Convito

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dante Alighieri
Tytuł Convito
Pochodzenie Pieśniarz
Data wydania 1926
Wydawnictwo Italica
Druk Stabilimento Tipografico Riccardo Garroni
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Juliusz Feldhorn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Utwory pokrewne
Convito.




KANCONA IV.[1]

ZE Miłość całkiem mnie już opuściła,[2]
Nie ma to siła
Zrobiła; — chętnie mnie nie odwiedzała,
Ale że litość znała,
Bolejąc nad mem sercem,
Słuchać nie mogła długo jego płaczu;
Więc śpiewać będę, zimny jak mogiła,
Nie jak mówiła
Ta siła, — co złe w dobre zmienić chciała:
Zdawać mi się przestała
Złość wszelkich cnót kobiercem,
Odblaskiem wdzięków, które tyle znaczą,
Że kogo zdobić raczą,
Czynią go godnym cesarskiej purpury.
Lecz wdzięk prawdziwy z góry
Oznacza miejsce, gdzie cnota przebywa:
Więc jeśli w pieśni, tak jak mam ochotę,
Tę chwalić będę cnotę,
Powróci do mnie Miłość ma szczęśliwa.

Zdarza się taki, co na wszystkie strony
Pracy swej plony,
Szalony — rzuca sądząc, iż w tych rzędzie
Po śmierci stawion będzie,
Co jawią się w wspomnieniu
Tym, którzy prawdy istotę zgłębili;
Lecz mądry jest mu źle usposobiony;
Za skromność czczony,
Z ich strony — widzi straty, które wszędzie
Ponosi, kto orędzie
Ich w swem doświadcza mieniu;
Boć pogląd błędny wielu głupich zmyli.
Któż nie zgani w tej chwili
Tych, którzy żyją dla żeru, rozpusty,
I zdobni jak w zapusty,
Swą cenę podnieść chcą odzieniem świetnem?
Mędrzec człowieka nie ceni z odzieży,
Lecz wartość jego mierzy
Mądrością wielką i sercem szlachetnem.

I bardzo często taki człowiek bywa,[3]
Co śmiechem skrywa,
Że żywa — prawda jeszcze mu nieznana,
A głupcy gną kolana,
Kiedy się śmieje z rzeczy,
Których myśl żadna dotąd nie poznała.
Człek taki górnej wymowy używa,[4]
Twarz jego bywa

Szczęśliwa — skoro tłum zeń czyni pana;[5]
Lecz nigdy ukochana
Nie odda jego pieczy
Serca, gdy pozna, że błazna spotkała;
Jego też myśl nieśmiała,
Niezdolna pojąć wdzięku ni piękności,
Jak złodziej drży w ciemności,
Polując w nocy za podłą rozkoszą;
Staje się bliskim bezmyślnym zwierzętom,
Choć wdzięku nie odjęto
Tym pięknym paniom, co go dawno noszą.

Choć niebios siła zguby jej nie chciała,[6]
Rycerskość cała
Skonała — dzisiaj u rozlicznych ludzi;
Mnie jednak to nie brudzi
Dzięki szlachetnej pani,[7]
Której czyn każdy posiadł łaskę cnoty.
Więc o niej śpiewać pragnie pieśń ma śmiała:
Gdyby milczała,
To zdała — by się tą, co zdradą łudzi.
Niech więc ma myśl się trudzi,
By cnocie przynieść w dani
Najmilsze rymy, choć niema nikogo,
Kto pieśń mą przyjmie drogą.
Na tego klnę się, co Miłością zwie się[8]
I szczęście z sobą niesie,[9]
Że cnotą jeno dobyć można chwały;

Ponieważ ową tylko mam na pieczy,[10]
Tedy nikt nie zaprzeczy,
Że z cnotą złączon będzie śpiew mój cały.

Rycerskość nie jest przecie czystą cnotą,
Bo źli jej złotą
Nić plotą, — ale gardzą nią wytrwale
Ci, co nie dbają wcale
O blask doczesny bytu,
Lub ci, co wiedzy życie ślubowali.
Więc choć jest chwałą rycerskiego lotu,
Nie umknie grotu,
Gdyż oto — kryje w swe powiewne szale
Szlachetność wprawdzie, ale
Także i złość ukrytą;
Lecz cnota wszystkim się zarówno chwali.
Gdy z nią się razem pali
Miłość płomienna, oraz jasna Radość,
Tedy uczynią zadość
Warunkom wdzięku, których nic nie zwarzy;
Podobnie słońcu łączyć rozkazano
Ciepło i jaśń świetlaną,
By lśniły z jego doskonałej twarzy.

Wdzięk jest podobny owemu planecie,
Co we wszechświecie
Blask nieci — niknąc co dnia na zachodzie
I promieni powodzie

Śle na życie i cnotę;
Całą materję przenika to lśnienie,
A gardzi człekiem, który niby dziecię
Fałsz z prawdą plecie,
A przecie — drzewo, co z słów jego wschodzi,
Owoców nie urodzi;
Więc choćby miał ochotę,
Szlachetni jeno zdobędą to mienie,
Bo wszędy nikną cienie,
Gdzie przyjdzie owa dobroczynna pani,
By radość przynieść w dani;
Kto jej ślubuje, zazdrościć mu trzeba,
Choć źli rycerze, marni i fałszywi
Będą jej zawsze krzywi,
Że jest podobna do gwiezdnego nieba.

Jej ulubieniec, czy daje, czy bierze,
Nie płacze szczerze;
Wszak w mierze — równej słońce blask śle wszędzie,
Lecz wołać gwiazd nie będzie,
By światło mu wróciły;
Zysk i utrata jest mu równie miła.
Gniewnym wyrazom zamknął w sercu dźwierze,
Silny w swej wierze
Obierze — zawsze prawdziwe orędzie
I pośród tych zasiędzie,
Którym skronie owiły —
Mądrość niezmierna i duchowa siła.

Gdy głupi mówi wiła,
Chwalić nie będzie, ale szczerze zgani,
Zaszczyt niesiony w dani
Przyjmie bez dumy, lecz skromnie, naiwnie,
A tam szlachetność okaże wrodzoną,
Gdzie godnie ją ceniono:
Ci, co dziś żyją, działają przeciwnie.




KANCONA V.[11]

SMUTEK w mem sercu obudził pragnienie,
Abym wam pełną prawdę opowiedział;
Choć więc głęboki przedział
Dzieli me słowa od słów innych ludzi,
Nie dziwcie się, me panie,
Ale przyznajcie, jak złem wasze chcenie!
Prawom Amora piękność żądzę budzi,[12]
Lecz nigdy cnót nie łudzi;
Że o tem prawie umysł wasz nie wiedział,
Stąd wasze obłąkanie.
Wam, którym dziś się śmieje z ócz kochanie,[13]
Wiele piękności dano,
Lecz cnotę nam przyznano;
A więc, gdy Amor z dwojga czyni jedno,
Zatraćcie miłość biedną[14]
I skryjcie piękna dar bezużyteczny,
Bo nam brak cnoty jasnego stygmatu.
Ach! Cóż ja wieszczę światu?
Że wam się godzi za to
Ku chwale cnoty i prawdy odwiecznej
Porzucić piękność i żal wziąć serdeczny.

Człowiek, co cnotę od siebie oddali,
Jest tylko zwierzem podobnym do człeka.
Jakaż droga daleka,
Zmienić się w sługę, gdy się było panem
I w śmierć pójść ciemną z życia!
Cnota swojego stwórcę zawsze chwali
I przed nim tylko chyli się kolanem,
Gdy łaski lśnieniem znanem
Amor ją podnieść raczył po wiek wieka
W niebiański dwór z ukrycia.
Lecz chętnie rzuca raju boskie śnicia
I do swej pani wraca;[15]
Radośnie lot swój skraca,
Wesoło wszczyna swą służbę wasala,
Ozdabia i ocala
Wszystko co spotka podczas krótkiej drogi
I nie dba o śmierć, bo ta nią nie włada.
Dzieweczko czysta, blada,
Niebiańską jest twa rada!
Przez ciebie człowiek panem jest; jak bogi
Wiecznie się cieszy, kto ma dar twój drogi.

Rabem nie pana, lecz podłego sługi,[16]
Kto jej poddanym zostać się nie zgodzi,
Bo wiele zła się rodzi,
Gdy kto na żadne szkody nie uważa
I pójdzie precz z jej służby.
Taką jest władza tego pana — sługi,[17]

Że oko, które jasność myślom stwarza,
Moc jego niszczy wraża
I każdy potem w mgle szaleństwa brodzi
Pod jego wodzą. Któżby
Nie pojął przestróg mojej dobrej wróżby?
Lecz, że jest rzeczą żmudną
Pojąć myśl nazbyt trudną,
Więc treść i formę w prostsze ujmę słowa;[18]
Boć każda myśl ma nowa
Pod tą osłoną ciemną wszystkim będzie.
Otwarcie powiem, co mi dobrem zda się,
A mówić nie chcę dla się,
Lecz tej złych ludzi masie,
Która uczynki złe popełnia wszędzie:
Przestrogą winnym chce być to orędzie.

Kto niewolnikiem jest, za swoim panem[19]
Nie wiedząc dokąd, śpiesznie stawia nogi
Pośród bolesnej drogi;
Tak skąpca pędzi żądza posiadania
I włada nad nim wszędzie.
Biegnie więc skąpiec za szczęściem nieznanem,
(Ślepy rozumie, któż ci dojrzeć wzbrania
Marność tego starania?)
Lecz liczby rosną, skarb najbardziej drogi[20]
Zbyt małym wkrótce będzie,
Aż śmierć go zrówna z wszystkiem i zdobędzie.
Mów, cóżeś zyskał w świecie,

Skąpcze, ślepy jak dziecię?
Cała twa zdobycz niczegoć nie zyska.
Przeklęta twa kołyska,
Nad którą sny ci takowe śpiewano;
Przeklęty chleb twój i stracone jadło,
Lepiejby psom przypadło,
Nim tyś niem pasł swe sadło,
Iżeś oburącz, i wieczór, i rano
Rwał, zbierał to, coć teraz odebrano.

To, co z chciwością zbytnią jest zebrane,
Rozsypie się też wkrótce niemniej chciwie.
A przecie tylu żywie
Chciwości rabów; wiele trudów zniesie
Ten, kto się jej opiera.
Fortuno, śmierci, ciosy wasze znane
Nie błysnąż w skarbów nieprzebranych lesie?
Lecz komuż to przyniesie
Korzyść? Wszak wszystkich nas nielitościwie[21]
Otacza jedna sfera,
Rozum z nią nawet przymierze zawiera
I mówi: «Jam jej sługa».
Ach! Marnaż to zasługa,
Kiedy niewolnik lepszym jest od pana;
Toć hańba jest nieznana,
Jeśli myśl moją dobrze rozumiecie.
Złe bestje, których oddech wszystko brudzi!
Widzicie jak się trudzi

Tylu bezgrzesznych ludzi
Wśród wzgórz i bagien z łachmanem na grzbiecie,
A wy zgniliznę w skarbach ukryć chcecie.

Cnota, co z wrogiem pokój zawrzeć pragnie,
Do skąpca nawet przychylnie się zwraca,
Lecz na nic jest jej praca;
Wejść w służby jej nie myśli ani chwili
I gardzi wciąż jej strawą;[22]
Gdy jej zaklęcie jeszcze go nie nagnie,
Rzuca mu strawę (długo tak się sili),
Choć on się po nią schyli
Dopiero, gdy się już odeń odwraca;
Tak przykrą to dlań sprawą.
A gdy coś daje, zda mu się, że prawo
Powszechnej zyskał chwały.
Na każdy datek mały,
Czyto zwlekaniem, czy też obietnicą,
Czy w żal odziawszy lico,
Taką sprzedaży cenę ustanawia,
Że ten, co wziął go, zawsze się już wzdraga.
Tak tego, który błaga
Zbezcześci i osmaga,
Że lepszem zda się, gdy datku odmawia.
Sobie i drugim skąpiec smutek sprawia.

Odkryłem wam więc, panie, podłość całą
Tych ludzi, których godne są spojrzenia

Waszego potępienia;
Lecz przemilczałem wiele z owej rzeczy,
Bo wstyd mi mówić o niej.
Grzechów się siła w każdym uzbierało,
Boć rzecz pokrewna krewną ma na pieczy;[23]
Miłości kwiat się leczy[24]
Ssąc wszystkie cnoty ze swych cnót korzenia,
By zawitały do niej.
Nim pieśń się skończy, jeszcze wam odsłonię[25]
Tę prawdę: Niechaj żadna
Nie mówi, że jest ładna,
A więc w kimś takim miłość wzbudzić zdoła,
Bo trzebaby już zgoła
Przestępstwa nazwę nadawać piękności,
Jeżeli miłość jest zwierzęcą żądzą.
Ach! Jak te panie błądzą,
Które swą piękność sądzą
Od cnót odrębną w niepoprawnej złości
I oddzielają rozum od miłości.



KANCONA VI.[26]

TRZY panie weszły w serca mego progi
I usiadły u dźwierzy,
Bo Amor się w niem szerzy
I w ręku swojem dzierży moje życie.
A cnót i piękna zasób w nich tak mnogi,
Że nawet on nie wierzy,
Ten, który w sercu leży
I mówić o nich śmie zaledwie skrycie.
Zbolałe, biedne teraz je widzicie,
Jakby samotne i skądś wypędzone
Wracały umęczone,
A ich szlachetność nic już nie znaczyła.
Był niegdyś czas, gdy miła
Zdała się światu ich anielska cnota;
Teraz je ludu moc znienawidziła,
Dlatego je ochota
Przywiodła własna przed dom przyjaciela,
Gdzie jest pan znany z pieśni moich wiela.[27]

Jedna się gorżko na swą dolę skarży
I niby róża ścięta
Pochyla głowę, święta,

A naga ręka, boleści podpora,
Czuje łez strumień spływający z twarzy,
Druga zaś kryje zgięta
Twarz, którą boleść pęta;
Nieopasana idzie, bosa, chora,
Przez zdartą szatę widzi wzrok Amora
To, o czem raczej zamilczeć wypada.
A on podstępnie bada
O to, skąd przyszła, o powód cierpienia:
«Ach! Trochę pożywienia!»
(Ona mu na to z westchnieniem odrzecze)
«Natura moja tak me losy zmienia
I w twą oddaje pieczę.
Biedna i bosa, w pstre odziana szmatki,
Ja jestem Prawość, siostra twojej matki».

Skoro skończyła smutną swoją powieść,[28]
Boleść i żałość chwyta
Pana mego, że pyta
Kim są dwie inne, które wraz z nią kroczą.
A ona skargą chcąc cierpienia dowieść,
Gdy tę w nim myśl wyczyta,
Mówi żalem przybita:
«Niczegoż moim nie oszczędzisz oczom?»
Potem zaczyna: «Wiesz przecie, uroczą
Rzeczką wypływa Nil ze swego źródła
Tam, kędy ziemi strzegą
Przed silnym blaskiem słońca wierzb korony,

W dziewiczej fali onej
Tę urodziłam, co w jasne warkocze
Zbiera łzy, idąc u mej prawej strony.
To dziecię me urocze,
Patrząc w swą postać ponad jasną strugą.
Zrodziło cudną tę dzieweczkę drugą».

Wzdychając Amor milczał chwilę małą
I oczy łzą wezbrane,
Tak przedtem roześmiane,
Do kobiet zwrócił i twarz swą zasępia.
A potem smutnie przyjrzał się swym strzałom
I rzekł: «Nieużywane
I rdzą poogryzane
Strzał moich ostrze daremnie się stępia.
Umiarkowanie zżarła zazdrość sępia
A Hojność wdziała żebraczy strój biedy;
Lecz kiedy tak jest, tedy
Niech płaczą oczy tych, których to boli,
Niech skarżą się dowoli
Usta skazanych żyć pod gwiazdą taką.
Lecz my, co wiecznej zażywamy doli,
Wzlecim podobni ptakom,
Ból zniósłszy, aby przezeń znaleść właśnie[29]
Tych, którym strzała moja byt rozjaśni».

A ja, com słyszał ową mowę boską
Wygnankom ku pociesze,

Radość objawić śpieszę,
Że i mnie dano zaszczytne wygnanie.
A jeśli los chciał, o odwieczna trosko,
By białych kwiatów rzesze
Rzuciły swe pielesze,
Toć śmierć wśród dobrych szczęściem mi się stanie.
Gdyby nie oczu moich rozkochanie[30]
W tym pięknym znaku, który mnie zapala
I wciąż czaruje zdala,
Lekkiem byłoby to, co jest nad siły;
Lecz żar ów moje żyły
I kości wszystkie spalił już na próchno;
Już klucze śmierci pierś mą otworzyły.
Więc żale moje głuchną,
Bowiem lat piętno mnie już rozgrzeszyło,
Jeśli się wina maże skruchy siłą.

Kancono! Niechaj nie tknie nikt twej szaty,
By odkryć to, co skromna pani kryje!
Niechaj ręce niczyje
Nie uszczkną jabłka, co im słodkiem zda się.
Gdy ktoś po długim czasie
W przymierzu z cnotą przyjdzie i wybłaga,
Byś mu zjawiła się w swej całej krasie,
Stań przed nim wtedy naga
I niech rozkwitną kwiatów twych kobierce,
Wnosząc pragnienie w rozkochane serce.



KANCONA VII.[31]

MIŁOŚCI, widzisz przecie, że ma pani
Przykazań twoich nie zna po wsze czasy,
A przecie wszystkiem pięknem rządzisz, pani.
Odkąd me serce woła na nią: Pani! —
Jako chciał blask twój, co mym oczom świeci,
W złą okrutnicę zmieniła się pani;
Serce jej pewnie, to nie serce pani,
Ale zwierzęcia, — dla miłości zimne.
Czy upał dysze, czy-li wichry zimne,
Zda mi się zawsze postać owej pani
W natchnieniu kutą z najpiękniejszej skały
Przez tego, który martwe rzeźbi skały.

A ja, co trwalszy byłem, niźli skały,
Wiernie ci służąc dla piękna tej pani,
Cierpię bezwolnie z winy owej skały;[32]
Jak rzecz szkodliwą rozbiłaś o skały
Serce, coć wiernem było długie czasy;
I pozostało martwe, jak ze skały.
A nikt nie znajdzie tej cudownej skały,
Co Słońca blaskiem, albo własnym świeci

I taką moc ma jaśń jej, że gdy świeci,
Zbawić mnie może z mocy owej skały,
Która zawiedzie mnie w krainy zimne,
Gdzie serce moje w śmierć odejdzie zimne.

Panie, ty wiesz, że wichry bardzo zimne[33]
Zmieniają wodę w kryształowe skały
Tam na północy, kędy kraje zimne
Powietrze tworzą, co z natury zimne
Tak zmienia się, że wilgoć jest jak pani
W dalekich krajach, gdzie tak wszystko zimne.
Dziś krwi mej strugi w żyłach równie zimne,
Popłyną wolno już po wszystkie czasy
I myśl, co wszystkie me zapełnia czasy,
Cała się zmieni w łzy wilgotne, zimne.
Tyle ich jeszcze w oczach mych zaświeci,
Bo pamięć o niej wciąż w nich jeszcze świeci.

W niej wszelkie piękno blaskiem jasnym świeci,
Lecz w głębi serca okrucieństwo zimne
Śpi w mroku, kędy promień twój nie świeci;
Oto dlaczego piękność jej mi świeci
Kędy się zwrócę — na odłamach skały
I wszędy, wszędy, gdzie słońce się świeci.
A wdzięk jej oczu tak słodko mi świeci,
Że żadnej innej nie pokocham pani:
Gdyby litosną była mi ta pani,
Którą przyzywam w noc i kiedy świeci

Słońce, służyłbym jej po wszystkie czasy[34]
I w tem pragnieniu długie przeżył czasy.

A więc Miłości, której życia czasy,
Jak Ruch odwieczne i jak Blask, co świeci,
Litość miej wielką i zmień smutne czasy!
Wnijdź dziś w jej duszę po najdalsze czasy,
Wypędź z jej głębin dech śmiertelnie zimny,
Który mi niszczy najpiękniejsze czasy!
Bo gdy nie miną beznadziejne czasy,
Tedy w obliczu onej pięknej skały
Polegnę martwy pod brzemieniem skały,
By wstać, gdy wszystkie ukończą się czasy[35]
I wtedy ujrzeć, czy jest jaka pani
Piękniejsza od mej bezlitosnej pani.

Kancono, myśl mą wciąż zajmuje pani,
Która, choć była dla mnie nakształt skały,
Pomogła przecie strach mi zabić zimny,[36]
Tak, że dziś pragnę zmienić kształt jej zimny
W pieśń, co nieznaną formą swoją świeci
I nikt jej dotąd nie znał w żadne czasy.



KANCONA VIII.[37]

W ten punkt przyszedłem niebieskiego koła,[38] [39]
Gdy o zmierzchaniu gdzieś na horyzoncie
Jawi się w niebie dwójka gwiazd bliźniacza,[40]
Gwiazda miłości jeno wzejść nie zdoła,
Bo jej promienie przemoc słońca mąci
I jak w zasłonę, w blaski swe otacza.
A ów planeta, który mróz roztacza,[41]
Zjawia się cały w południowym łuku,[42]
Gdzie wszystkich siedem mało daje cienia.[43]
A przecie się nie zmienia
Myśl ani jedna z tych, które się tłuką
W pamięci mojej silniejszej od skały
I wiecznie tkwi w niej jej posąg ze skały.

Z nad etiopskiej wznosi się pustyni
Wicher pielgrzymi, co zaciemnia słońce,
Kiedy krąg jego ponad światem chodzi.
Idzie nad morzem i taki zwał czyni
Chmurzysk poczwarnych, że najdalsze końce
Ziemi zakrywa i mróz blady rodzi:
Spada i spuszcza strumienie powodzi,

Spływa na ziemię białym śniegu puchem
I w świecie smutek beznadziejny nieci:
Lecz Amor, co swe sieci
Ściąga do nieba w burzy wyciu głuchem,
Mnie nie opuszcza; tak piękną jest pani,
Której los nadał tytuł — mojej pani.

Uciekł ptak każdy, co za ciepłem goni
Z Europy, której nie opuści długo
Lód tych gwiazd siedmiu, które zawsze świecą.[44]
A pozostałych głos już nie zadzwoni,
Chyba na wiosnę, nad zieloną smugą.
Dzisiaj jedynie z jękiem czasem lecą:
Wszystkie stworzenia, które radość niecą,
Teraz ostały się miłości próżne,
Zima okrutna mrozi zrozpaczone.
Jeno ja więcej płonę;
Marzeń mych słodkich nie wzięły podróżne
Ptaki, ni zmienne w biegu swoim czasy,
Lecz ta, co krótkie tak ma życia czasy.[45]

Do końca bytu swego doszły liście,[46]
Które rozkwitły w Koziorożca znaku,
By zdobić ziemię, — uwiędły już trawy:
Znikły zupełnie drzew zielone kiście,
Prócz laurów, pinij i sosen, wszelako
Im zieleń wieczną dał Stwórca łaskawy:
W tem nawet zima smutnej szuka sławy,

Że na pagórkach mrozi małe kwiaty,
Które nie mogą znieść białego szronu:
Lecz w piersi mej wciąż toną
Ciernie miłości, jak dawnemi laty
I tkwią w niej silnie, wbite tam na wieki,
Póki żyć będę, choćbym przeżył wieki.

Z źródeł podziemnych buchają gorące
Wody, rzucane z głębin na wyżynę
Przez opar, który ziemia ma w swem łonie;
Tam, gdzie są codzień przechadzki mej końce,
Wytrysło źródło i bić będzie sine,
Aż najazd zimy w przeszłości utonie.
Ziemia stwardniała w żelaznej koronie
A woda martwa w szkło kruche się zmienia,
Odkąd ją zewsząd mróz otoczył zbrojny.
Lecz ja od swojej wojny
Nie odnalazłem ni chwili spocznienia
I nie chcę spocząć; choć cierpienie słodkie,
Lecz śmierć jest lepsza nad wszystko, co słodkie.

Kancono, jakiż los mnie jeszcze spotka
O wiośnie słodkiej, gdy na ziemię spłynie
Amor zesłany przez niebiosa wszystkie;
Co będzie w te dni bliskie,
Gdy miłość we mnie jeno tli już ninie?
Przybrać mi przyjdzie zimny kształt kamienia,
Jeśli to dziewczę ma serce z kamienia.



KANCONA IX.[47]

MIŁOŚCI, ty, co z nieba masz swe siły,
Jak słońce blask promieni,
Przed którym bardziej stajemy zdumieni,
Gdy na szlachetne spłynąć raczy rzeczy;
Jako przed słońcem cień i mróz się skryły,
Tak ty z podłości cieni
Oczyszczasz, Panie, serce, aż się zmieni,
I nie ostanie ci się gniew człowieczy:
Ty jesteś Dobrem, temu nikt nie przeczy,
Z ciebie więc zdrojem wszystko w świecie płynie:
Bez ciebie wkrótce zginie
Cała chęć nasza, aby dobrze czynić;
Tak obraz w izbę położony ciemną
Będzie nas słusznie winić,
Że piękność jego ostała daremną.

Jak promień słońca w gwiazdy, tak trafiają
W me serce blaski twoje,
Bo twej potędze duszy mej podwoje
Wraz się rozwarły, byś weszła i życie
Zyskało myśli wiodące do kraju,
Kędy oglądam roje
Przepięknych rzeczy, które serce moje

Radują, chociaż trudne ich zdobycie.
Kiedym tak patrzał, w duszę moją skrycie
Weszła ta, której tak wielka jest siła,
Iż ogniem mnie roztliła
Jak wodę, kiedy w słońcu promienieje:
A z jej przybyciem słońca blask przeźroczy
Radośniej mi się śmieje,
Odkąd odbity przez jej błysnął oczy.

A jaka piękna jest i jak szlachetna[48]
I jaką miłość budzi,
Słowo daremnie wyrazić się trudzi,
Lecz wyobraźnia w duszy to umieszcza;
Choć sama przez się nie byłaby świetna
Nad wszystkich wzrosła ludzi,
Ty budzisz zapał, którego nie studzi
To, że nad siłę działać musi wieszcza.
W piękności owej twa siła się streszcza;
O ile mądrość na godnym przykładzie
Swe zaufanie kładzie, —
Podobnie słońce ognia nie pochłania,
Ni ogień słońcu światła nie zabiera,
Lecz skoro się wyłania,
Wtedy wśród wszystkich błyszczy radość szczera.

Więc ty, o Panie, coś tak dobrotliwy,[49]
Iż zda się, że wszelakiej
Mądrości ziemskiej początek jednaki

Od twej wielkości bezustannie płynie,
Patrz na me życie, jakem nieszczęśliwy!
Okaż swej łaski znaki!
Bowiem w mem sercu płomień budzi taki
Jej piękność wielka, że ze smutku ginie.
Spełń to, Miłości, o co prosi ninie!
Pozwól ją widzieć sercu, które kona!
Nie dasz przecie, by ona
Na śmierć mię wiodła czarem swej młodości
Nie wiedząc nawet, jak podoba mnie się,
Jaka jest moc miłości,
I że w swych oczach pokój dla mnie niesie.

Jeśli pomożesz mi, chwalić cię będę,
Bo użyczysz mi daru,
Którego żadną nie wziąłbym ofiarą,
Bo sił już nie mam bronić swego życia;
Jeżeli łaski twojej nie posiędę,
A wróg nieznośną karą
Obciążył duszę mocą swego czaru,
Nie uratuję się więc od rozbicia.
Niechaj raz jeszcze siła twa z ukrycia
Wyjdzie, by błysnąć w owej pięknej pani,
Której się godzi w dani
Wszelkiego dobra część wielką zachować,
Jako tej, która po to się zrodziła,
By tym wszystkim panować,
Których zniewoli spojrzenia jej siła.



KANCONA X.[50]

MIŁOŚCI siłę tak potężną czuję,[51]
Że znieść nie mogę dłużej
Niezmiernych cierpień; więc serce się smuci,
Gdy jej moc coraz większą odnajduje
A własna wciąż się nuży
I może nigdy mi już nie powróci.
By Miłość zadość czyniła mej chuci,
Nie chcę, bo gdyby ją nasycić chciała,
Nie zniosłaby jej zdolność moja mała,
Bowiem natura ma swoje granice:
Boleści mojej wcale nie ukróci,
Że w parze z chęcią nie idzie moc ciała.
Gdyby mi łaska tę nagrodę dała
Za dobrą wolę, tedy sobie życzę,
By mi jej oczy dały życia więcej,
Abym ją kochać zdołał tem goręcej.

Promienie oczu tych w źrenice moje
Wtargnęły rozkochane
I niosą słodycz, co poi goryczą:
A znają drogę przez wszystkie podwoje,
Bo przeszły je nieznane

I umieściły tam Miłość zwodniczą,
Która mną włada, jakby swą zdobyczą.
Więc patrząc na mnie, łaskę mi uczynią
A gdy odwrócą się, wtedy zawinią
Zginienie moje; bo tak ją miłuję,
Że jej me myśli tylko służyć życzą,
Poza nią wszystko zda mi się pustynią,
Oczy jej godnym życia mnie uczynią,
Jej służyć żądzę nieustanną czuję.
Gdybym ją zdradził, lżejsząby się stała
Boleść, lecz wtedy śmierćby mnie zabrała.

Ta miłość moja wielką jest zaiste
I znaczną jest jej siła,
Gdy to, co rzekłem, pragnę dla niej zrobić,
Boć żadne czucie nie jest takie czyste,
Jak to, gdy śmierć jest miła,
Byle się pani w służbę przysposobić.
Taż sama wola chce mą myśl ozdobić,
Odkąd pragnienie mojem sercem miota,
Które wzbudziła ta czarowna cnota
I dobroć wielka, co w jej licach gości:
Sługą jej jestem; dla niej pragnę robić;
Jednaka zawsze będzie ma ochota,
Bowiem wbrew woli służyć, to sromota:
Więc choć jej młodość skąpi mi wdzięczności,[52]
Kiedy dojrzeje, nagrodzi mnie zwodna,
Jeśli wprzód życia nie wychylę do dna.

Kiedy pomyślę, że pragnienie ono,[53]
Zbudzone uczuć chwilką,
Ku czynom dobrym całą moc mą skłania,
Zda się, że nadmiar nagród mi spłacono
I wątpić mogę tylko,
Czy niewolnika nazwa mnie osłania;
Boć przecie w oczach mego ukochania
Służba jest łaską przez jej dobroć daną;
Lecz, iż to mówię, co ma prawdy miano,
Niech służbą zwie się owa żądza wzniosła,
Bo odkąd przyszła nowa moc wytrwania,
Myśl ma nie krąży wkoło swego stanu,
Lecz dąży do tej, w której dłoń ją dano,
Tego chcąc jeno, by jej wartość wzrosła.
Jedną mą chęcią jest należeć do niej,
Gdy Miłość mi już łaski swej nie broni.

Amor jedynie potrafił mię skłonić,[54]
Bym służył bez szemrania
Pani, dla której miłość jest jak zbrodnia
I nie potrafi uczuciem się płonić,
Gdy dusza ma się słania
I jej widoku wyczekuje co dnia.
Ilekroć widział ją mój wzrok przechodnia,
Tylekroć błysła mi w niej piękność wzniosła
I miłość we mnie tak dalece wzrosła,
Że przez nią tylko radość czuć jest zdolna.
Więc trwa ten stan mój, płonie wciąż pochodnia

I miłość, co mi ból i radość niosła
Wciąż jeszcze dzierży łodzi mojej wiosła
I dręczyć myśli duszę moją zwolna,
Jak długo będzie kryć mi swoją postać, —
Chyba że wróci i zapragnie zostać.

Pieśni ma piękna, moim jesteś tworem,
Więc cokolwiek cię spotka,
Bądź skromna, jak się twej wartości godzi!
Proszęć, idź tylko za szlachetnym wzorem,
Kochanko moja słodka,
I obierz drogę, którać nie zaszkodzi!
Kiedy cię rycerz jaki w próg swój wwodzi,
Zanim cię ujrzy chęciom swoim radą,
Niechaj się stanie rad twych dobrych świadom;
Opuść go, jeśli ciebie nie posłucha,
Bo dobry tylko z dobrym w parze chodzi,
A kto się złączy z ludzi złych gromadą
Wiernym ostając mylnej drogi śladom,
O nim złą sławę wieść rozniesie głucha.
Twa treść i forma niechaj się ich boi,
Bo przyjaźń taka tylko złym przystoi.



KANCONA XI.[55]

CHCĘ, by tak ostre były moje słowa,
Jak czyny pani (zwę ją piękną skałą),
Której się serce stało
Z dniem każdym twardsze, oraz bardziej harde;
W pancerz z jaspisu postać swoją chowa,
Oraz ucieczką się broni wytrwałą,
Tak więc nie można strzałą
Przeszyć tej, która dla wszystkich ma wzgardę.
A jej pociski uskrzydlone, twarde,
Śmiertelne wszystkim rozdzielają rany
I każdy jest im znany,
Przeciw nim niema dość potężnej broni
I mnie samego nic już nie uchroni.

Żadna się tarcza przed nią nie ostanie,
Ni miejsce jakie przed jej wzrokiem skryje,
Bo w duszy mojej żyje
I jak kwiat liściom, tako jej króluje.
Takie o bolu moim ma staranie,
Jak łódź o wichrze, który już nie wyje.
Więc schylam przed nią szyję

I myśl ma nawet rymów nie znajduje.[56]
O ty straszliwa! Chociaż wiesz co czuję,
A przecie łamiesz tajemnie me życie
I śmiesz mi nawet skrycie
Przegryzać serce wolno, strzęp po strzępie,
Choć twego pana nawet nie potępię.[57]

A serce moje więcej drży, gdy o niej
Myślę a ludzi wzrok na mnie spoczywa
I zda się już odkrywa
Mych marzeń przedmiot, którym lśnią me oczy,
Niż drży przed śmiercią i niźli się broni,
Gdy ząb miłości czucia me rozrywa.
Płynie ma myśl leniwa
I siła woli wolniej wciąż się toczy.
Amor pokonał mnie i pierś mą tłoczy
Tym samym mieczem, którym zabił Dydo
I muszę, o ohydo,
O litość prosić uniżenie tego,
Co zmiłowania nie zaznał żadnego.

Amor podnosi czasem swoje ramię
I grozi memu życiu, ów szalony.
Bez ruchu, umęczony
U stóp mu leżę słaby i bez rady.
Więc jęki wstają w duszy mojej chramie;
Krew, której w żyłach bieg jest wyznaczony,
Ucieka w serca strony,

Które ją woła; ja się słaniam blady,
A on zostawia razów swoich ślady
W mym lewym boku; ból się w sercu szerzy,
Więc mówię: «Gdy uderzy
Raz jeszcze w pierś mą, śmierć mi zamknie oczy,
Nim miecz się znowu w ciele mem ubroczy».

O, gdybym widział, jak w serce uderza
Tę krwawą, która moją pierś przebodła.
Niechby mnie śmierć już wiodła,
Na którą wdzięk jej skazał mnie niezłomnie!
Lecz w dzień i w nocy zgubę mą zamierza
Ta rozbójniczka i złodziejka podła.
Gdybyż ją boleść zwiodła,
By jak ja o nią, tak wołała o mnie.
Rzekłbym jej: «Idęć w pomoc, przychodź do mnie!»
Chwyciłbym w ręce z radosnej ochoty
Jej jasnych włosów sploty,
Co na mą zgubę wzięły blask Amora,
By się ma dusza nasyciła chora.

A gdybym chwycił jej warkocz rozdarty,
Który był dla mnie jak ożóg i bicze.
Patrzyłbym w jej oblicze,
Rwąc go od rana aż do późnej nocy.
Nie byłbym dwornym, ale moje żarty
Jak u niedźwiedzia dzikie, napastnicze,
Dałyby mi słodycze

Zemsty za wszystko, com cierpiał z jej mocy.
I patrzyłbym się używszy przemocy
W jej oczu płomień, który mnie rozpalił;
Potem-bym się użalił,
Gdybym tak pomścił jej ucieczkę w złości
I przebaczyłbym jej w imię miłości.

Idź, pieśni, prosto do tej pani, która
Przeszyła serce mi a teraz bierze
To, czego pragnę szczerze;
Przeszyj jej serce też miłości strzałą,
By się zaszczytnej zemście zadość stało!




SESTYNA[58]

Do krótkich dni i długich kręgów cienia[59]
Doszedłem już, gdy biel okrywa wzgórza,
Na których znikł zielony połysk trawy.
Pragnienie me wciąż jednak się zieleni,
Tak silnie tkwi u stóp tej twardej skały,
Co mowę ma, bo jest nią moja pani.

Podobnie lśni młodziutka moja pani
W lodowych skrach, jak śniegi pośród cienia;
Nie zmiękczy jej, jak nie rozbudzi skały,
Przesłodki czas, gdy wiatr ociepla wzgórza.[60]
I smutną biel zamienia w czar zieleni,
Znów zdobiąc je w kwiatuszki oraz trawy.

Gdy czoło jej girlandą zdobią trawy,
Wnet znika myśl o każdej innej pani.
Jej złoty włos tak pięknym jest w zieleni,
Że Amor bóg nie wyjrzy przy niej z cienia.
Więc więżą mnie tak mocno małe wzgórza,
Gdzie ona jest, jak wapno murów skały.

Piękności jej mocniejsze są od skały[61]
A od jej ran nie leczą żadne trawy.
Błądziłem już przez niże i przez wzgórza,
By ustrzec się widoku owej pani;
Przy blasku jej nie mogłem znaleść cienia
Na stokach gór, wśród murów, ni zieleni.

Widziałem ją odzianą w płaszcz z zieleni,
Tak piękną, że rozkochać może skały,
Jak dzisiaj ja miłuję ślad jej cienia.
Mówiłem z nią na łące pełnej trawy,
Cudowną tak, jak rzadko która pani,
A wokół nas wysokie były wzgórza.

Lecz wody rzek powrócą się na wzgórza,
Nim z miękkich drew, wśród pierwszej ich zieleni
Zapłonie żar (o pięknej myślę pani)
Dla mnie, com spał najchętniej u stóp skały
Przez cały czas i żył zjadając trawy,
By jeno z ócz nie stracić szat jej cienia.

Chociaż od wzgórza czerni się płat cienia
Pośród zieleni, w blasku młodej pani
Zanika cień, jak skały pośród trawy.



BALLATA III.[62]

WY mię słuchajcie, których miłość mami!
Nie dozna u was ma ballata wzgardy,
Co mówi, biedna, o tej pani hardej,
Która mną włada swojemi wdziękami.

Kto na nią spojrzy, spotka wzrok jej hardy
Tak, że opuści oczy z przerażenia,
Bo zawsze połysk okrucieństwa twardy
Jasność jej źrenic tłumi i ocienia;
Lecz wewnątrz obraz słodki się nie zmienia,[63]
By wciąż szlachetna dusza: «Łaski!» — łkała;
Gdy się ją ujrzy, jej cnota nieśmiała
Czyni, że serce wzbiera westchnieniami.

Zda się, że mówi: «Nie poddam się temu,
Kto w oczy moje miłośnie się patrzy,
Bo pan ów wielki przebywać w nich raczy,[64]
Który mię przebił swoją strzałą niemą».
Wierzę zaiste, iż straż taką chce mu
Dać, by jedynie już należał do niej;
W ten sposób zwykle dziewczyna się broni,
Gdy wzbudzi podziw swojemi wdziękami.


Nie mam nadziei, aby z własnej woli
Raczyła spojrzeć kiedykolwiek na mnie;
Tak jest okrutna, że dzierżąc w niewoli
Amora, w oczach ukrywa go kłamnie
I strzeże pilnie, choć tak dobrze zna mnie,
Bym nie mógł szczęściem cieszyć się radośnie;
Lecz, że ma miłość mimo wzgardy rośnie,
Więc może Amor swą nagrodę da mi.




BALLATA IV.

O chmurko nagle oczom mym zjawiona,[65]
Miłości cieniem padłaś w serce moje;
Zlituj się nad niem! Przeszyłaś mu zbroję,
Lecz z wiarą w ciebie i tęsknotą kona.

Chmurko o więcej niż ludzkiej piękności!
Rzuciłaś żagiew w głąb umysłu mego
Zapalną swoją mową,
A potem czynem ducha palącego
Nadzieję dałaś, która we mnie gości.
Uśmiechnij mi się znowu!
Nie pytaj, czego tak wierzyłem w ową,
Lecz na pragnienie me patrz gorejące
I zważ, że kobiet cierpiało tysiące
Przez to, że miłość ich była spóźniona.




SONET VI.

W OCZACH mej pani, kiedy na mnie skinie,
Lśni blask tak jasny, że kędy zabłyśnie,
Tam widzę w żadnym nie zjawione mi śnie
Rzeczy potężne i nieznane ninie.

A z tych promieni taki na mnie płynie
Strach, który serce moje drżące ciśnie,
Że mówię: «Wróci, kto działa rozmyślnie!»
Lecz wkrótce cały mój rozsądek ginie.

I tam się zwracam, gdzie mię zwyciężono
I przyzwyczajam oczy patrzyć w święte
Moce, na których pierwsze się poznały.

Wracam zmęczony, oczy me zamknięte,
Pragnienie, które mnie wiodło, uśpiono,
W dłonie Miłości składam los mój cały.




SONET VII.[66]

PRZEZ ową drogę, którą piękność bieży,
Kiedy chce Miłość zbudzić w czyjejś duszy,
Idzie dziewczyna i dumnie się puszy,
Pewna, że serce me u stóp jej leży.

Lecz gdy przybyła do podnóża wieży,
Której bram jeno zgoda serca ruszy,
Rozległ się nagle czyjś głos pośród głuszy:
«Szlachetna pani, idź precz od tych dźwierzy,

Bo pani inna, wieży tej władnąca
Schwyciła berło w swoje ręce małe,
Amor jej władzy z dłoni nie wytrąca».

Więc gdy spostrzegła, że Miłość gorąca
Stąd ją odprawia, dzierżąc serce całe,
Odeszła z niczem, od wstydu płonąca.




SONET VIII.[67]

O słowa moje, nieście w świat swe loty,
Wy urodzone, kiedym tak czcił stale[68]
Tę panią, której słuszne do mnie żale:
«Myślą sfer boskich rządzicie obroty».[69]

Tę, którą znacie, weźcie w swe oploty,
Niech słyszy płacz wasz odchodzący w dale,
Rzeczcie jej: «Wszystkie twe jesteśmy, ale
Nigdy pieśń nowa nie nadejdzie do tej».

Precz idźcie od niej! Nie zna, co Kochanie![70]
Usiądźcie w dali w żałobnym ubiorze,
Los dawnych sióstr się losem waszym stanie.

Kiedy spotkacie inne godne panie,
Wtedy do stóp im upadniecie może
Mówiąc: «Wam święcim to nasze śpiewanie».




SONET IX.[71]

NIEMA tak mocnych drzew w dalekim borze,
Ani tak twardą nie jest żadna skała,
Której ta straszna, co mię zabić chciała,
Rozkochać w blasku oczu swych nie może.

Kto ją napotka, spojrzy, — temu gorze!
W serce go trafia niewstrzymana strzała
I musi zginąć; tak okrutna chciała,
Zasługa żadna sądu jej nie zmoże.

Dlaczegoż mocy okraszono danią
Oczy władczyni takiej bezlitosnej,
Co wiernym swoim sprawia los żałosny?

Taką ma hardość wzrok jej śmiercionośny,
Że ani spojrzy, kiedy giną za nią
I kryje piękność swoją ich błaganiu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dante Alighieri i tłumacza: Juliusz Feldhorn.
  1. alegoryczno-doktrynalna.
  2. I. Określa pojęcia «leggiadria» (przełożyłem: «wdzięk» lub «rycerskość») i odróżnia wdzięk prawdziwy (połączony z cnotą) od fałszywego.
  3. II. Przeciw rozrzutnikom.
  4. II. 7-9. Ma lor messione a’ bon non pò piacere,
    perchè tenere
    savere fora, e fuggiriano il danno.
  5. III. Przeciw zarozumialcom.
  6. IV. 1-3. Ancor che ciel con cielo in punto sia,
    che leggiadria
    disvia — cotanto, e più che quant’io conto...
  7. IV. 5. Beatrycze (donna gentile).
  8. IV. 14. Na Amora.
  9. V. «Leggiadria» nie jest sama przez się cnotą, a nawetmoże się stać wadą, jeśli się oddali od cnoty (ludzi nie dbajacych o blask doczesny bytu) i mądrości tych, co wiedzy życie ślubowali.
  10. VI-VII. traktują o bezinteresowności. Podobnie w Convito (tratt. I, cap. 9) mówi Dante: «E a vituperio di loro dico che non si deono chiamare litterati, pero che non acquistano la lettera per lo suo uso, ma in quanto per quella guadagnano denari o dignitate...».
  11. Przeciw skąpstwu, pochodzi z czasów wygnania (Barbi).
  12. I. 7-10. Obdarzanie uczuciem miłości ludzi nieobdarzonych łaską cnoty jest grzechem.
  13. I. 11-14. Miłość łączyć powinna piękno (kobiece) i cnotę (męską).
    Uwaga: «Virtù» (jak łacińskie virtus) oznaczać może tak cnotę, jak i odwagę.
  14. I. 15-17. Skoro cnota zamiera, tedy i piękno musi zmarnieć, jeśli miłość nie ma się stać występkiem.
  15. II. 12. Cnota dąży do Mądrości.
  16. III. 1-2. Kto nie wejdzie w służbę Cnoty, ten uwikła się w występki i grzechy (stanie się «sługą podłego sługi»).
  17. III. 6. «Panem-sługą» jest Występek, co, sam zależny od Cnoty, włada ludźmi, którzy mu podlegają.
  18. III. 14-21. Dante zapowiada, że wyłuska właściwą swą myśl z pod ogólnikowej alegorji Cnoty i Występku.
  19. IV. Występkiem, omawianym v I. - III. zwrotce, jest więc skąpstwo.
  20. IV. 9-11. Vide: Convito, tratt. III, cap. 15.
  21. V. 9-10. Wszystkich nas otacza jeden krąg Przeznaczenia, przed którem ugina się nawet Rozum.
  22. VI. 5-12. Skąpiec gardzi «strawą cnoty», t. j. argumentami rozumowemi, jakie wywodzi hojność, przeciwniczka skąpstwa, a jeżeli już podniesie tę strawę (t. zn. dokona jakiegoś czynu szlachetnego), dzieje się to z chęci chwały, czyli właśnie wtedy, gdy cnota «się już odeń odwraca».
  23. VII. 7. Znaczy: Jeden występek pociąga za sobą drugi.
  24. VII. 8. Miłość przeciwdziała występkom, skupiając wszystkie cnoty i wzmacniając się w ten sposób.
  25. VII. 11-21. Nawrót do I. Miłość nie łącząca piękności z cnotą jest zwierzęcą żądzą, więc przestępstwem.
  26. Poeta boleje nad upadkiem prawości, hojności i umiarkowania.
  27. I. 18. Panem znanym z poezji Dantego jest Amor.
  28. III. Prawość jest siostrą nauki Amora, Sprawiedliwości, ponieważ od niej pochodzi umiłowanie cnoty. Potomstwem Prawości jest Hojność i Umiarkowanie.
  29. IV. 17-18. ...e pur tornerà gente
    che questo dardo farà star lucente.
    Dante wierzy, że w przyszłości ludzkość nawróci się do tych cnót, które teraz są w zaniedbaniu.
  30. V. 9-11. Tęsknota za Florencją (?).
  31. Jedna z czterech «kancon skalistych», biorących nazwę od wyrazu «pietra» (= skała), powtarzającego się w ich rymach. Jest to zapewne kryptogram imienia kobiecego, Pietra.
    Wykład alegoryczny (Fraticelli) tłumaczy, że Dante myśli tu o trudach, na jakie napotyka umysł, zajmujący się Filozofją.
  32. II. 3-5. porto nascoso il colpo de la petra,
    con la qual tu mi desti come a petra
    che t’avesse innoiato lungo tempo...
    Wiara w uzdrawiającą moc pewnych talizmanów mineralnych.
  33. III. 1. Panie!... — odnosi się do Miłości.
  34. IV. 11. solo per lui servire, e luogo e tempo!
  35. V. 10. Po końcu świata i sądzie ostatecznym.
  36. VI. 3. ...mi da baldanza, ond’ogni nom mi par freddo;
  37. również «skalista». Porównuje w niej poeta swój stan psychiczny z czterema porami roku.
  38. VII. 11-21. Nawrót do I. Miłość nie łącząca piękności z cnotą jest zwierzęcą żądzą, więc przestępstwem.
  39. I. 1-5. Wenus jest niewidoczna, ponieważ promienie słońca padają do niej równolegle, tak jakby ją otaczały zasłoną. Stąd w oryginale:

    e la stella d’amor ci sta rimota
    per lo raggio lucente che la ’nforca
    si di travesto, che le si fa velo;

  40. I. 3. Kastor i Polluks.
  41. I. 7. Mars (v. Purgatorio II. 14., Convito tratt. II. capitolo 14).
  42. I. 8. Południk.
  43. I. 9. «Wszystkich siedem» scil. siedem planet, które stojąc u szczytu horyzontu, rzucają swe promienie prostopadle i stąd «mało dają cienia».
  44. III. 3. Siedem lodowych gwiazd — konstelacja Wielkiej Niedźwiedzicy.
  45. III. 13. Ta, co krótkie tak ma życia czasy — «donna c’ha picciol tempo», w VI. «pargoletta» t. j. młodziutka, oznacza w wykładzie allegorycznym, że Dante niedługo dopiero zajmował się Filozofją.
  46. IV. 1-3. Uwiędły liście, które wrosły na wiosnę, gdy słońce jest w znaku Koziorożca.
  47. Jedni (Fraticelli) podają wykład alegoryczny (filozofja), drudzy (Barbi) skłaniają się do literalnego.
  48. III. Dante porównuje stosunek swej wyobraźni do ukochanej (filozofji), do tego stosunku, w jakim pozostaje płomień i słońce. Pierwszy żywioł jest ograniczony w swem działaniu i zależny od drugiego, potężniejszego i szerszego w zakresie swych atrybutów.
  49. IV. Prośba, by Amor (żądza wiedzy) pozwolił mu widzieć ukochaną (dostąpić poznania prawdy).
  50. Co do wykładu treści różnica zdań podobna, jak w kanconie poprzedniej.
  51. I. Dante pragnie, aby miłość jego (żądza wiedzy) wciąż wzrastała, choć wie, że wszelka energja ma swe granice przepisane przez Naturę, których przekroczyć nie może.
  52. III. 14. kancona VIII. uw. ad III. 13.
  53. IV. Stając się niewolnikiem Miłości (wiedzy), jest się równocześnie panem egoizmu, wychodzi się poza siebie, dążąc do istoty ukochanej (poznania).
  54. V. Przedmiot miłości (poznanie) objawia się chwilami tylko i pozostaje obojętnym na uczucia (zdobycie wiedzy połączone jest z szeregiem trudów).
  55. «skalista». Nie nosi cech alegorji.
  56. II. 8. Myśl jego nie znajduje wyrazów na oddanie uczucia.
  57. II. 13. Amora.
  58. «Skalista».
  59. I. 1-3. Zima.
  60. II. 4-6. Wiosna.
  61. IV. 1. znaczy: Piękność jej ma większą moc od kamieni, którym starożytność i średniowiecze przypisywały własności pożyteczne, czy też zgubne.
  62. według Barbiego doktrynalno-alegoryczna. O utworze tym mówi zapewne Dante w Convivio (Traktat III. cap. 9), omawiając kanconę: «Amor che nella mente...».
  63. II. 5. obraz. słodki — Amor.
  64. III. 3. dto.
  65. W. 1. i 5. u Scherilla, Barbiego i i. zamiast dawniejszego nuvoletta, t. zn. chmurka, jest wersja violetta, czyli fiolek.
  66. W wyd. Soc. Dant. (wiersz 3. i 12.) występuje imię «Lisetta», zamiast ogólnikowego «una donna».
    Barbi (Due noterelle: Lisetta) pisze: «Jest możliwym tylko kontrast między Beatryczą a kobietą prawdziwą i realną, lub między Filozofią a miłością do prawdziwej kobiety...».
  67. alegoryczny. Odpowiedzią nań jest sonet IV. «O słodkie rymy...» Poeta buntuje się przeciw Filozofji i nie chce poświęcać się jej dłużej.
  68. W. 2-3. ...voi che nasceste poi ch’io cominciai
    a dir per quella donna in cui errai...
  69. W. 4. Jest to pierwszy wiersz kancony: «Voi che ’ntendento il terzo ciel movete» z Convito (Tratt. II.).
  70. W. 9-14. Praca wyłącznie intelektualna zabija uczucie, które tedy gdzieindziej musi znaleźć swój wyraz.
  71. Barbi uznaje go za nieautentyczny i przypisuje Cino da Pistoia.
    Wykład alegoryczny brzmi: Filozofja podbija nawet proste dusze, ale każąc im kroczyć przy swym zwycięskim rydwanie, nigdy nikomu nie odkrywa swej twarzy, — oblicza upragnionej Prawdy (vide Convito, Tratt. II, cap. I.).