. Niewiele to zmieniało sprawę, ale poczucie własnej niedoskonałości czyniło ją wyrozumiałą (coprawda, raczej przez rozumowanie, niźli ze szczerego serca) dla owych komicznych figur zaściankowych (znowu impertynencja... przepraszam, już nie będę!). Wszakże byli rodzicami Rogera, przeto winna była przyjąć ich, jeśli godziła się na samego Rogera... Cała rzecz w tem, czy godziła się na Rogera. Reszta, Boże drogi, nie miała wielkiego znaczenia, bowiem można się bronić we dwoje.
Czy jednak było ich dwoje? Czy Roger zechce bronić siebie i jej? Zresztą, zanim zada sobie pytanie, czy zgodzi się na Rogera, winna była spytać, czy Roger zgodzi się na nią szczerze i wspaniałomyślnie, gdy się przekona, jaka jest? Dotąd znał jeno usta jej i oczy. Nie przejawiał, zda się, wielkiej ochoty poznać Anetki prawdziwej, a wolał ją sobie wymyślać. Anetka żywiła atoli nadzieję, że przy pomocy miłości nie będzie rzeczą niemożliwą, poznawszy się do głębi serca, powiedzieć sobie:
— Biorę cię, jakim jesteś. Biorę cię wraz z wadami twemi, z demonami, jakie w tobie żyją, wymaganiami, z całą twą zasadą życia. Jesteś, czem jesteś, kocham cię takim, jakim jesteś.
Zdolną była sama, wiedziała dobrze, do takiego aktu miłości. W dniach ostatnich obserwowała Rogera swemi przenikliwemi oczyma, w których, choć nikt nie spostrzegał tego, wszystko się odzwierciadlało. Roger, zaufawszy jej zupełnie, często okazywał się większym Brissotem, niżby pragnęła, i dawał się ponosić interesom i sprzeczkom swego szczepu, okazując tę samą skłonność do szykan i pieniactwa. Nie radowało jej w nim dużo, był często twardy i uparty, ale nie chciała go surowo sądzić, jakby to uczyniła wobec innych. Zdawało jej się, że przyczyną tego jest naśladownictwo. Roger, pod wielu względami, wydawał jej się jeszcze dzieckiem chwiejnem, podległem rodzinie, którą kopjował rozradowany, a umysł jego był wbrew zuchwałym słowom, wielce trwożliwy. Mimo, że zaczęła dostrzegać zupełny brak konsystencji jego projektów odnowy społecznej i nie ulegała w pełni czarowi jego oratorskiego idealizmu, nie brała mu tego za złe, wiedziała bowiem, że nie chciał jej oszukiwać, że sam w pierwszej linji ulega własnym złudzeniom, tedy z odrobiną serdecznej ironji gotowa była nawet usuwać mu z drogi życia wszystko, coby mogło rozwiać iluzję, jakiej potrzebował, by żyć. Nawet naiwny egoizm, z którym paradował czasem w sposób ambarasujący, nie odpychał jej, bo zdawał się być wolnym od złośliwości. W gruncie wszystkie jego braki miały swe źródło w słabości. Bawiło ją to, że pozował na mocarza... człowieka z bronzu... aes triplex... biedny Roger! Wzruszał ją nieomal. Anetka śmiała się zeń pocichu, ale miała dlań niewyczerpane skarby pobłażliwości. Kochała go bardzo. Mimo wszystko wydawał się dobry, wspaniałomyślny i płomienny. Była jak matka, karcąca łagodnie małe, niewiele znaczące w jej oczach błędy ukochanego dziecka i nie czyniąca go za nie odpowiedzialnem. Skłonna była raczej do żałowania go i pocieszania... Zresztą... Anetka patrzyła na Rogera nietylko oczyma pobłażliwej matki! Spojrzenie jej miało stronniczość kochanki. Ciało domagało się głosu, a głos ten mówił donośnie. Rozum mógł sobie mówić co chciał, umiała go słuchać w ten sposób, że nawet przygana budziła pożądanie. Anetka dobrze widziała wszystko. Ale podobnie, jak pochylając głowę i mrużąc powieki, harmonizujemy plan pejzażu, dostrzegając nawet niepożądane cechy Rogera, patrzyła pod kątem łagodzącym je znacznie. Bliska była kochać gdyby okazał się wstrętnym, bowiem kochając wady ukochanego, dajemy więcej z siebie. Miłując piękno w człowieku drogim, nie dajemy, a raczej bierzemy tylko.
Anetka myślała:
— Kocham cię za to, że jesteś niedoskonały. Gdybyś sobie zdawał sprawę, że to widzę, gniewałbyś się. Ale ja jestem inna, chcę, byś widział me braki! Jestem niedoskonała i cenię to w sobie, gdyż te właśnie wady stanowią ważniejszą go nawet, i głębszą część mej istoty, niż reszta. Jeśli mnie chcesz, musisz je brać wraz ze mną. Czy je chcesz? Niestety, nie chcesz patrzyć. Kiedyż zadasz sobie trud poznania mnie?



Rogerowi nie spieszno było. Po wielu daremnych usiłowaniach sprowadzenia go na to niebezpieczne terytorjum, którego zdawał się unikać, Anetka przystanęła raz podczas przechadzki, przerwała rozmowę i ujmując jego dłonie powiedziała:
— Rogerze, musimy koniecznie pomówić.
— Pomówić! — zawołał ze śmiechem. — Ależ wydaje mi się, że nie żałujemy sobie tego!
— Nie, — odparła — nie idzie o grzecznostki, musimy się rozmówić serjo.
Przybrał zaraz minę wystraszonego.
— Nie bój się! — rzekła. — O sobie samej pragnę z tobą pomówić.
— O sobie? — rzekł, rozpogadzając się. — W takim razie będzie to rzecz piękna.
— Zaczekaj, zaczekaj! — rzuciła. — Wysłuchawszy, zmienisz może zdanie.
— Cóżbyś mi mogła powiedzieć jeszcze nieoczekiwanego. Czyż w ciągu tylu dni razem spędzonych, nie powiedzieliśmy już sobie wszystkiego?
— Zazwyczaj ja, ze swej strony, mam jeno sposobność mówić Amen! — odparła, śmiejąc się. — Ty zawsze mówisz sam.
— Niedobra dziewczyno! — powiedział. — Czyż, nie mówię wyłącznie o tobie?
— O tak, także i o mnie mówisz. A nawet mówisz za mnie.
— Wydaje ci się, że mówię za dużo? — spytał naiwnie.
Anetka przygryzła usta.
— Nie, nie, drogi Rogerze. Lubię to bardzo. Ale kiedy o mnie mówisz, słucham tylko, a jest to tak piękne, tak piękne, że powiadam: niechże więc tak będzie. Tymczasem sprawa przedstawia się zgoła inaczej.
— Jesteś pierwszą chyba kobietą, która się żali z powodu piękności swego portretu.
— Wolałabym, bym nim była sama. Nie piękny to portret zawiesisz, drogi Rogerze, w swym domu rodzinnym. Jestem kobietą żywą, obdarzoną wolą, namiętnościami, myślami. Czy pewny jesteś, że będę mogła wejść do ciebie z mym całym bagażem?
— Biorę wszystko z zamkniętemi oczyma.
— Proszę, byś je otwarł.
— Widzę czystą duszę twoją, malującą się na twarzy.
— Biedny Rogerze! Dobry Rogerze... nie chcesz więc patrzyć?
— Kocham cię. To dość.
— Kocham cię także. Ale mnie to nie wystarcza.
— Nie wystarcza? — spytał zmieszany.
— Nie. Muszę widzieć.
— Cóż chcesz widzieć?
— Chciałabym zobaczyć, jak mnie kochasz?
— Kocham cię więcej niż wszystko.
— Oczywiście! Nie możesz kochać mniej. Ale ja nie pytam o ilość, jeno o jakość twej miłości. Wiem, że mnie chcesz, ale co zamierzasz naprawdę uczynić z twej Anetki?
— Połowę drugą siebie samego.
— Otóż właśnie! Dowiedz się, drogi przyjacielu, że nie jestem połową. Jestem całą i kompletną Anetką.
— To są słowa tylko. Chciałem powiedzieć, że ty jesteś mną, a ja tobą.
— Nie, nie bądź mną! Rogerze, pozwól mi zostać sobą.
— Czyż nie uczynimy tego, łącząc w jedno życie nasze.
— To mnie właśnie niepokoi. Boję się, że nie zdołam pozostać taką, jaką jestem.
— Cóż cię niepokoi, Anetko? Cóż za myśli cię trapią? Kochasz mnie, wszak prawda? To rzecz najważniejsza! Nie troszcz się o resztę. Zobaczysz, wszystko urządzę sam i moi bliscy, którzy zostaną twoją rodziną, urządzimy ci życie tak, że nie będziesz miała nic innego do roboty jak tylko płynąć z falą.
Anetka patrzyła w ziemię, rysując stopą jakieś znaki na piasku. Uśmiechała się.
(Niczego nie rozumiał ten kochany dzieciak...)
Podniosła oczy na Rogera, który czekał spokojnie jej odpowiedzi. Wkońcu rzekła:
— Rogerze, spójrz na mnie. Czyż nie mam silnych nóg?
— Silne są i piękne! — powiedział.
— Nie o to idzie teraz! — pogroziła mu palcem. — Czyż nie umiem chodzić jak trzeba?
— Zapewne i kocham cię za to także.
— Czy sądzisz, że poprzestanę na płynięciu z falą? Jesteś dobry, bardzo dobry, dzięki ci, ale pozwól mi chodzić! Nie zaliczam się do osób bojących się trudu podróży. Pozbawić mnie tego, znaczyłoby odebrać mi całą chęć do życia. Mam wrażenie, że ty i twoi bliscy macie zamiar oszczędzić mi trudu działania i wyboru i chcecie wszystko urządzić zgóry w ustalonych formach, oczywiście, z komfortem, ale na całą przyszłość wyznaczyć własne życie i moje także. Jabym tego nie chciała. Ja nie chcę. Czuję, że zaczynam dopiero, że szukam i wiem, że muszę szukać, szukać samej siebie.
Roger patrzył dobrodusznie, z przekorą w oczach.
— A czegóż to właściwie szukasz?
Widział w tem jeno chimery dziewczęce. Odczuła to i powiedziała wzruszona:
— Nie kpij!... Nie jestem niczem wielkiem i nie unoszę się zarozumiałością. Ale wiem, co jestem... mam przed sobą życie... marne życie, coprawda, jakże krótko potrwa i nie powtórzy się już. Mimo to jednak przysługuje mi prawo... nawet nie tak, to zbyt egoistyczne, prawda... mam tedy obowiązek nie zmarnować go, nie wydać na los przypadku...
Miast wzruszenia, uczuł się dotkniętym.
— Sądzisz, że wydajesz się na przypadek losu, że życie twe ulegnie zatracie? Czyż nie będzie miało pięknego, bardzo pięknego celu?
— Piękny cel, niezawodnie... ale jaki? Co mi ofiarujesz?
Zaczął opisywać ponownie, z wielkim zapałem swą polityczną karjerę, przyszłość, o której marzył, wielkie aspiracje osobiste i społeczne. Ona słuchała w milczeniu, potem zaś przerywając łagodnie (bowiem temat ten nie nużył go nigdy), powiedziała:
— Tak, drogi Rogerze, to wszystko prawda i interesuje mnie bardzo, a bardzo. Ale prawdę mówiąc... nie gniewaj się... nie wierzę tak silnie, jak ty, w tę sprawę polityczną, której się poświęcasz.
— Co? Nie wierzysz? A przecież wierzyłaś, gdym ci opowiadał wszystko, w pierwszych czasach znajomości naszej, w Paryżu...
— Zmieniłam się trochę.
— Cóż cię zmieniło? Nie, to niemożliwe. Zmienisz się raz jeszcze. Droga moja, wielkoduszna Anetka nie może pozostać obojętną na sprawę ludu, na myśl odnowy społecznej...
— Nie zobojętniałam na to, ale na stronę polityczną sprawy.
— Jedno łączy się z drugiem.
— Niezupełnie.
— Zwycięstwo jednego będzie triumfem drugiego.
— Watpię potrosze.
— Jest to przecież jedyny sposób przysłużenia się postępowi i szczęściu ludu.
(Anetka pomyślała: — przysługując się własnemu dobru! — ale wzięła to sobie za złe.)
— Znam inny sposób! — rzekła.
— Jakiż to?
— Najstarszy, a najlepszy chyba. Wszakże uczniowie Chrystusa rozdawali i porzucali wszystko i szli pomiędzy lud.
— Cóż za utopja!
— Tak, prawda. Ty nie jesteś utopistą, Rogerze. Myślałam tak zpoczątku. W polityce kierujesz się względami realnemi. Pewną jestem, że przy swych zdolnościach osiągniesz w przyszłości wielkie sukcesy. Powątpiewając w sprawę, nie wątpię w ciebie. Zrobisz piękną karjerę. Widzę cię już przywódcą stronnictwa, jako oklaskiwanego mówcę, zbierzesz w parlamencie większość, zostaniesz ministrem...
— Dość tego! — powiedział. — Makbecie, zostaniesz królem!...
— Tak. Jestem potrochu prorokinią... gdy idzie o innych. Przykre tylko, że nie mam tego daru odnośnie do samej siebie.
— Cóż w tem trudnego! Jeśli zostanę ministrem, to ciebie to również dotyczy... Powiedz, nie miałabyś ochoty?
— Na co? Na tekę ministra? Wielkie nieba! Najmniejszej ochoty! Przepraszam, cieszyłoby mnie to dla ciebie i gdybyśmy byli razem, wierz mi, grałabym jak należy swą rolę, byłabym szczęśliwą, mogąc ci dopomagać... Ale mimo wszystko, (prawda, mogę być otwartą?) przyznaję, że takie życie nie wypełniałoby wcale mego życia.
— Oczywiście, rozumiem — odpowiedział — kobieta, najbardziej uzdolniona do życia politycznego, nie może się doń ograniczać wyłącznie, weźmy naprzykład mą podziwu godną matkę. Istotnem jej zadaniem jest ognisko domowe, powołanie własne, macierzyństwo.
— Wiem, — odrzekła — tego powołania nam nie zabraniacie. Ale (boję się, czy zrozumiesz to, co chcę powiedzieć)... nie wiem jeszcze, co mi przyniesie macierzyństwo. Lubię dzieci. Przypuszczam, że będę bardzo lubiła swoje, (nie na rękę ci to słowo... wiem, jest chłodne) może je będę tedy bardzo kochała... Możliwe... nie wiem. Nie chcę mówić czegoś, czego nie odczuwam. Jeśli idzie o szczerość, to, „powołanie“ owo nie jest jeszcze we mnie należycie rozbudzone. Zanim mi życie powie to, o czem narazie nie wiem, sądzę, że kobieta nie powinna, pod żadnym warunkiem, zatracać całego życia swego w miłości dla dziecka. (Nie marszcz brwi.) Przekonana jestem, że można kochać bardzo swoje dziecko, dopełniać lojalnie obowiązków domowych, a jednocześnie zachować, jak trzeba, część swej istoty dla sprawy, bardziej zasadniczej.
— Bardziej zasadniczej?
— Dla spraw duszy.
— Nie rozumiem.
— Jakże dać komuś pojęcie o własnem życiu wewnętrznem? Słowa są tak niejasne, chwiejne, niezdarne... Dusza... jakże to śmieszna rzecz mówić o duszy! Cóż to właściwie znaczy? Nie potrafię wytłumaczyć. To jest to, czem jestem, Rogerze. To rzecz najprawdziwsza i najgłębsza.
— Czyż nie dajesz mi tego, co w tobie najprawdziwsze i najgłębsze? — spytał.
— Nie mogę ci tego dać w zupełności.
— Tedy nie kochasz mnie.
— Tak, Rogerze, kocham cię. Ale nikt dać nie może wszystkiego.
— Nie dość mnie kochasz. Kochając, nie myśli się, by coś zachować dla siebie. Miłość... miłość... miłość.
Porwała go elokwencja. Wychwalał w patetycznych słowach ideję oddania się zupełnego, radość z ofiary dla szczęścia osoby kochanej, ona zaś myślała:
— Czemuż mówisz to wszystko, jedyny? Myślisz, że nie wiem? Sądzisz, że nie byłabym w stanie poświęcić się tobie w razie potrzeby i doznawać radości z tego? Uczyniłabym to pod jednym atoli warunkiem, mianowicie, byś tego nie żądał. Czemuż żądasz? Czemu, zda się, uważasz to za prawo swoje? Czemuż nie masz zaufania do mnie i miłości mojej?
Gdy skończył, powiedziała:
— To bardzo piękne. Nie jestem, jak wiesz, zdolna wysłowić tego wszystkiego równie dobrze. Możliwe jednak, że mogłabym to przy sposobności odczuć.
— Możliwe?... Przy sposobności? — zawołał.
— Zdaje ci się to mało... prawda? Ale znaczy więcej, niż się zdaje... Nie lubię obiecywać więcej (może też i mniej) niźli mogę dotrzymać. Nic nie wiem zgóry. Trzeba coś wziąć na kredyt. Jesteśmy uczciwi, Rogerze, kochamy się, zrobię, co się da.
Podniósł ręce wgórę.
— Co się da?!... — wykrzyknął.
Uśmiechnęła się i odrzekła:
— Udziel mi kredytu, apeluję do niego, a mam wiele żądań...
— Mów! — powiedział ostrożnie.
— Kocham cię, Rogerze, ale chcę żyć prawdą. Od dziecięcych lat byłam dość samotna, a bardzo swobodna. Ojciec zostawił mi zupełną niezawisłość, której nie nadużywałam, gdyż wydawała mi się całkiem naturalną i była rzeczą zdrową. Nabrałam przeto przyzwyczajeń umysłowych, bez których trudnoby mi się było obejść. Zdaję sobie sprawę z tego, że odmienna jestem od większości młodych dziewcząt mej klasy. A jednak odczuwam wszystko to, co one, mam jeno śmiałość wypowiedzieć się i posiadam jaśniejszą samoświadomość. Chcesz złączyć swe życie z mojem. I ja tego pragnę. Najgłębszem zresztą pragnieniem każdej z nas jest pozyskać towarzysza. Mógłbyś nim zostać, Rogerze, gdybyś... gdybyś... jeno chciał.
— Gdybym chciał? — powiedział. — A to dopiero śliczny żarcik! Wszakże nie robię nic innego, jak tylko chcę tego!
— Gdybyś chciał zostać naprawdę mym towarzyszem. Nie żartuję wcale. Namyśl się dobrze... Połączyć życie, to nie znaczy zdławić jedno z nich... Cóż ty mi ofiarowujesz? Nie dostrzegasz nawet tego, bo zdawiendawna świat nawykł do nierówności tego rodzaju. Ale dla mnie, to nowość... Przychodzisz do mnie nie z samem jeno uczuciem, przychodzisz wraz z bliskimi swymi, z przyjaciółmi, klientami, powinowatymi, z gotową, wykreśloną drogą życia, ustaloną karjerą, z partją swą i jej dogmatami, rodziną i jej tradycjami, słowem, z całym światem własnym, ze światenm, którym sam jesteś. Ja posiadam również swój świat, jestem tak samo światem. Powiadasz mi atoli: — Rzuć precz swój świat i wkrocz w granice mego świata. — Gotowa jestem przyjść do ciebie, ale cała, to znaczy wraz z moim światem. Czy chcesz mnie taką wziąć?
— Chcę wszystko, to ty powiedziałaś mi przed chwilą, że wszystkiego dać nie możesz.
— Nie rozumiesz mnie. Pytam, czy weźmiesz mnie wolną i całkowitą?
— Wolną? — rzekł Roger ostrożnie. — Od lat ośmdziesiątych dziewiątych wszyscy we Francji są wolni.
(Anetka uśmiechnęła się. — Ładna wolność!...)
— Ale trzeba się porozumieć, — ciągnął dalej — rzecz oczywista, że z chwilą małżeństwa nie będziesz całkiem wolną, zaciągniesz bowiem pewne zobowiązania.
— Nie lubię tego słowa — odparła — ale rzecz sama mnie nie przestrasza. Wezmę z radością i dobrowolnie na siebie część trosk i trudu człowieka kochanego, oraz część obowiązków wspólnego życia. Im ono będzie twardsze, tem mi się stanie droższem, o ile kochać będę. Ale mimo to nie rezygnuję z obowiązków życia własnego.
— Jakież to obowiązki? — spytał. — Wedle tego coś mi mówiła i co wiem, o ile mi się wydaje, dotychczasowe życie twe, droga Anetko, tak spokojne, skromne, nie miało zbyt wielkich wymogów. Czegóż się może domagać teraz? Czy masz na myśli studja swoje? Chcesz je prowadzić dalej? Ten rodzaj działalności, wyznaję, nie odpowiada kobiecie. Chyba, że idzie o powołanie, które krępuje w małżeństwie. Ale myślę, że nie jesteś obarczona tym darem nieba. Jesteś na to zbyt prosta i zrównoważona.
— Nie, niema mowy o specjalnem jakiemś powołaniu. Wówczas rzecz byłaby jasna, należałoby iść za niem i koniec. Wymogi (jak powiadasz) życia mego nie tak łatwo sformułować, gdyż są mniej określone, a szczersze. Idzie o prawo, jakie przysługuje każdej żywej duszy, o prawo zmieniania się.
— Zmieniania? — wykrzyknął Roger. — Chcesz zmian w miłości?
— Nawet zostając, jak chcę, wierną jednej miłości, dusza ma prawo zmieniać się. Tak, wiem, Rogerze, że słowo to cię przestrasza. Mnie tylko niepokoi. Jeśli piękną jest chwila, którą przeżywam, nie radabym się ruszać. Wzdycham z żalu, że jej nie mogę utrwalić na zawsze! A jednak nie wolno tego czynić, Rogerze, i zresztą nie można. Nie stoimy w miejscu. Żyjemy, chodzimy, popychani jesteśmy, tedy trzeba koniecznie iść naprzód. Nie znaczy to szkodzić miłości. Zabierajmy ją z sobą. Ale miłość nie powinna nas wstrzymywać, cofać wstecz i zamykać z sobą w pełnym słodyczy bezruchu jednej myśli. Piękna miłość trwać może nawet przez całe życie, ale nie wypełnia go po brzegi. Pomyśl, drogi Rogerze, że, kochając cię bardzo, mogę dnia pewnego uczuć, że mi ciasno (już to czuje) w kręgu twej działalności i myśli. Nie pozwolę sobie nigdy zaprzeczać ci wartości tego, coś wybrał dla siebie. Ale czyż byłoby sprawiedliwem narzucanie tego wyboru mnie? Czyż nie uważasz za słuszne, by mi wolno było otworzyć okno, jeśli zapragnę odetchnąć swobodnie, a nawet drzwi (o, nie odejdę zbyt daleko!), bym zachować mogła własny teren działania, własne interesy, krąg przyjaciół, bym nie musiała tkwić ustawicznie w jednym zakątku globu, pod tym samym widnokregiem, bym miała swobodę zmiany klimatu i emigrowania? Powiadam to wszystko na wypadek potrzeby, a nie wiem, co się stanie. Koniecznem mi jest jeno poczucie wolności czynu, świadomość, że mogę chcieć, mogę oddychać swobodnie, że mogę być wolną, choćbym nawet nie czyniła użytku z tej swobody. Przebacz, Rogerze, może ci się to wyda absurdalnemi dziecinnem. Tak nie jest, zaręczam, to najgłębsza treść mej istoty, to dech, którym żyję. Umarłabym bez tej swobody... Czynię wszystko z miłości, ale przymus mnie zabija, sama myśl o przymusie doprowadzałaby mnie do buntu. Nie, unja dwu istot nie powinna byś wzajemnem okuwaniem się w kajdany. Winna być podobna do podwójnego kwiatu. Radabym by każdy, miast zazdrościć drugiemu swobodnego rozwoju, czuł się szczęśliwym, że mu może dopomóc. Czyż podobnie myślisz, Rogerze? Czy byłbyś w stanie kochać mnie aż tak bardzo, by zdołać kochać wolną, wolną od ciebie?
(Myślała: — Będę wówczas stokroć więcej twoją!)...
Słuchał jej Roger zatroskany, zdenerwowany, a nawet poniekąd dotknięty. Tak musiał rzecz brać każdy mężczyzna, a Anetka winna się była zdobyć na więcej zręczności. Ogarnięta szczerością i obawą, by go nie oszukiwać, dała się unieść przesadzie i wypowiedziała to właśnie, co mogło w jej myślach razić. Ale silniejsza miłość, niźli Rogera, byłaby się domyśliła stanu rzeczy. Roger, podrażniony w miłości własnej, wahał się pomiędzy dwoma uczuciami. Skłonny był nie brać na serjo tego kobiecego kaprysu, z drugiej zaś strony rozgniewał go ów otwarty bunt moralny. Nie dostrzegł, że apeluje pełna wzruszenia do jego serca, a zauważył tylko rodzaj skrytej pogróżki, oraz zamachu na swe prawo własności. Gdyby miał więcej czelności w traktowaniu kobiet, byłby ukrył swe uczucie i obiecał, obiecał wszystko, czego domagała się Anetka. „Przysięgi zakochanego wiatr niesie.“ Pocóż ich tedy skąpić?...
Pełen wad, Roger miał jednak także zalety, był jak mówią „porządnym chłopcem“ i nazbyt zajmował się sobą by znać dobrze kobiety, z któremi wdawał się rzadko. Nie ukrył tedy zręcznie urazy, a w momencie, kiedy Anetka spodziewała się jakiegoś wielkodusznego słowa, poznała rozczarowana, że słuchając jej, myślał wyłącznie o sobie.
— Anetko, — powiedział — wyznaję, że nie rozumiem, o co ci idzie. O małżeństwie naszem wyrażasz się jak o więzieniu i w pierwszej linji rozmyślasz jak z niego uciec. Dom mój nie ma krat w oknach i dość jest obszerny, by się w nim czuć swobodnym. Ale trudno żyć przy otwartych naściężaj drzwiach, a dom mój poto istnieje, by w nim mieszkać. Mówisz o wyjściu zeń, chcesz wieść własne, odrębne życie, osobiste mieć stosunki, przyjaciół, a nawet, jeśli dobrze zrozumiałam, domagasz się wolności odejścia wedle upodobania od ogniska domowego, celem poszukiwania Bóg wie czego, czego nie znajdziesz w domu, ja zaś mam czekać, aż ci się spodoba wrócić... Anetko, tego brać serjo nie można! Nie myślałaś tak chyba! Żaden mężczyzna nie mógłby zezwolić żonie na rzecz tak poniżającą dla niego, a dwuznaczną dla niej.
Refleksja ta nie była pozbawiona zdrowego sensu. Ale są chwile, w których zdrowy sens, oschły, bez udziału serca, staje się nonsensem. Anetka, dotknięta nieco, odparła chłodno i dumnie, kryjąc w ten sposób wzruszenie.
— Rogerze, trzeba wierzyć w kobietę, którą się kocha. Żeniąc się z nią, nie wolno jej krzywdzić posądzeniem, że nie będzie się troszczyła o szczęście męża. Czy sądzisz, że taka, jaką jest, mogłaby się znaleźć w sytuacji dwuznacznej, a poniżającej dla ciebie? Każda twoja hańba, byłaby również jej hańbą. Im bardziej wolną będzie, tem staranniej zbada, co czynić z ową częścią ciebie samego, którą jej powierzyłeś. Musisz mnie więcej cenić. Czyż nie zdolny jesteś obdarzyć mnie zaufaniem?
Odczuł, że niebezpiecznie jest oddalać ją od siebie przez te wątpliwości i że koniec końcem nie trzeba przywiązywać do słów kobiety przesadnego znaczenia. Wreszcie uznał, że będzie dość czasu zająć potem (o ileby pamiętała jeszcze o swych żądaniach) właściwe stanowisko. Powrócił przeto do pierwszej myśli, to jest, by obrócić wszystko w żart. Wydało mu się, że czyni najlepiej, mówiąc z galanterją:
— Daję ci pełną wiarę i zaufanie, Anetko! Wierzę twym pięknym oczom. Przysięgnij mi tylko, że mnie zawsze będziesz kochała i to wyłącznie! Nie chcę niczego więcej.
Ale młodej Kordelji nie zaspokoił ów żartobliwy sposób uchylania się od lojalnej odpowiedzi, która stanowiła o całem jej życiu, to też zbuntowała się przeciw niemożliwemu zobowiązaniu.
— Nie, Rogerze, — odrzekła — nie mogę ci tego zaprzysiąc. Kocham cię bardzo, ale nie mogę obiecywać tego, co ode mnie nie zawisło. Oszukiwałabym cię, a tego nie uczynię nigdy. Przyobiecuję tylko nie ukrywać niczego przed tobą. Gdybym cię kochać przestała, lub pokochała innego, dowiedziałbyś się o tem pierwszy, nawet jeszcze przed owym innym. Ty uczyń to samo! Rogerze drogi, żyjmyż prawdą!
Było mu to zgoła nie na rękę. Kłopotliwa prawda nie czuła się dobrze i nie często gościła w domu Brissotów. Ile razy zapukała do drzwi, odpowiadano pospiesznie:
— Państwo wyjechali!
Tak też postąpił Roger.
— Droga moja, — zawołał — jakże jesteś śliczna!... Mówmy teraz o czem innem.



Anetka wróciła rozczarowana. Dużo miała nadziei na wynik szczerej rozmowy. Przewidując opór, liczyła na dobre serce Rogera, które rozjaśni, jak sądziła, jego umysł. Ubliżało jej najbardziej nie to, że jej nie pojął, ale że nie uczynił najmniejszego wysiłku, by ją pojąć, Nie widział żadnego jakoś tragizmu dla Anetki w tej kwestji. Pływał ciągle po powierzchni i widział we wszystkiem własne jeno odbicie. Nic przykrzejszem być nie mogło dla kobiety o silnie rozwiniętem życiu wnętrznem.
Nie myliła się. Rogera zaniepokoiły i zdziwiły jej słowa, ale nie odczuł ich powagi, biorąc za rzecz bez znaczenia. Osądził, że Anetka ma ideje dziwaczne, nieco paradoksalne, że jest, „oryginalna“, a to mu się bardzo nie podobało. Pani i panna Brissot były to istoty wyższe, nie wpadające jednak w, „oryginalność“. No, ale trudno od wszystkich żądać doskonałości. Anetka posiadała inne zalety, których Roger nie uznawał pewnie za tak wielkie, ale na których (przyznać trzeba) zależało mu narazie dużo więcej. Wyborem owym kierowały przedewszystkiem zmysły, ale umysł odgrywał tam również pewną rolę. Rogerowi podobał się bardzo rozmach i tupet Anetki, o ile nie szło o rzeczy wprawiające go w zakłopotanie. Prawa i uczciwa Anetka okazała mu, że go kocha, pewny też był, że nigdy nie zdoła odwrócić się od niego.
Nie domyślał się nawet dramatu sumienia, jaki się rozgrywał tuż obok niego. W istocie, Anetka kochała go tak dalece, że nie przypuszczała, by mógł być tak marnym. Pewną była, że się zawiodła. Uczyniła jednak ponowny wysiłek, by go zdobyć. Jeśli Roger nie przyznawał jej odrębnego, niezawisłego życia, to jakież jej przynajmniej pozostawiał pole w życiu swojem?... Niestety, stwierdziła. ponownie rzeczy, które ją rozczarowały do reszty. Naiwny egoizm Rogera godził się właściwie jeno na salon, stół i łóżko. Chciał ją uprzejmie wtajemniczać w swe interesy, ale pozostawiał jej jeno prawo pochwały. Nie miał zgoła zamiaru przyznać żonie praw współpracownika, któryby sądził jego działalność polityczną i mógł ją modyfikować, lub też dopuszczonym został do działalności własnej, a odmiennej. Wydało mu się to całkiem naturalne, że kobieta kochająca go, winna mu całe swe życie, dostając wzamian cząstkę jego życia. W gruncie duszy hołdował owej starej wierze w wyższość mężczyzny, która sprawia, że temu, co daje, przypisuje jakąś treść wyższą. Ale nie byłby się do tego przyznał, bowiem był dobrym chłopcem i ugrzecznionym Francuzem. Ile razy Anetka domagała się pełnych praw dla kobiety, przywodząc na dowód przykład mężczyzny—męża...
— To całkiem co innego! — mówił Roger — z uśmiechem.
— Czemuż to? — pytała.
Roger unikał odpowiedzi. Przekonanie, którego się nie podaje w wątpliwość, narażone bywa mniej na zachwianie. Poglądy Rogera zapuściły silne korzenie, a Anetka złą obrała drogę, chcąc by zwątpił w siebie. Wszystkie jej kroki i wysiłki odnalezienia terenu dla porozumienia, po daremnej próbie narzucenia mu swych idei, wszystko to tłumaczył sobie Roger jako nowy dowód wpływu, jaki ma na nią. I coraz był pewniejszy siebie i stawał się nawet trywjalny. Nagle Anetka wpadała w złość, a głos jej drżał z rozdrażnienia. W takich razach Roger czynił zwrot na pięcie i wracał do metody, jaką się tak dobrze, jak sądził, posługiwać umiał. Obiecywał, śmiejąc się, wszystko, czego chciała. Ton, jak mówią, czyni znośną piosenkę, brał tedy ton odpowiedni i czuł się zadowolonym, chociaż Anetka brała to za obrazę.
Nasuwały się przytem inne ważne kwestje. Zagrożony bardzo został stosunek Anetki do Sylwji. Nie ulegało kwestji, że owej dziewczyny, o tak swobodnym sposobie życia, nie dopuszczonoby do domu, a zwłaszcza stanęłoby na przeszkodzie to, że jest szwaczką. Pyszni i sztywni Brissotowie nie zgodziliby się za nic, ze względu na siebie i synową, na tak skandaliczne powinowactwo. Trzeba je było ukryć, a ani Sylwja, ani Anetka nie zgodziłyby się na to nigdy. Obie posiadały swą dumę, a jedna dumną była z drugiej. Anetka kochała Rogera i pożądała go dużo namiętniej, niźli chciała przyznać, ale nie poświęciłaby mu Sylwji. Kochała ją bardzo, a jeśli nawet uczucie to przybladło, zdarzały się momenty, w których czuła, że sięga ono samego dna serca (wiedziała o tem wyłącznie sama, Sylwja domyślała się jeno przez połowę). W poufnych rozmowach z Rogerem powiedziała mu dużo za dużo. Roger wydał się zaciekawionym, a nawet wzruszonym, ale z tem zastrzeżeniem, że sprawa dotyczy przeszłości. Nie byłoby mu wcale na rękę, by owa kompromitująca przyjaźń miała trwać dalej. Zdecydował się nawet w głębi serca, że to zmieni powoli, nie zdradzając się ze swemi zamiarami. Nie chciał dzielić z nikim swojej żony. „Moja żona, mój pies“. Podobnie jak cała rodzina, miał silny instynkt posiadania.
Im dłużej bawiła Anetka u Brissotów, mimo pozorów serdeczności, jakiemi ją otaczano, owo zawłaszczenie jej osoby stawało się coraz to wyraźniejsze. Brissotowie trzymali mocno, co im raz wpadło w ręce. Domowy despotyzm obu pań przejawiał się każdego dnia w mnóstwie szczegółów. Posiadały one „ideje stałe“, o wszystkiem co dotyczyło domu, czy świata, codziennego życia, czy wielkich problemów moralności. Wszystko było gotowe, utrwalone raz na zawsze. Wydały edykty, co należy chwalić, a co ganić i odrzucać, zwłaszcza co należy odrzucać! Ostracyzm je cechował niewysłowiony. Ileż ludzi, sposobów mymyślenia, rodzajów działalności, sądów, ileż skazały bez apelacji na całą wieczność! Ton i uśmiech odbierały ochotę dyskutowania. Zdawało się, że mówią (mówiły to nawet czasem wyraźnie):
— Niema, drogie dziecko, dwu zapatrywań!
Ile razy usiłowała pokazać, że ma własny sąd o rzeczy, odpowiadały:
— Zachwycająca jesteś, moja mała!
Wynik był taki, że milkła natychmiast.
Traktowano ją już jak córkę, niedość tylko dobrze wytresowaną, i pouczano wszystkiego. Dowiadywała się, w jakim porządku toczyć się winny brissotowskie dni, miesiące i pory roku, jakie winny ją łączyć stosunki z mieszkańcami prowincji i Paryża, jakie ma obowiązki powinowactwa, jakie winna składać wizyty, dawać obiady, słowem, słuchać musiała litanji przepisów, pod których brzemieniem uginają się kobiety, dumne zresztą z tego, bo trud jaki ponoszą i ruch nieustanny daje im złudzenie, że przecież przydają się na coś. Anetka znieść nie mogła wprost tego zmechanizowanego życia, tego fałszu w stosunkach i owego nieustannego konwencjonalizmu. Wszystko unormowane było naprzód, praca i rozrywki, były bowiem i rozrywki, chociaż zgóry przepisane. Niech żyją kłopoty niespodziane, przekraczające program!... Ale nie było nadziei nawet na te nadprogramowe przykrości. Anetka czuła, że ją przyciosywują, jak kamień na wmurowanie przeznaczony. Miała zostać osadzona na piasku i wapnie, na silnym cemencie firmy Brissot.
Przesadzała zresztą surowość tego życia. Grał w niem rolę znaczną, jak w każdem innem, nieprzewidziany przypadek. Panie Brissot groźniej się przedstawiały w słowach, niż czynach, miały pretensję kierowania wszystkiem, ale było bardzo łatwo wodzić je za nos, wyzyskując słabostki, głaszcząc je, schlebiając i okadzając mocno. Sprytna dziewczyna powiedziałaby sobie, mierząc je, jak na to zasługiwały:
— Gadajcie dalej! Ja zrobię, co zechcę!
Łatwo było przewidzieć, że uparta energja Anetki nie dozwoliłaby jej spętać. Ale Anetka przechodziła właśnie ów okres nerwowego podniecenia, kiedy skutkiem nadmiernie długiego wpatrywania się w zaciekawiający nas przedmiot nie widzimy go we właściwej postaci. Z kilku słów, pochwyconych przez dzień, tworzyła sobie potwory wieczór, gdy była sama. Przerażona walką, którą miała toczyć wiecznie, powtarzała sobie, że nie zdoła obronić się wszystkim. Nie czuła sił po temu. Zwątpiła we własną energję, bała się teraz swej natury, ciągłych wahań, którym podlegał jej niespokojny umysł, i nagłych uderzeń wiatru, których nie umiała sobie wytłumaczyć. Przyczyną tych zjawisk była bogata jej, skomplikowana dusza, której młodzieńczą harmonję ustalić mogło jeno życie. Tymczasem jednak groziło jej, że zostanie wydaną na wszystkie niespodzianki gwałtu, słabości zmysłów, myśli, na ślepy los tajemnego przeznaczenia, co czyha skryty za lada minutą i siedzi przyczajony pod kamieniem przy drodze...
Mąciło jej duszę to zwłaszcza, że nie była pewna swej miłości. Nie wiedziała już, czy jeszcze kocha, czy już nie. Umysł walczył z sercem, to znaczy, rozum ze zmysłami. Rozum widział zbyt jasno, był nadużyty. Ale serce pozostało młodem, ciało buntowało się, widząc, że może utracić istotę pożądaną. Huczała w niej namiętność:
— Nie myślę rezygnować!...
Anetka czuła ten bunt i wstydziła się go. Przyrodzona gwałtowność reagowała silnie, apelując do zadraśniętej dumy. Mówiła:
— Już nie kocham!...
I spojrzeniem nienawistnem szukała w Rogerze motywów niekochania go dalej.
Roger nie dostrzegał niczego. Zasypywał Anetkę grzecznościami, kwiatami, był uprzedzający. Ale sądził, że wygrał. Ni przez chwilę nie wspomniał o tej duszy dumnej, dzikiej, która śledziła go z pod przysłony, żądna oddać się temu atoli jeno, ktoby rzekł jej hasło tajemne świadczące, że ją poznał. Nie rzucił tego słowa, bo go nie znał, natomiast miotał wyrazy nierozważne, które raniły ją w serce, choć tego nie okazywała. W chwilę potem nie wiedział już, co mówił. Ale Anetka, nie słuchając ich z pozoru, była w stanie powtórzyć każde w dziesięć dni, czy lat później. Zachowała żywe wspomnienie i rana pozostawała otwarta. Działo się to wbrew jej woli, gdyż była wspaniałomyślną i czyniła sobie wyrzuty, że nie zapomina. Najlepsza z kobiet nawet przebaczyć może krzywdę serca, ale nie zapomni jej nigdy.
Dzień za dniem coraz to nowe dziury powstawały w tkance miłości, a nie dostrzegali tego. Materja była napięta jak poprzód, ale najlżejszy powiew wprawiał ją w niepokojące dreszcze. Anetka patrzyła na Rogera w kole rodzinnem i dostrzegała cechy wspólne im i jemu, a więc surowość i oschłość pewnych zapatrywań, oraz pogardę dla maluczkich.
Mówiła sobie:
— Całkiem taki sam. Po kilku latach nie zostanie zeń ni odrobiny z tego, co w nim kocham.
Ponieważ go kochała jeszcze, przeto chciała uniknąć gorzkiego rozczarowania i smutnych konfliktów, przewidywanych w razie połączenia się z nim.
W przeddzień Wielkanocy powzięła decyzję. Ciężka to była noc. Musiała przezwyciężyć niejedno pożądanie i zdeptać uporczywą nadzieję, nie chcącą umierać. Zbudowała w myśli gniazdko dla siebie i Rogera. Ileż marzeń o szczęściu, które się szepce do ucha! Jakże zrezygnować? Jakże przyznać, że nastąpiła omyłka! Jakże powiedzieć sobie, że się nie jest zdolną do szczęścia?...
Powiedziała to sobie jednak w przystępie zniechęcenia. Inna na jej miejscu nie odrzucałaby szczęścia, dlaczegóż tedy nie mogła po nie sięgnąć, czemuż nie była w stanie poświęcić części swej natury?... Nie, nie mogła! Jakże źle jest urządzone życie! Nie można się obejść bez wzajemnego uczucia, a jednocześnie niesposób żyć w zależności. Jedno i drugie jest równie święte. Jednego i drugiego potrzeba, by oddychać. Jakże to pogodzić? Powiadają: trzeba się poświęcić. Kto do tego nie zdolny, nie kocha silnie. Tymczasem właśnie ludzie, zdolni do wielkiej miłości, posiadają równie silny instynkt swobody. Wszystko jest w nich bowiem mocne. Poświęcając dla miłości wszystko, co stanowi ostoję ich dumy, czują się zdegradowanymi wraz z miłością swoją, hańbią miłość... Nie, nie jest to tak proste, jak nam to wmawia moralność pokory, czy pychy, chrystjanizm, czy nietzscheanizm. Siła przeciwstawia się w nas słabości, cnota, grzechowi, są to dwa czynniki sprzeczne, dwie zalety, dwa obowiązki... Jedyną moralnością rzeczywistą życia w prawdzie, byłaby moralność harmonji. Ale aż do czasów naszych, ludzkość znała jeno moralność opresji i rezygnacji, normowanych zresztą kłamstwem. Anetka kłamać nie umiała...
Cóż czynić? Wyjść z dwuznacznej sytuacji co prędzej i za wszelką cenę! Ponieważ okazało się, że niesposób jej będzie żyć w tym związku, trzeba zerwać zaraz jutro!...
Zerwać! Wyobraziła sobie osłupienie rodziny, skandal... Ale mniejsza z tem... Gorsza rzecz cierpienie Rogera. Natychmiast ujrzała przed sobą na tle nocy postać ukochanego. Porwał ją wir namiętności. Płonąca, a zlodowaciała leżała nieruchomo w łóżku na grzbiecie, z oczyma otwartemi i tlumiła bicie serca.
— Rogerze, drogi mój, przebacz! — błagała. — Ach, gdybym mogła ci oszczędzić tego zmartwienia! Ale nie mogę, nie mogę!...
Oblała ją fala miłości i takich doznała wyrzutów, że gotowa była biec do Rogera, paść przy łóżku jego, ucałować mu ręce i powiedzieć:
— Uczynię wszystko, co chcesz...
Jakto, czyż go jeszcze kochała? Zbudził się ponownie bunt.
— Nie, nie kocham go już!...
Kłamała dalej z pasją:
— Nie kocham go!
Daremnie!... Kochała go dalej, kochała bardziej niż dotąd. Może nie najszlachetniejszą częścią swej istoty, (ale cóż jest szlachetne, a co nie?)... Tak, najszlachetniejszą i najmniej szlachetną zarazem. Ciałem i duszą. O, gdybyż starczyło stracić szacunek, by zatracić miłość? Jakżeby to było wygodne! Ale cierpienie z powodu ukochanego nigdy nie dyspensowało z miłości. Odczuwa się to jeszcze silniej, musząc kochać!... Anetka cierpiała, bowiem miłość jej odniosła ranę przez brak zaufania Rogera, brak wiary w nią i jego niedość głębokie uczucie. Cierpiała z powodu tylu utraconych nadziei, które kryła, nie wynoszając ich na światło dzienne. Dlatego właśnie, że tak gorąco kochała Rogera, chciała, by się zgodził na jej niezawisłość. Chciała mu być nie kobietą zrezygnowaną, bierną, chciała w zjednoczeniu z nim stać mu się wolnym i pewnym towarzyszem. On tego nie przyjął. Czuła tedy ból i gniew obrażonej namiętności...
— Nie, nie, nie kocham go! Nie wolno mi! Nie chcę.
Siły ją opuściły i, nie kończąc okrzyku buntu, rozpłakała się... Noc była cicha. Spaliła się niestety pod lodem rozumowania. Nie powiedziała tego sobie, ale poświęciłaby z radością wszystko, co w niej było, nawet samą niezawisłość, gdyby uczynił jeden bodaj gest wielkoduszny, jeden ruch, prosty odruch, świadczący, że raczej sam się chce poświęcić, niż z niej robić całopalenie! Nie dopuściłaby tego, nie prosiłaby o nic, jak jeno o drgnienie serca, o dowód prawdziwej miłości... Kochał ją na swój sposób, ale nie był zdolny do tego czynu. Nie mieściło się to w jego myśli. Osądziłby żądanie Anetki jako wymaganie, które przyjąć należy z uśmiechem, ale które nie ma wiele sensu. Czegóż mogła jeszcze chcieć? Czemuż, u licha, płacze? Czyżby go kochała? W takim razie...
— Kochasz mnie, prawda, a to rzecz najważniejsza!
Nie zapomniała tych słów... nie!...
Anetka uśmiechnęła się przez łzy. Biedny Roger! Był tem, czem był. Trudno mu to brać za złe. Niepodobna go jednak zmienić, ni jego, ni mnie. Nie możemy żyć razem...
Otarła oczy.
Trzeba z tem skończyć...



Po nocy bezsennej (zdrzemnęła się przez godzinę, czy dwie nad świtem), Anetka wstała zdeterminowana. Wraz z poświatą dnia wrócił jej spokój. Ubrała się, uczesała metodycznie, chłodno, usuwając z myśli wszystko, co mogło pobudzić wątpliwości. Z wielką starannością dopełniała stroju, czyniąc go jeszcze skrupulatniej poprawnym, niż zazwyczaj.
Około dziewiątej ochoczy Roger zapukał do jej drzwi. Przybył, jak co dzień, zabrać ją na przechadzkę.
Poszli, a towarzyszył im pies, galopujący raźno wokół, Udali się drogą wiodącą w las, którego młode, zieleniejące drzewka zalane były słońcem. Z gałęzi płynął wrzask i śpiew ptasząt. Za każdym krokiem podlatywały, trzepały skrzydełkami, muskały liście, potrącały gałązki i uciekały naoślep w głąb boru. Podniecony pies naszczekiwał, węszył i biegał zygzakiem pomiędzy drzewami. Sójki swarzyły się z sobą. W koronie dębu gruchały dzikie gołębie. Kukułka powtarzała nieskończone razy, to zbliska, to zdaleka, swój wiekuisty żart. Wiosna rozpętała się z całą mocą.
Roger był halaśliwy, rozweselony, śmiał się, podniecał jeszcze psa, sam podobny do młodego, rozswawolonego szczeniaka. Anetka, milcząca, skupiona, pozostała kilka kroków w tyle. Myślała:
— Tutaj?... Nie, tam na zakręcie drogi...
Patrzyła na Rogera, słuchała rozgwaru lasu. O, jakże się wszystko odmieni, gdy przemówi! Minęli zakręt, a ona nie rzekła słowa. Wreszcie zaczęła:
— Rogerze! — mówiła niepewnie, niemal cicho, a głos jej drżał. Nie słyszał. Niczego nie zauważył. Schylony tuż przed nią, zbierał fiołki i mówił, ciągle mówił. Podjęła znowu: — Rogerze! — Tym razem miała akcent takiej rozpaczy, że się obrócił, przejęty. I zaraz dostrzegł bladość jej śmiertelnie poważnego oblicza. Podszedł ku niej. Już był przerażony, ona zaś rzekła: — Rogerze, musimy się rozstać.
W rysach jego odbiło się zdumienie i trwoga. Wyjąknął:
— Co mówisz? Cóż ty mówisz?
Powtórzyła stanowczo, unikając jego wzroku:
— Trzeba się rozstać, Rogerze. Jest to bolesne, ale nieuniknione. Przekonałam się, że zostać twą żoną nie mogę...
Chciała mówić dalej, ale przerwał:
— Nie, to nieprawda!... Cicho bądź... cicho bądź! Oszalałaś chyba!...
Powiedziała:
— Muszę odjechać, Rogerze.
Krzyknął:
— Odjechać? Nie, nie chcę!...
Chwycił jej ramię i ścisnął brutalnie. Potem, spojrzawszy w jej twarz dumną, napiętnowaną silną wolą i lodowatą, poznał, że wszystko przepadło, puścił ją, przeprosił i zaczął błagać:
— Anetko! Droga moja Anetko! Zostań, zostań! Nie, to niemożliwe... Cóż się stało? Czemże zawiniłem?
Litość zjawiła się na jej twarzy. Powiedziała:
— Usiądźmy, Rogerze...
Siadł przy niej posłusznie na wzgórku mchem okrytym, wtopił w nią oczy i błagał spojrzeniem.
— Bądź spokojny. Muszę ci to wyjaśnić. Proszę cię, bądź spokojny! Wierzaj, że muszę wytężyć wszystkie siły w tej chwili. Nie mówiłabym, gdybym się do tego nie zmuszała...
— Więc nie mów! — zawołał. — To szaleństwo!...
— To rzecz konieczna.
Chciał jej zamknąć usta, ale go odsunęła. Mimo wnętrznej rozterki, postanowienie jej było tak nieugięte, że oddziałało na Rogera, który, rezygnując z walki, przybity, osłupiały, słuchał jej słów, nie śmiejąc patrzyć.
Anetka mówiła głosem z pozoru obojętnym, chłodnym, ponurym, który atoli załamywał się nagle, i przerywała kilka razy dla zaczerpnięcia tchu. Powiedziała wszystko, co obmyśliła, w wyrazach jasnych, gruntownych, umiarkowanych, a przezto tem bardziej nieubłaganych. Szczerze starała się, zbadać, czy mogą żyć razem. Miała zrazu nadzieję i pragnęła tego z całego serca. Przekonała się atoli, że marzenie owo ziścić się nie da. Dzieli ich zbyt dużo rzeczy, zbyt wielkie są różnice środowiska i myśli. Wzięła całą winę na siebie, przyznała, że nie może żyć w małżeństwie. Miała pogląd na życie i pojęcie niezawisłości, niezgodne z zapatrywaniami Rogera. Być może, słuszność była po jego stronie, większość bowiem mężczyzn, a nawet kobiet, myśli jak on. To jej wina napewno. Ale tak, czy owak zmienić się niesposób. Bezpotrzebnie stałaby się przyczyną jego i własnego nieszczęścia. Stworzona jest na samotnicę. Zwolniła Rogera z wszystkich przyrzeczeń i odzyskać postanowiła swobodę. Zresztą nie byli związani niczem i zachowali się wobec siebie lojalnie, to też winni się rozstać lojalnie i po przyjacielsku...
Mówiąc, patrzyła na trawę pod stopami i unikała oczu Rogera. Ale słyszała jego przyspieszony, gwałtowny oddech i z trudem jeno dociągnęła do końca. Skończywszy, ośmieliła się spojrzeć. Przejęło ją do żywego to, co ujrzała. Roger wyglądał jak człowiek tonący, był czerwony, dyszał ciężko i nie mógł krzyczeć. Poruszał niezdarnie zgiętemi ramionami, chwytał oddech i jęczał:
— Nie, nie, nie chcę... nie mogę, nie mogę...
Nagle wybuchnął łkaniem.
Od skraju lasu dolatywało nawoływanie wieśniaka, płużącego pole. Przejęta Anetka wzięła Rogera za rękę i pociągnęła od drogi, w gąszcz leśną. Dał się prowadzić bezsilny, powtarzając tylko:
— Nie mogę... nie mogę... cóż się ze mną teraz stanie?...
Usiłowała w serdeczny sposób nakazać mu milczenie. Ale zalewała go fala rozpaczy. Cierpiała miłość jego, ambicja, bolał nad upokorzeniem, jawną ruiną szczęścia, które sobie obiecywał, wszystko mieszało się razem. Wielki ten dzieciak, zepsuty życiem, któremu nic nie sprzeciwiło się nigdy, zapadł teraz w toń katastrofy. Była to klęska, zawaliły się wszystkie jego pewniki, stracił wiarę w siebie, grunt mu się z pod stóp usuwał, nie wiedział co począć. Anetka, poruszona jego wielkiem strapieniem, rzekła:
— Przyjacielu drogi, nie placzże!... Życie masz przed sobą... piękne życie... cóż ci po mnie...
Jęczał dalej:
— Nie mogę obejść się bez ciebie. Nie wierzę już w nic... Nie wierzę w życie...
Rzucił się przed nią na kolana.
— Zostań! Zostań! Uczynię wszystko, czego żądasz... wszystko!
Anetka wiedziała, że obiecuje więcej, niż może dotrzymać, mimo to jednak uczuła wzruszenie. Odrzekła łagodnie:
— Nie, drogi przyjacielu, mówisz szczerze, ale nie mógłbyś dopełnić tego, albo cierpiałbyś, a ja wraz z tobą. Życie nasze byłoby szeregiem konfliktów.
Widząc, że nie zachwieje jej postanowieniem, wybuchnął znów płaczem, wił się u jej nóg. Anetkę przejęła miłość i politowanie. Energja jej stopniała. Chciała odzyskać równowagę, ale nie mogła się ostać przed tym płaczem. Nie myślała już o sobie, ale wyłącznie o nim. Gładziła drogą głowę jego, spoczywającą u jej nóg, i mówiła mu czule słowa. Podniosła swego wielkiego, zrozpaczonego dzieciaka, otarła mu łzy chustką własną, wzięła pod ramię i zmusiła, by wstał. Był tak zgnębiony, że dał z sobą robić wszystko, zdolny jeno do płaczu. Gałęzie drzew biły ich w przechodzie po twarzach. Szli lasem, nie wiedząc dokąd, nie widząc nic. Anetka czuła, że wzbiera w niej uniesienie miłosne. Mówiła, podtrzymując Rogera:
— Nie płaczże... drogi mój... miły... To mi rozdziera serce... Znieść tego nie mogę... Nie płacz... kocham cię... kocham cię, biedny mój Rogerze...
On powiedział przez łzy:
— Nie!
— Tak! Kocham cię tysiąc razy silniej, niźli ty mnie kochałeś kiedykolwiek. Co chcesz, bym uczyniła? Uczynię wszystko, Rogerze mój...
Wychodząc z lasu, znaleźli się tuż u bramy willi Rivière’ów. Anetka poznała swój stary dom. Spojrzała na Rogera. I nagle namiętność zmysłowa ogarnęła ją całą. Wichr nią zakołysał płomienny. Uczuła zawrót głowy, coś jakby silny zapach kwitnącej akacji zmącił jej świadomość. Trzymając Rogera za rękę, pobiegła do drzwi. Weszli do pustego mieszkania. Okiennice były zamknięte. Oślepieni nagłem przejściem ze światła w ciemń, nie widzieli nic. Roger potrącał meble. Nie patrząc i nie myśląc, dał się prowadzić owej gorącej dłoni, która go wiodła przez komnaty parteru. Anetka nie wahała się, pędzona nakazem przeznaczenia. Szła ku pokojowi w głębi, pokojowi dwu sióstr, gdzie od zeszłej jesieni trwała jeszcze woń dwu ciał dziewczęcych, ku wielkiemu łożu, gdzie spały tak często razem. Tam go prowadziła, ogarnięta szałem litości, pożądania i rozkoszy, a doszedłszy, oddała mu się.



Gdy się zbudzili z ogromnego upojenia, oczy ich przystosowane już były do ciemności, pokój był niemal jasny. Wciskające się przez szpary okiennic promienie słońca przypomniały im, że na świecie dzień w pełni. Roger okrywał pocałunkami nagie ciało Anetki. Wyrażał jej wdzięczność w słowach, przepojonych zachwytem.
Po chwili jednak zamilkł nagle i trwał tak oparty policzkiem o jej biodro, ona zaś marzyła, cicha, nieruchoma. Zewnątrz domu pszczoły brzęczały w krzakach różanych. Anetce wydało się, że słyszy jakiś śpiew oddalający się, to miłość Rogera ulatała...
Kochał ją już znacznie mniej. Czuł to ze wstydem i żalem, nie chcąc jednak przyznać. W gruncie zraziło go bardzo, że Anetka oddała mu się... Śmieszne pretensje mężczyzny! Pożąda kobiety, a gdy mu się odda szczerze i bez zastrzeżeń, gotów uważać ów akt nadmiernej wspaniałomyślności niemal za złamanie wiary!...
Anetka schyliła się ku niemu, podniosła jego głowę i długo mu patrzyła w oczy, nie mówiąc nic, jeno uśmiechając się melancholijnie. Spojrzenie to sondowało mu duszę do głębi, przeto postanowił coś uczynić, by odwrócić jej uwagę. Okazał wielkie wzruszenie i powiedział:
— Teraz nie wolno ci już odjeżdżać, Anetko. Mam obowiązek zaślubienia cię.
Anetka uśmiechnęła się smutnie. Czytała w nim wyraźnie:
— Nie, przyjacielu mój, — odparła — nie masz żadnych wobec mnie obowiązków.
Wrócił do równowagi.
— Tak chcę! — rzekł.
Ale ona szepnęła:
— Odjadę!
— Czemu? — spytał.
Zanim odpowiedziała, zrozumiał sam lepiej powody odjazdu. Uznał jednak za swój obowiązek sprzeciwiać się. Położyła mu dłoń na ustach. Ucałował tę dłoń, z pasją, niemal ze złością... Ach, jakże ją kochał! Czuł się upokorzonym myślami, które w nim tkwiły. Czyżby je znała? Słodka, wiotka dłoń, leżąca z pieszczotą na jego wargach, zdała się mówić:
— Niczego nie dostrzegłam...
Chwilami dolatywał z pobliskiej wsi odgłos dzwonów. Po długiem milczeniu Anetka westchnęła... Nadszedł koniec. Powiedziała półgłosem:
— Rogerze, musimy wracać...
Ciała ich rozstały się... Klęcząc przy łóżku, oparł czoło o bose nogi Anetki. Chciał jej dowieść:
— Jestem twój.
Ale nie mógł stłumić myśli ubocznych. Wyszedł z pokoju, zostawiając Anetkę, zajętą ubieraniem się. Czekał, oparty o mur brzeżący podjazd, i dumał nad tem co zaszło. Myśli niemiłe uleciały. Rozkoszował się poczuciem nasyconej dumy i zaspokojenia zmysłów. Czuł się dumnym. Myślał:
— Biedna Anetka!
Poprawił się zaraz:
— Kochana Anetka!...
Wyszła z domu. Była jak przedtem spokojna, tylko bardzo blada... Któż mógł powiedzieć, co się z nią działo przez krótkie chwile, które przebyła sama, któż zbadać mógł, ile przeszła porywów namiętności, bólu i rezygnacji? Roger niczego nie dostrzegał, zajęty wyłącznie sobą. Podszedł ku niej, chcąc wznowić protesty. Ale położyła palce na ustach i szepnęła: — Cicho! — Stanąwszy u żywopłotu, brzeżącego ogród, zerwała gałązkę tarniny, przełamała ją na dwoje i dała mu połowę. Wychodząc z granic swej posiadłości, w progu przycisnęła usta do ust Rogera.
Wracali, nie mówiąc nic, szli lasem, Anetka prosiła, by nie przerywał milczenie. Trzymał ją pod ramię z miną nader czułą. Ona szła uśmiechnięta, z oczyma przymrużonemi. On teraz kierował jej krokami, nie pamiętając już, że godzinę temu płakał rzewnie na tem samem miejscu.
Z głębi lasu dochodziło szczekanie psa, tropiącego zwierzynę...



Wyjechała nazajutrz, podając za powód list z doniesieniem o nagłem zasłabnięciu starej krewnej. Ale Brissotowie zwieść się nie dali. Od pewnego już czasu, lepiej od Rogera spostrzegli, że im się Anetka wymyka. Zarozumiałość nakazała im jednak udawać, że to jest niemożliwe i dać wiarę przyczynom nagłego wyjazdu. Aż do ostatniej minuty grano tedy komedję i wyrażano nadzieję bliskiego zobaczenia się. Przymus ten niemiły był Anetce, ale Roger uprosił ją, by zerwała listem wysłanym z Paryża, a ona sama przyznała, że byłoby jej trudno oznajmić to w oczy Brissotom. Zamieniono tedy uśmiechy pożegnalne, słowa bez znaczenia i uściski, w których brakło serca.
Roger odwiózł znowu Anetkę powozikiem na stację, a oboje byli smutni. Roger ponowił prośbę o rękę Anetki, uważał to za swój obowiązek, a był dżentelmenem. Nawet zanadto. Zdawało się mu także, że może, w interesie Anetki zresztą, okazać swój autorytet. Myślał, że oddając się, Anetka abdykowała, tedy sytuacja była całkiem inna. Winien był teraz żądać małżeństwa. Anetka wiedziała, że, zaślubiając ją teraz, uznałby się, jeszcze stokroć bardziej niż przedtem, w prawie wzięcia jej pod kuratelę. Wdzięczną mu była za poprawne postępowanie i naleganie, ale odmówiła. Rogera to zgniewało. Nie rozumiał jej już... (czyż rozumiał kiedykolwiek?). Wydał surowy sąd, ale nie okazał tego. Mimo wszystko zauważyła to i spojrzała nań ze smutkiem, ironją i czułością... tak, z czułością... (wszakże był to jej ukochany Roger!)...
Pod samą stacją położyła rękę w rękawiczce na dłoni Rogera. Zadrżał i szepnął:
— Anetko!
Ona powiedziała:
— Przebaczmy sobie wzajem!
Chciał mówić, ale nie mógł. Trzymali się za ręce, nie patrząc na siebie, ale czuli oboje łzy powstrzymywane siłą, gotowe popłynąć...
Znaleźli się na miejscu i musieli trzymać się na wodzy. Roger usadowił Anetkę w wagonie. Nie była sama w przedziale, musieli się tedy ograniczyć do słów banalnych, ale spojrzenia ich poiły się wzajem chciwie patrzeniem na ukochaną postać.
Rozległ się gwizd. Powiedzieli sobie:
— Do widzenia!
A pomyśleli.
— Nigdy to nie nastąpi.
Pociąg ruszył, a Roger wrócił przy zapadającym zmierzchu. W sercu czuł ból i złość, zły był na Anetkę, zły na siebie, czuł się złamanym... Czuł też, o wstydzie... czuł... ulgę...
Zatrzymał konia pośród opustoszałej drogi i zapłakał, ogarnięty pogardą dla siebie, pogardą i miłością.



Anetka wróciła do domu swego przy Quai de Boulogne i zamknęła się. List do Brissotów został wysłany. Zerwała wszelki kontakt ze światem zewnętrznym, a nikt z przyjaciół nie wiedział, że wróciła. Nie otwierała listów, po całych też dniach nie opuszczała swego pokoju. Stara ciotka, przywykła do nierozumienia jej, bez namysłu uszanowała tę samotność. Zewnętrzne jej życie uległo, jakby zawieszeniu, natomiast drugie, wnętrzne stało się tem bardziej intensywne. W środowisku ciszy huczały burze zranionego uczucia, musiała być sama, by się im poddawać aż do wyczerpania. Po każdym ataku była blada, usta miała suche, płonące czoło, ręce i nogi jak z lodu. Potem następowały okresy bezwładu i gnębiących snów. Marzyła po całych dniach, nie starając się nawet kierować myślami. Ogarnęła ją fala mętna pomieszanych z sobą wrażeń. Sercem jej władała naprzemian czarna melancholja i gorzka omdlałość, czuła w ustach smak popiołu, bolała nad poginionemi nadziejami, doznawała nagłych olśnień, to znów nachodziły ją wspomnienia. Miewała napady rozpaczy, dumy, namiętności źrącej, a nadewszystko widziała nieodmienną zatratę swą, dzieło losu, przeciw któremu walczyć niesposób. Uczucie to, zrazu przygnębiające, potem ponure, rozpłynęło się zczasem w bezwład, którego oddalający się zwolna smutek nabrał potem przedziwnego tonu rozkoszy... Nie rozumiała teraz już samej siebie.
Pewnej nocy zobaczyła się we śnie. Była w lesie pełnym pąków, była sama. Biegała poprzez gąszcz, a gałęzie czepiały się jej sukni. Chwytały ją mokre krzewy, wyrywała im się, ale odzież darły na niej i za chwilę spostrzegła ze wstydem, że jest napół naga. Pochyliła się, naciągając na siebie strzępy sukni i nagle spostrzegła na ziemi, pod kupką oblanych słońcem liści, owalny koszyczek. Liście nie były żółte, ale srebrzysto białe, jak kora brzozy, jak biel delikatnej bielizny. Bielizna ta zaczęła się poruszać. Wyciągnęła rękę, serce jej zabiło... zbudziła się. Ale wzruszenie nie minęło... Nie wiedziała, co to znaczy...
Przyszedł dzień, w którym zrozumiała. Nie była już sama. Wstało w niej życie drugie, życie nowe...
Mijały tygodnie, a ona trwała z tym ukrytym w sobie światem...
— Czyż to ty jesteś, o miłości? Ty, co uciekałaś, gdym cię schwytać chciała, tyżeś to zstąpiła we mnie? Mam cię teraz i nie maleńki puszczę, więźniu, trzymam cię w ciele swojem. Mścijże się! Zjedz mnie. Mały gryzoniu, gryź mój żywot! Żyw się mą krwią. Jesteś mną samą. Jesteś marzeniem mojem. Nie mogąc cię znaleźć wśród świata, stworzyłam cię w ciele własnem... Miłości, mam cię nakoniec! Jestem sama kochankiem moim!

KONIEC.

Przypisy

  1. Wiersz ten podajemy, stosownie do brzmienia jego w oryginale książki R. Rollanda, prozą. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.