Wędrówki Rycerza-Harolda/Pieśń IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Wędrówki Rycerza-Harolda
Podtytuł Romanca
Pochodzenie Poemata
Data wydania 1895
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PRZEDMOWA
(do czwartéj pieśni).

Visto ho Toscana, Lombardia, Romagna,
Quel Monte che divide, e quel che serra
Italia, e un maro e l’altro, cho la bagna.
Ariosto, Satira III.

Johnowi Hobhouse’owi, mag. sztuk, czł. Król Akad. nauk i t. d. i t. d. i t. d.
Wenecya, 2 stycznia 1818.
Mój drogi Hobhouse’ie.

Po przerwie lat ośmiu, dzielących napisanie pierwszych pieśni Rycerza Harolda od ostatniéj, zamierzam koniec poematu przedłożyć publiczności. Niéma w tém nic nadzwyczajnego, że rozłączając się z przyjacielem tak starym, zwracam się do starszego i lepszego — do człowieka, który patrzał na narodziny i śmierć tamtego, a któremu za korzyści, wynikłe dla mnie z jego towarzystwa, oraz za światłą przyjaźń daleko więcéj jestem winien, aniżeli mogę lub mógłbym być zobowiązany — choć i tutaj niewdzięczny nie jestem „Rycerzowi Haroldowi“ za niejeden wzgląd publiczności, spływający z utworu na poetę — do człowieka, którego znam tak dawno i któremu towarzyszyłem na obczyźnie, któregom widział czuwającego nade mną w mojéj słabości, czułego na moje troski, cieszącego się mojém szczęściem i niezachwianego w mojéj niedoli, szczerego w radzie i wiernego w niebezpieczeństwie, zwracam się do przyjaciela, który mimo licznych pokus, mnie nie odbiegał, zwracam się do ciebie.
Czyniąc to, zwracam się od marzeń do rzeczywistości, a poświęcając ci całkowicie, przynajmniéj w dokończeniu, dzieło poetyckie, będące najdłuższym, najgłębszym i najszerszym z mych utworów, pragnę powołaniem się na czteroletnią zażyłość z człowiekiem nauki, talentu, stałości, charakteru i honoru, sobie samemu przydać zaszczytu. Nie dla naszych to umysłów schlebiać i w zamian za to pochlebstwo odbierać; szczere atoli uznanie było głosowi przyjaźni zawsze dozwolone; podnosząc na tém miejscu wszystkie twe zalety, a raczéj wskazując na to, co im zawdzięczam, nie czynię tego gwoli sobie ani téż dla świata, ale w tym celu, aby dać folgę własnemu sercu, które zwłaszcza w ostatnich czasach nie przyzwyczaiło się do takiéj życzliwości, a chyba nauczyło się mężnie odpierać ciosy.
Nawet myśl o dacie niniejszego listu, będącéj rocznicą najnieszczęśliwszego dnia méj przeszłości, nie może zatruć mego przyszłego żywota, gdy mam ucieczkę w twéj przyjaźni i poczuciu méj siły; przeciwnie, dzień ten będzie odtąd dla nas tém przyjemniejszém wspomnieniem, że na myśl przywodzić nam będzie te moje usiłowania, aby ci podziękować za stałe względy, jakich mało kto kiedykolwiek doznał, a które w każdym, co ich doświadczył, wzmocnić muszą wiarę w siebie samego i w rodzaj ludzki.
Zrządzeniem losu zwiedziliśmy razem w różnych czasach kraje, słynne z rycerstwa, dziejów i baśni — Hiszpanię, Grecyę, Azyę Mniejszą i Italię; Ateny i Konstantynopol były przed kilku laty dla nas tém samém, czém niedawno Wenecya i Rzym. Poemat, tak samo, jak pielgrzym, towarzyszył mi w podróży od początku do końca, może téż będzie można przebaczyć méj próżności, skłaniającéj mnie do mówienia z takiém upodobaniem o dziele, które do pewnego stopnia wiąże się z miejscowością, gdzie zostało stworzone, i z przedmiotami, które chciałoby opisać; może dzieło to uznaném będzie za niegodne tych czarownych i pamiętnych krain, może nie sprosta ono naszym rozległym o nich wyobrażeniom i bezpośrednio odczutym wrażeniom, ale jako wyraz uwielbienia dla tego, co jest czcigodne, jako wyraz uczuć dla tego, co sławne, było ono dla mnie podczas tworzenia źródłem rozkoszy; rozstaję się téż z niém z pewnym żalem; nie sądziłem nigdy, iżbym żal podobny mógł uczuć kiedykolwiek dla utworu wyobraźni.
Co się tyczy treści ostatniéj pieśni, to zauważę, że mniéj tu mowy o pielgrzymie, niż w poprzednich, ale za to w odpowiednich ustępach prawie się wcale nie starałem oddzielić osoby wędrowca od autora przemawiającego we własnéj osobie. Znudziło mi się w końcu to ciągłe wytykanie granicy, któréj nikt, zdaje się, nie chciał zauważyć i, jak ów Chińczyk w Goldsmitha „Obywatelu świata“, któremu nikt nie chce wierzyć, że jest Chińczykiem, napróżno zapewniałem i wyobrażałem sobie, żeni odróżnił pielgrzyma od autora; ciągła troska o utrzymanie téj różnicy, ciągłe w usiłowaniach tych zawody tak utrudniały mą pracę twórczą, że postanowiłem porzucić te daremne wysiłki i postanowienie to w czyn wprowadziłem. Zdania i poglądy, jakie w téj kwestyi powstały i powstać mogą, nie mają dzisiaj istotnego znaczenia, utwór ten stać ma o własnéj sile, bez pomocy pisarza; dla autora zaś, niémasz ucieczki po-za reputacyę, przejściową, czy téż stałą, którą literackie jego prace dla niego zdobędą; zwykły to los wszystkich autorów. W pieśni czwartéj chciałem zarówno w tekście jak i uwagach dotknąć obecnego stanu piśmiennictwa i obyczajów we Włoszech. Wkrótce jednak spostrzegłem, że w tekście, w tych przynajmniéj ramach, które mu zakreśliłem, niéma dość miejsca dla tego labiryntu postronnych przedmiotów i połączonych z niemi refleksyj; co się zaś tyczy not, to te, z wyjątkiem kilku najkrótszych, zawdzięczam tobie; ograniczyłem je z konieczności do takich tylko rozmiarów, jakich wymagało wyjaśnienie tekstu.
Jest to zadanie drażliwe i nie bardzo wdzięczne rozprawiać o piśmiennictwie i obyczajach narodu tak niepodobnego do naszego; wymaga to uwagi i bezstronności, które łatwo mogą, nawet w uważnym spostrzegaczu i dobrze znającym język i zwyczaje ludu, wśród którego niedawno przebywaliśmy, wzbudzić niewiarę we własne poglądy i co najmniéj skłonić go do bliższego zbadania przedmiotu przed wydaniem stanowczego sądu. Stronnictwa literackie zarówno, jak polityczne, rozbiegają się, jak się zdaje, albo raczéj rozbiegły się tutaj tak daleko, że cudzoziemcowi prawie niepodobna zoryentować się pomiędzy niemi. Dość będzie, gdy na poparcie tego poglądu, przyłączę kilka słów w ich własnym pięknym języku: — „Mi pare, che in un paese tutto poetico, che vanta la lingua la più nobile ed insieme la più dolce, tutte te vie diverse si possono tentare, e che sinche la patria di Alfieri e di Monti non ha perduto l’antico valore, in tutte essa dovrebbe essere la prima“. Włochy mają jeszcze wielkie nazwiska — Canova, Monti, Ugo Foscolo, Pindemonte, Visconti, Morelli, Cicognara, Albrizzi, Mezzofanti, Mai, Mustoxidi, Aglietti i Vacca zapewnią współczesnemu pokoleniu zaszczytne miejsce prawie we wszystkich dziedzinach sztuki, nauki i piśmiennictwa nadobnego, a w niektórych nawet miejsce najpocześniejsze: Europa, świat cały ma tylko jednego Canovę.
Alfieri w jednym ze swych utworów powiada: „La pianta nomo nasce più robusta in Italia che in qualunque altra terra — e che gli stessi atroci delitti che vi si commettono ne sono una prova“. Nie pisząc się na ostatnią część tego zdania, zawierającego niebezpieczną doktrynę, można z nią walczyć, ze słuszniejszego wychodząc stanowiska, że Włosi w każdym razie nie są okrutniejsi od swych sąsiadów; świadomego trzeba zaślepienia, nieuctwa i niedbalstwa, aby nie widziéć nadzwyczajnych zdolności tego ludu, jego, że się tak wyrażę, wszechstronnego uzdolnienia, łatwości przyswajania sobie wszystkiego, bystrości pomysłów, ognia jego gieniuszu, poczucia piękna, i pomimo szkód, wyrządzonych przez stokrotne rewolucye, spustoszeń, towarzyszących wojnom i tylowiekowéj rozpaczy, jego „nieugaszonego pragnienia nieśmiertelności“ — nieśmiertelności, wypływającéj z niepodległości.
A gdy błądząc po wałach dokoła Rzymu, słyszeliśmy w owych prostych śpiewach robotników jęki rozpaczy: „Roma! Roma! Roma! Roma non é più come era prima“, trudno nam było opędzić się chęci przeciwstawienia téj melancholijnéj dumy rozpalonym dźwiękom wesołych śpiewów i bachanalij w szynkach londyńskich, śpiewów, których treścią rzeź w Mont St. Jean, zdrada Genui, Włoch, Francyi i całego świata przez ludzi, których postępowanie sam opisałeś w dziele, godnem lepszych dni naszych dziejów. Dla mnie —

„Non movero mai corda
Ove la turba di sue ciance assorda“.

Zbyteczną dla Anglika byłoby rzeczą dochodzić, co zyskały Włochy przez ostatnie przewroty, dopóki dowiedzioném jest, że Anglia zdobyła nieco więcéj, niż stałą armię i zawieszenie „Habeas Corpus“; tymczasem dość Anglikom tego, co mają u siebie w domu. Za swe czyny za granicą, a zwłaszcza na południu, „zaprawdę otrzymają oni nagrodę“, i to w niedalekiéj przyszłości.
Życzę ci, drogi mój Hobhousie, szczęśliwego i przyjemnego powrotu do tego kraju, którego rzeczywista pomyślność nikomu nie może być droższą, niż tobie, poświęcam ci ten poemat w stanie wykończonym, powtarzając raz jeszcze, że pozostaję
Twym zawsze wiernym,
wdzięcznym i serdecznym przyjacielem,
Byron.




PIEŚŃ IV.

I.

Na Moście Westchnień, we weneckim grodzie
Stałem, tu pałac mając, tu więzienie:
Z fal wyrastają gmachy, lśniące w wodzie,
Jak na czarownéj różdżki uderzenie;
Lat tysiąc skrzydeł swych roztacza cienie,
A uśmiech sławy, mrąc, ku dniom ulata,
Gdy kraj niejeden, ujarzmion, spojrzenie
Wznosił, gdzie z głazu postać lwa skrzydlata,
Gdy władła na stu wyspach, Wenecja bogata.

II.

Majestatycznie ta Cybela morza,[1]
Strojna w tyjarę pysznych wież u skroni,
W dal powietrznego spogląda przestworza,
Królowa fali, pani morskiéj toni,
A taką była! — Łup narodów trwoni
Na wiano cór swych; płomienne klejnoty
Wschód dla niéj sypał z nieprzebranéj dłoni;
Lśniła purpurą; królów stół jéj złoty
Ściągał, dumnych, że uczt jéj dzielili ochoty.

III.

Zmilkły w Wenecji już echa Tassowe,
Niemo wiosłują dziś gondoljerzy;
Pałace starą pochyliły głowę
I ucho rzadko muzyka uderzy!
Dni te ubiegły — piękność jeszcze leży,
Sztuki zginęły — natura nie pada,
Pamięta ona czar Wenecji świeży,
Gdy tu biesiadę goniła biesiada,
Gdy szalał tu bal świata, Włochów maskarada.

IV.

Lecz dla nas jest tu coś, co więcéj znaczy,
Niźli jéj imię, które w dziejach słynie,
Niż szereg widm tych, co jęczą z rozpaczy,
Że znikła świetność w téj dożów dziedzinie!
My tutaj pomnik mamy, co nie zginie
Razem z Rialtem! — Murzyna, Szajloka
I Piotra, węgły tych łuków! Przeminie
Wszystko — brzeg cisza zalegnie głęboka,
Oni znów go zaludnią dla naszego oka.

V.

Bo twory ducha nie z gliny pochodzą;
W nieśmiertelności suknię przyodziane,
Promień jaśniejszy w naszém wnętrzu płodzą
I dni gotują bardziéj ukochane;
To, co nam życie, przez los skrępowane
Ziemską niewolą, skrywa w brudne szmaty,
Wnet usunąwszy, te duchy wybrane
Serca, co pierwsze utraciły kwiaty,
Zraszają, by w ich pustce wzrósł ogród bogaty.

VI.

Młody i stary ma u nich oparcie:
Tamten, że wierzy, ten, że mu się toczy
Życie śród próżni; na niejednéj karcie
Pełno tych uczuć, i moje się oczy
Ku nim zwracają; lecz nad kraj uroczy
Marzeń cudniejszą rzeczywistość bywa;
W czar ona kształty i barwy jednoczy
Nad niebo rojeń, ponad gwiazd tych dziwa,
Któremi dziki świat ten muza naokrywa.

VII.

Jam o tych dziwach śnił lub patrzał na nie:
Przyszły jak prawda, przeszły jak sen hoży...
Czémkolwiek były, dziś już ich nie stanie!
I dziś, gdy zechcę, duch mój formy stworzy,
Wyglądające od tych widm nie gorzéj,
Które jam gonił i znalazł na chwilę...
Lecz cóż mi po nich? baczny ci wyłoży
Rozum, że w nikłym przepadają pyle!
Dziś innych kształtów głosy nęcą mnie w swéj sile.

VIII.

Obce znam mowy i obcym źrenicom
Nie jestem cudzy; żadne téż przemiany
Duszy, co zawsze sobą, nie zachwycą...
Nie trudno wcale nowe znaléść łany —
Kraj, gdzie są ludzie, i niezamieszkany...
Jam się urodził w ziemi, z któréj dzieci
Dumne i słusznie; i choć z nieskalanéj
Uszedłem wyspy, w któréj wolność świeci,
Na krańce gdzieś dalekie choć mój okręt leci,

IX.

Możem ją kochał; i jeżeli kości
W ziemi, co nie jest moją, kiedyś złożę,
Duch mój powróci do ojczystych włości,
Gdy swój przybytek duch wybierać może —
Z téj ja nadziei wieniec sobie tworzę,
Że z mową kraju mego będą pieśni
Moje wspominać; lecz jeśli nie w sporze
Z szczęściem ma sława, jeśli tak się prześni
Jak ono, — wystrzeliwszy ukryje się w pleśni,

X.

Jeśli me imię wyrzucą z kościoła,
Gdzie lud czci zmarłe — duch mój nic nie powie!
Wawrzyn niech wieńczy znakomitsze czoła,
Mnie cześć w nagrobku spartańskiego słowie:
„Bywali w Sparcie zacniejsi synowie.“[2]
Nie chcę współczucia; kolce z tego drzewa
Ranią mnie dzisiaj, co się moim zowie
Posiewem, serce dziś się krwią zalewa:
Widziałem, że człek zbiera to, co sam zasiewa!

XI.

Dziś wdowa Hadrja łzy po mężu leje
I do corocznych ślubów się nie stroi;
Nienaprawiony Bucentaur próchnieje,[3]
On jéj wdowieństwa dziś już nie ukoi;
Ma święty Marek swego lwa: on stoi,
Gdzie stał, lecz, widać, sam urąga sobie
I temu miejscu, gdzie się cesarz w swojéj
Uginał pysze, króle w przeszłéj dobie
Zazdrosny wzrok topili w Wenecji ozdobie.

XII.

Gdzie Szwab się korzył, Austrji dziś obuchy;
Gdzie cesarz klękał, na kark cesarz siada;
Prowincjami królestwa, łańcuchy
Krępują miasta, co berło nielada
Ongi dzierżyły! Narodów gromada
Ze słonecznego swéj potęgi pola,
Jako lawina z szczytów gór, tak pada!
Niech choć na chwilę ślepego Dandola,
Bizancjum zdobywcy, zawładnie tu wola!

XIII.

Przed świętym Markiem spiżowe rumaki
Płoną aż w słońcu grzywy złocistemi;
Nie sprawdziły się Dorji groźne znaki?
Nie w jarzmie one — i Wenecja z niemi?
Trzynaście wieków jéj swobody z ziemi
Znikło, jak rogóż, co w tém miejscu ginie,
W którém nad wody wzrosło błękitnemi.
Nie lepiéj skończyć w zniszczenia głębinie,
Niż gnuśnieć w jarzmie wrogów, w niewoli godzinie?

XIV.

Z młodu, Tyr nowy, wszystka była sławą;
Z zwycięstw przydomek dały jéj narody,
Pianta-leone, bo lwa swego z wrzawą[4]
I krwią dzierżyła nad lądy i wody;
Wolna, choć brała niejednym swobody,
Twierdza Europy przeciwko Osmanom:
Rywalki Troi, Kandji, świadczą grody
I ty Lepanto z nieśmiertelną pianą —
Imiona, co się czasem oprą i tyranom.

XV.

Jak statuy ze szkła, strzaskane na szczęty,
Tak szereg dożów dziś na proch już starty,
Lecz ich pałacu przepych niepojęty
To wspaniałości dawnéj głośne karty;
Złamane berła, miecz ich, rdzą przeżarty,
Dziś w rękach obcych. Gmachów puste mury,
Próżne ulice, cudzoziemskie warty,
Świadcząc, kto w dole tu, a kto u góry,
Wenecją piękną w obłok ubrał ponury.

XVI.

Gdy Aten wojsko zgniotły Syrakuzy,
Gdy jarzmo wojny dźwigał tłum rozliczny,
Zbawienie wyszło od attyckiéj muzy[5]
Okup zgotował głos gromo-języczny:
Patrz! zanuciła ledwie hymn tragiczny,
Zwycięsca wstrzymał swéj rydwan i z ręki
Wypuścił lejce! I miecz błyskawiczny,
Wypadłszy z pochwy, przeciął kajdan pęki:
Za wolność pieśniarzowi poniesiono dzięki...

XVII.

Gdybyś wspanialszych uroszczeń nie miała,
Zapomnianoby, Wenecjo, twe dzieła:
Ta cześć, co w tobie ku bardowi pała,
Ta miłość Tassa bodajby rozcięła
Te pęta, któreś od tyranów wzięła;
Los twój jest wstydem narodów! Albjonie,
Najbardziéj twoim! Bodajeś pojęła,
Królowo morza, że w Wenecji zgonie
I twój jest, choć cię morskie ochraniają tonie!

XVIII.

Jam ją ukochał, gdym był jeszcze młody;
Dziecku jak w baśni rusałek siedlisko
Był gród, wyrosły fal słupami z wody,
Przybytek uciech, bogactw zbiorowisko.
W pierś mi jéj obraz wryli i nazwisko
Otway i Radchff, Szyller, Szekspir stary;[6]
Dziś ją znalazłem jakby na igrzysko,
Ale jéj boleść większe budzi żary,
Niż gdy jéj czci składano i dziwu ofiary.

XIX.

Dzisiaj przeszłością zaludnić ją mogę;
I teraźniejszość dosyć myśl zagrzeje,
Ducha powiedzie na rozmyślań drogę —
A nawet bardziéj, niż miałem nadzieję.
I jeśli mi się jaka chwila śmieje,
Wpleciona w życie, to swych blasków zdroje
Cudna Wenecja dzisiaj na nią leje...
Dla pewnych uczuć bólu się nie boję
Ni czasu, bo wszak dziśby zmartwiały już moje!

XX.

Najwyżéj rośnie świerk z swojéj natury[7]
Gdzieś tam na graniach zaledwie widzialnych;
Z korzeniem w głazach, pnie się on do góry,
Choć nie ochrania go od wiatrów halnych
Ziemia u dołu; szydzi z burz nawalnych,
Kryje się w zieleń, aż kształtem i szczytem
Będzie podobien do wierzchołków skalnych,
Aż, skiełkowawszy pomiędzy granitem,
Przemieni się w olbrzyma: tak i z ducha bytem.

XXI.

My jarzmo życia wszak unieść możemy:
Ból w opuszczonych piersiach ma korzenie
Najgłębiéj wrosłe; wielbłąd dźwiga niemy
Najcięższe juki; wilka, gdy ma tchnienie
Wydać ostatnie, opuszcza milczenie?
Nie! i w tém przykład niech będzie: gdy brzemię
Cierpień znieść umie to nizkie stworzenie,
I my się uczmy, szlachetniejsze plemię,
Wytrzymać: wszak dzień jeden, a opuścim ziemię.

XXII.

Boleść zabija lub zabitą bywa
Przez bolejących — więc swój kres znajduje: —
Jeden, nadzieją wzmocnion, do przędziwa
Wraca dawnego, nić tą samę snuje;
Inny, złamany, wcześnie zwiędłość czuje,
Blaknie, siwieje i wraz z trzciną ginie,
Któréj się chwycił; inny znów bojuje,
Ulg szuka w dobrym lub zbrodniczym czynie —
Jak dusza jego skłonna: w dół czy ku wyżynie.

XXIII.

Ale gdy ciągle trapią nas boleści,
To coś, jak gdyby żądło skorpijona,
Ledwie widzialne, ale gorzkiéj treści,
Znów nam do serca sprowadza brzemiona,
Które już chciały pójść na zawsze z łona:
Dźwiękiem lub wiewem jest owa katusza,
Latem lub wiosną lub kwiatkiem — i ona
Znów elektrycznym łańcuchem porusza,
Którego ogniwami skrępowana dusza.

XXIV.

Jak i dlaczego, któż zgadnie? Człek marny
Dotrze-ż do chmury, skąd grom w niego bije?
Cios znów uczuwa, ale sadzy czarnéj,
Którą zostawił mu piorun, nie zmyje...
Znowu z drobnostek wstaje, znów się wije
Ciżba upiorów, znów się przed nim ściele —
A czy je spłoszą egzorcyzmy czyje? —
Postaci zimne, zmienne, przyjaciele:
Żalu po nich tak wiele, przecież jak niewiele!..

XXV.

Lecz moja dusza się błąka; niech wróci,
Niech nad upadkiem poduma, niech stanie,
Sama ruina, śród ruin; niech rzuci
Wzrok na tę wielkość umarłą — na łanie
Ziemi, co ongi nad światem władanie
Miała, i dzisiaj, najmilsza Przyrody
Jest arcydziełem — niechaj spojrzy na nie!
Woje zeń wyszli i męże swobody,
Waleczni, piękni, władcy i lądu i wody...

XXVI.

Lud Rzymu! królów cna rzeczpospolita! —
I dziś, Italjo, w jakiéj lśnisz ozdobie!
Ogrodzie świata, w co sztuka obfita
Oraz Przyroda, to wszystko jest w tobie!
Któż ci wyrówna, choć jesteś jak w grobie?
Twe chwasty nawet są piękne, ugory
Twe są bogatsze, niż na ziemskim globie
Przeurodzajne zagony, a wiory
Twéj chwały i twe gruzy cudne do téj pory!

XXVII.

Księżyc już zeszedł, choć noc nie zapadła;
Zachodnie słońce z nim się niebem dzieli;
Morza promieni wspaniałe zwierciadła
Kryją fryulskie szczyty w swéj topieli;
Niebo, bez plamy, snać wszystkie zestrzeli
Blaski w zachodu tęczę niezmierzoną,
Dzień na wieczności idzie ledz pościeli;
Jak wyspę szczęsnych, drugą znowu stroną
Lazurów fale grzebień wdzięcznéj Djany chłoną.[8]

XXVIII.

Jedyna gwiazda przy boku miesiąca
Włada z nim razem nad niebem bez chmury;
Świateł słonecznych toń promieniejąca
Nad retyckiemi jeszcze zwisa góry,
Jakby dzień walczył z nocą, aż natury
Rozkaz ich waśnie uśmierzy; tu Brenty
Toczą się ciemne błękity: purpury
Przewonnéj róży, świeżo rozwiniętéj,
Płyną razem z kryształów lśniącemi odmęty.

XXIX.

To niebo schodzi z dala i oblicze
Kąpie w téj głębi i ogniem ją zlewa;
Słońce wraz z gwiazdą swoje tajemnicze,
Przemnogie barwy naokół rozsiewa...
A teraz zmiana: bledszy zmrok odziewa
Góry swym płaszczem; i dzień już zamiera,
Jako ów delfin, co, gdy go owiewa
Śmierć, coraz inne kolory przybiera. —
Ostatni zgasł i wszystko ciemna noc zaciera.

XXX.

Tutaj grób w Arkwie do góry wystrzela;
Sarkofag, wsparty na kolumnach, mieści
Popioły Laury kochanka; czciciela
Jego gienjuszu i jego boleści
Ujrzycie tu niejednego. Do części
Podniósł on język rodzimy, kraj zbawił
Od jarzma wrogów — oto jakiéj treści
Był jego żywot!... Melodjami łzawił
Drzewo imienia lubéj i sam siebie wsławił.

XXXI.

W Arkwie, gdzie umarł, spoczął téż w mogile —
W téj górskiéj wiosce, gdzie mu w lat dolinę
Ostatnie życia popłynęły chwile.
Słuszna ogarnia duma tę wioszczynę,
Że-ć może wskazać pieśniarza dziedzinę,
Dom i grób jego: poważnéj prostoty
Jeden i drugi, pomniki — jedyne,
By odpowiedziéć jego lutni złotéj,
Godniejsze od piramid olbrzymiéj roboty.

XXXII.

I to ustronie, gdzie on wiódł swe życie,
Jakby stworzone było dla tych, którzy,
Śmiertelność swoję uczuwszy sowicie,
Pragną, gdy los im wsze nadzieje zburzy,
Znaléść schronisko śród zielonych wzgórzy;
Skąd widok rojnych miast się rozprzestrzenia,
Lecz pustelnikom urok ich nie służy;
Tu słońce siłą swojego promienia
Dzień każdy w dostateczną uroczystość zmienia:

XXXIII.

Odsłania góry, lasy i ogrody
Leje swe światło na szumne ruczaje;
Wraz z niemi płyną, czyste, jak te wody,
Ospałe chwile; lenistwem się zdaje
Taka bezczynność, lecz tutaj powstaje
Morał: jak mamy żyć, uczą nas roje
Ludzi, jak umrzéć — samotności kraje;
Tutaj czyż próżność ma pochlebce swoje?
Tu z bóstwem człek samotny musi staczać boje,

XXXIV.

Lub téż, być może, ze swemi demony,[9]
Co, gdy się z wnętrza lepsza myśl wyłania,
Łamią jéj władzę, zdobyczy w strapionéj
Szukąjąc piersi, w ludziach, od zarania
Lubiących strachu i mroku mieszkania,
Albowiem sądzą, że przeznaczeń siłą
Odstąpić od nich los się wiecznie wzbrania:
Krwią dla nich słońce, a ziemia mogiłą,
Grób piekłem, co w straszniejszy jeszcze mrok się skryło.

XXXV.

Darń twe ulice porosła, Ferraro,[10]
Snać nie na pustą przeznaczone ziemię;
Przekleństwo padło na siedzibę starą
Twych dawnych wiadców i na Estów plemię,
Co śród twych murów swojéj władzy brzemię
Długo dzierżyli; a któż nie pamięta,
Jak tego człeka, który skrył swe ciemię
W wieniec Dantowy, zmienne królewięta
To łaską otaczały, to kładły nań pęta?

XXXVI.

Tasso ich chwałą i hańbą zarazem;
Posłuchaj pieśni i spójrz: w takiéj głuszy
Mieszkał jéj twórca za nędznych rozkazem;
Torkwato sławę zdobył śród katuszy
Alfonso widząc, że serca nie skruszy,
Chciał je przytłumić — i wtrącił pieśniarza
Między szalonych tam! do piekła duszy!
Lecz wnet się sława bez końca rozżarza,
Rozgania ciemny obłok i wieczystą stwarza

XXXVII.

Chwałę i łzami jego imię rosi...
Twoje, Alfonso, wszakby zgniło w kałe,
W milczącym prochu, który się unosi
Z twojego rodu i jest — niczem... Ale
Żeś w jego losach ogniwem, więc w szale
Gniewnym o złości twéj myślim i tobie...
Czém ty, w książęcéj nie urodzon chwale —
Mogłeś był zostać w swego życia dobie?
Sługą człeka, któregoś pogrążał w żałobie!

XXXVIII.

Ty byłeś na to, by źréć, być wzgardzonym
I paść jak bydlę — tylko, że-ś w oborze
Stał przestronniejszéj, przy żłobie złoconym:
Jemu zaś sławy świeciły się zorze
Na zrytéj skroni, złotych blasków morze
Lejąc na przekór tych kruskańskich trutni
Oraz Boileau’a, co na pieśni hoże
Patrzy z zawiścią, oddan galskiéj lutni,
Skrzypiącéj jak brus w zębach lub jeszcze okrutniéj.

XXXIX.

Pokój skrzywdzonym popiołom poety!
Żywy i zmarły był on celem gniewu,
Lecz strzał zatruły nie dosięgał mety!
O ty zwycięsco na arenie śpiewu!
Nieustannego pokoleń wylewu
Płyną wciąż fale, każdy rok bez końca
Płodzi miljony, lecz czyż z ich posiewu
Wstanie, jak twoja, dusza gorejąca?
Choć złączą swe promienie, nie utworzą słońca!

XL.

Wielkim ty byłeś, lecz przed tobą jeszcze
Nie mniejszych twoje urodziły łany —
Powstali Piekła i Rycerstwa wieszcze:
Boskiéj Komedyi twórca, syn Toskany,
I z Florentczyka potęgą zrównany
Ów Scott południa, minstrel, co wyrzucił[11]
Nowe wskroś dźwięki z swéj lutni rozgranéj,
Co, jak Północy Aryjosto, nucił[12]
Miłość, wojny, co k’czynom rycerstwa się zwrócił.

XLI.

Laur ze żelaza, położon na czole
Biustu Arjosta, strącił piorun; kryje
Znak się widomy w niszczącym żywiole:
Wawrzyn prawdziwy, jaki sława wije,
Jest z tego drzewa, w które grom nie bije —
Blichtr zatem marny kaził jego skronie;
Lecz niech wie człowiek, co przesądem żyje,
Że grom uświęca, więc téż dzisiaj płonie
Głowa wieszcza w podwójnéj świętości koronie.

XLII.

Italijo! Italijo! twe wdzięki
Oto jest wiano, w którém los katowski
Zawarł twe przeszłe i dzisiejsze męki...
Na pięknéj skroni głębokie ci troski
Czas i wstyd wyrył płomiennemi głoski,
Bogdaj-ś w nagości była mniéj uroczą,
Albo silniejszą, by z twéj piersi boskiéj
Żywić tych wrogów, którzy, ku twym oczom
Zwracając się z miłością, krew ci z łona toczą!

XLIII.

Większy-byś przestrach budziła; mniéj luba,
Mniéj pożądana, nie lałabyś tyle
Łez na te czary, w których jest twa zguba!
Nie spadałyby wtedy w dzikiéj sile
Zbrojne potoki z ciemnych Alp; co chwilę
Nie mkłyby hufy najeźdźców w twym Padzie
Pić krew i wodę; ach! w tych nieszczęść pyle
Nie byłby-ć bronią obcy miecz, co w zdradzie,
Zwyciężasz czy upadasz, pod jarzmo cię kładzie.[13]

XLIV.

Te same-m przebył w méj młodości tory,[14]
Co i druh męża niespożytéj sławy —
Tulljusza rzymski przyjaciel. Przestwory
Błękitnéj wody krajał okręt żwawy,
Przedemną była Megara, po prawéj
Widniał Pireus, za mną brzeg Eginy,
Korynt po lewéj; na poręczy nawy
Wsparty, naokół widziałem ruiny —
Nic więcéj, jak Rzymianin zamierzchłéj godziny.

XLV.

Czas ich nie dźwignął, barbarzyńców domy
Tylko zbudował między temi szczęty,
Aby droższemi stały się te złomy,
Te skry światłości dzisiaj rozpryśniętéj,
Zgasłéj potęgi ten ostatek święty...
W swym czasie widział Rzymianin te groby
Miast, które padły, i podziwem zdjęty,
Zostawił karty, przepełne żałoby;
Nauka w nich się mieści i dla naszéj doby.

XLVI.

Mam je przed sobą; lecz śród mojéj księgi
I jego ziemi upadek widnieje
Dodan do państw tych zwalonéj potęgi,
Po których płakał! i ja dziś łzy leję,
Że tak zmarniały! Cóż się dzisiaj dzieje?
Rzym — Rzym cesarski ręka burzy gniecie:
I on śród prochu i sadzy niszczeje!
My po tytana dziś kroczym szkielecie,[15]
Resztce świata, co iskry z swych popiołów miecie.

XLVII.

Ale, Italjo! dziś głośno twa męka
Po wszystkich krajów rozbrzmiewa zagonie;
Ongi wojn matko a dziś sztuk: twa ręka
Dziś nam przewodzi, ongiś ją w obronie
Naszéj ściągała! Narody w pokłonie
Szły tu po klucze do niebios podwoi,
O rodzicielko religji! Utonie
Europa w skrusze i rany twe zgoi
I łaski będzie błagał wróg u stopy twojéj!

XLVIII.

Tu nas w gród biały nęcą Arna fale;
Słodsze uczucie w piersi się odzywa:
Etruskich Aten zbudziły się hale;
Tu ziarna zboża, wino i oliwa!
Tutaj ku życia uśmiechom się zrywa
Obfitość z pełnym swym rogiem... Gdzie szklisty
Arno wesołe zagony przepływa,
Z Handlu się Przepych urodził złocisty
I zwiędłéj wiedzy ranek błysnął promienisty.

XLIX.

Tu kocha nawet bogini z kamienia,
W powietrze wokół czar swój wlewa ona;
Jéj boski widok sączy w nas swe tchnienia,
Nieśmiertelności swojéj część; zasłona
Niebios u góry napół odchylona;
My siłę ducha w tych kształtach, w téj twarzy
Wielbim, bo płodzi, czego nie wykona
Nawet Przyroda; zazdrościm, że starzy
Mieli ogień, co tak się w ich posągach żarzy.

L.

Patrzym, odchodzim — lecz dokąd? — pijani
I oślepieni pięknością; jak w młynku[16]
Wije się serce, wezbrawszy... związani
Z rydwanem sztuki, idziem w jéj ordynku,
Jak niewolnicy, — śpieszym bez spoczynku...
Precz marne słowa! Na cóż ten zabawny
Żargon, kwitnący na marmurów rynku?!
Serce — a ono wzrok ma zawsze wprawny —
Pasterza dardańskiego sąd potwierdza dawny.

LI.

Takąż Parysa widziały cię oczy,
Lub Anchizesa szczęśliwe źrenice?
Lub bożka wojny, którego uroczy
Wdzięk twéj boskości zwyciężył, że w lice
Twoje zapatrzon, jak w gwiazd błyskawice,
Klękał przed tobą i, wielbiąc twój górny
Obraz, twych czarów rajskie tajemnice,[17]
Chłonął całunki ten władca pochmurny,
Co lawą nań ściekały z twoich warg jak z urny?

LII.

Gdy się miłości skry niewymownemi
Przepełni łono, nawet i bogowie
Nie mają siły — jak dzieci téj ziemi,
Aby ten ogień módz wyrazić w słowie;
Niebiańskie chwile ma i ludzi mrowie,
Lecz jarzmo ziemskie znowu na nas pada —
Nic to!.. w snów naszych wskrzeszonéj osnowie
Jest treść, co w takie kształty się układa,
Jak statua, która tutaj swą boskością włada!

LIII.

W prawnym zostawiam palcom, dłoniom zręcznym,
Kapłanom sztuki i sztuki hołyszom,
Niech wam pokażą ci znawcy, jak wdzięcznym
Jest ten tu zarys, jak te wzdęcia dyszą —
Niech, co opisać się nie da, opiszą...
Tylko niech brudnym oddechem nie mącą
Źródła snów słodkich, w którém się kołyszą
Te cudne kształty, lustra, co gorącą
Skrę niebios śle nam w duszę, w marzeniach tonącą.

LIV.

Prochy w przybytku Santa Croce leżą,[18]
Przez które tum ten jeszcze bardziéj święty,
Co same w sobie nieśmiertelność dzierzą,
Choć tu przeszłości tylko świat zamknięty,
Jedynie cząstki siły niepojętéj,
Co powróciła w chaos... Tu w mogile
Alfierego i Anioła szczęty
I Galilea, który cierpiał tyle —
I pył Machjawela tu znów spoczął w pyle...

LV.

Cztery to duchy, które, jak żywioły,
Świat utworzyły!... O Italjo! szaty
Twojéj królewskiéj purpurowe poły
Czas ci poszarpał na tysiączne płaty,
Lecz gdzież to sprawił, by duchów bogaty
Tłum, jak u ciebie, z pod ruin wychodził?
Grób twéj w boskości przyozdobił kwiaty,
Zmartwychpowstania blaskiem weń ugodził:
I dziś, wielki jak tamci, Canora się zrodził.

LVI.

Ale Etrusków trzech gdzież proch się mieści?
Gdzie Dant? Petratka? gdzie, niemniejszy wiele
Od nich, bard prozy, twórca stu powieści?
Gdzież dla swych kości, usiali pościele,
Tak od nas różni, wielcy w swym popiele,
Jak i za życia?... Czyż ich cześć się chowa,
Zamknięta w głazu rodzimego dziele?
Czyż tu ich statuy rzeźbiarz nie wykowa?
Czyż pierś ich ledz w ojczyźnie nie była gotowa?

LVII.

O ty niewdzięczna Florencjo! Dant złożył,
Jak Scypjo, głowę na cudzym zagonie;
Bój twoich stronnictw, co się ongi srożył,
Wygnał pieśniarza, który w milijonie
Wnuków twych wnuków, co go z skruchą w łonie
Czczą za stulecia, będzie żył na wieki!
I laur, włożony na Petrarki skronie,
Wyrósł w krainie obcéj i dalekiéj:
Życie, sława, grób barda nie z pod twéj opieki!

LVIII.

Boccaccia popiół wzięły macierzyste
Łany... Lecz w rzędzie wielkich czyż spoczywa?
Czyliż się nad nim requiem uroczyste
W syreniéj mowie toskańskiéj odzywa,
W któréj dźwięk każdy melodjami spływa —
A on ją stworzył, poezję języka? —
Nie! bigoterji hyjena rozrywa
Mogiłę piewcy i tam proch zamyka,
Gdzie nie dotrze westchnienie z piersi wędrownika.

LIX.

I Santa Croce z popiołów wyzuta,
Ale je bardziéj brak ten przypomina:
Pogrzeb Cezara bez posągu Bruta
Wskazał nam Rzymu najlepszego syna!
Szczęśliwszą jesteś Ravenno! dziedzina
Twoja, państw twierdzo ginących, to łoże
Nieśmiertelnego: tu śpi jego glina!
I w Arkwie zwłoki spoczywają boże,
Florencja zaś wygnańca wyżebrać nie może.

LX.

Czém piramidy wszelkich kosztowności?
Porfir i jaspis, agat, barwne stosy
Gem i marmurów, skrywających kości
Książąt kupieckich? Te kropelki rosy,
Kąpiące w blaskach gwiazd zielone wrzosy
Na grobach mężów, co z swego imienia
Muz mauzolea wznieśli pod niebiosy,
Depcem łagodnie śród głębszego drżenia,
Niż marmur, który gniecie książąt pokolenia.

LXI.

Niejedno jeszcze nęci serce, oczy
W gmachu nad Arnem, śród sztuki kościoła,
Gdzie bój z tęczową siostrą rzeźba toczy;
Ale nie dla mnie te dziwy dokoła!
Przyroda myśli me ku sobie woła,
Miléj jest dla mnie śród jéj kwietnéj fali,
Niż w sztuk galerjach, choć i we mnie zdoła
Dzieło cześć wzbudzić, lecz bardziéj się pali
Duch mój, niż można wyrazić, bo z stali

LXII.

Innéj jest miecz ten, który jemu dany...
Toń trazymeńska! tu przebywać lubię,
Gdzie pośpiech w przepaść postrącał Rzymiany,
Gdzie Kartagińczyk w wojennéj rachubie —
Mam go przed sobą — chytrze oddał zgubie
Wojska swych wrogów, zwabiwszy ich w jary,
Gdzie męstwo legło w rozpaczliwéj próbie,
Gdzie się poniki zmieniły w moczary
Posoki, gdzie legjony padły, jak konary

LXIII.

I kłody lasu, gdy wiatr zadmie halny;
Taka szalała burza dni owemi!
Na wszystko ślepy był orkan nawalny,
Rzeź tylko widział! pod ciosy strasznemi
Nie postrzeżono i trzęsienia ziemi —
Gdy grób natura rozwarła: pobici,
Padali w niego, płótny całunnemi
Nie spowinięci — tarczami nakryci!
Tak głuchą jest nienawiść, gdy szał ludy chwyci!

LXIV.

Ziemia im była statkiem śród powodzi,
Płynącym z niemi, gdzie wieczności góry;
Widzieli morze, ale wstrząśnień łodzi
Wcale nie czuli, bo prawo Natury
Zmarło w ich wnętrzu, ów przestrach ponury,
Co wówczas włada, gdy się trzęsą szczyty,
Gdy z gniazd lecących ptak ucieka w chmury,
Bydło tratuje błoń swemi kopyty,
Gdy niemy z przerażenia, człek staje, jak wryty...

LXV.

Dziś w Trazymenie z innym się obrazem
Spotykasz! Jeziora srebrzyste makaty,
Łan, tylko pługa krajany żelazem,
Drzewa olbrzymie, jak ci, co przed laty
Padli w tém miejscu; tylko niebogaty
W wodę strumyczek do dziś wieść ci niesie
Swojém nazwiskiem, że ongi krew na téj
Władała ziemi! Sanguinetto zwie się
Ten zdrój, co się zczerwienił w minionym okresie.

LXVI.

Witaj, Klitumnie! jak błyszczą twe zdroje![19]
Życiem tryskają twoich wód kryształy!
Tu nimf przybytek, które członki swoje
W jasnem zwierciedle swobodnie kąpały!
W trawach nadbrzeżnych brodzi mleczno-biały
Byk! O najczystszy bożku pięknéj fali!
Twoich błękitów, o ty przewspaniały
I przepogodny! zbójce nie skalali!
Cór Piękna tu się lustro i kąpiel krysztali!

LXVII.

Jakaś świątynia z brzegów się wynurza,
Mała, lecz wdziękiem proporcji wabiąca;
Wsparta o skłony łagodnego wzgórza,
Pamięć twą głosi... Cicho się roztrąca
Dołem twa struga; srebrną łuską lśniąca
Rybka czasami popluszcze, w głębinie
Twéj zwierciadlanéj fali mieszkająca;
Czasem kwiat wodnéj lilji się przewinie,
Gdzie, szepcząc swoje baśnie, płytka woda płynie.

LXVIII.

O! stąd nie odchodź, by nie błogosławić
Duchowi miejsca! Gdy skroń twą owieje
Słodszy zefirek; gdy twe stopy pławić
Będziesz w téj trawie, która zielenieje
Tutaj wymowniéj; gdy chłód ci przeleje
W wnętrze ta świeżość dokoła, gdy z duszy
Zmyje-ć proch życia choć na krótkie dzieje
Ten chrzest Natury — k’niemu niech się ruszy
Dziękczynny hymn, bo on to troskę w tobie głuszy...

LXIX.

Ryk wód! To na dół z skalnych lecąc złomów
Velino czeluść wrzącą falą ryje!
Spad wód! Śród huku, ze szybkością gromów
Piana gdzieś w bezdniach o granity bije!
Żar wód! to piekło, które ryczy, wyje
I wre w torturach bez końca: agonji
Pot — ten Flegeton płomienisty — myje
Czarniawe skały, co wokół téj toni
Usiadły z bezlitośną groźbą na swéj skroni, —

LXX.

Strzela ku chmurom, potém znowu ścieka
Smugami deszczu, rzuciwszy obłoki;
Ta bezustannych mgławic dżdżysta rzeka
Jest wiecznym kwietniem w téj bezdni, opoki
Zdobiącym w szmaragd... Jak ten żleb głęboki!
Z grani na granię, urągając zwłoce,
Olbrzymi żywioł szalonemi skoki
Rwie się i głazy naokół druzgoce
I gniewnie strąca w przepaść, aż fal straszne moce

LXXI.

Wyżłobią sobie drogę; ten słup wody
Podobien raczéj do morza-dzieciny,
Co z gór wnętrzności wyszło — gdy porody
Świat nowy spełniał — by jednéj godziny
Być ojcem rzek tych, co krają doliny,
Wijąc się wężem i szumiąc! Za siebie
Śpójrz!... Tam snać wieczność rzuca swe dziedziny
I wszystko wokół w swém łożysku grzebie
I wzrok ci każe topić w groźnych czarów niebie —

LXXII.

To katarakta, piękna przeraźliwie![20]
Lecz nad brzegami — ranne błysły zorze —
Irys zasiadła w wód piekielnym spływie[21]
Nadzieja siada tak na śmierci łoże —
Nic jéj kolorów zniweczyć nie może!
Choć wściekła woda wszystko wokół bierze,
Ona niezmienna, strojna w blaski hoże;
Śród walk żywiołu jéj oblicze świeże
Podobne do Miłości, co Szaleństwa strzeże...

LXXIII.

Znów w Apeniny droga mnie przywiodła,
Do tych Alp dzieci; lecz, żem ich rodzice
Mężniejsze widział już przedtém, gdzie jodła
Na dzikszych rośnie skałach, gdzie śnieżyce
Rwą się, jak gromy, ich lesiste lice
Mniejszą cześć budzi; Jungfrau, w nieprzebyty
Śnieg przyodzianą, miały me źrenice
I Mont-Blanc mroźny, w lodowce okryty,
A takżem słyszał grzmiące chimaryjskie szczyty,

LXXIV.

Akrokeraunji góry w dawnym czasie;
Niby te duchy, za sławy obłokiem
Jasnym lecące, orły-m na Parnasie
Widział w przestworzu niezwykle wysokiem;
Na Idę m patrzał Trojańczyka okiem;
Atos i Olimp, Etna, Atlas zgoła
Uczą, że wzgórza te są czczym widokiem,
Oprócz Sorakty, co, że w śnieg dziś czoła
Nie kryje, liry rzymskiéj do pomocy woła,

LXXV.

By odżyć w naszéj pamięci; jak wzdęta
Fala, co, nim się rozpęknie, na chwilę;
Jeszcze się wstrzyma, tak téż wyrośnięta
Z nizin ta góra!... kto w szkolarskim pyle
Pragnie tu grzebać, niech klasyków, ile
Zechce, przytacza, niech budzi te wzgórza
Behem łacińskiém: mnie bo niezbyt mile
Było za młodu mózg, choć się oburza,[22]
Naginać do prawideł, i dziś niezbyt duża

LXXVI.

Rozkosz wspominać, czém mi w czasy owe
Trapiono pamięć. Dzisiaj umiem ważyć
Nieco inaczéj treść, wpychaną w głowę,
Jednak ten przymus nie przestawał smażyć
Méj młodéj myśli i choć się wydarzyć
Mogło, że duch mój, jak to dzisiaj widzę,
Miał w czém smakować, nie mógł tego zażyć
Z braku wolnego wyboru!... Więc szydzę
Dziś jeszcze, z czegom szydził, i wciąż się tém brzydzę!

LXXVII.

Żegnaj Horacy! moja wina była,
Żem cię nie cierpiał... Klątwę mi zgotował
Los, że ma dusza w twą pieśń się nie wżyła,
Że jéj nie czułem, tylko-m ją pojmował!
Gdzież moralista tak życia malował
Nędzę? w opisie swéj sztuki gdzież bardy
Równe są tobie? Któż z satyry kował
Miecz, jak twój, ostry przeciw duszy hardéj,
Nie raniąc?... Jednak żegnam — z téj Sorakty twardéj!

LXXVIII.

Rzymie! ojczyzno ma! grodzie méj duszy!
Sieroce serca niech się k’tobie garną,
Matko umarłych królestw! Niech się ruszy
Pierś, niechaj pozna, jak jéj nędza marną —
Bo czém są nasze bóle?... Spójrz na czarną
Szatę cyprysu, przejdź świątnic ruinę,
Państw, dłonią czasu zwalonych bezkarną!
Wy, co konacie dzień: w tę tu godzinę
Stopami świat depcecie, równą waszéj glinę!...

LXXIX.

Nijoba ludów, stoi — nie w koronie[23]
I bez swych dzieci — śród nieméj boleści!
Urnę trzymają jéj powiędłe dłonie,
Ale już dawno pozbawioną treści.
Grób Scypjona popiołów nie mieści![24]
Gdzie proch z tych mogił, gdzie legły hetmany?
O stary Tybrze! po cóż tak szeleści
Nurt twój śród dziczy marmurem zasianéj?
Wstań i nędzę tę zakryj żółtemi bałwany!

LXXX.

Got, chrześcijanin, czas, bój, ogień, fala
Dali się miastu siedmiu wzgórz we znaki;
Patrzało ono, jak mu się przepala
Gwiazda za gwiazdą. Kapitolu szlaki —
Drogę zwycięsców — zbił swemi rumaki
Huf barbarzyńskich monarchów. Zagłada
Zmiotła świątynie i twierdze — gdzież taki
Człek, co w tych blaskach księżycowych zbada
Ich miejsce? Dziś tu wszędzie noc podwójna włada!

LXXXI.

Tak! noc podwójna — wieków i téj zmroku
Córy, głupoty, wszystko wokół skrywa,
I my czujemy, że błądzim co kroku!
Ma swoję mapę przestrzeń migotliwa
Gwiazd oraz morze — rozwiła ją żywa
Wiedza przed nami; Rzym tylko ugorem,
Gdzie, zawadzając wciąż o nowe dziwa,
Klaszczemy w dłonie, krzyczymy z ferworem:
Eureka! — omamieni złudnych gruzów borem.

LXXXII.

Ach! dumny grodzie! gdzie tryumfów trzysta,[25]
Które odniosłeś? Gdzież godzina owa,
Gdy sztylet Bruta — cześć nań wiekuista
Spadła — zwycięsców miecze w cieniu chowa?
Pieśń Wirgilego i Marka wymowa
I Liwijusza, gdzie malowne dzieje?
Stąd jednak doba zmartwychwstanie-ć nowa!
Ach! już téj ziemi blask nie zajaśnieje,
Jak ten, gdy Rzym wolnością znaczył swe koleje.

LXXXIII.

Ty, co w tryumfie na kołach Fortuny
Pędziłeś, Sullo! co ojczyzny wrogi
Pierwéj złamałeś, nimeś gniewu łuny
Nad krzywdy zgasił własnemi; coś drogi
Wskazał swym orłom na Azji rozłogi,
Nim własnéj zemsty chciałeś zbierać plony;
Coś wzrokiem senat wyganiał za progi,
Ty, Rzymianinie, mimo niezliczonéj
Ilości wad, coś z śmiechem nad wszystkie korony

LXXXIV.

Złożył koronę — wieniec dyktatora:[26]
Czyś mógł przewidziéć, że ten legnie w dymie,
Co-ć nieśmiertelność zgotował? że pora
Przyjdzie, gdy obcy zawładną w tym Rzymie,
Który wiecznego nosił wielkie imię
I wojowników miał, by — zwyciężali,
Ziemię otulił w cień swój i olbrzymie
Szumne swe skrzydła topił w niebios fali —
On, Rzym, którego wokół wszechmogącym zwali?

LXXXV.

Sulla z zwycięsców pierwszy, lecz nasz własny
Kromwell najmędrszy śród przywłaszczycieli!
I on, buntownik, wieczną chwałą jasny,
Rozpędzał senat i z tronów pościeli
Robił szafoty!... Obyście pojęli,
Ile trza zbrodni, chcąc być wolnym chwilę,
A sławnym — wieki!... Niech się wam udzieli
Stąd i nauka: ten dzień, w którym w pyle
Dwa państwa on położył, zamknął go w mogile[27]...

LXXXVI.

Dzień, co go ongi — trzeci był miesiąca —
Ukoronował — ten sam go z wyżyny
Gwałtem wziętego tronu cicho strąca,
Aby go złożyć do pierwotnéj gliny.
Czyż w tém przeznaczeń nie jest znak jedyny,
Że to, ku czemu dążymy w chorobie
Duszy i pnąc się śród skalnéj dróżyny,
Mniéj u nich znaczy, niźli spokój w grobie?
Innym będzie los człeka, gdy to pojmie w sobie!

LXXXVII.

Stoisz posągu aż do tego czasu
W surowych kształtów nagim majestacie!
Ty śród morderców widziałeś hałasu,
Jak we krwi własnéj padał Cezar na cię,
Jak, kończąc, lice krył z godnością w szacie!
Na twym ołtarzu złożyła go pani
Bogów i ludzi, Nemezys... Zatracie
Uległ, a tobie cóż zostało w dani,
Pompeju?... Czém wy? lalki czy wodze wybrani? —

LXXXVIII.

I ty, wilczyco, Rzymu karmicielko,
Dotknięta gromem! Twe z bronzu wymiona
Dotychczas mają zwycięstw karmię wielką,
Choć dziś w tym gmachu tylkoś postawiona
Jako zabytek dawnéj sztuki! Z łona
Twego ssał ongi założyciel świata;
Matko, Jowisza rzymskiego rażona
Piorunem, w sadzę skier bogata,
Czy strzeżesz swoich dzieci, jak w minione lata?

LXXXIX.

Strzeżesz; lecz wymarł ród twych wychowańców
Mężów z żelaza; z ich grobów buduje
Świat dziś swe miasta; człek, śród krwawych tańców,
Tych, których bał się i dziś naśladuje,
Walczy, zwycięża, w ich tory wstępuje
W małpich podskokach; jednak nikt na ziemi
Takiéj, jak tamci, władzy nie zyskuje;
Miał ją człek jeden, co żyje, własnemi
Zwalon siły, dziś sługa między sługi swemi. —

XC.

Kłamnéj potęgi trefniś, zbękarcony
Cezar, za którym nierówne go wiodły
Kroki: Rzymianin mniéj był ulepiony
We wnętrzu swojém według ziemskiéj modły:
Ognistszy w żądzach, w wyrokach wychłodły,
Miał nieśmiertelny pęd, co okupywał
Słabości serca; z niewieściemi godły —
Jako Alcydes z kądzielą — siadywał
U kolan Kleopatry, lecz wnet sam się zrywał,

XCI.

Poszedł, zobaczył, zwyciężył... Nie taki
Był ten, co chętnie swe orły tresował,
By, jak sokoły, mkły galskiemi szlaki,
Choć ku zwycięstwom długo je kierował:
Człek dziwnéj miary, serce głuche chował
Na własne rady; słabość w wnętrzu dzierzył
Najsłabszą, próżność, któréj wciąż hołdował;
W zalotnéj dumie wciąż do celów mierzył —
Do jakich? czyż sam wiedział i czyliż w nie wierzył?

XCII.

Wszystkiém lub niczém — oto jego cele!
Nie umiał czekać, aż go w proch mogiła
Zmieni! Cezarów, po których tak śmiele
Depcem, przeznaczeń nie dzielił lat siła.
Więc dłoń zwycięska na to postawiła
Łuk tryumfalny? więc dlatego morze
Krwi i łez ciecze, fala, co się wzbiła
Niby ów potop, rozlany w przestworze?
Lecz arki człek nie widzi! Odnów tęczę, Boże!

XCIII.

Z wyschłego bytu, jakież mamy żniwa?
Żywot nasz krótki, mózg słabo się jarzy;[28]
Prawda to klejnot, co się w głębiach skrywa;
Szala zwyczaju wszystko kłamnie waży;
Wszechmoc opinji stoi wciąż na straży
I ziemię tuli płaszczem swoich mroków;
Złe albo dobre to traf, co się zdarzy;
Człek drży przed zbytniém światłem swych wyroków,
Swobodna myśl to zbrodnia: nie trza skier potoków!

XCIV.

I tak depcemy te drogi ponure,
I tak gnijemy od ojca na syna,
Dumni, że ludzką zdeptano naturę,
Gniew przekazując, gdy śmierci godzina
Przyjdzie, na nowych plemię sług, co wszczyna
Bój za swą nędzę i krew swą przelewa
Jak gladjator i jak on się zgina
Na téj arenie, którą wciąż obsiewa
Bujne liście, z jednego spadające drzewa.

XCV.

A nie o wierze mówię — rzecz to między
Człekiem a Stwórcą, lecz o téj na świecie
Znanéj, sprawdzonéj, a powszedniéj nędzy,
O oném jarzmie, co podwójnie gniecie,
O téj niedoli, któréj doznajecie,
O czynach władców, małpujących dłonie,
Co raz ich pychę poniżyły przecie,
Co sen spłoszyły siedzących na tronie;
Niech rękom tym potężnym za to cześć zapłonie!...

XCVI.

Czyż tylko tyran tyrana przełamie?
Wolność czyż znajdzie bojowniki swoje,
Na wzór Kolumbji, co ściągnęła ramię,
Czysta jak Pallas, choć odziana w zbroję?
Czyż takie ducby mają gniazda swoje
Tylko śród puszczy, co nie przetrzebiona,
Pośród katarakt, gdzie natura zdroje
Uśmiechów lała na świt Waszyngtona?
Czyż ziarn już takich ziemia nie chowa śród łona?

XCVII.

Francja, pijana krwią, rzygnęła zbrodnią;
I straszną była chwila saturnalij:
Wszak wolność legła na czas długi pod nią...
Dni, które myśmy wszyscy oglądali,
Pycha, co stawia z nieprzebytych pali
Wał między człeka a jego nadzeje,
Przepych, co wezbrał brudami swéj fali,
Oto jest pretekst, że znowu więdnieje
Krzew życia, że człek wygnan za raju wierzeje!

XCVIII.

Jednak wolności! chociaż na łachmany
Zdarty, twój sztandar wbrew burzom powiewa,
Jak błyskawica; głos twój popękany
Zamierający ponad orkan śpiewa!
Opadło wszystko kwiecie z twego drzewa,
Korę mu topór poszarpał zawzięty,
Lecz sok pozostał... I duch się spodziewa,
Że i łan Anglji ma ten powiew święty,
Że lepsza wiosna wyda nie tak gorzkie sprzęty...

XCIX.

Tu z innych czasów krągła stoi wieża,[29]
By jakiéjś twierdzy potężnéj granity,
O które wojsko daremnie uderza.
Puste, w połowie rozwalone szczyty,
Bluszcz dwóch tysięcy lat, w girlandę zwity
Nieśmiertelności, swym liściem oplata —
Przystraja w zieleń gruz przez czas rozbity...
Czém była wieża? w jaki skarb bogata?
Kobieta tu spoczęła, zeszedłszy ze świata!

C.

Lecz kim-że pani tego grobu? Hoża
I nieskalana, była-ż królów godna?
Nie! czegoś więcéj — Rzymianina loża?
Czyż w bohaterskie syny była płodna?
Czy córa po niéj została urodna?
Jak ona żyła, kochała, jak zmarła?
Więcéj niż ziemskim los jéj — niezawodna
Rzecz to — był pewnie, gdy na proch się starła
W mogile, coby kości zwykłych nie zawarła!

CI.

Była-ż z tych, pełnych dla swych mężów wiary,
Czy z tych, co mężów zabierają żonon?
I tych i tamtych Rzym dostarczył stary!
Na wzór Kornelji czyż była matroną,
Lub, jak Egiptu pani, rozluźnioną,
Szczodrą w rozkoszach, czyli téż gotową
Walczyć z żądzami? w cnocie niewzruszoną?
Czyż szła otwarcie wprost za serca mową?
Czy mądrze kryła miłość pod troską surową?

CII.

Może umarła w swego wieku kwiecie,
Złamana jarzmem, cięższym, niż mogiła,
Która szlachetne jéj popioły gniecie?
Może jéj piękność chmura przyciemniła,
A w oczach drżała skier proroczych siła,
Dana wybrańcom niebios, skon wróżąca:
Jak Hesper śmierci, może zrumieniła[30]
Suchotniczego promieniem gorąca
Jéj lice, niby liście, które jesień strąca.

CIII.

Może umarła starą — wszystko zgoła
Przeżywszy: krewnych, dzieci, wdzięk uroczy —
Z siwizną włosu srebrnego u czoła,
Co może dzień jéj przywodził przed oczy,
Gdy podziw, zazdrość wzbudzał cud warkoczy,
Rząd jéj klejnotów i czar kształtów świeży?
Ale mój domysł dokąd się zatoczy?...
Metella, żona bogacza, tu leży:
Patrz! miłość albo duma jest twórcą téj wieży!

CIV.

Nie wiem dlaczego, lecz tak mi się zdaje,
Jakbym, grobowcze, znał mieszkankę twoją.
Szereg dni dawnych przedemną powstaje
Z melodyjami, które duszę moją
Dźwiękiem mi znanym, acz zmienionym: poją
Tak huczą gromy, zamierając w dali!
Siądę na głazach, które bluszcze stroją,
Aż owa mara, co me wnętrze pali,
Wypłynie, w kształt zmieniona, z tych tu ruin fali.

CV.

Z blanków rozbitych, leżących po skałach,
Małą nadziei barkę sobie złożę,
Aby po wzdętych oceanu wałach
Walczyć z fal wyciem, które wrzące morze
O brzeg rozbija samotny, to łoże,
Gdzie wszystko legło, com ukochał sobie!
Lecz choć z tych szczątków łódź surową stworzę,
Gdzież mam skierować ster w dzisiejszéj dobie,
W któréj życie, nadzieje i dom widzę — w grobie?

CVI.

Więc niechaj wiatry świszczą! Ich muzyka
Oto melodja dla mojego ucha!
Niech ją łagodzi nocny wrzask puszczyka,
Ptaka ciemności, co huczy i słucha,
Jak tam brać jego w bladem świetle puha.
I z nią rozmowy wiedzie tajemnicze
Nad Palatynem, skrami z oczu bucha
I bije skrzydłem... Ludzkich cierpień bicze
Czém są przy tym ołtarzu?... swoich już nie liczę!

CVII.

Cyprysy, bluszcze, mchy i rozchodniki,
W jeden kłąb zrosłe, połamane łuki,
Zbite sklepiska, zwalone portyki,
Kolumny w drobne potrzaskane sztuki,
Freski obmokłe od wyziewów, huki
Sów, jakby w nocy — cóż to? — gmach nielada —
Łaźnia? — świątynia? Spytaj się nauki!
„To mur!“ — tak ona, zbadawszy, powiada...
Na wzgórze spójrz cesarskie! Tak potęga pada![31]...

CVIII.

I ten jest morał wszelkich dziejów człeka[32]
A co raz było, ciągle się powtarza:
Wolność i sława, a gdy ta ucieka,
Zbytek, zepsucie, w końcu dzikość wraża:
Choć wciąż Historya kart sobie przysparza,
Ma tylko jednę kartę: tu ją czytać,
Tu, gdzie tyranja, strojna w płaszcz cesarza,
Zebrała wszystko, o co może pytać
Oko, ucho... Precz słowa! trza bliżéj zawitać —

CIX.

Podziwiać, gardzić, śmiać się, płakać! — Treści
Dla wszystkich uczuć tutaj ci nie zbędzie,
Człecze! wahadło między łzą boleści
A między śmiechem! Patrz! tu w jednym rzędzie
Wieki i ludy! Téj góry krawędzie,
Dzisiaj rozpadłe, dźwigały przed laty
Państw piramidę! Sława w swoim pędzie
Syciła blichtrem słońca żar bogaty!...
Gdzież gmachy te? ich twórców jakież dziś zapłaty?

CX.

Tulljusz od ciebie mniejszą miał wymowę.
O ty kolumny bezimiennéj złomie!
Czem laur, co wieńczył skronie Cezarowe?
Bluszcz, co mnie zdobi, wzrósł na jego domie!
Ktéż stawiał łuk ten widny w swym ogromie?
Tytus czy Trajan? Nie! on twoim, czasie!
Łuki, filary w twoich szyderstw sromie,
A apostołów statuy gniotą zasię
Te urny, których prochy cesarskie śpią w krasie[33]

CXI.

Rzymskiego nieba, w tym powietrznym grobie,
Pod gwiazd tych strażą! Tu i duch ten drzemie,
Który to miejsce upodobał sobie,
Ostatni z owych, co dzierżyli ziemię
Całą — glob rzymski! po nim marne plemię
Puściło dawną zdobycz! On wzrósł wyżéj
Nad Aleksandra: cnót królewskich brzemię
Dźwiga, krwią gardzi i wina nie zbliży
Do warg!... Trajana wielbić, jakże duch nasz chyży![34]

CXII.

Gdzież ta tryumfu skala, gdzie półbogi
Swoje Rzymianin ściskał, gdzież opoki
Tarpejskiéj ściana, ten godny, choć srogi
Kres wszelkiéj zdrady? góra, z któréj skoki
Leczyły pychę zdrajców? Czyż tu tłoki
Zwycięsców łup swój niosły? Tak!... Tam daléj
Tysiąc lat stronnictw padło w sen głęboki —
Forum! Tu dotąd w téj powietrza fali
Swym duchem nieśmiertelnym Cyceron się pali.

CXIII.

Pole wolności, stronnictw, krwi i sławy!
Tu żądze ludzi miały swe łożyska,
Gdy pierwsze państwa wzniosły się podstawy,
Aż gdy już nowych zwycięstw chęć nie błyska...
Lecz nim swobody zagasły ogniska,
Przybrał się tutaj bezrząd w swoje godła.
Tu się bezprawny potém żołdak wciska,
Przed nim senatu drżała zgraja podła,
Lub gorszych najemników ciżba rój tu wiodła.

CXIV.

Do ostatniego trybuna imienia
Od wszech tyranów wróćmy się koleją —
K’tobie, coś wieki wyrwał z hańby cienia,
Druhu Petrarki, Italji nadziejo,
Rienzi, z Rzymian ostatni! Powieją[35]
Świeże znów liście z zeschłych pniów swobody,
To niech się wieńcem nad grobem zaśmieją
Szermierza forum, ludu wojewody —
Numo drugi! zbyt krótkie były dni twych gody!

CXV.

Egerjo, serca przecudowny tworze,
Co dla spoczynku nad wszystkie wybory
Przeniosło ongi twoje łono hoże;
Czémś jest lub byłaś — postacią Aurory,
Nimfą, leczącą rozpacz duszy choréj,
Lub téż — być może — nadobną téj ziemi
Córą, dla któréj czci niezwykłe wzory
Żywił kochanek: skąd się ród twój plemi —
Piękną-ś myślą i kształty odziana pięknemi!

CXVI.

Mchy twego źródła ciągle jeszcze roszą
Krople twéj rajskiéj wody; z twych przezroczy,
Którym brózd żadnych lata nie przynoszą,
Lśni gienjusz miejsca łagodnemi oczy.
Tu dzieło sztuki zieleni nie tłoczy
Na twoich brzegach, w marmuru kajdany
Zdrój nie zamknięty; wesoło się toczy
Strumień z pod głazu statuy roztrzaskanéj,
A wokół kwiaty, paproć i bluszcz poplątany

CXVII.

We fantastyczne warkocze; pagórki
Pokryte kwieciem wiosenném; w zielonéj
Trawie migocą ruchliwe jaszczurki,
Ptaki dźwięcznemi witają cię tony,
Kwiat świeżobarwny niejeden ochrony
Żebrze u stóp twych, a kolorów masą
Tańczy w wietrzyku ten smug ukwiecony;
Nieba fijołek swojem tchnieniem pasą,
Że zda się, cały plonie jasnych niebios krasą.

CXVIII.

Tu się chroniła tych czarów opieka,
Tu w boskiéj piersi jakie czułaś bicia,
Słysząc ziemskiego kochanka zdaleka!
Tu noc, Egerjo, kryła w gwiazd spowicia
Tajemne schadzki: śród takiego życia,
Gdy skroń na ręku wielbiciela spocznie,
Cóż się nie działo? Téj groty ukrycia
Były stworzone dla bóstwa widocznie:
Witały świętą miłość — tę pierwszą wyrocznię.

CXIX.

Czyż swoje drżenie łącząc z jego drżeniem —
Serce niebianki z sercem syna ziemi,
Owéj miłości, co się li z westchnieniem
Rodzi i kona, skry nieśmiertelnemi
Nie ożywiałaś? z uciechy ziemskiemi
Czy nie spajałaś nadziemskiéj słodyczy?
Nie łamiąc strzały, czyś z niéj dłońmi swemi
Nie starła jadu przesytu, goryczy?
Wyrwałaś chwast, co duszy wonnych słów nie życzy?

CXX.

Ach! by niweczyć, rwie się młoda miłość,
Lub tylko skrapia pustynię; życice[36]
Pośpiechu rosną, zielska, które zgniłość
Mają w łodygach, choć nęcą źrenice;
Kwiaty, co śmiercią wonieją, żywicę
Jadu sączące wyrastają drzewa,
Kiedy namiętność przebiega ziemicę!
Człek się daremnie zdrowych ziół spodziewa:
Niebiański tu dla niego owoc nie dojrzewa!

CXXI.

O ty miłości! nie córką-ś ziemicy!
Ale, jak seraf, mieszkasz w naszéj wierze,
A owéj wiary liczni męczennicy —
Złamane serca! Oko nie dostrzeże,
Jakie masz kształty! skąd się byt twój bierze?
Duch go nasz stworzył, tak, jak widmo tworzy,
Z żądz swych i niebios otwiera im dźwierze:
Swoje on myśli w taką postać włoży,
Jak dusza, w któréj ogień, trud i ból się sroży...

CXXII.

Duch swą pięknością bóle sobie stwarza,
Własnemi mary on się niepokoi —
Gdzie mieszka kształt ten, spłodzon przez rzeźbiarza?
W nim! Czyż Przyroda w równy wdzięk się stroi? —
Gdzie te obrazy, które dziecko roi,
A za któremi tak się mąż ugania —
Niedościgniony cud rajskich podwoi?
Niczém opisy, niczém malowania:
Ten raj się w swym rozkwicie z książek nie wylania!

CXXIII.

Człek jest szalony, gdy kocha — młodości
Szał to — leczenie jakie sprawia bóle!
Patrząc, jak znika obraz, co w nas gości,
Czujem, że piękna mają aureolę
Te tylko bóstwa, co są w nas; w swém kole
Czar ich nas więzi, rodząc zawieruchę,
Choć wiatr sialiśmy... I znowu w mozole
Serce alchemję swą wszczyna, otuchę
Skutku mając tém większą, im kardziéj jest kruche.

CXXIV.

Więdniemy z młodu — upadamy, słabi —
Chorzy, ach! chorzy!... trapi nas pragnienie,
Chociaż nas w końcu jakaś mara wabi,
Gdy snać już kresu dobiegło zniszczenie!
Lecz to zapóźno! Podwójne cierpienie
Owłada nami... Miłość, żądza, sława —
Złe to i marne jednakowo tchnienie —
To meteory: człek im różne dawa
Nazwiska: w dymie śmierci ginie skra ich krwawa!

CXXV.

Mało kto znajdzie — nikt — co kochać pragnie,
Chociaż zbliżenie, ślepy traf, surowa
Konieczność żądzy serce k’temu nagnie,
Co antypatje obudzą, co chowa
Truciznę w sobie — ale próżne słowa!
I zbieg wypadków, ten bożek bez duszy,
Ten lichy partacz, wnet nieszczęścia snowa,
Swém szczudłem spędza na nas tłum katuszy
I w proch — depcem go wszyscy — nadzieje nam kruszy.

CXXVI.

Całéj Przyrodzie nasze życie kłamie;
Niéma w niém owéj wszechrzeczy harmonji;
Grzechu to nigdy niezatarte znamię,
Upas, przed którym nic się nie obroni —
Drzewo, co w niebo konarami goni,
A ma za korzeń ziemię; co na człeka,
Jak krople deszczu, wszystkie plagi roni —
Z niewolą, śmiercią, chorobą nie zwleka,
Co rany duszy niezgojone wciąż wypieka.

CXXVII.

Lecz miejmy śmiałość rozważać! Niegodnie[37]
Ten się wyrzeka ludzkiego rozsądku,
Kto puszcza prawo, by myśleć swobodnie —
Nasz port jedyny wszakże w tym jest wątku,
Choć w nas moc boża bywa od początku
Bita, w łańcuchów zamykana sploty,
Chowana w zmroków najciemniejszym kątku,
By nie wystrzelił nazbyt blask jéj złoty!
Lecz ducha czas i wiedza wybawią z ślepoty.

CXXVIII.

Łuki na łukach, jakby Rzym tu stary,
Zebrawszy razem wszystkie swe trofeje,
W jednym kościele zamknął zwycięstw dary —
To Koloseum!... Księżyc blask swój sieje:
Własną pochodnię mają w nim te dzieje,
Bo tu niech pada tylko światło boże
Na kontemplacji zdrój, co stąd się leje
Niewyczerpany... Lazurowe morze
Nocy włoskiéj, co w niebios głębokim przestworze

CXXIX.

Czerpie swe barwy, aby ich językiem
Niebo nam głosić, mroki chwały snuje
Nad tym przedziwnym, olbrzymim pomnikiem.
Tu ziemskiéj glinie dan jest duch, co czuje;
Tu, gdzie dłoń czasu nad gruzem panuje,
Choć wyszczerbiła swą kosę, potęga
Mieści się wielka, która nas czaruje:
Pałac dzisiejszy żaden jéj nie sięga —
Czekać musi, aż mury czas mu porozsprzęga.

CXXX.

Ty, co upiększasz nawet śmierć, co w krasie
Przedstawiasz gruzy zwalone, co soki
Świeże do rannych wlewasz serc, o czasie!
Co nasze błędne poprawiasz wyroki!
Probierzu prawdy! jedyny, głęboki
Mędrcze, gdy wszystko wokół to mędrkosze!
Co nie przepuszczasz win, nie skąpiąc zwłoki,
Czasie, mścicielu! ku tobie dziś wznoszę
Swe oczy, ręce, serce i o jedno proszę:

CXXXI.

Pośród tych zwalisk, gdzieś wzniósł swe ołtarze,
Kościół samotny, lecz témbardziéj święty,
Do większych ofiar weź i moje w darze:
Lat, pełnych troski, acz nie mnogich, szczęty!
Nie słuchaj ty mnie, gdym był zbyt nadęty,
Lecz jeślim szczęście znosił ze spokojem,
A w dumie broń miał przeciwko zawziętéj
Złości: żelazo, skryte w wnętrzu mojem,
Niech, godząc, ból wywoła i między ich rojem.

CXXXII.

A ty, Nemezys wielka, co na szali
Ważyłaś zawsze wszelkie ludzkie winy:
Tu, gdzie ci długo starzy cześć składali,
Gdzie wywołałaś Furje z ich głębiny,
Aby Oresta z sykiem, jak gadziny,
Za jego zemstę ścigały wyrodną —
Słuszną, lecz z ręki innego, z krainy
Twojéj cię wzywam! ty nie będziesz chłodną,
Posłuchu swego duszę mą uczynisz godną!

CXXXIII.

Może to grzechy, które sam-em spłodził,
I błędy ojców zadały mi rany!
I sprawiedliwy gdyby miecz ugodził
We mnie, ten strumień ciekłby niewstrzymany;
Lecz dzisiaj dość już mojéj krwi wylanéj —
Teraz ją tobie poświęcam! méj doli
Ty bądź mścicielką! Przez cię wyszukany
Niech będzie środek, któregom ich gwoli
Nie użył... Ja spać idę... niech to ciebie boli!

CXXXIV.

Lecz gdyby mi się wyrwał krzyk, to zgoła
Nie z téj przyczyny, że mnie ból przygniata;
Kto kiedy widział, abym nagiął czoła,
Lub, że cierpienie z słabością mnie brata?
Lecz pamięć tego niech się w pieśń tę wplata!
Głos mój daremnie nie przebrzmi w przestrzeni,
Choć będę prochem! Nadejdzie zapłata!
W prawdę proroctwo tych zwrotek się zmieni
I ludzie klątw mych górą zostaną zgnieceni!

CXXXV.

A przebaczeniem me klątwy! Niebiosy!
Ziemio, ty matko moja i obrono!
Niedość walczyłem tutaj z memi losy?
Niedość cierpiałem, by mi przebaczono?
Nie spalon mózg mój? nie rozdarte łono?
Gdzież me nadzieje? imię? życie życia?
A jeślim w rozpacz nie wpadł, to stąd pono,
Że śród innego duch mój jest spowicia,
Niż błoto, co w ich wnętrzach szerzy zapach gnicia

CXXXVI.

Czy nie widziałem, czém to świat nas darzy —
Od krzywd tych wielkich aż do drobnéj zdrady?
Od wyć rozgłośnych spienionéj potwarzy,
Aż do tych syków, gdy pełzliwe gady
Bryzgają na cię subtelnemi jady?
Czym się nie spotkał z Janusów spojrzeniem,
Co bez słów kłamią, chcąc pozorne ślady
Prawdy zachować śród głupców — milczeniem:
Fałsz swój szerzą wzdrygnięciem ramion lub westchnieniem.

CXXXVII.

Ale ja żyłem, żyłem niedaremnie!
Duch mój niech moc swą, krew niech straci żary,
Ból zgryzie ciało: przecież coś jest we mnie,
O co się stępią czas i tortur kary,
A co nie umrze, choć pójdę na mary;
Coś nieziemskiego — zmilkłéj lutni dźwięki
Niezapomniane... ci nie dadzą wiary:
Jednak w ich duszy, od tych tonów miękkiéj,
Obudzi wtedy miłość swych wyrzutów lęki.

CXXXVIII.

Pieczęć już dana... Witaj, groźna mocy,
Tak wszechpotężna, choć nie masz imienia!
Ty, co tu krocząc śród cieniów północy,
Wstrząsasz, nie budzisz jednak przerażenia!
Tu twój przybytek, gdzie grób rozprzestrzenia
Swój płaszcz bluszczowy! Téj świętéj przystani
Tyle nadajesz głębokiego tchnienia,
Że się czujemy z przeszłością związani,
Że tu widzimy wszystko, sami niewidziani!...

CXXXIX.

Tu się w gorączce tłumiły narody,
Z szeptem litości, albo bijąc brawa,
Gdy człek z człowieka — zbójcze sprawiał gody!
Dlaczego sprawiał? Stąd, że tego krwawa
A mądra cyrku żądała ustawa,
Że z tego rozkosz cezarów się tworzy...
Aby z nas była dla robactwa strawa,
Czy paść na scenie, czy w boju — gdzież gorzéj?
I tu i tam jest teatr, gdzie giną aktorzy!

CXL.

Przedemną, widzę, gladyjator leży:
Zgadza się czoło, oparte na dłoni.
Z śmiercią, choć dumnie z jéj bólem się mierzy.
Coraz to niżéj głowa mu się kłoni,
A z boku rana krew ostatnią roni
Kropla za kroplą, jak te pierwsze deszcze,
Gdy grom ma wypaść z chmurnéj niebios toni...
Scenę mu w oczach tulą mgły złowieszcze —
Zakończył, a rozgłośne brzmią oklaski jeszcze...

CXLI.

On-ci je słyszał, lecz na nie nie baczył:
Oczy za sercem w drogę słał daleką![38]
Cóż mu już żywot i cóż poklask znaczył?
On widział chatkę nad Dunaju rzeką,
Tam, gdzie pod dackiéj swéj matki opieką
Młodych barbarząt gronko się ochoci,
Gdy tu Rzymianom słodkie chwile cieką
Razem z krwią jego! A czyż zgon mu złoci
Nadzieja waszéj zemsty? O powstańcie, Goci!...

CXLII.

Tu, gdzie mord buchał wyziewem posoki,
Gdzie tłum się cisnął śród szmeru i wrzasku,
Jak potok górski, gdy spada z opoki,
Albo się wije po kamiennym piasku;
Tu, gdzie w naganie Rzymian lub oklasku
Życie, bywało, albo śmierć spoczywa —
Tutaj brzmi głos mój, a w gwiazd słabym blasku
Pusta arena swe gruzy odkrywa:
Śród niéj mych kroków echo głośno się odzywa.

CXLIII.

Oto zwaliska! lecz jakie! z ich złomów
Wzniesiono zamki, pałace, półmiasta!
Ale przechodząc obok tych ogromów,
Dziwić się trzeba, skąd ten łup wyrasta:
Czy dla rabunku tu się człowiek szasta,
Czy, by gruz sprzątnąć. Przed twemi oczyma
Staje dopiéro ruina strzępiasta,
Gdy się przybliżysz... Skier dnia nie wytrzyma:
W nich widać, jak człek z czasem obdarli olbrzyma.

CXLIV.

Lecz gdy się wspinać zacznie miesiąc siny
Na łuk najwyższy i spocznie u góry;
Gdy gwiazdki mrugną przez czasu szczeliny,
A wiatr pomuska leciutkiemi pióry
Po drzew koronie, co wieńczy te mury,
Jak na pierwszego cezara łysinie[39]
Laur; gdy blask spływa bez żarów purpury:
Zmarli do życia wstają w téj ruinie —
Szermierze, których prochy tutaj depcesz ninie.

CXLV.

„Gdy Koloseum stoi, Rzym stać będzie,[40]
Gdy ono padnie, i Rzym się powali,
A z Rzymem legnie i świat w jednym rzędzie!“
Tak tutaj nasi pielgrzymi wołali
W czasach saksońskich, którym myśmy dali
Nazwisko starych... Oparły się przecie
Trzy śmiertelności bijącéj w nie fali:
Rzym i Ruina, chociaż czas ją gniecie,
I świat, złodziei nora, albo jak tam chcecie!

CXLVI.

Prosty, poważny, podniosły, surowy,
Kościele wszystkich świętych, wszystkich bogów,
Gmachu Jowisza, tumie Jezusowy,[41]
Pełen spokoju, gdy u twoich progów
Padają łuki, państwa, a śród głogów
Człek ku popiołom pośpiesza! o zgonie
Swym ani myślisz! sierp czasu, bicz wrogów
Zdarł się o ciebie! ty modlitw ustronie!
Przybytku sztuk! o dumo Rzymu! Panteonie!

CXLVII.

Zabytku doby, która była świętsza,
Złupion, lecz cały! w twym kręgu się kryje
Boskość, co ludzkie tak przenika wnętrza,
I wzór dla sztuki! Z twéj kopuły
Blask dawnéj sławy temu, kto się wżyje
W stulecia Rzymu! ty jesteś kościołem
Dla tych, co przyszli z różańcem giąć szyję;
A kogo gienjusz dumném wabi czołem,
Dla tego masz posągi, co tu stoją kołem.[42]

CXLVIII.

Tu wnętrze kaźni! Między tym półmrokiem[43]
Cóż ja to widzę? Nic!... O, wytęż oczy!
Jakieś dwa cienie wolnym suną krokiem,
Snać je narodził mózg, do widm ochoczy!
Nie! to postaci dwoje jawnie kroczy —
Starzec i młoda, nadobna kobiéta!
Matka karmiąca, w któréj krew się toczy
Słodkim nektarem... Po cóż — tak się pyta
Mój duch — ta naga szyja i ta pierś odkryta?

CXLIX.

Młodego życia czyste źródło wzrasta,
Gdy my, na łonie, karm’ czerpiemy z łona
Pierwszą, najsłodszą! O wówczas niewiasta,
Stawszy się matką, jak uszczęśliwiona,
Kiedy zakwili niewinna, pieszczona,
A nie znosząca boleści dziecina!
Jakąż, nam obcą, radość czuje ona,
Gdy pączek w liść się rozwijać zaczyna!
A owoc! nie wiem! Ewa zrodziła Kaina!...

CL.

Ale tu młodość stare lata sili
Mlekiem — ich darem; rodzicowi płaci
Dług krwi, w narodzin zaciągnięty chwili.
Nie! on dopóty tchnienia nie utraci,
Dopóki w żyłach dziewiczéj postaci
Nie wyschną zdrowia i miłości zdroje,
Ten Nil Przyrody, co wzbiera bogaciéj,
Niźli, Egipcie, owe głębie twoje!
Pij, starcze, pij! czyż w niebie takie są napoje?!

CLI.

Baśń, co nam drogę gwiazd opiewa mleczną,
Nie jest tak czystą, jak blask téj powieści —
Ta konstelacja bardziéj jest słoneczną,
I w odwróconych tych przeznaczeń treści
Większy się tryumf dla przyrody mieści,
Niźli w tych bezdniach, skąd migocą światy!
Do serca ojca, o ty godna cześci!
Cieką twe krople, nie doznawszy straty —
Z wszechbytem tak się złączy i duch nasz skrzydlaty!

CLII.

Teraz się zwróćmy, gdzie mur Adryjana,[44]
Bezkształtnych gmachów egipskich kopisty;
Olbrzymie wzory brała rozigrana
Jego fantazja, gdzie Nil płynie szklisty,
Zmuszając potém ciężki trud artysty —
Dla wielkoludów niech budowlę płodzi!
A to cesarskich prochów oczywisty
Grób! — myślicielom śmiech na wargi schodzi,
Że dla tak marnéj treści taki plan się rodzi!

CLIII.

Lecz ten dom boży w jakiéj lśni ozdobie![45]
Przy niém cud Djany wygląda na celę —
Ołtarz Chrystusa na wyznawcy grobie!
Byłem w efeskim, przedziwnym kościele:
Śród zbitych kolumn dzikie szumi ziele,
A w niém się gnieżdżą hyjeny, szakale;
I chram Sofijski widziałem, w topiele
Blasków kryjący swych szczytów opale —
Dziś muślim najezdniczy ma tę świętą halę:

CLIV.

Żaden ze starych, ni żaden dzisiejszy
Przybytek z tobą zrównać się nie umie:
Tyś prawdziwego Boga najgodniejszy!
Od kiedy Syjon leży w gruzów tłumie,
Gdy On porzucił dawny gród, czy w dumie
I wspaniałości ciebie tu dosięga
Jaki gmach, wzniesion dla Niego? W tym tumie,
W téj arce wiary, wszystko wraz się sprzęga:
I Chwała i Majestat, Piękno i Potęga.

CLV.

Wejdź, jego wielkość ciebie nie przełamie!
Czemu? bo wszakże kościół nie maleje?
Nie! tylko gienjusz, co włada w tym chramie,
Rozszerza duszę twą, że olbrzymieje
I że świątynię widzi, gdzieś nadzieje
Nieśmiertelności zamknął! Twe źrenice —
Jeżeli-ś godny, czas ten ci zadnieje —
W Boga bezgniewne zatopią się lice,
Jak dziś w Przenajświętszego patrzą tajemnicę.

CLVI.

Stąpasz, a wnętrze rośnie z każdym krokiem —
Tak Alpy, gdy się pniemy po ich barach,
Łudzą swych cudów olbrzymich widokiem...
Ogrom się wzmaga — lecz w harmonji czarach:
Jakaś muzyka w tych wszystkich bezmiarach...
Zbytek obrazów, ołtarze, marmury,
Żar w złotych lampach! w powietrznych obszarach
Kopuła w sporze z wieżami struktury
Najwyższéj w ziemię wrosła, a chce leciéć w chmury.

CLVII.

Nie wszystko ujrzysz od razu... Tę całość
Wielką na części w umyśle rozkładaj...
Liczne zatoki wszak tworzą wspaniałość
Morza... I tutaj skup duszę i badaj
Naprzód szczegóły; lotem myśli władaj:
By się składników przejęły wymową,
Taki kierunek ich biegowi nadaj!
Świetność ogarniesz tą drogą stopniową:
A jeśliś nie od razu zżył się z jéj osnową,

CLVIII.

Nie jéj, lecz twoja w tém wina: wszak zwolna —
Stopniami zmysł nasz rzeczy obejmuje;
A jak jest mowa nasza nieudolna,
Aby wyrazić to, co serce czuje,
Tak siła blasków, co się tutaj snuje,
Szydzi z twych oczu, a ogrom kościoła
Tém bardziéj ludzką nicość wykazuje:
Duch nasz ku temu, w czém tonie dokoła,
Dopiéro wznieść się wielki wielkością zdoła.

CLIX.

Tu się zatrzymaj w zachwycie! Tu więcéj
Znajdziesz, niż cuda, co oczy nasycą,
Więcéj, niż cześć ta, w pokorze dziecięcéj
Składana wierze; tu nietylko świécą
Mistrze, jakiemi snać się nie poszczycą
Wieki dawniejsze, ubogie w poloty
I wykonanie: tu ducha źrenicą
Źródła wzniosłości żwir dostrzegasz złoty:
Tu ucz się, czém są wielkich pomysłów roboty!

CLX.

Lab ku szlachetnym bólom zwróć swe oczy,
Ku Laokona mękom — w Watykanie:
Nadludzka tutaj cierpliwość jednoczy
Miłość ojcowską, i ludzkie konanie!
Daremna walka! próżne odpychanie
Kręgów wężowych: już ten smok straszliwy
Oplatać starca wokół nie przestanie;
Wpiwszy się w ciało żywemi ogniwy,
Przytłumia każdy oddech ten łańcuch zjadliwy.

CLXI.

Lub spójrz na władcę niechybnych pocisków,
Boga poezji, światła i żywota,
Ten w ludzkiém ciele zamknięty krąg błysków —
Słońce, co strzały swe w tryumfie miota!
Snać mu pomknęła właśnie strzała złota
Od blasków zemsty nieśmiertelnéj, bożéj,
Albowiem w nozdrzach drży wzgardy pięknota,
A w oczach siła błyskawic się sroży —
Ten jeden wzrok już całą boskość ci wyłoży.

CLXII.

Lecz w tych nadobnych kształtach — gdzieś w ustroni
Przez jakąś nimfę śniony sen miłości,
Snać oszalałą z tęskliwéj pogoni
Za tym kochankiem, co śród bogów gości —
Zamknięty wszelkiéj ideał piękności,
Jak ten, co w wnętrze naszéj duszy godzi —
Gdy pomysł spłynie z niebios wysokości —
Swym nieśmiertelnym promieniem, w powodzi
Swych skier tak nas nurzając, aż się bóg urodzi.

CLXIII.

Jeśli Prometej skradł z niebieskiéj góry
Ogień, co w nas się dotychczas przechował;
To go wypłacił już ten mocarz, który
Wieczystą chwałę w ten marmur zakował:
Nie z ludzkiéj głowy pomysł się wysnował,
Choć statuę ludzkie wykonały dłonie!
Sam nawet czas ją uczcił, uszanował
Najmniejszy loczek w tych włosów koronie —
Tą skrą, co go spłodziła, posąg dotąd płonie.

CLXIV.

Lecz pieśni mojéj pielgrzym gdzież zostaje?
Byt, który kroczy! śladem mego pienia?
Późno przychodzi i zwlekać się zdaje!
Zniknął — to jego ostatnie już tchnienia;
Skończył wędrówki, utracił marzenia,
Sam stał się niczém: jeśli postać żywa
Była mu dana, jeśli czuł cierpienia,
A nie był widmem — niech sobie spoczywa —
Cień jego w spustoszenia tłumie dogorywa —

CLXV.

Tam, gdzie się ciała gromadzą i życia,
Wszystko, co dzierżym w śmiertelnéj powłoce;
Gdzie się śród ciemnych całunów pokrycia
Zmieniają w widma wszystkich bytów moce;
Gdzie nas obłoków otulają noce;
Gdzie każde światło, a nawet blask sławy,
Zaledwie krążkiem wybladłém migoce
Po brzegach zmroków; blask ten, od czarniawéj
Nocy jeszcze czarniejszy, wzrok nasz zwraca mgławy —

CLXVI.

W głębie przepaści, do tych strasznych cieni,
Aby tam badać, czém będziemy w chwili,
Gdy się w nędzniejszy jeszcze byt przemieni
Nasza powłoka; każe, byśmy śnili
O sławie, z prochów imię oczyścili,
Choć go już nie usłyszymy! To miło,
Że nie będziemy tém, czémeśmy byli:
Dość to dla serca, co ongi znosiło
Ciężary! — tak! dla serca, co się krwią pociło!

CLXVII.

Cyt! głos z przepaści wychodzi głębokiéj —
Dalekie echo muzyki starganéj,
Jakby wylewał naród krwi potoki
Z nieuleczalnéj, a olbrzymiéj rany...
Śród mgieł i burzy widmami napchany
Rozwarł się wądół; tam snać cień królowéj,
Choć bez korony, słodki, choć stroskany,
Załamał ręce wokół dziecka głowy,
Któremu z piersi matki zdrój nie trysnął zdrowy.

CLXVIII.

Gdzieś jest, monarchów i wodzów odnogo?
Zmarłaś, nadziejo ludów i żywocie?
Wszak mniéj królewską skroń i nie tak drogą
Mógł był grób ciemny zamknąć w swojéj grocie?!
Matka na chwilę, kiedyś, w krwawym pocie
Nurzała serce nad dzieckiem, na wieki
Śmierć ci stłumiła twą boleść: w istocie
Twéj zgasło szczęście, wyschły uciech rzeki,
Co miały zlać te wyspy w chwili niedalekiéj.

CLXIX.

Wieśniaczki rodzą bezpiecznie — bez bólów...
Dziś płaczą ciebie, ty ongi szczęśliwa,
Ci, co łzy żadnéj nie leją za królów!
Serce wolności już się dziś nie zrywa
Z żalu dla bytu jednego, wypływa
Z jéj wnętrza modlitw zdrój także za ciebie,
Dla twojéj głowy krąg tęczy przyzywa! —
Wdowcze! twa dusza dziś się w rozpacz grzebie:
Mężem będąc rok jeden, śmierć wydałeś z siebie!

CLXX.

W wór się twój ślubny zmienił płaszcz; wesele
Proch miało spłodzić,.. I tak dzisiaj leży
Uroczowłosa córa wysp w popiele,
Miłość miljonów! W jéj przyszłość jak wierzy
Duch nasz, bywało! Choć się zmrok rozszerzy
Na nasze kości, płód jéj — tę nadzieję
Mieliśmy — berło nad dziećmi podzierzy,
I naszym wnukom blask gwiazdy rozsieje
Pasterekiéj: tu meteor przebiegł swe koleje!...

CLXXI.

Nam, nie jéj, biada! ona śpi szczęśliwie:[46]
Chwiejnych łask tchnienie drżące w ludów duszy,
Język rad pustych, co tak niegodziwie
Kłamne wyrocznie szeptał w władców uszy
Od państw zaczątku, aż gdy się poruszy
Naród, w szał zbrojny, aż przeciw tyranji,[47]
Co się tak w dzikiem zaślepieniu puszy,
Podniosą ciężar dotychczas deptani
I prędzéj albo późniéj grób zgotują dla niéj —

CLXXII.

To byłby los jéj! Nie! wyrzucam z łona
Myśl tę! — tak piękna! tak wielka bez wroga!
Tak bez przymusu dobra! Ledwie żona,
Zaledwie matka, a już tu jéj droga!
Ileż zerwała węzłów chwila sroga!
W kraju, co tak się swą miłością raczy,
Wszystkich, od ojca, aż gdzie rzesza mnoga
Poddanych, złączył i wstrząs! nie inaczéj,
Niż wulkan, elektryczny ów łańcuch rozpaczy.

CLXXIII.

Patrz! Nemi, skryta między leśne wzgórza,[48]
W takiéj oddali, że groźne orkany,
Co wywracają dęby — że ta burza,
Co morze z granic wyrzuciwszy, piany
Aż ku obłokom miece, od jéj szklanéj
Powierzchni stronią, choć pełne niechęci...
Cichéj, jak zawiść tajona, lustrzanéj
Płyty poruszyć nic się tu nie znęci:
Tak zwita w kłąb, jak żmija, gdy się we śnie skręci.

CLXXIV.

Albańskie, ledwie rozdzielone zdroje
Płyną przed nami z siostrzanéj doliny;
Tam Tybr się wije, morze fale swoje
Rzuca na brzegi latyńskiéj krainy,
Walk opieśnionych gwiazda i dziedziny
„Zbroi i męża“, któremu blask nowy
Zeszedł nad państwem... Tam, gdzie łańcuch siny
Gór, ustroń wieszcza, sabińskie dąbrowy!
A tu wytchnienia szukał umysł Tulljuszowy![49]

CLXXV.

Lecz jam zapomniał... Pielgrzym przebył trudy;
I mnie i jemu trza się żegnać z wami...
Dzieło skończone... Lecz pozwólcie wprzódy.
Niech się źrenice nasycą falami!
Morze Śródziemne huczy tam pod nami,
I z gór Albańskich widzą nasze oczy,
Jak ten ocean, którego druhami
Byliśmy z młodu, pod Kalpą się toczy,
Skąd ongi płynęliśmy, aż tam, gdzie się mroczy

CLXXVI.

Euksyn pośród Symplegad... Przedługi
Bieg lat — choć mało ich było — w swém dziele,
Aby nas zniszczyć, nie spoczął; lecz strugi
Łez nie zmieniły nas obu zbyt wiele...
Nie darmo jednak przez życia topiele
Brnęliśmy obaj: w tém nasza nagroda,
Że blaski słońca płodzą nam wesele,
Że rozkosz daje nam ziemia i woda —
Jakby nie było człeka, co nam męty poda!

CLXXVII.

O, gdyby puszcza była nam schroniskiem,
Któraś z rusałek do służby mi daną,
Abym mógł, z ludzi zerwawszy roiskiem,
Bez nienawiści k’tym, kochać wybraną!
Czyż wy, żywioły, co szumem i pianą
I blaskiem moję uzacniacie duszę,
Nie połączycie mnie z ową nieznaną?
Że jest byt taki, czyż w to wierzyć muszę,
A tylko, że wraz z ludźmi darmo oń się kuszę?

CLXXVIII.

Jaka to rozkosz w niedostępnym borze
Jakie u brzegów samotnych zachwyty!
Tu towarzystwo, gdzie nikt wejść nie może,
Tu, gdzie muzyka fal rwie się w błękity!
Ja kocham ludzi, lecz jestem upity
Żywą miłością Przyrody! ja do niéj
Śpieszę: rzucając to, z czém byłem zżyty,
Czuję, w wszechświata pogrążony toni,
To, co się z wnętrza w słowie, choć chce, nie wyłoni.

CLXXIX.

Tocz fale wód swych, oceanie siny!
Bicz flot tysiąca darmo cię rozpienia!
Na lądzie śladem człowieka — ruiny,
U twoich brzegów kres jego niszczenia!
Ty sam druzgocesz tu statki! Ni cienia
Tu nie zostawia człowiek, gniewem zdjęty —
Chyba ślad jeden: piany krótkie wrzenia,
Gdy, jak dżdżu kropla, padnie w twe odmęty
Bez dzwonów, bez pogrzebu, w trumnę nie zamknięty.

CLXXX.

Smug twój nie na to, aby go łupiły
Ręce człowieka... Spiąwszy się do góry,
Strącisz go z siebie... Ty szydzisz z téj siły,
Którą on ziemi zadaje tortury —
Ze swojéj piersi podrzucisz go w chmury,
Albo o ziemię twa moc go uderzy —
Śród fal wyjących igraszki ponuréj —
W jakiéjś zatoce, u jakichś wybrzeży,
W porcie jego nadziei: tam niech sobie leży!

CLXXXI.

Te pancerniki, co gromami biją
W skaliste twierdze, tak, że drżą narody,
Że się w stolicach władce z strachu wiją,
Dębowych smoków tok olbrzymie kłody,
Że się ich twórców marne, pyszne trzody
Zwią wojn panami i twego obszaru,
To twa zabawka! Wszak padły w twe wody
Jak śnieżne pyłki spienionego waru,
Owa duma Armady i łup Trafalgaru.

CLXXXII.

Państwa twych brzegów — czém są dzisiaj one?
Rzym, Kartagina, Asyrja, Hellada!...
Zmyły ich wolność twe fale spienione,
Lecz i tyranów... Dziś nad niemi włada
Obcy, służalce, ciemięzca... Zagłada
W puszcze zmieniła dzierżawy — twe skronie
Zawsze te same: czas im brózd nie zada!
Jak w dniu stworzenia, tak i dzisiaj plonie
Ten lazur, co okrywa igrające tonie.

CLXXXIII.

Chwalebne lustro, gdzie się nawet w burzy
Ogląda Wszechmoc! ty — cichy-ś czy wrzący,
Czy wiew cię muska, czy cię orkan chmurzy,
Czyś pod biegunem, czy w strefie gorącéj —
Zawsze wspaniały, granic nie znający!
Niewidzialnego tronie! pierwowzorze
Wieczności! berło wszelkich stref dzierżący!
Z twych szlamów płód ten, co w tobie ma łoże!
Bezdenny i samotny strasznych wód przestworze!

CLXXXIV.

Jam umiłował ciebie, oceanie!
I szczytem uciech w méj młodości lecie
Było: jak bąbel płynąć po twéj pianie!
Od dziecka-m przywykł do twych fal! Na grzbiecie
Twoim spoczywać to rozkosz! Zamiecie
Burz twych jam kochał, chociaż wnętrze człeka
Przejmują grozą: ufałem, twe dziecię,
Odmętom twoim zblizka i zdaleka,
Jak dziś, gładziłem włos twój, co zdrojami ścieka.

CLXXXV.

Spełnione dzieło! koniec mojéj pieśni!
W swém własném echu już mój temat ginie...
Czar snu długiego niech już raz się prześni!
Gaśnie pochodnia, co w nocnéj godzinie
Dawała światło méj lampie! Niech płynie
Pieśń, jak powstała! poprawiać daremnie!
Czém byłem dawniéj, nie jestem już ninie;
Marzenia nikną i żar, co był we mnie,
Drga, słabnie i blednieje i zmienia się w ciemnię.

CLXXXVI.

Bywajcie zdrowi! Niéma na to rady —
Smutne to słowo, lecz — bywajcie zdrowi!
Wy! co w wędrowca podążając ślady,
Z nim razem k’temu doszliście końcowi:
Jeśli choć jednę myśl kto z was wyłowi
Z tych, co są jego, i w duszy pomieści,
To nie był ciężkim sandał pielgrzymowi...
Bywajcie zdrowi!... z nim jego boleści
Zostaną — wam niech morał spłynie z ksiąg tych treści!



KONIEC.



Przypisy

  1. Sabellicus, opisując widok Wenecyi, użył powyższego obrazu, który nie byłby poetycznym, gdyby nie był prawdziwym. — „Quo fit, ut qui superne urbem contempletur, turritam telluris imaginem medio Oceano figuratam se putet inspicere“. B.
  2. Odpowiedź matki Brazydasa, dowódcy Lacedomonów, dana cudzoziemcom, sławiącym pamięć jéj synów. B.
  3. Statek, na którym dożowie odbywali ceremonię zaślubin z morzem, i z którego pokładu rzucali pierścienie do wody, nazywał się Bucentaur. Tł.
  4. To znaczy lew św. Marka, sztandar rzeczypospolitéj skąd pochodzi wyraz Pantalon — Pantaleon. B.
  5. Opowiada o tém Plutarch w żywocie Nicyasa. B.
  6. „Wenecya wyzwolona“; „Tajemnice Udolfa“; „Czarnoksiężnik lub Armeńczyk (der Geisterseher)“, „Kupiec wenecki“, „Otello“. B.
  7. Gatunek szczególniejszego świerku alpejskiego, udającego się tylko na regionach najbardziéj skalistych, gdzie dla swego wyżywienia znajduje jak najmniéj ziemi. W tych miejscach wyrasta on do większéj wysokości, aniżeli wszelkie inne drzewa górskie. B.
  8. Opis powyższy może się wydać fantastycznym i przesadnym tym ludziom, którzy nigdy nie widzieli wschodniego lub włoskiego nieba; w rzeczywistości atoli jest on tylko wiernym i może nawet niedostatecznym obrazem jednego z tych sierpniowych wieczorów (d. 18), jakie widziałem podczas częstych przejażdżek konnych nad brzegami Brenty, w pobliżu La Mira. B.
  9. Walczyć można tak samo z demonami jak i ze swemi lepszemi myślami. Szatan wybrał sobie puszczę, ażeby kusić naszego Zbawiciela. A nasz nieskazitelny John Locke przenosił obecność dziecka nad zupełną samotność. B.“
  10. W kwietniu 1817 r. był lord Byron w Ferrarze, zwiedził zamek, celę Torkwata Tassa etc. i napisał kilka dni późniéj „Narzekania Tassa“.
    — „Jeden z mieszkańców Ferrary zapytał mnie“, powiada poeta w liście do jednego ze swych przyjaciół, „czy znam „Lorda Byrona“, jego znajomego, bawiącego obecnie w Neapolu. Odpowiedziałem mu „Nie“! co było prawdą w dwóch kierunkach: raz, że nie znałem oszusta, a powtóre, że nikt nie zna siebie. Osłupiał, gdym mu powiedział, że ja to właśnie jestem tym prawdziwym „Szymonem Czystym“. Inny znowu pytał mnie się, czy nie tłómaczyłem Tassa. Widzisz, co to znaczy sława; jak jest dokładną, jak nie znającą granic! Nie wiem, jak czują inni, co do mnie, to zawsze jestem lżejszym i lepszym, jeżeli się pozbędę swojéj. Leży ona na mnie, jak zbroja na pachołku lord-majora; pozbyłem się téż całego hałasu literatury i jéj wszystkich fatałaszek, odpowiadając mu, że nie ja, lecz mój imiennik przełożył Tassa; i dzięki niebu tak mało wyglądam na poetę, że każdy mi wierzy“.
  11. Byron Scotta cenił bardzo wysoko. W jednym ze swych listów nazywa go „pisarzem, największy wzbudzającym podziw“.
  12. Nie wiem, czy się to Scottowi będzie podobało, ale nazwałem go w méj książce „Arjostem Północy“. B. w liście do wydawcy Murraya; sierpień 1817.
  13. Obie te stance, XLII i XLIII są, z wyjątkiem jednego lub dwu wierszy, przekładem słynnego sonetu Filikai: „Italia, Italia, O tu cui feo la sorte“. B.
  14. W sławnym swym liście, wystosowanym do Cycerona z powodu śmierci córki, opisuje Serwiusz Sulpicyusz drogę, którą w różnych czasach i różnych podróżach po Grecyi zarówno lądem jak i morzem przebywałem, tak, jaką była wówczas i jaką jest obecnie: „W powrocie z Azyi, płynąc z Eginy do Megary, zacząłem przyglądać się widokowi otaczających mnie okolic; za mną była Egina, Megara przedemną: Pireus miałem po prawéj, Korynt po lewéj; wszystko, co było ongi słynnemi i kwitnącemi miastami, dzisiaj zwalone i pogrzebane w gruzach. Patrząc na to, mogłem sobie tylko pomyśléć: jakżeż my biedni ludzie pożeramy się i trapimy, jeżeli przypadkiem umrze lub zabitym zostanie któryś z przyjaciół naszych, my, których życie tak krótkiém, a tu przed oczami memi leżą szkielety niejednego miasta sławnego“. B.
  15. Poggio, patrząc z kapitolińskiego wzgórza na zwaliska Rzymu, wydał następujący okrzyk z wnętrza: Ut nunc omni decore nudata, prostrata jacet, instar gigantei cadaveris corrupti atque undique exesi“. B.
  16. W r. 1817, w drodze do Rzymu, odwiedził Byron Florencyę. „Zabawiłem (tamże)“, powiada on, „tylko dzień jeden; pomimo to zwiedziłem obie galerye, z których wychodzimy pijani pięknością. Wenus wzbudza raczéj podziw, niż miłość, ale tu są rzeźby i malowidła, które po raz pierwszy dokładne dały mi wyobrażenie, co naród rozumie przez swój hymn pochwalny mówiąc, że te dwie sztuki są najbardziéj sztukami w dziedzinie sztuk. Najsilniéj uderzyły mnie: Rafaela portret kobiety; Tycyana portret kobiety; Wenus Tycyana w galeryi medycejskiéj; Wenus Canowy w drugiéj galeryi: Tycyana portret kobiety znajduje się również w drugiéj galeryi (t. zw. galeryi pałacu Pitti); Parki Michała Anioła, malowidło; daléj Antynous, Aleksander i jedna lub dwie nie bardzo przyzwoite grupy w marmurze; Geniusz śmierci, figura śpiąca etc. etc. Byłem także w kaplicy Medyceuszów. Ładne fatałaszki, w olbrzymich wykute głazach, ku pamięci zgniłych i zapomnianych trupów. Kaplica jest nieskończona i tak niech zostanie“. Zwiedziwszy galerye florenckie po raz drugi (w r. 1821), pisał Byron: „Poprzednie moje wrażenia zostały obecnie utwierdzone; zbyt dużo jednak było tutaj zwiedzających, ażeby módz cokolwiek tu dokładnie odczuwać. Kiedyśmy byli (po raz trzeci czy czwarty) śród ogromnego tłoku w gabinecie gam i bawidełek w kącie galeryi, powiedziałem Rogersowi (autorowi „The Pleasures of Memory“), że wyglądała tak, jak w jakiéj strażnicy. — Słyszałem, jak dzielny jakiś Anglik, patrząc na Wenerę Tycyana, oświadczył żonie, prowadzonéj pod ramię: „Tak, jest to rzeczywiście prawdziwie piękne!“ — uwaga, podobna do téj, jaką w Józefie Andrewsie wypowiedział szlachcic wiejski o „nieuchronności i nicości“, które to zdanie, jak zauważyła żona szlachcica, było „nadzwyczaj prawdziwe“. W pałacu Pittich nie zapomniałem o Goldsmitha przepisach dla znawców, że „malowidła byłyby lepsze, gdyby malarze zadali sobie trudu, i że chwalić trzeba Piotra z Perugli“.
  17. ’Οφθαλμους εστιαν. „Atque oculos pascat uterque suos“. Ovid. Amor. lib II. B.
  18. Kościół św. Krzyża (Santa Croce) nie zawiera nic wspaniałego. Groby Machiavella, Michała Anioła, Galileo i Alfierego czynią go „Opactwem westminsterskiem“ Włoch. Nie podziwiałem ani jednego z tych grobów, oprócz ich zawartości. Grobowiec Alfierego jest ciężkim i przeładowanym. Cóż potrzeba, oprócz biustu i nazwiska? a może i daty? przynajmniéj dla ludzi z chronologią tak nieobeznanych jak ja. Wszystkie zaś wasze allegorye i chwalby są dyabła warte, a gorsze niż owe długie peruki głupców angielskich, zdobiące ciała rzymskie w statuaryach królów Karola II, Wilhelma i królowéj Anny“. (Listy Byrona 1817).
  19. Niéma „Przewodnika podróży“, w którymby nie było wzmianki o świątyni Klitumna, znajdującéj się pomiędzy Foligno a Spoleto; i rzeczywiście niéma we Włoszech miejsca lub widoku, godniejszego opisu. Co się tyczy zburzenia świątyni, czytelnik raczy zajrzéć do Not historycznych czwartéj pieśni. B.
  20. Kaskadę del Marmore w Temi widziałem dwa razy, i to w różnych czasach: u góry ze szczytu skały i z doliny. Jeżeli podróżnik ma czas zwiedzić ją tylko raz, to wybrać należy widok ostatni. Oba widoki więcéj warte, niż wszystkie razem kaskady i strumienie szwajcarskie. Staubach, Reichenbach, Pisse Vache, wodospad Arpenazu etc., są w porównaniu z tamtą tylko potoczkami. O wodospadzie w Szafhuzie nic powiedzieć nie mogę, ponieważ go nie widziałem. B.
  21. piękności codzienną tęczę nad jeziorem welińskiém. Jeden z uczonych wielkiego nazwiska okolicy téj osobny poświęcił traktat. Patrz Ald. Manut. de Reatina Urbe Agroque, ap. Sallengre. Thesaur, tom I p. 773. B.
  22. ....Chciałem przez to wyrazić, że tego rodzaju nauka znuży nas, zanim zrozumiemy piękność przedmiotu; że uczymy się na pamięć, zanim pamięć może coś objąć; że tego rodzaju dydaktyka w wieku, w którym nie możemy ani odczuć, ani pojąć potęgi jakiegoś utworu, wymagającego znajomości życia zarówno Greków jak i Łacinników, zabija w nas świeżość i niszczy rozkosze i korzyści, jakiebyśmy mogli mieć z niego w przyszłości. Z téj saméj przyczyny nie możemy odpowiednio czerpać z niejednego najpiękniejszego ustępu w dziełach Szekspira (np. być albo nie być), ponieważ już w 8 roku naszego życia starano się z wielkim trudem wbijać je nam w głowę jako ćwiczenie nie umysłu, lecz pamięci, tak, że gdy dojdziemy do wieku, w którym moglibyśmy się utworami temi rozkoszować, straciliśmy już smak i apetyt do nich. W niektórych krajach lądu stałego, młodzież zaprawianą bywa na pisarzach zwyklejszych, nauka najlepszych autorów klasycznych pozostawiona jest wiekowi dojrzalszemu. Mówiąc o tém, nie myślę wcale z jakimś gniewem lub z jakąś niechęcią dotknąć miejsca méj własnéj edukacyi. Nie byłem leniwym, jakkolwiek głupi był chłopak ze mnie; nie wierzę téż, aby ktokolwiek był, lub mógł być bardziéj przywiązanym do Harrow, aniżeli ja zawsze byłem, i słusznie; — peryod czasu, który tutaj upłynął, był najszczęśliwszym w mém życiu, a nauczyciel mój, czcigodny dr. Józef Drury, był najlepszym i najgodniejszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek posiadałem; zbłądziwszy, przypominałem sobie nauki jego niejednokrotnie, choć nieraz zapóźno, a za radami jego szedłem zawsze, ilekroć postępowałem dobrze lub rozumnie. Gdyby to niedostateczne przypomnienie mych uczuć, jakie względem niego żywię, miało dojść jego oczu, niech sobie przypomni człowieka, który o nim myśli tylko z czcią i wdzięcznością — człowieka, któryby się jeszcze bardziéj chełpił i cieszył z tego, że był jego wychowankiem, gdyby przez dokładniejsze wypełnianie jego wskazówek mógł nauczycielowi swemu pewien zgotować zaszczyt.
  23. Byłem kilka dni w cudownym Rzymie. Jestem zachwycony Rzymem. Jako całość — zarówno nowożytny jak i starożytny — przewyższa on Grecyę i Konstantynopol, wogóle wszystko, co widziałem. Nie umiem go opisać, ponieważ pierwsze moje wrażenia zawsze są gorączkowe i pomieszane; dopiero późniéj pamięć moja przebiera w nich, segreguje je i porządkuje, jak odległość w krajobrazie i czyni je dokładniejszemi, jakkolwiek w rzeczywistości mniéj są dokładne. Większą część dnia przepędzałem na koniu i to codziennie od chwili mego przybycia. Byłem i śród gór albańskich, w Frascati, Arycyi etc. Co się tyczy Koloseum, Panteonu, św. Piotra, Watykanu, Palatynu etc. etc. to są one zupełnie nie do pojęcia, trzeba je koniecznie widziéć“. Listy Byrona 1817.
  24. Co się tyczy komentarza do téj, oraz dwóch następnych stanc, czytelnik raczy zajrzéć do Not historycznych. B.
  25. Orozyusz podaje liczbę tryumfów 320, za nim poszedł Pamwiniusz, za Pamwiniuszem Gibbon i inni pisarze nowożytni.
  26. Z pewnością, gdyby Sulla w życiu swojém nie posiadał tych dwóch rysów, o których mowa w powyższych stancach, musielibyśmy go uważać za potwora, którego okrucieństw nie okupiłyby żadne inne podziwienia godne przymioty. Jego dobrowolne zrzeczenie się władzy cesarskiéj musi nas pogrodzić z nim, tak, jak pojednało z nim Rzymian; gdyby go bowiem byli nie szanowali, byliby go zniszczyli. W danym wypadku nie może być innego, podzielonego zdania; trzeba było tak myśléć jak Eukrates, że to, co u niego wydawało się dążeniem do władzy, było tylko miłością sławy, a to, co u niego wydawało się dumą, było prawdziwą wielkością ducha. („Seigneur, vous changez toutes mes idées de la façon dont je vous vois agir. Je croyais que vous aviez de l’ambition, mais aucun amour pour la gloire: je voyais bien que votre âme était haute; mais je ne soupçonnais pas qu’elle fut grande.“ Dialogues de Sylla et d’Eucrate). B.
  27. Dnia 3 września odniósł Kromwell zwycięstwo pod Dunbar, w rok późniéj wywalczył sobie „Koronę czynów“ pod Worcester, a w kilka lat późniéj, tego samego dnia, który on sam uważał dla siebie za najszczęśliwszy, umarł. B.
  28. — „Omnes pene veteres, qui nihil cognosci, nihil percipi, nihil sciri posse dixerunt, angustos sensus, imbecillos animos, brevia curricula vitae, in profundo veritatem demersam, opinionibus et institutis omnia teneri, nihil veritati relinqui, deinceps omnia tenebris circumfusa dixerunt“. Acade. 1, 13. Tysiąc osiemset lat, jakie upłynęły od czasu, gdy Cycero powyższe pisał słowa, nie usunęły ani jednéj z tych słabości ludzkich: skargi filozofów starożytnych można zupełnie słusznie i bez afektacyi, przepisać w poemacie, stworzonym dnia wczorajszego. B.
  29. Dotyczy to grobowca Cecylii Metelli, zwanego dziś Capo di Bove. Patrz Noty historyczne. B.
  30. Ον οι θεοι φιλουσιν, αποθνησκει νεος.
    Το γαρ θανειν ουκ αισχρον, αλλ’ αισχρως θανειν Rich. Franc. Phil. Brunck. Poetae Gnomici, p. 231, oedit. 1784. B.
  31. Palatyn jest olbrzymią kupą gruzów, zwłaszcza od strony, gdzie leży Circus Maximus. Ziemia składa się z warstwy pokruszonéj cegły. Niczego nie powiedziano, nic téż powiedzianem być nie może, co by uzasadniało wiarę w inne starożytności, prócz rzymskich. Patrz Noty hist. B.
  32. Autor żywota Cycerona zaznaczając, jaki sąd mają Anglicy o tym mówcy i współczesnych mu Rzymianach, ma następujący wymowny ustęp: Wobec rozmaitych ich szyderstw na temat barbarzyństwa i nędzy naszéj wyspy, nie można nie zwrócić uwagi na dziwne losy i przewroty, jakie nawiedzają państwa; ten Rzym, ongi pan świata, siedziba sztuk, potęgi i chwały, w jakiém on dzisiaj błocie, jaka w nim panuje ignorancya i nędza, w jakie on zakuty kajdany przez najkrwawszego i najwiekszéj pogardy godnego z tyranów, przez zabobon i oszukaństwo religijne: tymczasem ten kraj daleki, ongi przedmiot szyderstwa i wzgardy dla obywateli Rzymu, stał się dzisiaj szcześliwém gniazdem swobody, ogniskiem dobytku i nauk; atoli kwitnący dzisiaj pod względem sztuk i wszelkich rozkoszy życia, kto wie, czy nie kroczy tą samą drogą, jak Rzym onego czasu; od uczciwéj pracy ku bogactwu, od bogactwa ku zbytkowi, od zbytku do niesforności i rozluźnienia obyczajów, aż zwyrodniały zupełnie i straciwszy wszelkie cnoty, stawszy się dojrzałym dla zniszczenia plonem, nie pójdzie w końcu na łup tego samego ciemiężyciela i straciwszy wolność, a z nią wszystko to, co posiada jakąś wartość, nie zejdzie stopniowo do pierwotnego barbarzyństwa.“ (Patrz: History of the Life of M. Tullius Cicero, sect. VI, vol. II, p. 102). B.
  33. Na kolumnie Trajana stoi dziś posag św. Piotra, kolumna zaś Aureliusza ma na swoim szczycie św. Pawła. Patrz Noty hist. B.
  34. Trajan był przysłowiowo najlepszym z cesarzy rzymskich; i łatwiéj téż znaléźć władcę, któryby posiadał wszystkie przeciwne właściwości, aniżeli takiego, któregoby zdobiły szczęśliwe przymioty przypisywane temu cesarzowi. „Wstąpiwszy na tron“ — powiada o nim historyk Dyon, „był on zarówno silnym co do ciała jak i świeżym co do ducha, wiek nie osłabił w nim ani jednéj z jego władz; był on wolnym od wszelkiéj zawiści, jako téż od skłonności oszczerczych; czcią otaczał wszystkich ludzi cnotliwych i nie omieszkiwał ich popierać; z téj téż przyczyny nie mogli być dla niego przedmiotem nienawiści lub bojaźni; nie słuchał nigdy donosicieli ani nie dopuszczał zapalczywości; wstrzymywał się zarówno od nieuczciwych posadzeń jak i od wymierzania niesprawiedliwych kar: wolał on raczéj być kochanym, aniżeli czczonym jako władca; uprzejmym był dla ludu, senat szanował, kochał go téż i jeden i drugi, nikogo nie napawał bojaźnią, oprócz wrogów swego kraju.“ Patrz Eutrop. Brev. Hist. Rom. lib. VIII, c. 5. Dion. Hist. Rom. lib. LXIII, cap. 7. B.
  35. Nazwisko i czyny Rienzego są zapewne znane czytelnikom Gibbona. O niektórych szczegółach, oraz o niewydanych rękopismach, dotyczących te go nieszczęśliwego bohatera, może czytelnik zasięgnąć wiadomości w Notach historycznych do pieśni czwartéj. B.
  36. Po łacinie lolium, niem. Lolch, ang. tare. (Przy. tł.)
  37. W każdym razie“, powiada autor Roztrząsań akademickich, „spodziewam się, że jakikolwiek będzie los moich własnych rozmyślań, filozofia odzyska znowu ten warunek, jaki posiadać winna. Swobodny i filozoficzny duch naszego narodu był dla świata przedmiotem podziwu. Nim to wyróżniał i chełpił się Anglik, on to był jasnym źródłosłowem jego sławy. Mielibyśmy zapomniéć o męstwach i szlachetnych uczuciach naszych przodków, ażeby językiem naszych matek lub mamek bajać o naszych poczciwych, starych prze sądach? Nie tutaj droga, wiodąca do obrony prawdy. Nie w taki sposób podpierali ją ojcowie nasi w wspaniałych epokach dziejów naszych. Przesad może sobie przez krótki przeciąg czasu zewnętrznych bronić murów, gdy tym czasem rozsądek śpi wewnątrz twierdzy; jeżeli jednak ostatni popadnie w letarg, wówczas pierwszy zatknie coprędzéj własny swój sztandar. Filozofia, umiejętność i wolność, wspierają się wzajemnie: kto rozumować nie chce jest pobożnisiem; kto nie może, głupcem, a kto nie ma odwagi tego czynić, niewolnikiem“. Vol. I, przedm. p. 14, 15. B.
  38. Czy przecudowny posąg, który podał myśl do napisania powyższego obrazu, jest naprawdę wijącym się gladyatorem, jak to wbrew krytyczne mu twierdzeniu Winkelmanna, dotychczas uporczywe panuje mniemanie, czy téż wyobraża on herolda greckiego, jak stanowczo twierdzi wielki ten starożytnik (Jest to Polifontes, herold Laiusa, zabitego przez Edypa; albo Cepreas, herold Eurithaeusa, zabitego przez Ateńczyków, gdy usiłował oderwać, Heraklidów od ołtarza, na cześć których ustanowili oni doroczne igrzyska-przetrwały one aż do czasów Hadryana; lub téż Anthemorritus, herold ateński, zabity przez mieszkańców Megary, którzy nigdy nie przepuszczali bezbożności. Patrz Storia delle Arti, etc. tom II, p. 203—207 lib IX, cap. II. B.), czy téż wreszcie spartańskim lub barbarzyńskim puklerznikiem, jak mniema włoski jego wydawca, wydaje się on w każdym razie kopią arcy dzieła Ktezylausa, przedstawiającą rannego, umierającego człowieka, w którym w sposób skończony wyrażona jest ta resztka życia, jaka w nim jeszcze pozostała“. Montfaucon i Maffei uważali posąg ten za oryginał, ten atoli był z bronzu. Gladyator znajdował się przedtém w Willi Ludowisi, a kupił go Klemens XII. Prawe ramię jest całkowicie odnowieniem, dokonaném przez Michała Anioła. B.
  39. Swetoniusz opowiada nam, że Juliusz Cezar szczególnie był ucieszony dekretem senatu, pozwalającym mu wieniec laurowy przy każdéj nosić sposobności. Szło mu o to nie dlatego, aby pokazać, że jest zwycięzcą świata, ale dlatego, aby módz ukryć, że jest łysy. Cudzoziemcowi w Rzymie trudno pojąć tego rodzaju pobudkę i mybyśmy jéj nie zrozumieli, gdyby nam z pomocą nie przyszedł dziejopis. B.
  40. „W upadku i końcu państwa rzymskiego“ przytoczono to jako dowód, że Koloseum było jeszcze całe w czasie, gdy je z końcem siódmego lub początkiem ósmego wieku widzieli pielgrzymi anglosascy. Bliższe szczegóły dotyczące Koloseum, znajdują się w Notach historycznych. B.
  41. Jakkolwiek odarta ze wszystkiéj miedzi, oprócz pierścienia, który był niezbędny do podtrzymania otworu górnego; jakkolwiek wystawiona na powtarzające się pożary, jakkolwiek niejednokrotnie zalewana wodą rzeki i ciągle otwarta dla deszczów, rotunda ta zachowana jest tak, jak żaden inny, równéj starożytności pomnik. Z małemi zmianami stała się ona z świątyni pogańskiéj dzisiejszym kościołem, a jéj wgłębienia tak się dały do chrześcijańskich zastosować ołtarzy, że Michał Anioł, znakomicie obeznany z pięknem starożytném, użył ich jako modelu do kościoła katolickiego“. Forsyth’a „Włochy“ p. 137, wyd. 2. B.
  42. Panteon stał się dzisiaj przybytkiem, w którym poustawiano biusty wielkich, a przynajmniéj znakomitych mężów nowożytnych. Strugi światła które z szerokiego otworu górnego spadały ongi na koło bóstw, spływają dzisiaj na liczne zgromadzenie męczenników, pomiędzy któremi ten i ów otaczany jest przez ziomków czcią nieomal boską. O Panteonie patrz Noty historyczne. B.
  43. Ta i trzy następne zwrotki dotyczą historyi córki Rzymianina. Podróżnikowi przywodzi ja na pamięć rzeczywiste lub domniemane miejsce wydarzenia. Pokazują je w kościele św. Mikołaja in Carcere. Trudności, niepozwalające całkowicie uwierzyć w to opowiadanie, wyłożono w Notach historycznych. B.
  44. Zamek św. Michała. Patrz Noty historyczne.
  45. Ta i część następnych zwrotek dotyczą kościoła św. Piotra.
  46. „Śmierć księżniczki Karoliny wywarła nawet tutaj (w Wenecyi) wielkie wrażenie, w ojczyźnie musiało się ono równać trzęsieniu ziemi. Los téj biednéj dziewczyny jest smutny pod każdym względem. Umarła, licząc lat dwadzieścia czy coś takiego, urodziwszy dziecko i do tego chłopca, będąc księżniczką, a w przyszłości mając zostać królową, i to w chwili, gdy zaczynała być szczęśliwą, gdy zaczynała się sama cieszyć i budzić nadzieję. Boleję nad nią pod każdym względem“. Listy Byrona.
  47. Marja (Stuart) umarła na rusztowaniu, Elżbieta z sercem złamaném, Karol piąty skończył jako pustelnik, Ludwik XIV, postradawszy bogactwa i sławę; Kromwell umarł ze strachu, a największy wreszcie Napoleon żyje jako więzień. Do tych władców możnaby dołączyć jeszcze długi, lecz zbyteczny szereg nazwisk równie świetnych i równie nieszczęśliwych. B.
  48. Wioska Nemi leży w pobliżu arycyjskiego schroniska Egeryi, a od cieniów, które ongi osłaniały świątynię Dyany, zachowała ona dotychczas znamienne nazwisko „Gaj“. Nemi oddaloną jest tylko o konną jazdę jednego wieczoru od wygodnego hotelu w Albano. B.
  49. Wszystkie stoki wzgórzy Albano posiadają niedościgłą piękność, a z klasztoru, który na najwyższym znajduje się punkcie, wyparłszy świątynię Jowisza latyńskiego, obejmuje oko wszystko to, o czém mowa w powyższéj stancy: morze Śródziemne, cały krajobraz, gdzie się rozgrywają wypadki drugiéj połowy Eneidy, oraz wybrzeża, począwszy od upływu Tybru aż do przylądku Cyrrejskiego i Terracyńskiego. Patrz Noty historyczne. B


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Jan Kasprowicz.