Wędrówki Rycerza-Harolda/Noty historyczne do pieśni IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Wędrówki Rycerza-Harolda
Podtytuł Romanca
Pochodzenie Poemata
Data wydania 1895
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Noty historyczne do pieśni IV.

Nota I. Więzienia stanu w Wenecyi.

„Na moście Westchnień, we weneckim grodzie
Stałem, tu pałac mając, tu więzienie“.

Stanca I.

Połączenie pomiędzy pałacem książęcym a więzieniem weneckiém tworzy ponury most, albo raczéj kryta galerya, wznosząca się wysoko ponad wodą, kamiennym murem podzielona na korytarz i celę. Więzienia stanu, zwane pozzi czyli studnie, wpuszczone były w grube mury pałacu; więźniów, skazanych na śmierć, przeprowadzano środkiem galeryi na drugą stronę, a potem z powrotem do drugiéj części mostu, to jest celi, gdzie ich następnie duszono. Nizkie drzwi, przez które skazańca prowadzono do téj celi, dziś są zamurowane; korytarz atoli więcéj jest otwarty i znany jest pod nazwiskiem „Mostu Westchnień“. Pozzi znajdują się pod posadzką gmachu, u stóp mostu. Pierwotnie liczba ich wynosiła dwanaście; atoli za pierwszém najściem Francuzów, głębiéj leżące więzienia Wenecyanie coprędzéj zamurowali albo je rozwalili. Pomimo to można się dzisiaj jeszcze dostać do nich przez drzwi spuszczane i wczołgać się przez nawpół rozwalone otwory do głębokości dwóch piętr pod parterem. Ktoby chciał szukać ukojenia żalu po upadku władzy patrycyuszów, to je tutaj znajdzie; zaledwie jakiś promyczek światła drży w téj ciasnéj galeryi, prowadzącéj do cel, kaźnie natomiast zupełnie są ciemne. Wązki otwór w murze dopuszczał nieco wilgotnego powietrza z korytarza do wnętrza, służąc zarazem za miejsce, przez które więźniom podawano pożywienie. Drewniany tapczan, wyniesiony o stopę ponad posadzką, był jedynym tutaj sprzętem. Przewodnicy opowiadają, że wszelkie oświetlenie było zakazane. Długość ich wynosiła około pięć, szerokość dwa i pół, a wysokość siedem kroków. Cele znajdują się jedna pod drugą; w dolnych jamach oddychanie wielce jest utrudnione.
Gdy republikanie zeszli do tych straszliwych jaskiń, znaleźli w nich jednego tylko więźnia, który miał tam przesiedzieć lat szesnaście. Mieszkańcy tych więzień pozostawili na ścianach ślady swéj skruchy lub rozpaczy; niektórzy z nich zdradzają dużo bystrości umysłu. Nietylko z podpisów, ale także z wizerunków kościołów i dzwonnic, wyrytych na murach wynika, że niektórzy ze skazańców należeli do stanu duchownego albo nagrzeszyli przeciwko niemu.
Dla czytelnika będzie może warto zapoznać się z dokumentami, powstałemi w téj straszliwéj samotności. Trzy z tych napisów, które kopiowano niejednokrotnie, są następujące:

1. NON TI FIDAR AD ALCUNO PENSA e TACI
SE FUGIR VUOI DE SPIONI INSIDIE e LACCI
IL PENTIRTI NULLA GIOVA
MA BEN DI VALOR TUO LA VERA PROVA
1607. ADI 2. GENARO. FUI RE-
TENTO P’LA BESTIEMMA P’AVER DATO
DA MANZAR A UN MORTO
LACOMO. GRITTI. SCRISSE.

2. UN PARLAR POCHO et
NEGARE PRONTO et
UN PENSAR AL FINE PUO DARE LA VITA
A NOI ALTRI MESCHINI
1605.
EGO JOHN BAPTISTA AD
ECCLESIAM CORTELARIUS.

3. DE CHI MI FIDO GUARDAMI DIO
DE CHI NON MI FIDO MI GUARDARO IO
A TA H A NA
V. LA S. C. K. R.

Przepisywacz pozostawił błędy, nie poprawiając ich; niektóre z nich są atoli wątpliwe, ponieważ głoski były widocznie ryte na ścianie w ciemności. Warto zauważyć, że w pierwszym napisie czytać należy bestemmia i mangiar i że umieścił go widocznie więzień, skazany za jakąś zbrodnię, dokonaną na trupie; co się tyczy wyrazu cortellarius, to oznacza on mieszkańca parafii, położonéj na lądzie stałym, niedaleko morza; ostatnie zaś głoski początkowe mają widocznie wyrażać: Viva la santa Chiesa Kattolica Romana.

Nota II. Pieśni gondolierów.

„Zmilkły w Wenecyi już echa Tassowe“.

Stanca III.

Znana bardzo pieśń gondolierów, złożona z odmian stanc, wziętych z Tassa „Jerozolimy wyzwólonéj“, zmarła razem z niepodległością Wenecyi. Wydania wiersza, z oryginałem na jednéj kolumnie, a z waryacyami weneckiemi na drugiéj, tak jak go śpiewali wioślarze, były ongi częstemi, a i dzisiaj można je spotkać niejednokrotnie. Następujący wyjątek wykaże nam różnicę pomiędzy eposem toskańskim, a „Canta alla Barcariola“.

Oryginał.

Canto l’arme pietose, e l’capitano
Che l’gran Sepolero liberò di Cristo.
Molto egli oprò col senno, e con la mano
Molto soffri nel glorioso acquisto;

E in van l’Inferno a lui s’oppose, e in vano
S’armò d’Asia, e di Libra il popol misto,
Che il Ciel gli diè favore, e sotto a i santi
Segni ridusso i suoi compagni erranti.


Po wenecku.

L’arme pietose de cantar gho vogia,
E de Goffredo la immortal braura
Che al fin l’ha libera co strassia, e dogia
Del nostro buon Gesù la Sepoltura
De mezzo mondo unito, e de quel Bogia
Missier Pluton non l’ha bu mai paura:
Dio l’ha agiuta, e i compagni sparpagnai
Tutti ’l gh’ i ha messi insieme idi del Dai.


Niektórzy ze starszych gondolierów umieją jednak dotychczas i od czasu do czasu śpiewają stancę tak znanego im ongi śpiewaka.
Ubiegłego 7 stycznia popłynął autor Czajlda Harolda wraz z drugim Anglikiem, piszącym te słowa, do Lido, w towarzystwie dwóch śpiewaków, z których jeden był cieślą a drugi gondolierem. Pierwszy usiadł na przedzie, drugi zaś u steru łodzi.
Wkrótce po pozostawieniu za sobą bulwaru Piazzetty, zaczęli śpiewać i nucili dopóty, dopóki nie dotarliśmy do wyspy. Pomiędzy innemi próbkami, śpiewali nam o śmierci Kloryndy, oraz o pałacu Armidy — i to nie w narzeczu weneckiem, lecz w toskańskiem. Cieśla, który był wprawniejszym od swego towarzysza i niejednokrotnie musiał mu dopomagać, mówił nam, że może nam oryginał przetłómaczyć. Dodał on także, że umie jakie trzysta stanc na pamięć, nie ma atoli ochoty (morbin — oto wyraz, jakiego użył) nauczyć się więcéj, albo śpiewać te, które mu są znane; trzeba mieć dużo wolnego czasu, aby tego się wyuczyć lub tém się zajmować, a spojrzyjcie — powiedział biedak daléj — na moje ubranie i na mnie; nie świetnie mi się wiedzie“. Słowa jego większe na nas wywarły wrażenie, aniżeli jego śpiew, który tylko przyzwyczajenie może uczynić przyciągającym. Recytatyw był ostry, krzykliwy i jednostajny; gondolier zaś pomagał swemu głosowi w ten sposób, że przykładał rękę do jednéj strony ust. Cieśla okazywał spokój, starając się zachować go do końca; był jednak za bardzo przejęty swym śpiewem, ażeby módz panować nad sobą. Od ludzi tych dowiedzieliśmy się, że śpiewanie nie ogranicza się tylko do gondolierów, ale, że inni do niższych klas należący, jakkolwiek śpiew tam jest rzadki, znają tę lub owę stancę.
Zdaje się, że równoczesne śpiewanie i wiosłowanie nie jest w zwyczaju. Jeżeli zresztą nieczęsto słyszy się wiersze z Jerozolimy wyzwolonéj; to przeciéż na kanałach weneckich dość dużo jest muzyki; w dni świąteczne zwłaszcza niejednemu cudzoziemcowi, nie umiejącemu zbytecznie odróżniać słów, może się zdawać niejednokrotnie, że z gondol rozbrzmiewają pieśni Tassa.
Autor uwag, zawartych w „Curiosities of Literature“, wybaczy, że przytaczam z niego dwa razy: z wyjątkiem bowiem kilku zwrotów nieco przesadnych i rozwlekłych, opis jego jest ścisły i wiele posiadający wdzięku. W Wenecyi umieją gondolierzy długie ustępy z Ariosta i Tassa, śpiewając je często na jakąś szczególniejszą nutę. Zdolność ta zdaje się jednak obecnie zanikać: w ostatnich czasach zdołałem z wielkim trudem dwóch znaléść zaledwie ludzi, którzy mi umieli przytoczyć coś z Tassa. Dodać muszę, że zmarły p. Berry zaśpiewał mi ongi ustęp z Tassa na sposób, w jaki podług jego zapewnienia nucą gondolierzy.
„Strofy śpiewają zawsze naprzemian dwie osoby. Molodyę znamy zresztą z Rousseau’a; wydrukowano ją w jego pieśniach; nie ma ona właściwie melodyjnego spadku i jest czémś pomiędzy canto fermo a canto figurato; do pierwszego zbliża się recytatywną deklamacyą, do drugiego zaś przejściami i tokami, przyczém zachowywaną i upiększaną bywa jedna zgłoska.
„Pewnego razu wsiadłem do gondoli przy blasku księżyca; jeden z śpiewaków usadowił się w tyle, a drugi na przedzie, i tak popłynęliśmy do St. Georgio. Jeden z nich zaczął śpiewać, a gdy skończył swą zwrotkę, podchwycił drugą pieśń i tak szło na przemiany jednym ciągiem. W całym tym śpiewie powtarzały się jedne i te same nuty bez przerwy, atoli stosownie do treści zwrotki kładł to jeden to drugi na tę lub owę nutę większy nacisk, i rzeczywiście ekspresja całéj zwrotki zmieniała się stosownie do tego, jak się zmieniała treść poematu.
„Ogółem dźwięki były szorstkie i chrapliwe; śpiewający zdawali się, jak to się dziać zwykło u ludzi niewykształconych, szukać doskonałości śpiewu w sile głosu; jeden chciał prześcignąć drugiego potęgą swych płuc; z tego téż powodu, dalekim będąc od znajdywania przyjemności w téj scenie, byłem, uwięziony w pudle gondoli, w położeniu nie bardzo przyjemném.
„Mój towarzysz, któremu zwierzyłem się z mych uczuć, starał się usilnie podtrzymać kredyt swych ziomków, że śpiew ten wielce jest przyjemny, jeżeli go się słucha z daleka. Stosownie do tego wysiedliśmy na brzeg, pozostawiając jednego z śpiewaków w gondoli, drugi zaś stanął od niego w oddaleniu o jakie sto kroków. Zaczęli tedy śpiewać jeden po drugim, ja zaś przechadzałem się pomiędzy niemi, w ten sposób, że opuszczałem tego, który rozpoczynał swą zwrotkę. Bardzo często stawałem, przysłuchując się to jednemu, to drugiemu.
„Rzecz wydawała się w ten sposób lepiéj przystosowaną. Silny deklamatorski, choć wrzaskliwy ton uderzał ucho z daleka, wywołując uwagę na siebie; prędko po sobie następujące przejścia, które z konieczności trzeba było niższym śpiewać tonem, wydawały się niby żałosnemi skargami, jakie następować zwykły po objawach wzruszenia lub boleści. Drugi, który z wielką słuchał uwagą, rozpoczynał bezpośrednio tam, gdzie poprzedni kończył, odpowiadając łagodniejszą lub gwałtowniejszą melodyą, stosownie do treści zwrotki. Milczące kanały, wyniosłe gmachy, światłość miesięczna, głębokie cienie gondol, mknących jak duchy, potęgowały dziwno wrażenie téj sceny; śród takich okoliczności nie trudno było przyznać, że śpiew ten przedziwnie jest harmonijny.
„Odpowiada on zupełnie naturze samotnego wioślarza, który, leżąc bezczynnie w swéj łodzi na jakim z kanałów i czekając na kamrata lub przybysza, chcącego się przejechać, skraca sobie nudę piosenkami lub poetycznemi historyjkami, jakie umie na pamięć. Wytęża on wtedy głos, jak tjlko może; głos ten rozlewa się szeroko i daleko ponad zwierciadłem wód, śpiewak zaś czuje się w otaczającéj go zewsząd ciszy samotnym pośród wielkiego i ludnego miasta. Nie dolatuje tutaj ani turkot wozów, ani hałas przechodniów, ciche gondole mkną to w tę, to w owę stronę: zaledwie, że słychać plusk wioseł.
„W oddali słyszy on drugiego, który mu zapewne wcale nie jest znany. Molodya i wiersze łączą natychmiast dwóch obeych ze sobą; jeden odpowiada natychmiast drugiemu, starając się usilnie, aby tamten go słyszał. W milczącém porozumieniu zmieniają oni wiersz za wierszem; a choćby śpiew miał trwać przez całą noc, śpiewacy podtrzymują go bez znużenia; słuchacze, przechadzający się od jednego do drugiego, biorą udział w téj zabawie.
„Wokalne to przedstawienie wydaje się najlepiéj w znaczném oddaleniu i jest wtedy niewymownie uroczém, ponieważ najlepiéj wywołuje pożądane wrażenia samotności. Jest to skarga, ale dźwięcząca przyjemnie, a czasami trudno się nawet od łez powstrzymać. Towarzysz mój, który wcale nie był delikatnie zorganizowaną osobistością, powiedział pewnego razu zupełnie niespodzianie: — E singolare come quel canto intenerisce, e molto più quando lo cantano meglio.
„Opowiadano mi, że kobiety na Libo[1], tym długim szeregu wysp, dzielącym Adryatyk od lagun, zwłaszcza zaś kobiety z najdalszych okolic Malamocco i Palestriny, śpiewają w ten sam sposób urywki z dzieł Tassa i na tę samo nutę.
„Mają one ten zwyczaj, że gdy ich mężowie zajęci są połowem ryb na morzu, wysiadują wieczorami na wybrzeżach, śpiewając te pieśni; zawodzą one donośnym głosem tak długo, aż nie usłyszą i nie odróżnią z daleka odpowiedzi swych mężów“.
Zamiłowaniem do muzyki i poezyi wyróżniają się wszystkie warstwy ludności weneckiéj z pomiędzy innych muzykalnych synów Italii. Miasto samo dostarcza licznych słuchaczy dwom lub trzem przybytkom oper od razu. Mało téż jest wypadków w życiu prywatném, któreby nie spowodowały puszczenia w obieg jakiegoś drukowanego sonetu. Uzyska jakiś lekarz lub prawnik stopień doktorski, wygłosi jakiś ksiądz pierwsze swe kazanie, wykona jakiś chirurg operacyę, zapowie arlekin swój odjazd lub przedstawienie benefisowe, odbędzie się wesele, chrzest albo proces jakiś, a już przywołuje się muzy, ażeby zliczyły odpowiednią ilość zgłosek, i tryumf odnośnéj jednostki rozbrzmiewa na przepysznych białych lub kolorowych plakatach, zajmujących połowę rogów ulic miasta. Ostatni dyg uwielbianéj primadonny sprowadza istny deszcz takich hołdów z owych górnych regionów, skąd w naszych teatrach spływają tylko kupidynki lub śnieżyce. Jest pewna poezya w całém życiu wenecyanina; zwykły jego bieg przerywają niespodzianki i zmiany, godne wyobraźni poetyckiéj, a tak różniące się od treściwéj jednostajności życia Północy; zabawa zalicza się tutaj do obowiązków, obowiązki łagodzi zabawa; jedno i drugie uważane tu bywa za niezbędne składniki żywota, a spełnia się je z jednakową poważną obojętnością oraz wesołą skrzętnością. Gazeta wenecka zamyka regularnie swe łamy następnjącém trojakiem doniesieniem:

Szarada.

Wystawienie Przenajświętszego Sakramentu w kościele świętego

Teatr.

Św. Mojżesz, opera.
Św. Benedykt, komedya charakterów.
Św. Łukasz, nie ma przedstawienia.

Jeżeli sobie przypomnimy, z jaką czcią otaczają katolicy Przenajświętszy Sakrament, to zdawałoby się, że mogliby dla niego daleko godniejsze znaléść miejsce, aniżeli pomiędzy szaradą i widowiskiem teatralném.

Nota III. Lew i rumaki Św. Marka.

Ma święty Marek swego lwa: on stoi,
Gdzie stał...

St. XI.

W podróży swojéj do Inwalidów utracił Lew ewangelię, którą trzymał w łapie: obecnie znajduje się łapa ta w równéj wysokości z drugą nogą. Tak samo i rumaki wróciły na swe źle wybrane miejsce, z którego je wyniesiono, i jak dawniéj, tak i dzisiaj zakryte są do połowy przez okno portalu św. Marka. Historya ich została po długim sporze zadawalniająco wyjaśnioną. Według zdania Grizzo’a i Janetti’ego, a w ostatnich czasach św. Leopolda Cicognary są one pochodzenia rzymskiego i nie powstały wcześniéj, jak za panowania Nerona. Atoli Schlegel dopiero pouczył Wenecyan o wartości ich skarbów, a w końcu jakiś Grek podniósł rzekome prawa swych ziomków do tego szlachetnego dzieła sztuki[2]. Nie pozostawiono wprawdzie Mustodisi’ego bez odpowiedzi, ale właściwie twierdzeń jego nie zbito.
Wobec tego zdaje się, że rumaki te pochodzą z Chios i że do Konstantynopola przewiózł je Teodozyusz. Styl lapidarny jest ulubioną zabawką Włochów i przyniósł sławę więcéj niż jednemu z ich literackich charakterów. Do najlepszych wzorów, wyszłych z drukarni Bodoniego, należy poważny ton napisów, wygotowanych przez jego przyjaciela Pacciandiego. Niektóre z nich poświęcone są odzyskanym na nowo rumakom. Miejmy nadzieję, że nie wybrano sobie najlepszego napisu, umieszczając następne słowa złotemi głoskami ponad portalem katedry:

QUATUOR· EQUORUM· SIGNA· A· VENETIS·
BYZANTIO· CAPTA· AD· TEMP· D· MAR· A· R· S·
MCCIV· POSITA· QUAE· HOSTILIS·
CUPIDITAS· A· MDCCIIIC· ABSTULERAT·
FRANC· I· IMP· PACIS· ORBI· DATAE· TROPHAEUM·
A· MDCCCXV· VIOTOR· REDUXIT.

Nie chcę nic mówić o łacinie, ale niech mi będzie wolno zauważyć, że po stronie Wenecyan było conajmniéj takie samo bezprawie, gdy uwozili rumaki z Konstantynopola, jak po stronie Francuzów, którzy je zawlekli do Paryża; byłoby téż daleko rozumniéj nie wspominać wcale ani o jednym, ani o drugim rabunku. Przytém władca apostolski nie powinien był pozwolić na to, aby nad główną bramą kościoła metropolitalnego umieszczano napis, odnoszący się do innych tryumfów, niż do religii. Tylko pacyfikacya świata mogłaby tego rodzaju błąd uniewinnić.

Nota IV. Poddanie się Barbarossy papieżowi Aleksandrowi III.

„Gdzie Szwab się korzył, Austryi dziś obuchy; Gdzie cesarz klękał, cesarz na kark siada.

Stanca XII.

Po niejednym daremnym wysiłku Włochów, aby się wyswobodzić z pod jarzma Fryderyka Barbarossy, oraz po tak samo bezowocnych zabiegach cesarza, aby stać się samowładnym panem swoich dzierżaw cyzalpińskich, zostały krwawe walki, trwające lat 24, szczęśliwie w mieście Wenecyi zakończone. Papież Aleksander III i Barbarossa porozumieli się pomiędzy sobą co do warunków pokoju już przedtém; to téż pierwszy, otrzymawszy pewny glejt, przybył do Wenecyi z Ferrary w towarzystwie posłów króla Sycylii oraz zastępcy Związku lombardzkiego. Pomimo to trzeba tu było jeszcze niejeden punkt wyjaśnić, tak, że przez kilka dni zdawało się, jakoby spokój nie mógł być zawarty. Gdy rzeczy tak się miały, przyszła naraz wiadomość, że cesarz zawitał do Chiozy, zamku, oddalonego od stolicy o mil (ang.) piętnaście. Z wielkim hałasem powstali Wenecyanie i parli ku temu, ażeby go natychmiast sprowadzić do ich miasta. Przerazili się Lombardowie i wsunęli się do Trewizo. Papież obawiał się również nieszczęścia, gdyby Fryderyk zjawił się naraz u niego, uspokoiła go jednak mądrość i zręczność doży Sebastyana Zianiego. Liczne poselstwa przebywały drogę pomiędzy Chiozą a stolicą, aż nareszcie cesarz spuścił z swych uroszczeń, „złożył minę lwa rozjuszonego, przybierając natomiast postawę łagodnego baranka“[3].
W sobotę d. 23 lipca 1177 r. sześć statków weneckich przywiozło z wielką okazałością Fryderyka z Chiozy na wyspę Lido, o milę od Wenecyi odległą. Następnego rana udał się papież w towarzystwie posłów sycylijskich i lombardzkich, których ze stałego odwołał lądu, oraz śród wielkiego tłumu ludzi, z pałacu patryarchy do kościoła św. Marka i odwołał klątwę, rzuconą na cesarza i jego stronników. W imieniu cesarza zaś wyrzekł się kanclerz jego stosunków z przywłaszczyciolami tronu papieskiego i ich sojusznikami. Doża udał się natychmiast w otoczeniu licznych księży i świeckich na pokład statku, aby przywitał Fryderyka i odprowadził go z wielką okazałością z Lido do stolicy. Cesarz opuścił statek na bulwarze Piazzetta. Doża, patryarcha, biskupi i duchowieństwo wraz z tłumem ludu weneckiego kroczyli przed nim w uroczystéj procesyi z krzyżami i chorągwiami do kościoła św. Marka. Aleksander zasiadł przed westybulem bazyliki, otoczony biskupami i kardynałami, z patryarchą Akwilei, z arcybiskupami i biskupami Lombardyi, odzianemi we wspaniałe szaty kościelne.
Fryderyk zbliżył się, natchniony przez Ducha św., ażeby w osobie Aleksandra uczcił Wszechmogącego, pozbył się swéj godności cesarskiéj, zrzucił z siebie płaszcz i położył się jak długi u stóp papieża. Aleksander, ze łzami w oczach, podniósł go dobrotliwie z ziemi, pocałował go i pobłogosławił, poczém Niemcy zaśpiewali natychmiast głosem donośnym: „Ciebie, Boże, chwalimy“. Cesarz, pochwyciwszy prawicę papieża, poprowadził go do kościoła, a otrzymawszy od niego błogosławieństwo, wrócił do książęcego pałacu[4]. Ceremonia tego upokorzenia powtórzyła się dnia następnego. Na prośbę Fryderyka odprawił sam papież mszę w kościele św. Marka. Cesarz zrzucił znowu cesarski płaszcz ze siebie, pochwycił pastorał, rozpędzał nim tłum nabożnych i kroczył przed papieżem do ołtarza. Aleksander odczytał ewangielię i kazał przed ludem. Cesarz stanął tuż przy ambonie i słuchał uważnie; rozrzewnił papieża ten objaw uszanowania (wiedział on bowiem, że Fryderyk nie rozumiał z tego ani słowa), rozkazał więc patryarsze akwilejskiemu, ażeby kazanie łacińskie przetłómaczył na język niemiecki. Następnie odśpiewano Credo. Fryderyk złożył ofiarę, pocałował papieża w stopę, a gdy msza się skończyła, pochwycił go za rękę i towarzyszył mu aż do jego konia białego. Podtrzymał mu strzemię i chciał konia za cugle prowadzić, papież atoli uznał chęć za wykonanie, pożegnał się z nim serdecznie, udzieliwszy mu swego błogosławieństwa. Taką jest treść opowiadania arcybiskupa salernitańskiego, który przy ceremonii téj był obecny, a którego relacya potwierdzoną została przez wszystkie opowiadania późniejsze. Płaszczenie się to nie byłoby godne tak dokładnéj wzmianki, gdyby ono nie było równocześnie tryumfem wolności i zabobonu.
Stany lombardzkie zawdzięczały temu wydarzeniu potwierdzenie swych przywilejów; Aleksander zaś miał wszelki powód do podziękowania Wszechmogącemu, że pozwolił słabemu, bezbronnemu starcowi ujrzéć u stóp swoich strasznego, potężnego władcę.

Nota V. Henryk Dandolo.

„Niech choć na chwilę ślepego Dandola, Bizancyum zdobywcy, zawładnie tu wola“.

Stanca XII.

Czytelnik przypomni sobie wykrzyk mieszkańców gór: Ach! choć jednę godzinę być w Dundee! Henryk Dandolo, wybrany dożą w roku 1192, miał lat ośmdziesiąt i pięć. Gdy stał na czele Wenecyan podczas oblężenia Konstantynopola, liczył on zatém lat dziewięćdziesiąt i siedem. W tym wieku dodał on ćwierć i pół całego państwa Romanii[5], bo tak nazywano państwo rzymskie, do tytułu dzierżaw weneckiego doży. Te trzy ósme państwa tego zaznaczone są jeszcze w dyplomach, wydanych za czasów panowania doży Jana Dolfino, który jeszcze w r. 1357 określenia tęgo używał[6].
Dandolo kierował osobiście szturmem na Konstantynopol: dwa okręty, „Raj“ i „Pielgrzym“, zostały związane razem, a z ich górnych pokładów spuszczono drabinę, rodzaj zwodzonego mostu na mury. Doża był jednym z pierwszych, którzy przedarli się w ten sposób do miasta. Spełniło się wtedy, jak mówią Wenecyanie, proroctwo erytrejskiéj wróżki: „Potężni zbiorą się pod przewodnictwem ślepego hetmana na falach Adryatyku, otoczą kozła, zhańbią Bizancyum, zczernią jego gmachy i rozproszone będą jego bogactwa; i nowy kozioł zabeczy, gdy się wzniosą i przebiegną 51 stóp i 9 i pół cala“[7]. Dandolo umarł 1 czerwca 1205 r., pełniwszy rządy przez lat trzynaście, sześć miesięcy i pięć dni, a pochowany był w kościele św. Zofii w Konstantynopolu. Powstańczy ów aptekarz, który w r. 1796—7 pochwycił miecz dożów i dawnym rządom koniec położył, nazywał się dziwnym sposobem Dandolo.


Nota VI. Wojna Chiozańska.

„Nie sprawdziły się Doryi groźne znaki?
Nie w jarzmie oneż i Wenecya z niemi?

Stanca XIII.

Po przegraniu bitwy pod Polą oraz po wzięciu Chiozy 16 sierpnia 1379 przez połączone wojska Genueńczyków i Franciszka z Karrary, władcy Padwy, byli Wenecyanie doprowadzeni do rozpaczy. Wysłali oni do zwycięzców poselstwo z białym arkuszem papieru, prosząc, aby spisali na nim wszystkie, jakie im się tylko podoba, warunki, pozostawiając jedynie niepodległość Wenecyi. Książę Padwy gotów był propozycyi téj wysłuchać, Genueńczycy natomiast, którzy po zwycięstwie pod Polą wołali: „do Wenecyi! do Wenecyi! niech żyje św. Jerzy!“ postanowili rywalkę swoję zniweczyć; Piotr Doria, dowódca ich, dał błagającym taką odpowiedź: „Na Boga! panowie weneccy! nie proście księcia padewskiego ani rzeczypospolitéj genueńskiéj prędzéj o pokój, aż nie nałożymy cugli nieokiełzanym rumakom waszym, stojącym nad bramą waszego ewangielisty św. Marka. Gdy je okiełzamy, wówczas będziecie spokojni. Taka jest wola nasza i naszéj rzeczypospolitéj. Co się zaś tyczy moich braci genueńskich, których przyprowadziliście ze sobą, aby nam ich oddać, to ja ich nie chcę; weźcie ich sobie napowrót; za kilka bowiem dni przybędę sam i wybawię ich i wszystkich innych z więzienia“. W rzeczywistości téż dotarli Genueńczycy aż do Malamocco, o pięć mil od stolicy; atoli niebezpieczeństwo, w jakie popadli, oraz pycha ich wrogów, dodały Wenecyanom otuchy, tak, że podziwienia godne uczynili wysiłki oraz niejednę złożyli ofiarę, o czém ich dziejopisarze z wielką wspominają troskliwością. Vettosa Pisanicgo postawiono na czele 34 statków. Genueńczycy, opuściwszy Malamocco, usunęli się w październiku do Chiozy; niebawem jednak stali się znowu groźnemi dla Wenecyi, która w ostatecznych ujrzała się opalach. W tym samym jednak czasie, 1 stycznia 1380 r. wrócił Carlo Zono, który na czele czternastu okrętów, okrążał był wybrzeże genueńskie. Wenecyanie nie byli więc dosyć mocni, ażeby módz oblegać Genuę. Doria zabity został 22 stycznia kulą kamienną, ważącą 195 funtów, wyrzuconą z działa, zwanego trewizańskiém. Rozpoczęło się oblężenie Chiozy; 5000 wojsk pomocniczych, śród których było kilku kondotierów angielskich, złączyło się pod dowództwem kapitana Ceccho z Wenecyanami. Genueńczycy zaczęli teraz prosić o pokój, a gdy ich nie wysłuchano, zdali się na łaskę lub niełaskę; d. 24 czerwca 1380 r, odbył doża Contarini tryumfalny wjazd do Chiozy. Cztery tysiące jeńców, dziewiętnaście okrętów, a oprócz tego wielka liczba pomniejszych statków i łodzi, wraz z amunicyą, bronią i wszelkiemi przyborami wojennemi dostało się w ręce zwycięzców, którzy byliby chętnie panowanie swe ograniczyli do miasta Wenecyi, gdyby nie bezlitosna odpowiedź, jaką otrzymali od Doryi. Opisanie tych zajść znajduje się w dziele, nazwaném „Wojna Chiozańska“, napisaném przez Daniela Chinazzo, który w owym czasie znajdował się w Wenecyi.

Nota VII. Wenecya pod panowaniem Austryaków.

„Próżne ulice, cudzoziemskie warty,
Świadcząc, kto w dole tu, a kto u góry“.

Stanca XV.

Ludność Wenecyi wynosiła z końcem siedemnastego stulecia około 200,000 dusz. Podczas ostatniego spisu, przeprowadzonego mniéj więcéj przed dwoma laty, było zaledwie 103,000, a liczba ta zmniejsza się z dniem każdym. Handel i urzędy, które były niewyczerpaném źródłem wielkości Wenecyan, przestały istnieć. Większą część patrycyuszowskich mieszkań dziś opuszczono i znikłaby téż stopniowo z powierzchni, gdyby nie rząd, przerażony zburzeniem siedemdziesięciu dwu gmachów podczas dwóch lat ostatnich, nie był wyraźnie usunął tego smutnego źródła dochodu biedaków. Wiele resztek szlachty weneckiéj zanikło lub zanika wraz z swemi pałacami, zbudowanemi przez Palladia, albo zmieszało się z bogatemi żydami nad wybrzeżem Brenty. Po „gentiluomo Veneto“ pozostało tylko jeszcze nazwisko. Tworzy on tylko cień swéj dawniejszéj istoty, jest atoli grzecznym i gładkim. Wybaczyć mu trzeba, że stał się kwerulantem. Jakiekolwiek były błędy rzeczypospolitéj weneckiéj i jakkolwiek cudzoziemcowi zdawać się może, że straciła swój byt naturalnym biegiem, to przeciéż od Wenecyan można się tylko jednego spodziewać uczucia. Nigdy poddani rzeczypospolitéj nie zgromadzili się tak jednomyślnie około chorągwi św. Marka, jak to się w ostatnich stało czasach; tchórzostwo zaś i zdrada kilku patrycyuszów, którzy fatalną zalecali neutralność, ograniczyły się jedynie do osób samych zdrajców. Obecne pokolenie nie może użalać się na utratę swych form arystokratycznych i na zbyt despotyczny rząd; myśli on dzisiaj jedynie o stracie swéj niepodległości. Wspomnienie tego gotuje im boleść i pozbawia ich na chwilę wesołego humoru. O Wenecyi można powiedziéć słowami Pisma, że „umiera codziennie“; upadek jéj tak jest ogólny i tak widoczny, że odczuwa go boleśnie każdy cudzoziemiec, nie mogący się pogodzić z myślą, że przed oczyma jego cały zanika naród.
Gdy jednak sztuczna ta kreacya utraciła zasady, które ją powołały do życia i podtrzymywały jéj byt, musiała się ona rozpaść na kawałki i zginąć jeszcze szybciéj, aniżeli wzrosła. Wstręt do niewoli, który ongi Wenecyan powołał na morze, wypędził ich od czasu ich upadku na ląd, gdzie wśród tłumu pozbawionych niepodległości nie wpadają zbyt w oczy i nie przedstawiają upokorzającego widoku narodu, któremu dopiéro co nałożono kajdany. Ich uprzejmość i układność i owa szczęśliwa obojętność, będąca jedynie wypływem fizycznego ustroju (bo do filozofii rościć sobie prawa nie może) nie zaginęły i śród tych stosunków; zatraciły się jednak stopniowo pewne właściwości ubiorów oraz zwyczajów, a szlachta, czująca się, z właściwą wszystkim Włochom dumą, panami, nie mogła sobie dotychczas wytłómaczyć, że nie należy wystawiać na pokaz swéj dzisiejszéj nieznaczności. Blasku, który był dowodem i częścią ich potęgi, nie chcą oni poniżać przez to, ażeby i w poddaństwie paradować. Usunęli się oni ze stanowiska, jakie zajmowali w oczach współobywateli; gdyby byli na niém pozostali, to mogło było wyglądać, jak gdyby się pogodzili ze swém nieszczęściem; obraziliby oni wówczas wszystkich tych, którzy od powszechnego cierpieli upadku. Ci, którzy pozostali w opustoszałém mieście, nie żyją, lecz błąkają się raczéj jak widma na widowni swéj minionéj potęgi. „Kto tu jest na dole, a kto u góry, o tém nie może tutaj wypowiedziéć zdania człowiek, który ze względów politycznych jest przyjacielem i sprzymierzeńcem zwycięzcy. Pomimo to mogę powiedziéć tyle, że dla tych, którzy pragną utraconą odzyskać niepodległość, będą wszyscy władcy przedmiotem przekleństwa; można téż z wielką przepowiedziéć pewnością, że bezpłodna ta nienawiść nie ustanie dopóty, dopóki Wenecya nie przepadnie w błocie zawalonych swych kanałów.



Nota VIII. Laura.

Melodyami łzawił
Drzewo imienia lubéj i sam siebie wsławił.

Stanca XXX.

Dzięki bystrości krytycznego umysłu pewnego Szkota, wiemy o Laurze tyle co i dawniéj[8]. Odkrycia abbé de Sade’a, jego tryumfy, jego drwinki nie mogą nas ani nauczyć, ani zabawić. Nie należy jednak wierzyć, jakoby pamiętniki jego czytały się na wzór romansu w rodzaju Belizaryusza i Inkasów, choć tak twierdzi dr. Beattie — wielkie wprawdzie imię, ale mała powaga[9]. „Praca tamtego nie była daremną, choć ośmieszyła go, zarówno jego „miłość“, jak i inne namiętności[10]. Hipoteza, która przekonała walczących pomiędzy sobą Włochów, porwawszy za sobą i innych mniéj interesowanych krytyków, dobiegła dzisiaj końca. Mamy więc nowy dowód, że nigdy nie możemy być pewni, azali najdziwniejszy paradoks, posiadający tém samém ułudniejsze pozory prawdy, nie ustąpi miejsca dawnemu, na nowo do życia powołanemu przesądowi.
Zdaje się więc po pierwsze, że Laura urodziła się, żyła i umarła nie w Awinionie, lecz na prowincji. Źródła Sorgi, gąszcze Cabrières mogą zatém odwoływać się do swych dawnych praw, a wygwizdanego de la Bastie można znowu słuchać z przyjemnością. Hipoteza owego abbé nie ma więc silniejszych podstaw, jak tylko sonet na pergaminie, medal, znaleziony przy szkielecie żony Hugona de Sade, oraz rękopism Petrarkowych objaśnień Wirgiliusza, przechowywany obecnie w księgozbiorze ambrozyańskim. Jeżeli dowody te są prawdziwe, to w przeciągu dwunastu godzin napisany był ów sonet, medal zaś narysowany, odlany i złożony; wszystkie te zaś dobrze obmyślane funkcye dokonane zostały przy trupie zmarłéj od dżumy i pochowanéj tego samego jeszcze dnia. Dokumenty te są więc zbyt stanowcze i dlatego właśnie nie są dowodem prawdy lecz kłamstwa; albo sonet jest fałszerstwem, albo objaśnienia Wirgiliusza. Abbé uważa jedno i drugie za niezbicie prawdziwe, wyciągnięta z nich dedukcya jest nieuniknioną — atoli jedno i drugie widocznie jest fałszywém[11].
Po drugie, Laura nie była nigdy zamężną, będąc raczéj dumną dziewicą, niż ową czułą i rozumną żoną, która Awinion wsławiła, uczyniwszy go widownią szlachetnéj namiętności francuskiéj, i grając tutaj przez lat 21 małą komedyjkę zmiennych faworów i odkoszów z pierwszym poetą stulecia[12]. Było to rzeczywiście zbyt niedelikatnie, ażeby na podstawie źle wytłómaczonego skrócenia, oraz decyzyi jakiegoś księgarza przypisać dziewicy jedenaścioro dzieci[13] Zresztą uczuwa się zadowolenie, jeżeli się pomyśli, że miłość Petrarki nie była platoniczną. Szczęście, które chciał on raz tylko posiąść i to na jednę chwilę, nie było z pewnością duchowém[14], a przynajmniéj z sześciu ustępów sonetów jego można wyczytać coś w rodzaju propozycyi ożenku z istotą, którą niesłusznie uważano za cień jakiejś nimfy. Miłość Petrarki nie była ani platoniczną, ani poetyczną; a jeżeli w którém miejscu swych dzieł nazywa ją „amore veementissimo ma unico ed onesto,“ to w liście do przyjaciela pisze, że była ona grzeszną i przewrotną, że go zupełnie pożera i opanowuje jego serce.
W tym wypadku jednak okrzyczano go może zbytecznie za grzeszność jego pożądań; Abbé de Sade bowiem, który z pewnością nie byłby tak skrupulatnym, gdyby pochodzenie swoje mógł wywieźć od Laury i Petrarki, ujmuje się gorąco za cnotliwość swéj prababki. Co się zaś tyczy samego poety, to nie mamy żadnego dowodu jego niewinności, chyba nieustanność jego zalotów. Zapewnia on nas w liście do potomności, że już w czterdziestym roku życia uczuł on nie tylko wstręt do wszelkiéj „rozpusty“, ale że nawet zupełnie o niéj stracił wyobrażenie. Narodziny jednak naturalnéj jego córki przypadły nie prędzéj, jak na trzydziesty dziewiąty rok jego życia; zawiodła więc poetę albo pamięć, albo ze względu na moralność, zapomniał o swojém przewinieniu[15], najsłabszego atoli dowodu, że miłość jego była czystą, trzeba szukać w tém, że przeżyła ona przedmiot swéj namiętności. Twierdzenie de la Basti’ego, że tylko cnota odbiera wrażenia, których śmierć zniszczyć nie może, należy do rodzaju tych, które każdy uzna za kłamliwe, kto tylko zechce swe własne badać serce, albo téż opisy uczuć innych ludzi[16]. Tego rodzaju bajki mogą świadczyć o Petrarce lub o jego moralności tylko w umysłach bardzo słabych, albo téż bardzo młodych. Kto atoli choćby trochę przekroczył granicę opiekuństwa i młodzieńczéj nieświadomości, ten nie zbuduje się niczém więcéj, jak tylko prawdą. To, co nazywamy obroną czci osoby lub narodu, jest najbezpłodniejszą, najwstrętniejszą i najmniéj pouczającą pisaniną; wprawdzie będzie ona zawsze pożądańszą, niż poważna krytyka, któréj przypisujemy zacne chęci obniżenia wielkiego człowieka do poziomu innych ludzi. Koniec końcem, nie jest to nieprawdopodobném, że nasz historyk miał słuszność, trzymając się swéj ulubionéj hipotezy, dającéj autorowi pewne oparcie, choć nie ocalającéj wcale honoru wciąż jeszcze nieznanéj kochanki Petrarki[17].

Nota IX. Petrarka.

W Arkwie, gdzie umarł, spoczął téż to mogile.

Stanca XXXI.

Petrarka usunął się do Arkwy w r. 1370, bezpośrednio po powrocie z nieszczęśliwéj próby odwiedzenia Urbana V w Rzymie, i z wyjątkiem słynnéj podróży do Wenecyi w towarzystwie Franciszka Novello z Karrary, zdaje się, że cztery ostatnie lata swego życia przebył pomiędzy tém uroczém ustroniem a Padwą. Cztery miesiące przed śmiercią był on w stanie ciągłego osłabienia, a rano 19 lipca 1374 r. znaleziono go nieżywego w krześle, z głową opartą na książce. Krzesło to można do dzisiejszego dnia widziéć śród drogocennych zabytków w Arkwie, które od śmierci tego wielkiego męża były przedmiotem czci nieustannéj, a których prawdziwość z powodu tego na większą zasługuje wiarę, aniżeli pamiątki po Szekspirze w Stradford-upon Avon.
Arquà (bo akcent na ostatniéj jest zgłosce, jakkolwiek w wierszu zachowano analogię języka angielskiego), leży 12 mil od Padwy, a trzy mile (angielskie) po prawéj od drogi, prowadzącéj do Rovigo, w sercu wzgórzy euganejskich. Po dwudziestominutowéj przechadzce, śród łąk miejscami pokrytych zaroślami, dochodzimy do małego, błękitnego jeziora, czystego choć bezdennego, położonego u stóp łańcucha wzgórzy i pochyłości, porosłych winem i drzewami, śród których dużo jest wierzb i granatów oraz innych krzewów, południowemi pokrytych owocami. Od brzegów jeziora wije się droga ku wnętrzu gór, niebawem ujrzysz kościół arkweński, położony śród załomu skał, otaczających wioskę. Domy porozrzucane w pewnych odstępach na pochyłościach tych wzgórzy; dom poety znajduje się na stoku wzgórka, z dwóch stron odkrytego, z którego masz widok nie tylko na kwitnące ogrody, położone w dolinie bezpośrednio u stóp wzgórza leżącéj, ale także na odległe niwy, gdzie w oddali ponad krzewami morwowemi, festonami wina w jednę zbitemi masę, oraz nad wierzbinami ujrzysz tu i owdzie strzelające do góry cyprysy i wieże kościołów, aż się oko twe zgubi gdzieś przy ujściu Padu i na wybrzeżach Adryatyku. Klimat tych wzgórz wulkanicznych jest cieplejszy, a winobranie rozpoczyna się tutaj o tydzień wcześniéj, aniżeli w dolinie padewskiéj. Petrarka spoczywa — nie można właściwie powiedziéć, aby był pogrzebany — w sarkofagu z czerwonego marmuru, opartym na czterech pilastrach, ustawionych na wysokiéj podstawie, nie mającym z innemi zwykłemi grobami żadnéj styczności. Grobowiec stoi samotny na widoku, niebawem jednak zasłonią go cztery drzewa wawrzynowe, posadzone późniéj. Źródło Petrarki — bo tutaj wszystko należy do Petrarki — płynie i rozlewa się pod sztuczném sklepieniem, opodal kościoła; posiada ono nawet w najgorętszéj porze roku wielki zasób wody miękkiéj, w któréj już w starożytności euganejskie słynęły wzgórza. Ustronie to byłoby jeszcze bardziéj przyciągającém, gdyby w pewnych porach roku nie nawiedzały go osy i szerszenie. Innego podobieństwa pomiędzy grobami Petrarki i Archilocha niéma. Rewolucye wieków dały pokój tym na uboczu leżącym dolinom, a jedyny gwałt, jaki zadano popiołom Petrarki, nie był wypływem nienawiści, lecz czci. Usiłowano bowiem pozbawić sarkofag jego skarbu, pewien Florentczyk ukradł téż rzeczywiście jedno ramię przez szczelinę, do dzisiaj widoczną. Zhańbienia tego nie zapomniano, posłużyło ono znowu do zespolenia poety z krajem, gdzie się urodził, ale w którym żyć nie chciał. Chłopaczek wiejski z Arkwy, zapytany, kim był Petrarka, odpowiedział mi, że „tamci na probostwie wiedzą to dobrze, a on wie tylko to, że to był Florentczyk.“
P. Forsyth[18] nie zupełnie był ścisłym, twierdząc, że Petrarka opuściwszy Toskanę w wieku chłopięcym, nigdy już do niéj nie wrócił. Zdaje się, że był on we Florencji, udając się z Parmy do Rzymu, oraz wracając stamtąd w r. 1350 i że zabawił dość długo, aby zaznajomić się nieco z najznakomitszemi mieszkańcami tego grodu.
Pewien szlachcic florencki, zawstydzony wstrętem, jaki poeta czuł do swéj ojczystéj ziemi, starał się sprostować ów nieznaczny błąd naszego znakomitego zresztą podróżnika, którego on znał i cenił z powodu jego nadzwyczajnych zdolności, rozległéj wiedzy, oraz wyszukanego smaku, z któremi to przymiotami łączył on prostotę obyczajów, będącą nieraz najpewniejszą choć niekoniecznie niezbędną cechą umysłów wyższych.
Każdy krok kochanka Laury śledzono i zapisywano z bojaźliwą niemal skwapliwością. Dom, w którym mieszkał w Wenecyi, stoi do dzisiaj. Mieszkańcy Arezza, chcąc ostatecznie zakończyć długo spór, jaki się wszczął pomiędzy tém miasteczkiem a sąsiednią Ancizą, dokąd przewieziono siedmiomiesięcznego Petrarkę i gdzie on aż do siódmego roku życia przebywał, oznaczyli długim napisem miejsce, w którém się ich wielki ziomek urodził. Poświęcono mu także tablicę pamiątkową w Parmie, w katedrze św. Agaty, gdzie był archidyakenem bractwa tamtejszego i gdzie go nie pochowano jedynie dlatego, że umarł w Pawii, w którém to mieście przebył jesień 1368 r. u zięcia swego Brossano. Stosunki polityczne, które przed wiekami powstrzymywały Włochów od krytykowania żyjącego, ześrodkowały dzisiaj ich uwagę w uwielbianiu go po śmierci.

Nota X. Tasso.

...Złotych blasków morze
Lejąc na przekór tych krushańskich trutni
Oraz Boala...

Stanca XXXVIII.

Kuplet, w którym Boileau starał się obniżyć wartość Tassa, niechaj tak samo jak niejeden inny przykład, przytoczony przezemnie powyżéj, usprawiedliwi zdanie, które wypowiedziałem o harmonii wiersza francuskiego.

„A Malherbe, à Racan, préfère Théophile,
Et le clinquant du Tasse à tout l’or de Virgile.“ Sat. IX.

Biograf Serassi[19], kierując się względami wobec włoskiego czy francuskiego poety, zauważył, że satyryk naganę tę odwołał czy téż uniewinnił i że przyznał późniéj, jako twórca Jerozolimy jest „gieniuszem podniosłym, potężnym, zrodzonym do wspanialszych wzlotów poezyi.“ Do togo dodać trzeba, że owo odwołanie nie było zupełném, jeżeli zrozumiemy anegdotę tak, jak ją opowiedział Olivet[20].
Zdanie Bouhours’a, [21] wymierzone przeciw Tassowi, przytoczono tylko, aby jeszcze bardziéj zaciemnić krytyka, którego odwołania Włoch wcale się nie stara wydobyć na jaw, z nim by się zapewne nie zgodziło. Co się tyczy opozycyi, jaką „Jerozolima“ spotkała w akademii kruskańskiéj, która Tassa postawiła niżéj Bojarda i Pulciego, a o porównaniu go z Ariostem nic wiedzieć nie chciała — otóż co się tyczy téj niełaski, to winę jéj przypisać należy w pewnej mierze Alfonsowi i dworowi Ferrary. Leonard Salviati bowiem, główna i prawie że jedyna przyczyna téj napaści, był — nie ulega to najmniejszéj wątpliwości — pod wpływem nadziei[22], że zdobędzie sobie względy domu Estów; spodziewał się on to uzyskać przez to, że rodzimego wychwalał poetę kosztem współzawodnika, który był więźniem stanu. Te nadzieje i usiłowania Salviatiego niechaj posłużą do poznania sądu, jaki o uwięzieniu Tassa mieli współcześni: dzięki im przebierze się także miarka wstrętu, jaki do tyrana, zamykającego poetę w więzieniu, uczuwać musimy[23]. W rzeczywistości téż nie omylił się przeciwnik Tassa co do przyjęcia, jakiego dozna jego krytyka; powołano go na dwór ferrarski, gdzie chcąc większe jeszcze uzyskać względy, wygłaszał panegiryki na rodzinę swych panów, ażeby potém być zapomnianym i umrzéć w ubóstwie[24]. Opozycya Kruskańczyków skończyła się w sześć lat po rozpoczęciu sporów, a jeżeli pierwszą swą sławę zawdzięczała temu, że ją prawie otwarto tego rodzaju paradoksem[25], to z drugiéj strony pobyt obrażonego poety w więzieniu doznał raczéj ulgi niż stał się przykrzejszym, a to z tego powodu, że Tasso musiał starać się o obronę swéj sławy. Ażeby bronić siebie i ojca, bo obu spotkał surowy sąd Salviatiego, wyzyskał on niejednę samotność swéj godziny; więzień nie potrzebował jednak zbytecznie się trudzić, ażeby odeprzéć zarzuty, pomiędzy któremi był i ten, jakoby poeta, porównywając Francyę z Włochami, nie wspomniał z zawiści o kopule kościoła St. Maria del Fiore we Florencyi[26].
Ostatni biograf Ariosta chce, zdaje się, odnowić spór, podając w wątpliwość wyjaśnienie sądu, jaki sam Tasso wydał o sobie, wyjaśnienie, umieszczonö w Serassiego żywocie poety[27]. Tiraboschi jednak położył temu współzawodnictwu koniec, wykazując, że pomiędzy Tassem a Ariostem nie ma co mówić o ich porównywaniu, tylko o tém, który z nich bardziéj jest lubiany[28].

Nota XI. Ariosto.

Laur ze żelaza położon na czole
Biustu Arjosta strącił piorun...

Stanca XLI.

Zanim popioły Ariosta przeniesiono z kościoła benedyktynów do biblioteki w Ferrarze, ugodził piorun w popiersie jego, ustawione na jego grobie, i stopił z żelaza wykuty wieniec wawrzynowy. O wypadku tym opowiada pewien pisarz minionego wieku[29]. Przeniesienie uświęconych popiołów jego nastąpiło 6 czerwca 1801 r. i było jedną z najwspanialszych uroczystości krótkotrwałéj rzeczypospolitéj włoskiéj; celem uczczenia téj ceremonii, powołano napowrót do życia owych sławnych ongi „Intrepidi“ i przekształcono ich w akademię Ariosta. Olbrzymi plac publiczny, przez który przechodziła procesya, nazwany został wówczas po raz pierwszy skwerem Ariosta. Autora „Orlanda“ nazwano z zazdrości nie Homerem Włoch, lecz Ferrary[30]. Matka Ariosta pochodziła z Reggio, a dom, w którym się urodził poeta, odznaczony został tablicą, na któréj następujące wypisano słowa: „Qui naeque Ludovico Ariosto il giorno 8 di settembre dell’ anno 1474.“ Mieszkańcy Ferrary jednak nie wiele przypisują znaczenia wypadkowi, że ich poeta urodził się gdzieindziéj, lecz wyłącznie do niego roszczą sobie prawo. Mają oni u siebie jego zwłoki, pokazują jego krzesło, przybory do pisania i jego rekopisma.

„.... Hic illius arma,
Hic currus fuit.“

Dom, w którym żył, pokój, w którym umarł, oznaczone są jego własną tablicą pamiątkową, oraz napisem, z późniejszych pochodzącym czasów[31].
Mieszkańcy Ferrary tém zazdrośniejsi są o swoje prawa, odkąd złośliwość Daniny ośmieliła się z nieznanych im powodów, jak tajemniczo powiadają ich apologiści, przypisać ich okolicy beocką do wszelkiéj duchowéj produkcyi nieudolność. Obelga ta spowodowała napisanie tomu in quarto, a uzupełnienie to „Pamiętników Barotti’ego o sławnym Ferrarezyjczyku“ uważaném jest za zwycięską odpowiedź na „Quadro storico statistico dell’ Alta Italia.“


Nota XII. Stare zabobony, dotyczące piorunu.

Wawrzyn prawdziwy, jaki sława wije,
Jest z tego drzewa, w które grom nie bije.

Stanca XLI.

Orzeł, foka, wawrzyn i wino białe, uważane były przez starożytnych za najlepsze środki ochronne przeciw piorunowi: Jupiter wybrał sobie pierwszego, Caesar Augustus posługiwał się drugim, a Tyberyusz nie omieszkiwał nigdy nosić trzeci środek, jeżeli na niebie szalała burza z gromami[32]. W kraju, gdzie nie stracono jeszcze wiary w czarodziejskie przymioty różdżki leszczynowéj, nie mamy powodu śmiać się z zabobonów; czytelnik nie będzie może zbytecznie zdziwiony, usłyszawszy, że jeden z komentatorów Swetoniusza przedsięwziął sobie osłabić przypisywane wieńcowi Tyberyusza właściwości, zamieściwszy wzmiankę, że kilka lat przedtem uderzył piorun w Rzymie w drzewo laurowe[33].

Nota XIII.

Lecz niech wie człowiek, co przesądem żyje,
Że grom uświęca...

Stanca XLI.

W jeziorko Kurcyusza i w ruminalskie drzewo figowe[34] na Forum uderzył piorun, wskutek czego uważane były za święte; pamięć tego wypadku zachował puteol czyli ołtarz w kształcie studni, nad którym wznosiła się kapliczka, zakrywająca wrzekomo jamę powstałą od gromu. Ciała dotknięte i osoby zabite piorunem, były uważane za niezniszczalne, uderzenie zaś gromu, które nie sprowadzało śmierci, nadawało znamię wiecznéj świętości człowiekowi, w ten sposób przez niebo odznaczonemu[35].
Ludzi padłych od pioruna otulano w biały całun i chowano na miejscu, gdzie zginęli. Zabobon ten nie ograniczał się na czcicielach Jowisza: i Lombardowie wierzyli w znaki związane z piorunem, nawet pewien kapłan chrześcijański zeznaje, że jakiś wróżbita, posiadający dyabelską zręczność w tłómaczeniu pioruna, przepowiedział księciu turynskiemu Agilulfowi jakieś wydarzenie, które się rzeczywiście stało, obdarzywszy go królową i koroną[36]. Było jednak coś dwoistego w tym znaku, który starożytni mieszkańcy Rzymu nie zawsze uważali za wróżbę szczęśliwą; a że przestrach wypływający z zabobonu trwa dłużéj aniżeli jego pociechy, przeto nie można się dziwić, że Rzymianie z czasów Leona X tak się przerazili źle wytłómaczoną burzą, że aż potrzeba było napomnień jakiegoś uczonego, który zebrał wszystkę swoję wiedzę w celu udowodnienia, iż piorun jest znakiem szczęśliwym; rozpoczął on od gromu, który uderzył w mury welitrejskie, a skończył na piorunie, jaki ugodził w kramy Florencyi; z ostatniego wywnioskował on, że któryś z mieszkańców tego miasta zostanie papieżem[37].

Nota XIV. Wenus medycejska.

Tu kocha nawet bogini z kamienia

Stanca XLIX.

Na widok Wenery medycejskiéj przypominają się natychmiast wiersze „Seasons“ a z porównania przedmiotu z opisem wynika nietylko dokładność w przedstawieniu wizerunku, ale także szczególniejszy zwrot myśli, i jeżeli tak się wyrazić można, zmysłowość wyobraźni opisującego poety. Ten sam wniosek da się wyprowadzić i z innéj wzmianki w tym samym epizodzie Muzydory. Pojęcia Thomsona o prawach odwzajemnionéj miłości były albo bardzo pierwotne, albo raczéj bardzo wysubtylizowane, jeżeli czarująca nimfa — powiada u niego — swemu skromnemu Damonowi, że w jakiéjś szczęśliwszéj chwili mógłby towarzyszyć jéj w kąpieli:

„Przyjdzie czas taki, gdy nie będziesz potrzebował uciekać.“

Czytelnik przypomni sobie może anegdotę, opowiedzianą w życiu dr. Johnsona.
Nie opuścimy galeryi florenckiéj, nie powiedziawszy słowa o Szlifierzu. Dziwną jest rzeczą, że charakter téj statuy, o któréj tyle rozprawiano, nie jest wyraźny, przynajmniéj dla każdego, kto tylko widział w przedsionku bazyliki św. Pawła po za murami w Rzymie owę grupę, przedstawiającą historyę Marsyasza; niewolnik scytyjski, ostrzący nóż, przedstawiony jest na tém słynném arcydziele, w téj saméj zupełnie pozycyi. Niewolnik nie jest nagi; łatwiéj atoli trudność tę ominąć, aniżeli przypuścić, że nóż w ręku figury florenckiéj jest brzytwą, czémby istotnie być musiał, gdyby, jak mniema Lanzi, postać nie przedstawiała czego innego tylko balwierza Juliusza Cezara. Winkelmann, objaśniając podobną płaskorzeźbę, poszedł za Leonardem Agostinim, a powaga jego powinnaby być rozstrzygającą, choćby nawet podobieństwo nie uderzało najmniéj skrupulatnego obserwatora[38]. Pomiędzy bronzami znajduje się także tablica, skopiowana i opisana przez Gibbona[39]. Historyk nasz znalazł pewne trudności, pomimo to, nie powstrzymał się od objaśnienia; dotknęłoby go to bardzo, gdyby usłyszał, że poświęcił krytykę napisowi, który dzisiaj uważany jest powszechnie za fałszerstwo.



Nota XV. Pani de Staël.

Prochy w przybytku Santa Croce leżą

Stanca LV.

Nazwisko to przypomina nie tylko groby, które z Santa Croce uczyniły cel pielgrzymek, Mekkę Włoch, ale także owę kobietę, któréj wymowne słowa spłynęły na te popioły sławne, a któréj głos zamilkł dzisiaj tak samo jak głos przez nią opiewanych. Niéma już Korynny, a z nią razem powinny by także zniknąć bojaźń, pochlebstwo i zawiść, które rzucały albo zbyt wiele blasków, albo zbyt wiele cieniów na drogi tego gieniusza, wykluczając spokojny wzrok bezinteresownéj krytyki. Obraz jéj albo upiększano, albo go oszpecano, stosownie do tego, czy pędzel dzierżyła ręka przyjaźni czy zawiści: bezstronnego portretu trudno się było od współczesnych spodziewać. Głos tych, którzy ją przeżyli bezpośrednio, nie będzie również umiał ocenić sprawiedliwie szczególniejszych jéj zdolności. Trzeba, ażeby ustąpiły nasamprzód uprzejmość, zamiłowanie w cudowności, oraz nadzieja zdobycia sobie przytém sławy, ponieważ stępiają one ostrze sądu. Umarli nie mają płci, nie mogą oni wprawiać nas w podziw nowemi cudami, ani téż udzielać przywilejów. Korynna przestała być kobietą, jest ona tylko autorką: można się więc spodziewać, że wielu będzie chciało dawniejsze uprzejmości wynagrodzić sobie surowością, któréj nadmiar sypanych dawniéj pochwał udzieli może dzisiaj zabarwienia prawdy. Późniejsza potomność atoli — bo do téj dalekiéj potomności ona bezsprzecznie przejdzie, wyda sąd o jéj różnorodnéj twórczości; im większe będzie oddalenie, z którego na nią patrzéć będą, tém lepiéj będzie można twórczość tę ogarnąć wzrokiem, tém sprawiedliwszy będzie téż i sąd. Wejdzie ona do koła największych pisarzy wszystkich czasów i narodów, którzy tworzą niejako osobny świat, i z téj górnéj sfery wywierać będzie wpływ, strzegący ludzi i niosący im pociechę. Atoli im wyraźniéj występować będzie pisarz, tém bardziéj znikać będzie człowiek; dlatego téż warto byłoby, ażeby ktokolwiek z grona tych, których urokiem mimowolnego dowcipu oraz uprzejméj gościnności przyciągało przyjacielskie kółko w Coppet, uratował od zapomnienia owe przymioty, które, jak mówią, wolą pozostać w cieniu, które jednak przez troski powszedniego życia bywąją raczéj oziębiane, niż rozpalane. Jeden z tych ludzi powinienby opisać ów wdzięk bezprzesadny, który owe stosunki upiększał, jeszcze droższemi je czyniąc — stosunki, których obowiązkowe utrzymywanie spostrzegamy raczéj w tajnikach życia rodzinnego, niżeli w zewnętrzném zachowaniu się, a które wówczas tylko podobają się oku obojętnego widza, jeżeli przez nie przeziera subtelny promień prawdziwego uczucia. Jeden z tych ludzi powinienby ją nie wysławiać ale tylko przedstawić jako uprzejmą, miłą otwartego domu gospodynią, jako środkowy punkt wciąż się zmieniającego, ale zawsze przyjemnego towarzystwa; jako twórczynię owych stosunków, wolnych od ambicyi i wszelkich sztuczek rywalizacji, wysuwającą się jedynie z tego powodu naprzód, ażeby otaczającym ją, świeżego udzielić życia. Matka, czule kochająca i czule kochana, przyjaciółka bezgranicznie szlachetna, a zawsze czczona, szczodra opiekunka wszystkich nieszczęśliwych, nie może być zapomnianą przez tych, których kochała, któremi się opiekowała i których żywiła. Najbardziéj żałować ją będą ci, którzy najlepiéj znali; téj boleści wielu jéj przyjaciół i zwolenników niech będzie wolno poświęcić bezinteresowne współczucie cudzoziemca, któremu śród wspaniałych obrazów nad Lemanem nic większéj nie sprawiło przyjemności, jak to, że patrzał na uroczo przymioty niezapomnianéj Korynny.


Nota XVI. Alfieri.

...Tu w mogile Alfierego i Anioła szczęty.

Stanca LIV.

Alfieri — oto wielkie imię tego wieku — Włosi nie czekają stu lat, ale już dzisiaj uważają go za „wzorowego poetę“. Jego pamięć jest im droższą, ponieważ widzą w nim barda swobody, a tragiedye jego, jako takiego, książętom ich podobać się nie mogą. Kilka tylko z nich można wystawiać na scenie, a i te bardzo rzadko. Już Cycero powiedział, że prawdziwe przekonania i uczucia Rzymian nigdzie tak się nie uwydatniały, jak w teatrze[40]. W jesieni r. 1816 zaprezentował pewien słynny improwizator talent swój w operze medyolańskiéj. Czytanie przedłożonych mu tematów przyjmowali liczni bardzo słuchacze milczeniem lub śmiechem; gdy jednak pomocnik jego rozwinął afisz i zawołał: „Apoteoza Wiktora Alfierego“, cały teatr zagrzmiał okrzykiem a oklaski trwały kilka minut.
Los atoli nie padł na Alfierego, a signor Sgricci musiał zadowolić słuchaczy ogólnikami na temat bombardowania Algieru. Wybór nie pozostawiony był zresztą przypadkowi, jak to się na pierwszy rzut oka wydawać mogło; policya bowiem przegląda papiery nietylko poprzednio, ale wkracza także, ażeby ślepy traf poprawiać, ilekroć w swéj mądrości uważa to za właściwe. Propozycyę apoteozy Alfierego przyjęto dlatego potężnym zapałem, ponieważ przypuszczano, że nie można jéj będzie urzeczywistnić.

Nota XVII. Machiavelli.

I pył Machiawela tu znów spoczął w pyle.

Stanca LIV.

Afektacya prostoty w napisach grobowych, dzięki któréj niejednokrotnie nie wiemy, że stojący przed nami pomnik jest rzeczywiście nagrobkiem lub cenotafem albo zwykłym napisem pamiątkowym, nie dla umarłego, lecz dla żywego sporządzonym, sprawiła, że i na grobie Machiavela żadnéj nie znajdujemy wiadomości ani o miejscu, ani o czasie urodzenia lub śmierci, ani o wieku lub pochodzeniu historyka.

TANTO NOMINI NVLLVM PAR ELOGIVM
NICCOLAVS MACCHIAVELLI.
Zdaje się, że nie było przynajmniéj powodu, ażeby nazwiska nie umieszczać ponad sentencyą do niego się odnoszącą. Jest to zrozumiałem, że przesądy, dzięki którym imię Macchiawellego weszło w przysłowie na oznaczenie przewrotności, we Florencyi już nie istnieją. Pamięć jego była prześladowaną tak, jak niegdyś on sam za życia, albowiem jego przywiązanie do swobody nie mogło się zgodzić z despotyzmem, jaki nastąpił po upadku wolnych rządów Italii. Brano go na tortury, ponieważ był „libertynem“, to znaczy, ponieważ chciał odbudować rzeczpospolitą florencką; bezprzestanne jednak usiłowania ludzi, mających w tém interes, ażeby przekręcono nietylko istotę czynów, ale i znaczenie słów, sprawiły, że to, co ongi uważano za patryotyzm, stało się powoli określeniem wyuzdania. Wszakże my sami doczekaliśmy się tego, że to, co dawniéj oznaczało „liberalność“, wyraża dzisiaj w jednym kraju zdradę, a w drugim zaślepienie we wszystkiém. Było to wielkim błędem uważać autora „Księcia“ za rajfura tyranii i wierzyć, że inkwizycya potępiła za tę zbrodnię jego dzieło. Prawdą jest, że Machiawellego, jak wogóle wszystkich, którym nic innego zarzucić nie można, oskarżono o ateizm; pierwszym i ostatnim z najzawziętszych przeciwników „Księcia“ byli dwaj jezuici, z których jeden namówił inkwizycyę, benchè fosse tardo, ażeby zakazała dzieło, drugi zaś zaliczył sekretarza rzeczypospolitéj florenckiéj ni mniéj ani więcéj, jak tylko do obłąkanych. Udowodniono późniéj, że pater Possevin książki téj nigdy nie czytał a pater Lucchesini wcale jéj nie rozumiał. Jasną jest rzeczą, że krytycy ci nie mieliby nic przeciw temu, gdyby tu szło rzeczywiście o tresowanie w służalstwie, pojęli oni jednak ukrytą tendencyę nauki, wykazującéj, jak interesy monarchów rozbiegają się z interesami ludów.

Jezuici zostali na nowo wskrzeszeni we Włoszech a ostatni rozdział „Księcia“ zapewne znowu wywołał zbijającą go odpowiedź ze strony ludzi, powołanych do kształcenia umysłów młodego pokolenia w tym kierunku, aby wchłaniały w siebie wrażenia despotyzmu. Rozdział ten jest bowiem zatytułowany: „Esortazione a liberare la Italia dai Barbari“ a kończy się „libertyńskiém“ wezwaniem do oswobodzenia Italii: „Non si deve adunque lasciar passare questa occasione, acciocchè la Italia vegga dopo tanto tempo apparire un suo redentore. Nè posso esprimere con qual amore ci fusse ricevuto in tutte quelle provincie, che hanno patito per queste illuvioni esterne, eon qual sete di vendetta, con che ostinata fede, con che lacrime. Quali porte se il serrerebeno? Quali popoli li negherebbono la obbedienza? Quale Italiano li negherebbe l’ossequio? AD OGNUNO PUZZA QUESTO BARBARO DOMINIO“[41].

Nota XVIII. Dante.

O ty niewdzięczna Florencyo! Dant złożył,
Jak Scypio, głowę na cudzym zagonie...

Stanca LVII.

Dante urodził się we Florencyi w r. 1261. Walczył on w dwóch bitwach, był czternaście razy posłem, a raz przeorem rzeczypospolitéj. Gdy stronnictwo Karola Andegaweńskiego odniosło tryumf nad białemi, bawił on w poselstwie u papieża Bonifacego VIII, skazany został na dwa lata wygnania i na grzywnę 8000 lirów, a gdy sumy téj nie zapłacił, ukarano go konfiskatą całego majątku. Rzeczpospolita tém się jednak nie zadowoliła: w r. 1772 znaleziono w archiwum florenckiém wyrok, którym Dante został jako jedenasty w rzędzie piętnastu innych patryotów skazany na spalenie żywcem. Talis perveniens igne comburatur sicque moriatur.
Wyrok ten upozorowano nieuczciwym wrzekomo handlem, wymuszeniem i zakazaném ciągnieniem zysków: Baractoriarum iniquarum, extorsionum et illicitorum[42]; wobec takich zarzutów nic dziwnego, że Dante zapewniał zawsze o swéj niewinności, zarzucając niesprawiedliwość swoim współobywatelom. Apelował on nietylko do Florencyi, ale także do cesarza Henryka; śmierć tego władcy w r. 1313 spowodowała nieodwołalny wyrok, skazujący go na wygnanie. Z początku przebywał on w pobliżu Toskany, spodziewając się cofnięcia wyroku; późniéj udał się do Włoch północnych, gdzie pochlubić się może Werona, że w niéj przemieszkiwał najdłużéj; ostatecznie osiedlił się w Ravennie, która była jego zwykłém, choć nie stałem miejscem pobytu aż do śmierci. Odmowa Wenecyan, od których na podstawie poparcia ze strony swego protektora, Gwidona Novello z Pollenty publicznego żądał posłuchania, stała się głośną przyczyną wypadku, jaki nastąpił w r. 1321. Pochowano go („in sacra minorum aede“) w Ravennie, w pięknym grobowcu, wzniesionym przez Gwidona a odrestaurowanym w r. 1488 przez Bernarda Bembo, pretora rzeczypospolitéj, która nie chciała wysłuchać poety; grobowiec ten powtórnie odnowiony został przez kardynała Corsi w r. 1692; a w r. 1780 wzniesiono na jego miejscu grób wspanialszy i to kosztem kardynała Luigi Valenti Gonzagi.
Przyczyną krzywdy, wyrządzonéj Dantemu, czy jego nieszczęścia było przywiązanie do stronnictwa zwyciężonego oraz, jak to zapewniają najmniéj przychylni mu biografowie, zbyt wielka swoboda języka i duma. Atoli następny już wiek otoczył wygnańca czcią niemal boską, Florentczycy, widząc, że częste ich usiłowania, aby odzyskać zwłoki zmarłego, spełzały na niczém, ukoronowali w jednym z kościołów jego wizerunek; obraz jego jest dotychczas w ich katedrze rodzajem bożyszcza[43]. Na cześć jego bili medale i wznosili mu pomniki. Miasta włoskie, nie mogąc sprzeczać się pomiędzy sobą o miejsce jego urodzenia, spierały się o to, w którém z nich powstał wielki jego poemat; Florentczycy uważali to za rzecz honoru, ażeby udowodnić, że Dante doprowadził go do pieśni siódméj, zanim wydalono go z rodzinnego miasta. W pięćdziesiąt i jeden lat po jego śmierci utworzyli oni osobną katedrę dla objaśniania jego wierszy, a Boccacio powołany został do objęcia patryotycznego urzędu. Za przykładem tym poszły Bolonia i Piza, a jeżeli komentatorowie nie przysporzyli piśmiennictwa zbyt wiele korzyści, to rozpowszechnili jego cześć pomiędzy ziomkami, którzy w każdym obrazie jego mistycznéj muzy dopatrywali się, jakiejś świętéj lub moralnéj allegoryi. Odkryto, że jego urodzenie i dziecięce jego lata były inne, aniżeli u ludzi zwyczajnych: autor Dokameronu, najpierwszy jego biograf, przytacza, że matka jego miała widzenie we śnie, wskazujące na ważność ciężarnego jéj stanu: inni podali, że Dante mając lat dziewięć, okazywał niezwykłą skłonność do teologii, która pod nazwiskiem Beatryczy była fałszywie uważaną za rzeczywistą ziemską kochankę. Nawet gdy Komedyę Boską uważano już za utwór śmiertelnika, a przedział dwóch wieków, krytyka i naśladownictwo otrzeźwiły nieco sąd Włochów, stawiano Danta zupełnie na seryo ponad Homera[44]; a jakkolwiek to wywyższanie wydało się niektórym kazuistom „heretyckiém bluźnierstwem, godném płomieni“, żywo spór ten toczono przez lat blizko pięćdziesiąt. W późniejszych czasach spierano się o to, który z panów Werony może się pochlubić tém, że się nim opiekował[45], a zazdrosny sceptycyzm jednego z autorów nie chciał nawet przyznać Ravennie, że posiada jego kości. Nawet taki krytyk jak Tiraboschi skłaniał się do mniemania, że Dante przeczuł i przepowiedział jedno z odkryć Galileusza.
Jak to się wydarza i wielkim umysłom innych narodów, popularność nie zawsze na jednéj stała wysokości. Ostatni wiek zdawał się umniejszać jego wartość, jako wzoru i przedmiotu studyów: pewnego dnia wyłajał Betinelli wychowańca swego Montiogo, że się za bardzo zajmuje nieokrzesanemi i przestarzałemi wybrykami Komedyi. Dzisiejsze pokolenie porzuciło Cesarotti’ego bałwochwalstwo Gallów, zwracając się natomiast do dawnego uwielbień swych przedmiotu; Danteggiare północnych Włochów wydaje się nawet umiarkowańszym Toskańczykom przesadném.
Istnieje jeszczo wiele innych, dziwnych wiadomości, dotyczących życia i pism tego wielkiego poety, nie zebranych dotychczas razem nawet we Włoszech; słynny Ugo Foscolo ma jednak zamiar błąd ten naprawić, nie należy téż żałować, że wykonanie tego dzieła narodowego pozostało mężowi, tak oddanemu swojéj ojczyźnie i prawdzie.

Nota XIX. Grobowiec Scypionów.

Dant złożył
Jak Scypio, głowę na cudzym zagonie;
Bój twoich stronnictw, co się ongi srożył,
Wygnał pieśniarza etc.

Stanca LVII.

Scipio Africanus starszy posiadał grób, jakkolwiek nie został w nim pochowany, w Liternum, dokąd się był udał na dobrowolne wygnanie. Grób ten znajdował się w pobliżu brzegów jeziora a dzieje umieszczonego na nim napisu „Ingrata patria“ dały imię nowszéj wieży, co jeżeli nie prawda, to w każdym razie piękną jest poezją. Pogrzebanym tu nie był, ale z pewnością żył tutaj[46].

In cosi angusta e solitaria villa
Era’l grand’ uomo che d’Africa s’appelle
Perche prima col ferro al vivo appilla[47].

Niewdzięczność uważaną bywa powszechnie za grzech, właściwy wszystkim rzeczompospolitym; zapominany jednak, zdaje się, że na jeden przykład niestałości ludu mamy sto przykładów, gdzie łaski pozbawieni zostali ulubieńcy dworów. Zresztą naród często tego żałuje, monarcha rzadko, albo nigdy. Pozostawiwszy na uboczu niejeden tego rodzaju dowód, przytoczymy krótką historyę, wykazującą, jaka zachodzi różnica pomiędzy arystokracyą a ludem.
Vettor Pisani, gdy w roku 1354 pobili go Genueńczycy pod Portolongo a w kilka lat późniéj w bardziéj rozstrzygającym boju pod Polą, odwołany został przez Wenecyan i okuty w kajdany. Awogadorzy chcieli nawet, aby go ścięto, najwyższy trybunał jednak zadowolił się zamknięciem go w więzieniu. Gdy Pisani znosił tę niezasłużoną niełaskę, padła Chioza, miasto sąsiadujące ze stolicą[48], wskutek pomocy władcy Padewskiego, w ręce Piotra Dorii. Na wiadomość o tém nieszczęściu uderzył wielki dzwon na wieży św. Marka, wzywając do broni; lud a nawet żołnierzy z galer powołano, celem odparcia zbliżającego się nieprzyjaciela; ci wszyscy jednak stawili opór, mówiąc, że nie uczynią ani kroku, jeżeli Pisani nie opuści więzienia i nie stanie na ich czele. Zebrała się natychmiast rada wielka; przywołano więźnia a doża Andrzej Contarini powiadomił go o woli ludu i o potrzebie, w jakiéj się znajduje państwo, wszystkie swe nadzieje w nim pokładające, i prosił go, ażeby zapomniał krzywd doznanych w służbie rzeczypospolitéj. „Poddałem się“ — powiedział wielki republikanin — „poddałem się waszemu wyrokowi bez sarkania; znosiłem cierpliwie katusze więzienia, ponieważ zadano mi je za waszym rozkazem; nie tutaj czas zastanawiać się nad tém, czy na nie zasłużyłem — dobro rzeczypospolitéj widocznie tego wymagało, a to co postanawia rzeczpospolita, mądrze jest postanowioném. Oto jestem gotów oddać życie, ażeby zbawić ojczyznę“.
Pisani naznaczony został naczelnym wodzem, a dzięki jego usiłowaniom wraz z zabiegami Karola Zeno — uzyskali Wenecyanie przewagę nad współzawodnikami swemi na morzu.
Rzeczypospolite włoskie tak samo były niesprawiedliwe względem swych współobywateli jak i greckie. Wolność jak w jednych tak i w drugich była — jak się zdaje — narodową, nie indywidualną; a pomimo tyle sławionéj równości wobec prawa, o któréj jeden z pisarzy greckich[49] mówi jako o znamieniu, odróżniającém Greków od barbarzyńców, wzajemne przyznawanie sobie praw ze strony obywateli nie było, zdaje się, nigdy, głównym celem starych rzeczypospolitych. Świat chyba nie widział jeszcze rozprawy autora „Rzeczypospolitych włoskich“, w któréj w gienialny sposób wytłómaczono różnicę, jaka zachodzi pomiędzy wolnością w dawniejszych państwach, a tym samym wyrazem w szczęśliwszym ustawodawstwie angielskiém. Włosi, straciwszy swobodę, nie przestawali jednak wzdychać ku swym czasom niespokojnym, gdzie każdy z obywateli mógł sobie rościć prawo do wzięcia udziału w panowaniu, i nigdy nie mogli spokoju, jaki daje monarchia, dostatecznie ocenić.
Sperone Speroni, gdy Franciszek Marya II, książę Rowery, zwrócił się ku niemu z zapytaniem, „co jest lepsze: rzeczpospolita, czy władza książęca, to co jest doskonałém, ale niestałém, czy téż to, co jest mniéj doskonałém, ale i mniéj zmienném“, odpowiedział, że „szczęście człowieka trzeba mierzyć nie tém, jak długo ono trwa, lecz tém, jakiem jest“ i że on „woli dzień jeden żyć jako człowiek, niż lat sto jako bydlę, kawał drewna, lub kamień.“ Aż do ostatnich dni niewoli Włochów nazywano odpowiedź tę „wspaniałą.“[50]


Nota XX. Korona Petrarki.

I laur, włożony na Petrarki skronie,
Wyrósł w krainie obcéj i dalekiéj...

Stanca LVIII.

Florentczycy nie skorzystali ze sposobności, jaką im nadarzył krótki pobyt Petrarki w ich mieście r. 1350, ażeby znieść dekret, na mocy którego skonfiskowano majątek jego ojca, skazanego na wygnanie, krótko po wypędzeniu Dantego. Nie oślepiła ich korona jego, ale gdy w roku następnym potrzebowali jego pomocy przy zakładaniu wszechnicy, pożałowali swéj niesprawiedliwości, wysłali Boccaccia do Padwy celem zaproszenia laureata, ażeby wędrówki swoje zakończył na łonie ziemi ojczystéj, dokonał swojéj „immortal Africa“ i odzyskawszy swe posiadłości, zażywał szacunku u wszystkich warstw swoich ziomków.
Pozostawili mu wybór: książki i nauki, które miał wykładać; nazwali go chwałą swéj ojczyzny, która dla nich jest drogą, a stałaby się jeszcze droższą; dodali przytém, że jeżeli mu się w ich liście cośkolwiek nie podoba, to niechaj wróci choćby dlatego, ażeby poprawić ich styl[51].
Zdawało się z początku, że Petrarka usłucha ich pochlebstw i nasroży przyjaciela; do Florencyi jednak nie wrócił, lecz wolał udać się w pielgrzymkę do grobu Laury i do cienistych gajów Wokluzy.

XXI. Boccaccio.

Boccaccia popiół wzięły macierzyste
Łany...

Stanca LVIII.

Boccaccia pochowano w kościele ś. ś. Michała i Jakóba w Certaldo, małéj mieścinie Waldery, które niektórzy uważają za miejsce jego urodzenia. Tutaj przebył on ostatnie lata swego życia, wyczerpującemi zajęty studyami, które skróciły jego życie. Tutaj mogły téż leżeć jego popioły, jeżeli nie otoczone czcią, to przynajmniéj w spokoju. Ale „hyeną bigoteryi“ certaldzkiéj, zburzywszy grób Boccaccia, wyrzuciła zwłoki jego z przybytku śś. Michała i Jakóba. Wyrzucenie te starano się uniewinnić pozorem, jakoby kościół nowéj potrzebował posadzki; faktem jest, że zerwano kamień grobowy i rzucono go w kąt. Ciemnota szła tutaj w parze z bigoteryą. Byłoby mi przykro wspominać o tém wyjątkowém podeptaniu czci, jaką Włosi otaczać zwykli pamięć swych wielkich ludzi, gdybym nie mógł wyrównać tego przytoczeniem szlachetniejszych rysów, znamionujących ogólnie charakter tego narodu. Pierwsza osoba powiatu, ostatni potomek domu Medyceuszów, otoczyła pamięć zhańbionego zmarłego tą opieką, jaką jego najlepsi przodkowie otaczali zasługi swoich współczesnych. Margrabina Lenzoni wydobyła grobowiec Boccaccia z zapomnienia, w którém przez pewien czas leżał, i zaszczytnego udzieliła mu miejsca w swym własnym pałacu. Uczyniła jeszcze więcéj: dom, w którym żył poeta, był tak samo zaniedbany jak i grób jego, grożąc zapadnięciem nad głową swego obecnego właściciela, dla którego nazwisko poprzednika zupełnie było obojętném. Dom ten składa się z dwóch czy trzech pokoików oraz nizkiéj wieży, na któréj Cosmo II umieścił był napis. Margrabina postanowiła dom ten zakupić i otoczyć go tą troskliwością i temi względami, na jakie kolebka i mieszkanie gieniusza zasłużyły.
Nie tutaj miejsce brać Boccaccia w obronę, atoli człowiek, który mały swój majątek poświęcił dla nauki, który należał do pierwszych, jeżeli nie był pierwszym w przyswajaniu Włochom wiedzy i poezyi greckiéj, który nietylko nowy wynalazł styl, ale nowy stworzył i ustalił język; człowiek, który nietylko, że zażywał szacunku na wszystkich dworach europejskich, ale którego pierwsza rzeczpospolita jego kraju uważała za godnego, aby go zaciągnąć do swéj służby; który, co więcéj, był przyjacielem Petrarki i prowadził życie filozofa i wolnego człowieka, a umarł wśród studyów — taki człowiek na większe zasłużył względy, aniżeli te, jakie go spotkały ze strony księdza z Certaldo, a niedawno ze strony angielskiego podróżnika, przedstawiającego poetę jako pisarza wyuzdanego, niegodziwego, godnego wzgardy, którego nieczyste popioły godne są, ażeby zginąć w niepamięci.[52] Angielski ten podróżnik, jakkolwiek niejedni opłakują w nim stratę uprzejmego człowieka, jest poniżéj wszelkiéj krytyki; śmiertelność jednak, która nie uchroniła Boccaccia od p. Eustaco, nie uchroni p. Eustaco od bezstronnego sądu jego następców. Śmierć niechaj aureolą świętości otacza jego cnoty, lecz nie grzechy jego; trzeba zaś z wszelką przyznać skromnością, że zawinił on nietylko jako autor, ale także jako człowiek, jeżeli wywołał cienie Boccaccia wraz z cieniami Aretyńczyka po to jedynie, ażeby je napowrót w niegodny odesłać sposób. Co się tyczy:

„Il flagello de Principi,
Il divin Pietro Aretino“,

to mało na tém zależy, jaka spotka nagana tego błazna, który dotychczasowe istnienie może zawdzięcza jedynie powyższemu rubasznemu wierszowi, jaki mu poświęcił poeta, którego ambra niejedno będzie żywiła robactwo: stawianie jednak Boccaccia na równi z taką osobistością i przeklinanie jego popiołów nasuwa z natury rzeczy wątpliwość, czy ów „klasyczny podróżnik“ posiadał jakiekolwiek kwalifikacje, ażeby wydawać sąd o włoskiéj lub téż jakiejkolwiek innéj literaturze; ignorancya bowiem pisarza w pewnym kierunku wyklucza możliwość zajmowania się przezeń tym poszczególnym przedmiotem, powszechnie zaś panujący przesąd sprawia, że pod żadnym innym względem nie będzie można uważać go za pewnego przewodnika. Wszelka przewrotność i niesprawiedliwość może stać się tém, co powszechnie nazywają „sprawą sumienia“, ale marne to uniewinnienie jest téż wszystkiém, co przy toczyćby mogli zarówno ów ksiądz z Certaldo jak i autor „Podróży klasycznéj.“ Byłoby daleko rozumniéj, gdyby był ostatni naganę swą ograniczył na nowellach Boccaccia; cześć jednak dla źródła, któremu muza Drydena zawdzięcza najpiękniejsze swe utwory, wstrzymała go zapewne od zastosowania swéj krytyki do nagannych cech stu powiastek. W każdym razie skrucha Boccaccia powinna była powstrzymać od wykopania jego zwłok; trzeba było téż przypomniéć i opowiedziéć to, że w podeszłym wieku napisał on był do przyjaciela swego list, prosząc go w nim, ażeby odradzał od czytania Dekameronu nie tylko przez wzgląd na skromność, ale także na autora, który nie zawsze będzie miał obrońcę przy boku, aby go uniewinnił, że rzeczy te pisał w wieku młodym i na rozkaz swych przełożonych.[53] Nie samo téż wyuzdanie poety, ani złe żądze czytelników zgotowały Dekameronowi pomiędzy wszelkiemi dziełami Boccaccia popularność wieczystą. Było to raczéj utworzenie nowego a czarującego języka, to dzieło, w którém język ten po raz pierwszy był użyty, zapewniło nieśmiertelność. Sonety Petrarki przeżyły z téj saméj przyczyny podziwianą przezeń „Afrykę, ulubienicę królów.“ Niezmienne obrazy natury i uczucia przepełniające zarówno nowelle jak i wiersze oto niewątpliwie główne źródło sławy, jaką sobie obaj pisarze za granicą zdobyli; podług jego dzieła nie należy jednak sądzić Baccaccia jako człowieka, tak samo, jak nie można w Petrarce dopatrywać się tylko wielbiciela Laury. Pomimo to, gdyby był twórca poezyi toskańskiéj zdobył sobie nazwisko jedynie jako autor Dekaraeronu, każdy pisarz rozumny byłby ostrożniejszym w wygłaszaniu wyroku, sprzeciwiającego się nieomylnemu sądowi tylu wieków i narodów. Nigdy nie będzie tak powszechnie i nieodwołalnie cenioném dzieło, zalecające się jedynie swą niemoralnością.
Prawdziwém źródłem oburzenia przeciw Bokacyuszowi, podnoszonego już w pierwszych zaraz czasach, było to, że skandaliczne swe osoby brał z klasztorów i dworów; gdy jednak książęta śmieli się tylko z przygód miłosnych, tak niesłusznie przypisywanych królowéj Teodolindzie, księża nie posiadali się ze złości z powodu zarzuconego klasztorom i pustelniom wyuzdania i może właśnie z powodów przeróżnych, dla tego mianowicie, że obrazy były tak prawdziwie z życia wzięte. I rzeczywiście dwie z tych nowel są na powieść zmienionemi wydarzeniami a miały na celu ośmieszyć kanonizacyę łotrów i laików. Pana Ciappelletta i Marcellina przytoczył z pochwałą nawet przyzwoity Muratori.[54] Wielki Arnaud, jak go nazywa Bayle, opowiada, że chciano przygotować nowe wydanie nowel, które miały być „oczyszczone“, że zamierzano powyrzucać słowo „mnich“ i „mniszka,“ a spełniane przez nich czyny niemoralne przypisać innym osobom. Dzieje piśmiennictwa włoskiego edycyi takiéj przytoczyć nie mogą, cała jednak Europa tego samego o Dekameronie jest zdania, a rozgrzeszenie poety jest od lat stu sprawą skończoną: „On se feroit siffler si l’on prétendoit convaincre Boccace de n’avoir pas eté honnète homme, puis qu’il a fait le Decameron.“ Tak mówi jeden z najlepszych ludzi i może najlepszy krytyk, jaki kiedykolwiek żył — prawdziwy męczennik bezstronności.[55] Ponieważ jednak zdanie, że w początkach ubiegłego stulecia zakrzyczanoby każdego, ktoby śmiał powiedziéć, że Boccaccio nie był uczciwym człowiekiem, mogłoby być uważane za rozmyślne twierdzenie wroga, to do klątw złorzeczeń, rzucanych na ciało, duszę i pisma Boccaccia, dosadniejsze znaléźć można przeciwieństwo w kilku słowach jego osobliwego i patryotycznego ziomka, który jednę z powieści nieobyczajnego pisarza uważał za godną, aby ją swém piórem na język przełożył łaciński. „Zauważyłem“ — pisał Petrarka w liście do Boccaccia — „że niektóre psy zaczęły szarpać twą książkę; atoli odpędził je twój kij i głos twój. Nie dziwiło mnie to wcale, miałem już bowiem dowody, jak silną jest twoja dusza, i wiem, że znasz to nieokrzesane, nieudolne plemię śmiertelników, którzy wszystko, co im się nie podoba albo czego zanic nie mają lub wykonać nie umieją, ganią zawsze u innych, tylko przy takich sposobnościach pokazując swoję uczoność i wymowę, a zresztą zupełnemi będąc głupcami.[56]
Zadowolenia doznajemy widząc, że nie wszyscy księża podobni są do owego proboszcza z Certaldo i że człowiek, który nie posiadał popiołów Boccaccia, nie omieszkał skorzystać ze sposobności, aby pamięci jego wystawić pomnik.
Bevius, kanonik padewski, w początkach wieku szesnastego, umieścił w Arkwie, naprzeciwko grobowca laureata, tablicę pamiątkową, oddając na niéj Boccacciowi tę samę cześć, co Dantemu i Petrarce.

Nota XXII. Medyceusze.

Czém piramidy wszelkich kosztowności.

Stanca LX.

Uwielbienie nasze dla Medyceuszów rozpoczyna się od Kosma, a kończy się na jego wnuku; strumień ten czystym jest tylko u samego źródła; jedynie téż dla wspomnienia cnotliwych republikanów téj rodziny odwiedzamy kościół św. Wawrzyńca we Florencyi. Pstra, błyskotliwa, nieskończona kaplica w tym kościele, przeznaczona na mauzoleum książąt toskańskich, ozdobiona na okół koronami i trumnami, nie wzbudza innego uczucia, jak tylko pogardę dla téj rozrzutnéj próżności rodu despotów, gdy tymczasem płyta marmurowa, na któréj widnieje prosty napis: „Ojcu ojczyzny“, umie nas znowu pogodzić z nazwiskiem Medyceuszów.[57] Zupełnie naturalném było przypuszczenie Korynny,[58] że statua, wzniesiona w capella de’depositi księciu urbińskiemu, poświęconą była wielkiemu mężowi tego nazwiska; wspaniały Lorenzo natomiast spoczywa w trumnie do połowy ukryty w niszy zakrystyi. Upadek Toskany rozpoczyna się od panowania Medyceuszów. Płomienny a prawdziwy obraz téj ciszy grobowéj, jaka zapanowała we Włoszech od czasu ujęcia rządów przez możne rodziny tego kraju, nakreślił nam Sidney. „Pomimo rozruchów we Florencji i innych miastach Toskany, pomimo strasznych walk stronniczych, pomiędzy Gwelfami a Gibelinami, Czarnemi a Białemi, szlachtą a gminem, miasta te były zawsze ludne, silne i niezwykle bogate; w przeciągu jednak mniéj niż stu lat wyniszczyły spokojne rządy Medyceuszów dziewięć dziesiątych ludności téj prowincji. Pomiędzy innemi warto zapamiętać, że kiedy Filip II, król Hiszpanii, dał Sienę księciu florenckiemu, doniósł mu poseł jego, bawiący w Rzymie, że pozbawił się w ten sposób przeszło 650,000 poddanych; dzisiaj trudno uwierzyć, że w mieście i okolicy mieszka zaledwie 20,000 ludzi. Piza, Pistoja, Arezzo, Cortona, które ongi były bogate i ludne, w tym samym upadały stosunku, najbardziéj jednak ucierpiała Florencya. Pomimo, że w grodzie tym szalały rozruchy, rokosze, pomimo, że Florencya prowadziła wojny po większéj części nieszczęśliwe, miała ona jednak tyle siły, że kiedy Karol VIII, król francuski, w mury miasta jako przyjaciel przyjęty wraz z całą armią, która późniéj zdobyła królestwo Neapolitańskie, chciał ją opanować, lud, pochwyciwszy za broń, takim napoił go przestrachem, że gotów był wycofać się pod warunkami, jakieby mu tylko nałożono. Machiavel opowiada, że sama Florencya wraz z Val d’Arno, maleńkim szmatem ziemi około miasta, mogła w kilku godzinach na pierwszy odgłos dzwonu, stawić 135 tysięcy dobrze uzbrojonego chłopa, gdy tymczasem obecnie gród ten tak samo, jak i wszystkie inne miasta téj prowincji, do tak haniebnego doszedł osłabienia, do takiego zastoju, do takiéj nędzy i upodlenia, że nie może się nawet oprzeć uciskom własnego księcia lub że niezdolny byłby obronić jego i siebie od zewnętrznego wroga, gdyby tenże miasto najechał. Lud się rozproszył albo wyniszczał; a zamożne rodziny poszukały sobie przytułku w Wenecji, Genui, Rzymie, Neapolu i Lucce. Nie jest to dziełem wojny lub dżumy; kraj zupełny posiada spokój i żadną inną nie trapiony jest zarazą, jak tylko strasznym rządom“[59] Od czasów przywłaszczyciela Kosma aż do zwyrodniałego Gastona napróżno szukany którego z owych niezmąconych przymiotów, co sam w ręce miłującego ojczyznę zdolen jest oddać władzę nad jego współziomkami. Wielcy książęta, zwłaszcza Kosmo III, tak zupełnie przemienili charakter Toskańczyków, że również Florentczycy, chcąc uniewinnić niektóre niedokładności w filantropijnych rządach Leopolda, zmuszeni byli przyznać, że w ich państwie jedynym liberalnym człowiekiem jest ich władca. Ale i ten znakomity książę nie miał lepszego o zgromadzeniu narodowem pojęcia ponad to, że uważał je za ciało, mające reprezentować potrzeby życzenia ludu, lecz nie jego wolę.

Nota XXIII. Bitwa nad jeziorem trazymeńskiém.

...Pod ciosy strasznemi,
Nie postrzeżono i trzęsienia ziemi.

Stanca LXIII.

„A taka była po obu stronach zawziętość, tak byli wszyscy opętani walką, że nawet trzęsienia ziemi, które niejedno z miast włoskich zburzyło, które zmieniło bieg rwących strumieni, rzeki odwróciło od ujść ich i zwaliło góry, nikt z walczących nie spostrzegł“[60]. Tak opisuje Liwiusz. Wątpić należy, aby przy dzisiejszéj taktyce takie zapomnienie się było możliwém.
Pobojowisko trazymeńskie i dzisiaj można rozpoznać. Podróżnik, idący ze wsi poniżéj Cortony do Casa di Piano, najbliższéj stacyi po drodze do Rzymu, ma na przestrzeni pierwszych dwóch lub trzech mil (angielskich) naokoło siebie, zwłaszcza po stronie prawéj, równinę, którą Hannibal zniszczyć kazał, ażeby z Arezzo przywabić konsula Flaminiusza. Po lewicy i to bezpośrednio przed nim znajduje się łańcuch wzgórzy, spadających ku jezioru trazymeńskiemu, przez Liwiusza „montes cortonenses“, nazwanych, a dzisiaj zwących się Gualandra. Do wzgórzy tych dochodzi podróżnik koło Ossaji, wioski, która, jak podają drukowane przewodniki, nazwisko swoje otrzymała od znajdywanych wrzekomo tam kości: tutaj jednak kości znajdować się nie mogą, ponieważ bitwę stoczono po drugiéj stronie wzgórzy. Od Ossaji droga nieco się podnosi, nie prędzéj jednak łączy się z stopami gór jak przy 77 kamieniu milowym, od Florencyi począwszy. Wznoszenie się nie jest silne, ale stałe i trwa mniéj więcéj 20 minut. Jezioro ukazuje się niebawem po prawicy poniżéj Borghetto, okrągłéj wieży, położonéj nad wodą; faliste, częściami lasem pokryte wzgórza, śród których wije się droga, opadają stopniowo, kończąc się bagnami w pobliżu wieży. Niżéj, aniżeli droga, dołem po stronie prawéj, pomiędzy lesistemi wzgórzami ustawił Hannibal swą jazdę[61] w kotlinie, albo raczéj ponad wąwozem, ciągnącym się pomiędzy jeziorem a dzisiejszą drogą, prawdopodobnie tuż przy Borghetto, bezpośrednio u stóp najniższego z tych „tumuli“[62]. Na pagórku, powyżéj drogi, po stronie lewéj znajduje się stara krągła ruina, którą wieśniacy nazywają „wieżą Hannibala, Kartagińczyka“. Przybywszy na najwyższy punkt drogi, ma podróżny częściowy widok na nieszczęsną platformę, otwierającą się przed nim zupełnie, gdy uchodzi z Gualandry. Niebawem ujrzy się on w kotlinie, która, zamknięta z lewej strony przed nim i za nim pagórkami Gualandry, tworząc łuk więcéj niż półkole, roztacza się po obu końcach ku jezioru, ciągnącemu się po stronie prawéj i tworzącemu cieśninę łuku górskiego. Z płaszczyzny kortońskiéj położenia tego odgadnąć nie można; kotlinę widzimy dopiero wtenczas zupełnie zamkniętą, jeżeli staniemy w samym środku pagórków. Wówczas to widać dopiero, że miejsce to „stworzone rzeczywiście jakby dla zasadzki“, loeus insidiis natus. „Borghetto znajduje się dzisiaj w wązkim bagnistym wąwozie, zamkniętym pagórkami i jeziorem; na przeciwległéj zaś stronie nie ma innego dostępu do gór, chyba przez miasteczko Passignano, stokami wysokich skał niejako przyciśnięte do wody.“ Grzbiet lesisty rozdziela się tutaj na dwa ramiona, ciągnąc się z gór ku węższemu końcowi doliny w pobliżu Passiggnano, a na nim bieleje wioska nazwiskiem Torre. Polibiusz zdaje się grzbiet ten uważać za miejsce, na którém Hannibal stanął obozem, ustawiwszy na widoku swych ciężko uzbrojonych Afrykańczyków i Hiszpanów[63]. Z tego miejsca rozesłał on może Balearczyków i lekko zbrojne zastępy na wzgórza Gualandry po prawéj stronie od siebie, tak, że przybywszy tam niewidziani, utworzyli zasadzkę po za urwiskami skał i gór, śród których dzisiaj prowadzi droga; stąd téż mieli oni działać na lewém skrzydle i z góry, gdy tymczasem jeździe polecił zamknąć wąwóz z tyłu. Flaminiusz nadciągnął ku jezioru w pobliżu Borghetto o zachodzie słońca; następnego rana zaś, o świcie nie wysławszy nikogo na zwiady, ruszył wąwozem, nie widząc nad sobą i naokoło siebie, ani jazdy ani wojsk lekkozbrojnych, a tylko ciężko-zbrojnych Kartagińczyków na froncie na pagórku torreńskim. Konsul zaczął rozwijać wojska swoje na płaszczyźnie, a w téj saméj chwili ustawiła się jazda na jego tyłach, tworząc zasadzkę, w wąwozie tuż przy Borghetto. W ten sposób Rzymianie zostali zamknięci, po prawicy mając jezioro, na froncie na wzgórzu torreńskiém armię nieprzyjacielską, pagórki Gualandry, pełne wojsk lekko-zbrojnych na skrzydle lewém, odwrót zaś odcięty przez jazdę, która w miarę jak się posuwali tamci, zamykała na tyłach wszystkie przesmyki. Mgły podniosły się z jeziora, kładąc się na wojska konsula, natomiast wzgórza stały w promieniach słońca, tak że rozmaite oddziały, tworzące zasadzkę, mogły bardzo dobrze widzieć pagórek torreński i stamtąd oczekiwać sygnału do ataku. Hannibal, dawszy sygnał, zaczął się ze stanowiska swego spuszczać po wzgórzu. Téj saméj chwili, jakby umówione, rzuciły się wszystkie jego wojska ze wzgórza ku dolinie, na skrzydła Flaminiusza. Rzymianie, szykujący się do boju śród mgły, usłyszeli naraz krzyk wroga pośród siebie i ze wszystkich stron, i zanim mogli stanąć w szeregu, zanim miecza dobyć mogli lub zobaczyć, kto ich napadł, uczuli, że są otoczeni i zgubieni.
Dwa małe strumyki spływają z Gualandry do jeziora. Podróżnik przekracza pierwszy z nich, uszedłszy jaką milę (ang.) doliną; potok ten oddziela ziemię toskańską od terrytoryum papieskiego. Drugi płynie o jakie ćwierć mili daléj i nazywa się „krwawym potokiem“, chłopi pokazują otwarte miejsce (po lewéj stronie pomiędzy „Sanguinetto“ a pagórkami, gdzie, jak powiadają, najgłówniejsza rzeź się odbyła. Reszta doliny, pokryta drzewami oliwnemi i łanami zboża, wcale nie jest tak równą z wyjątkiem szmatu, znajdującego się w pobliżu jeziora. Jest to, rzeczywiście, wielce prawdopodobném, że walkę stoczono w téj właśnie części doliny, 6000 Rzymian bowiem, którzy w samym początku bitwy przedarli się przez zastępy nieprzyjacielskie, uciekli na grzbiet wzgórza, które w téj właśnie musiało leżéć części, w przeciwnym bowiem razie byliby całą przebiegli dolinę i przedzierali się przez wszystkie wojska Hannibala.
Rzymianie bili się rozpaczliwie przez trzy godziny; śmierć Flaminiusza była jednak sygnałem powszechnéj ucieczki. Jazda kartagińska puściła się w pogoń za uciekającemi i jezioro, bagna naokoło Borghetto, przedewszystkiém zaś dolina Sanguinetta i przesmyki Gualandry pokryły się trupami. Około starego muru, znajdującego się w pobliżu łańcucha wzgórzy po lewéj stronie potoku znajdowano częstokroć kości ludzkie i to utwierdziło ludzi w przypuszczeniu, że „krwawy potok“ słusznie tak się nazywa.
Każda okolica Włoch ma swego bohatera. Na północy jest zwykle jakiś malarz gieniuszem miejsca, a cudzoziemiec Giulio Romano więcéj niż dzieli się Mantuą z urodzonym tam Wirgiliuszem)[64]. Aż ku południu rzymskie słyszymy nazwiska. Nad jeziorem trazymeńskiém zachowała tradycya także imię wroga; Kartagińczyk Hannibal, oto jedyne starożytne nazwisko, wspominane dotychczas nad brzegami jeziora perugijskiego. Flaminiusz nieznany; pocztylion, odbywający tę drogę, pokazuje jednak miejsce, gdzie zamordowany zastał Il Console Romano. Z wszystkich, którzy walczyli i padli w bitwie nad Trazymenem, zachował nawet dziejopis, oprócz wodzów i Maharbala, jedyne tylko nazwisko. Na téj saméj drodze, prowadzącéj do Rzymu, spotykamy się z inném słynném o Kartagińczykach wspomnieniem. Starożytnik, czyli właściwie służący na poczcie w Spoleto, opowie wam, że to miasto odparło zwycięskiego wroga, i pokaże wam bramę, nazwaną Porta di Annibale. Nie warto chyba przytaczać, że pewien podróżnik francuski, bardzo dobrze znany pod nazwiskiem prezydenta Dupaty, dopatrywał się jeziora trazymeńskiego w jeziorze bolseńskiém, ponieważ jezioro to leżało mu dogodnie w drodze z Sieny do Rzymu.

Nota XXIV. Posąg Pompejusza.

Stoisz, posągu, aż do tego czasu
W surowych kształtów nagim majestacie.

Stanca LXXXVII.

Już autor „Upadku państwa Rzymskiego“ (Dechne and Fall of the Roman Empire) wspomina o projekcie podziału Pompejusza z galeryi Spada. Gibbon znalazł wiadomość o tém w pamiętnikach Flaminiusza Wakki; trzeba tu nam dodać wzmiankę, że papież Juliusz III zapłacił toczącym spór właścicielom 500 koron za posąg i darował go następnie kardynałowi Capo di Ferro, który nie dopuścił do tego, ażeby na wizerunku wykonano sąd Salomonowy. W wieku oświeconym statua do dziwnego służyła użytku: aktorowie dawniejsi, grający w Koloseum, grali Wolterowego Brutusa, wpadli na pomysł, że ich Cezar powinien padać u podnóża posągu Pompejuszowego, który, jak przypuszczano, zbryzgany był ongi krwią prawdziwego dyktatora. Przeniesiono więc 9 stóp mierzącego bohatera na arenę amfiteatru, a celem ułatwienia transportu odcięto mu prawe ramię. Republikańscy aktorzy twierdzili, że ramię, i tak już pochodziło z restauracyi, ich oskarżyciele jednak nie wierzą, ażeby ci ludzie, znalazłszy statuę w nietkniętéj całości, powstrzymali się od jéj uszkodzenia. Żądza wynajdywania dowodów na rozmaite przypuszczenia odkryła w jakiejś plamie w pobliżu prawego kolana posągu prawdziwą krew Cezara; zimniejsza jednak krytyka wyparła się nietylko krwi, ale i portretu, sądząc z kuli ziemskiéj, oznaczającéj władzę, że posąg wyobraża raczéj pierwszego z celarzy, niżeli ostatniego republikańskiego władcy Rzymu. Winkelmann[65] nie chce wierzyć, ażeby posąg bohatera wyobrażać miał obywatela rzymskiego, Agrippa jednak z galeryi Grimmanich, mniéj więcéj z tego samego pochodzący czasu, przedstawia bohatera; nagie figury rzymskie są wprawdzie bardzo rzadkie, ale nie wykluczone zupełnie.
Oblicze zgadza się raczéj z „hominem integrum et castum et gravem“[66], aniżeli z którémkolwiek z popiersi Augusta, i jak na niego zbyt jest poważne, on bowiem, jak powiada Swetoniusz, pięknym był w każdym okresie swego życia. Wrzekomego podobieństwa z Aleksandrem Wielkim nie można się dopatrzéć, rysy twarzy podobno są raczéj do oblicza na medalu Pompejusza[67]. Zakwestyonowany glob nie byłby pochlebstwem, źle zastosowaném do człowieka, który Azyę mniejszą znalazł na granicy, a opuścił ją leżącą już w środku państwa rzymskiego.
Zdaje się, że Winkelmann się myli, jeżeli myśli, że miejsce, w którém posąg ten odkryto, nie może być dowodem tożsamości z statuą, u któréj stóp spełniono owę krwawą ofiarę[68]. Flaminiusz Wakka powiada sotto una cantina, a piwnica ta znajdowała się, jak wiadomo, w Vicolo de Lentari niedaleko Cancellaria; położenie, zgadzające się zupełnie z położeniem świątyni Janusa przed bazyliką teatru Pompejuszowego, dokąd August statuę przenieść kazał, gdy curia się spaliła czy téż została rozebraną[69]. Część „Pompejuszowego cienia“, mianowicie portyk, istniała jeszcze w początku wieku piętnastego, a atrium nazywano wówczas Satrum. Tak opowiada Blondus. W każdym razie, surowy majestat posągu jest tak imponujący, a historya jego tak dziwną, że gra wyobraźni żadnego krytycznemu sądowi nie pozostawia miejsca, złuda zaś, jeżeli to jest złuda, wywiera na widzu wpływ potężniejszy, aniżeli prawda.

Nota XXV. Wilczyca z bronzu.

I ty wilczyco, Rzymu karmicielko,
Dotknięta gromem!...

Stanca LXXXVIII.

Stary Rzym był prawdopodobnie tak samo, jak nowożytna Siena, pełen wizerunków matki-karmicielki jego założycieli; zmarnowały się tam atoli dwie wilczyce, którym dzieje szczególniejszą poświęcają uwagę. Jednę z nich, starożytnéj sztuki dzieło z bronzu, widział Dyonizyusz[70] w świątyni Romulusa u stóp Paladynu; powszechne panuje téż mniemanie, że ona to właśnie, jak rzymski opowiada dziejopis, ulaną została z monet zebranych z grzywien, nałożonych na lichwiarzy, a umieszczoną była pod ruminalskiém drzewem figowém[71]. Drugą zaś sławił Cycero[72], prozą i wierszem, a wspomina o niéj także historyk Dyon, że spotkał ją ten sam przypadek, o jakim jest wzmianka u owego mówcy[73].
Sprawa, poruszana przez starożytników, tak się więc przedstawia: czy umieszczona w pałacu konserwatorskim wilczyca jest tą, którą widział Dyo i Liwiusz, czy téż tą, którą opiewał Cycero, lub téż ani jedną ani drugą. Starzy pisarze tak samo pod tym względem nie są zgodni jak i nowożytni. Lucyusz Faunus[74] powiada, że jest tą, o któréj mówią tamci (Cyceron i Dyon), co jest niemożliwém, a także tą, o któréj wspomina Wirgili, co być może. Fulwiusz Ursinus nazywa ją wilczycą Dyonizyusza[75], a Marlianus[76] powiada, że jest to ta, o któréj mówi Cycero. Drżąco potakuje mu Rycquius[77]. Nardini skłania się do przypuszczenia, że jest to jedna z licznych wilczyc, które stały w Rzymie: zdaje mu się atoli, że będzie to statua, o jakiéj wspomina Cycero[78]. Montfaucon[79] mniema, że co do ostatniego punktu niéma najmniejszéj wątpliwości. Z nowszych pisarzy mówi stanowczy Winkelmann[80], że znaleziono ją około kościoła św. Teodora, na którém to miejscu albo w pobliżu stała świątynia Romulusa, wskutek czego oznacza wilczycę jako tę, o któréj jest mowa u Dyonizyusza. Powagą dla niego w téj mierze jest Lucyusz Faunus, który jednak nie mówi nic więcéj ponad to że, stała, lecz nie, że była znaleziona przy comitium pod Ficus ruminalis; comitium, zdaje się, nie uważa on przecież za kościół św. Teodora. Rycquius pierwszy błąd ten popełnił, Winkelmann poszedł za Rycquiusem.
Flaminius Vakka zupełnie inną opowiada historyę, mówiąc, jakoby słyszał, że wilczycę z bliźniętami[81] znaleziono w pobliżu łuku Septymiusza Sewera. Komentator Winkelmanna tego samego jest zdania, co i ten uczony; gniewa się na Nardiniego, jakoby nie zauważył, że Cycero mówiąc o wilczycy, na Kapitolu ugodzonéj piorunem, używa czasu przeszłego. Ale, z przeproszeniem szanownego Abbé, Nardini nigdy nie twierdził stanowczo, że jest to posąg, o którym wspomina Cycero, gdyby nawet był to uczynił, to przypuszczenie to nie byłoby wcale tak nadzwyczajnie nioodpowiodniém. Sam Abbé przyznaje, że na tylnych nogach istniejącéj dziś wilczycy znajdują się ślady, bardzo podobne do śladów pioruna, ażeby zaś uniknąć zarzutu, dodaje, że wilczyca, którą widział Dyonizyusz, była również ugodzona od pioruna lub w inny uszkodzona sposób.
Starajmy się zbadać sprawę, trzymając się słów Cycerona. Mówca ten zdaje się w dwóch miejscach zajmować się szczegółowo Romulusem i Remusem, zwłaszcza zaś pierwszym, który, jak to sobie słuchacze jego przypomniéć mieli, znajdował się na Kapitolu w chwili, gdy uderzył tu piorun. W wierszach swych wspomina o tém, że wilczyca obaliła się wraz z bliźniętami, pozostawiając ślady swych nóg. Cycero nie mówi, że wilczyca stopiła się; i Dyon powiada jedynie to, że się obaliła, nic nie wspominając, choć mu to Abbé podsuwa, o sile piorunowego razu, ani o trwałości, z jaką była przymocowaną. Cała więc potęga argumentów abbé’go polega na owém użyciu czasu przeszłego; osłabia ją przecież to, że frazes ów niczego więcéj nie powiada, prócz tego, że posąg wówczas nie stał już na dawném swém miejscu. Winkelmann zauważył, że obecne bliźnięta pochodzą z czasów nowszych, widać także na wilczycy ślady pozłocenia, co wywołuje przypuszczenie, że starożytna grupa była pozłoconą. Wiadomo, że świętych wizerunków na Kapitolu nie niszczono, gdy je uszkodził czas lub wypadek, ale że wynoszono je do pewnych podziemi, zwanych favissae[82]. Jest możliwém, że w ten sposób umieszczono i wilczycę, postawiono ją dopiero wtedy na jakiémś widoczném miejscu, gdy Wespazyan odbudował Kapitol na nowo. Rycquins powiada, nie wymieniając źródła, skąd to czerpie, że z Comitium przeniesiono ją do Lateranu, a stąd na Kapitol. Jeżeli ją znaleziono w pobliżu łuku Sewera, to była ona jedną z tych figur, które, jak pisze Orozyusz, na forum zdruzgotał piorun w czasie, gdy Alaryk zdobył miasto. Że posąg ten bardzo jest starym, to udowodnia najpewniéj robota, z tego téż powodu uważa ją Winkelmann za wilczycę Dyonizyusza. Wilczyca kapitolińska może być zresztą tak samo dawną, jak figura w świątyni Romulusa. Laktancyus[83] zapewnia, że Rzymianie oddawali onego czasu cześć wilczycy, wiadomo téż, że lupercalia przetrwały do późnych bardzo czasów, gdy inne zabobonne obrzędy dawno już wymarły[84].
To zapewne było powodem, dlaczego ten starożytny wizerunek trzymano dłużéj w ukryciu aniżeli inne symbole pogańskie.
Niech nam będzie wolno zaznaczyć, że wilczyca była symbolem u Rzymian; oddawanie czci temu symbolowi jest tylko wnioskiem, wynikłym z gorliwości Laktancyusza. Oskarżenia dawniejszych pisarzy chrześcijańskich, wymierzone przeciw pogaństwu, na wiarę nie zasługują. Euzebiusz zarzucał Rzymowi w żywe oczy, że oddawali cześć Szymonowi Magowi i że na jednéj z wysepek na Tybrze wznieśli mu posąg. Rzymianie nigdy chyba przedtém o téj osobistości nie słyszeli, jakkolwiek odegrała ona w historyi kościoła wielką, cioć skandaliczną rolę, pozostawiając po sobie w Rzymie kilka śladów swéj napowietrznéj walki z świętym Piotrem; napis zaś, znaleziony na wyspie Tybru, dowodzi, że ów Szymon Mag Euzebiusza był jakiémś rodzimém bożyszczem, zwiącem się Semo Sangus czy téż Fidius[85].
Kiedy przestano cześć oddawać założycielowi Rzymu, uważano za właściwe dać folgę zwyczajowi zacnych matek miasta i posyłać je z choremi dziećmi do kościoła św. Teodora, tak jak przedtem posyłano je do świątyni Romulusa[86]. Praktyka ta przetrwała aż do dni dzisiejszych; z tego powodu identyfikowano więc niejako kościół powyższy z ową świątynią; jeżeli zatém, jak twierdzi Winkelmann, tu, a nie gdzie indziéj, znaleziono wilczycę, to nie ulega wątpliwości, że istniejący dziś posąg jest tym, który widział Dyonizyusz. Jeżeli jednak Faunus powiada, że stała ona przy Comitium pod Ficus Ruminalis, to ma on na myśli tylko dawne jéj miejsce, o którém wspomina Pliniusz; gdyby zaś był chciał mówić o tém, gdzie ją znaleziono, to byłby wymienił nie kościół św. Teodora, lecz inne miejsce, na którém, jak wówczas przypuszczano, stały Ficus Ruminalis i Comitium, t. j. trzy kolumny około kościoła Santa Maria Liberatrice, na rogu Palatynu od strony Forum.

Jest to rzeczywiście tylko kwestyą przypuszczeń, gdzie wizerunek ów odkopano; ślady złoceń i pioruna są téż, być może, lepszym argumentem, przemawiającym na korzyść Cycerona, aniżeli dowody, któreby można przytoczyć dla podtrzymania twierdzeń przeciwnych. W każdym razie przytoczono ją bardzo słusznie w tekście poematu jako najciekawszy zabytek starożytnego miasta[87], jest ono téż zapewne tą figurą, któréj Wirgiliusz, jeżeli nie miał na myśli żywego zwierzęcia, następujące, piękne poświęcił wiersze:

„Geminos hnic ubera circum
Ludere pondentes pueros, es lambere matrem
Impavidos: illam tereti cervice reflexam
Mulcere alternos, et corpora fingere lingua“.[88]




Nota XXVI. Juliusz Cezar.

Rzymianin mniéj był ulepiony
We wnętrzu swojém według ziemskiéj modły.

Stanca XC.

Można być wielkim bardzo człowiekiem, a przecież mniejszym od Juliusza Cezara, który zdaniem Bakona był najbardziéj wykończonym charakterem w starożytności. Natura sama, zdaje się, nie może znieść mieszaniny tylu najróżnorodniejszych pierwiastków, z jakich złożony był jego umysł wszechstronny, który nawet dla Rzymian stanowił cel podziwu. Pierwszy wódz, jedyny polityk, który odnosił tryumfy, w wymowie nieustępujący nikomu, mogący z każdym równać się w dziedzinie wiedzy, i to w wieku największych, jakich świat widział, wojowników, mężów stanu, mówców i myślicieli; pisarz, kreślący w podróżnym woziö skończone wzory annałów wojennych, dziś wiodący spór naukowy z Katonem, innym znowu razem piszący rozprawę o dowcipie i zbierający przysłowia, toczący równocześnie wojnę i kochający, to znowu gotów porzucić i państwo swe i kochankę, ażeby udać się na poszukiwanie źródeł Nilu: takim wydał się Juliusz Cezar swoim współczesnym, oraz mężom wieków następnych, którzy najbardziéj byli skłonni do złorzeczenia mu i ubolewania nad jego nieszczęsnym gieniuszem.
Nie powinniśmy jednak dać się do tego stopnia oślepić, ani jego sławie przemijającéj, ani jego wielkodusznym i miłym przymiotom, ażeby zapomnieć o wyroku jego bezstronnego ziomka, że:

Zamordowano go słusznie[89].



Nota XXVII. Egerya.

Egeryo, serca przecudowny tworze,
Co dla spoczynku nad wszystkie wybory
Przeniosło ongi twoje łono hoże.

Stanca CXV.

Szanowna powaga Flaminiusza Wakki pragnie wpoić w nas to przekonanie, że jaskinia, uważana dziś za grotę Egeryi[90], może rzeczywiście rościć sobie do téj nazwy prawo. Zapewnia on, że widział na posadzce napis, stwierdzający, że istniejące tam źródło było źródłem Egeryi, poświęconém nimfom. Napisu tego dziś już tam niéma; Montfaucon przytacza jednak wiersze Owidyusza[91], znajdujące się na kamieniu w willi Giustiniani, który, jak się on zdaje przypuszczać, miał być przeniesiony z owéj groty.
Grota i dolina była dawniéj latem często odwiedzane, zwłaszcza w pierwszą niedzielę maja; dzisiejsi Rzymianie bowiem przypisują właściwości lecznicze źródłu, tryskającemu z pod sklepienia, tworzącemu małe stawy i płynącemu przez łąki ku stłumieniowi, który wypływa poniżéj. Strumień ten to Almo Owidyusza; nazwisko to zastąpił jednak dzisiejszy Aquataccio. Dolina nazywa się Valle di Cafarelli, od książąt tego imienia, którzy źródło to wraz z 60 rubbiami przylegającego pola sprzedali Pallavicinim.
Nie ulega najmniejszéj wątpliwości, że długi ten wąwóz jest Juvenalowską doliną Egeryi i że był ustroniem Umbrycyusza, pomimo, że przeważna część komentatorów jego przypuszcza, że satyryk ten i jego przyjaciel wybierali sobie na miejsce wytchnienia gaj arycyjski, w którym nimfa spotykała Hipolita: gdzie jéj głównie cześć oddawano.
Krok z Porta Capona do wzgórzy albańskich byłby jednak zbyt wielkim, gdybyśmy chcieli wierzyć przypuszczeniom Vossiusza, który bramie téj każe z jéj obecnego miejsca, na którem miała się znajdować za panowania królów, wędrować aż het do gaju arycyjskiego, a potém gdy miasto zmalało, na dawne wracać stanowisko[92]. Tuf czy pumeks, który poeta woli, niż marmur, oto rodzaj kamienia, tworzącego skały, w których znajduje się owa grota.
Topografowie nowożytni[93] znaleźli pono w téj grocie posąg nimfy oraz dziewięć nisz, poświęconych muzom; a jeden z nowszych podróżników[94] odkrył, że jaskinię przywrócono do dawnéj prostoty, którą ku wielkiemu żalowi poety zastępowała niegdyś niesmaczna ornamentacya. Posąg bez głowy przedstawia jednak mężczyznę, a nie nimfę, nie widać téż na nim żadnego z niezbędnych godeł. Dziewięć muz nie pomieściłoby się w sześciu niszach, a Juvenal z pewnością jakiéjś osobnéj groty nie miał na myśli[95]. Od tego satyryka nie można się niczego więcéj dowiedziéć ponadto, że w pobliżu Porta Capena było miejsce, w którém Numa miewał nocne z nimfą narady! daléj wiemy i to, gdzie były gaj, źródło święto i przybytek, poświęcony muzom, oraz że stąd można dostać się do doliny Egeryi, posiadającéj kilka sztucznych jaskiń. Jasną jest rzeczą, że posągi muz nie tworzyły części upiększenia, które zdaniem satyryka było w jaskini nie na swojém miejscu; zaznacza on wyraźnie, że bóstwa te miały wyżéj w dolinie zupełnie inne przybytki (delubra), dodając, że wygnano z nich muzy, aby ustąpić miejsca żydom. Rzeczywiście téż mała świątynia, zwiąca się dzisiaj Bachusową, była, jak się zdaje, poświęconą muzom, które Nardini przenosi do lasku topolowego, który ongi stał powyżéj doliny[96].
Z napisu i położenia można z wszelkiém prawdopodobieństwem wnioskować, że pokazywana dzisiaj jaskinia jest jedną z owych „sztucznych grot“, z których druga znajduje się nieco wyżéj w dolinie, ukryta w staréj olszynie; osobna jakaś grota Egeryi jest wynalazkiem czasów dzisiejszych, wynikłym stąd, że imię Egeryi łączono wogóle z wszystkiemi znajdującemi się tamże jaskiniami nimf; wynalazek ten mógłby doprowadzić tak samo bardzo łatwo do tego, aby schadzki Numy przeniesiono nad brzegi Tamizy.
Naszemu angielskiemu Juvenalowi znajomość Pope’go wcale nie zaszkodziła i przetłómaczył on dobrze, zachowując ściśle jedynie w danym wypadku odpowiednią liczbę mnogą:

Thence slowly winding down the vale view
The Egeriam grots: oh, how unlike the true!

Dolina obfituje w źródła[97], a nad źródłami temi, do których muzy z poblizkich swych gajów zapewne często przychodziły, miała pieczę Egerya: mówiono téż o niéj, że źródła te zaopatruje w wodę i że była nimfą grot, przez które owe potoki przepływały.
Wszystkie pomniki w pobliżu doliny Egeryi otrzymały nazwiska dowolne, również dowoli zmieniane. Venuti[98] przyznaje, że nie mógł odkryć śladów świątyni Jowisza, Saturna, Junony, Wenery i Dyany, które znalazł Nardini, czy téż znaléźć się spodziewał. Niepewność co do cyrku Karakalli, świątynie Honoru i Cnoty, Bachusa a przedewszystkiém przybytek bożka Ridiculusa doprowadzają starożytników do ostateczności.
Wiadomość o cyrku Karakalli polega na medalu tego cesarza, który przytacza Fulwiusz Ursinus a który po odwrotnéj swéj stronie pokazuje wizerunek cyrku, uważanego jednak przez wielu badaczy za circus maximus. Medal ten daje bardzo dobre wyobrażenie o tém miejscu ćwiczeń. Ziemia w tém miejscu tylko się nieco podwyższyła, jak to sądzić można podług małego budynku w kształcie celi jak przy końcu Spiny; budynek ten był zapewne kaplicą bożka Consusa. Cela ta jest do połowy pod ziemią, tak, jak zapewne była za czasów cyrku. Dyonizyusz[99] bowiem nie chce się dać przekonać, że bożkiem tym był Neptun rzymski, dlatego, że ołtarz jego znajduje się pod ziemią.



Nota XXVIII. Nemezys rzymska.

A ty Nemezys wielka, co na szali
Ważyłaś zawsze wszystkie ludzkie winy...

St. CXXXII.

Czytamy u Swetoninsza, że Augustus wskutek otrzymanego we śnie napomnienia[100] udawał w jednym roku żebraka, siadując przed pałacem i wyciągając rękę po jałmużnę. Posąg, który znajdował się w willi Borghese, a obecnie jest zapewne w Paryżu, przedstawia cesarza w téj właśnie postawie proszącego. Celem tego poniżania się było przebłaganie Nemezy, nieustającéj towarzyszki szczęścia, któréj potęgę przypominały zdobywcom rzymskim także pewne symbole przymocowane do ich tryumfalnych rydwanów. Symbolami temi były bicz i grzechotka (crotalus), odkryte również na Nemezie watykańskiéj. Z powodu téj pozycyi żebraka uważano posąg ten za wizerunek Belizaryusza i, zanim krytyka Winkelmana odkryła tę omyłkę, uciekano się po pomoc do jednego wymysłu, celem podtrzymania drugiego[101]. Była to ta sama bojaźń, aby nagle nie być opuszczonym przez szczęście, dzięki któréj Amazys, król Egiptu, przypominał przyjacielowi swemu Polikratesowi z Samos, że bogowie kochają tych ludzi, w których życiu szczęście przeplatane bywa nieszczęściami. Przypuszczano, że Nemezys czyha tylko na ludzi mądrych, t. j. na tych, którzy dzięki swéj mądrości przystępni tylko dla przypadków: pierwszy jéj ołtarz wynaleziony był nad brzegami frygijskiego Ezepu i to przez Adrastusa, tego prawdopodobnie księcia, który przez omyłkę zabił syna Krezusa[102]. Z powodu tego nazywano ją Adrasteą. Nemezys rzymska była „sancta“ i „augusta“: posiadała zaś, jako Rhamnusia[103], świątynię na Palatynie. Wiara Rzymian w gwałtowny przewrót wypadków oraz w boskość Fortuny była, zaprawdę, tak wielką, że na tym że Palatynie był także przybytek „Fortuny dnia“[104]. Ostatni to był zabobon, który zachował władzę nad sercami ludzkiemi; a właśnie dlatego, ponieważ tak właściwą ludziom łatwowierność ku jednemu ześrodkowywał przedmiotowi, oddziaływał zawsze najsilniéj na tych, którzy zresztą nie troszczyli się o żadne inne artykuły wiary. Starożytnicy ci przypuszczali, że bogini ta oznaczała zarówno Fortunę jak i Fatum: jednakże w charakterze bogini zemsty czczono ją tylko pod nazwiskiem Nemezy.

Nota XXIX. Gladyatorzy.

Gdy tu Rzymianom słodkie chwile cieką
Razem z krwią jego...

Stanca CXLI.

Gladyatorów dwa były rodzaje — takich, których do tego zmuszano, i takich, którzy z własnéj woli temu poświęcali się zajęciu; szeregowali się oni z rozmaitych stanów: z niewolników w tym celu sprzedawanych, ze zbrodniarzy, z barbarzyńskich jeńców wojennych, których nasamprzód prowadzono przy rydwanie zwycięzcy a potém do publicznych używano igrzysk, albo z ludzi, którzy jako rokoszanie schwytani i skazani zostali, lub z obywateli wolnych, którzy walczyli czy to za pieniądze (auctorati) czy téż wiedzeni poziomą żądzą sławy, a wreszcie skazywano na to rycerzy i senatorów — kara, któréj pierwszym wynalazcą był naturalnie pierwszy tyran. W końcu używano do walk także karłów i kobiet, wybryk, któremu koniec położył Sewerus. Najbardziéj pożałowania godni byli naturalnie barbarzyńscy jeńcy; do nich to słusznie zastosował jeden z pisarzy chrześcijańskich przymiotnik „niewinni“, chcąc ich odróżnić od gladyatorów zawodowych. Aurelian i Klaudyusz dostarczyli wielkiéj ilości tych nieszczęśliwych ofiar, pierwszy po swoim tryumfie, a drugi pod pozorem rokoszu. Nie było wojny, powiada Lipsius, któraby tak niszczącą była dla rodzaju ludzkiego, juk właśnie te igrzyska. Pomimo ustaw Konstantyna i Konstansa walki gladyatorów przeżyły dawną religię o lat przeszło siedmdziesiąt; ostateczne ich usunięcie zawdzięcza świat męstwu pewnego chrześcijanina. W r. 404 w czasie kalend styczniowych odbywały się igrzyska w amfiteatrze Flawiana wobec ogromnego zbiegowiska ludu. Wtém wpadł w sam środek areny Alimachius czy Telemachus, mnich ze wschodu, który w tym celu naumyślnie przybył do Rzymu, i usiłował rozłączyć walczących. Pretor Alypius, który był zapalonym igrzysk tych zwolennikiem, rozkazał gladyatorom ubić go na miejscu; w ten sposób zdobył sobie Telemachus koronę męczeńską, któréj ani przedtém ani potém nikt za szlachetniejsze nie uzyskał przedsięwzięcie. Honoryusz zniósł natychmiast igrzyska, które już nigdy potém nie powstały. Wspomina o tém Teodoret i Kasyodor; opowiadanie to zasługuje téż na wiarę, choć jest o zajściu tém mowa także w martyrologii rzymskiéj. Ale strumienie krwi ciekły nietylko przy obrzędach pogrzebowych, w amfiteatrach, cyrkach, na rynkach i innych miejscach publicznych: gladyatorowie występowali także przy uroczystościach prywatnych, mordując się wzajemnie podczas biesiad, ku wielkiéj rozkoszy wśród oklasków ucztujących. Nawet Lipsius pozwala sobie zanik odwagi i widoczne zwyrodnienie rasy ludzkiéj łączyć ze zniesieniem tych krwawych widowisk.



Nota XXX.

Tu, gdzie mord buchał wyziewem posoki,
Gdzie tłum się cisnął śród szmeru i wrzasku.

Stanca CXLII.

Gdy jeden gladyator zranił drugiego, wołał: ma go! „hoc habet!“ albo „habet!“ Zraniony szermierz rzucał wtedy broń swą i podszedłszy do brzegów areny, błagał widzów a życie. Jeżeli walczył dobrze, to lud mu je darował, jeżeli nie, albo jeżeli widzowie nie byli dobrze usposobieni, wówczas odwracali wielki palec ku ziemi i gladyatora ubito. Lud był czasami tak rozjuszony, że niecierpliwił się, jeżeli walka trwała dłużéj, niż zwykle a nie było zabitego lub rannego. Zazwyczaj obecność cesarza zbawiała zwyciężonych od śmierci; przytaczają téż jako dowód srogości Karakalli zdarzenie, że kiedy podczas igrzysk w Nikomedyi błagali go zwyciężeni gladyatorzy o darowanie życia, on ich zdawał na łaskę ludu, co oznaczało śmierć. Podobny obyczaj istnieje dzisiaj w Hiszpanii podczas walki byków. Przewodniczy zwierzchnictwo gminy; a gdy jeźdźcy i pikkadorzy namocowali się z bykiem, zwalczywszy go, wówczas występuje matador i kłaniając się tłumowi prosi o pozwolenie zabicia zwierzęcia. Jeżeli byk zranił lub zabił dwa lub trzy konie albo téż człowieka — to ostatnie rzadko się zdarza, — wówczas tłum wdaje się z krzykiem w sprawę, damy powiewają chustkami i zwierzę uratowane. Gdy konie otrzymują rany lub padają zabite, podnoszą się głośno krzyki, wszędzie widać objawy wesela, zwłaszcza zaś po stronie płci niewieściéj, nie wyłączając wcale kobiet z najlepszego towarzystwa; wszystko zależy od tego, jaki panuje zwyczaj. Autor Childe Harolda, piszący te słowa i kilku innych Anglików, którzy zapewne byli na niejedném polu bitwy, wszyscy siedzieli 1809 r. w lecie w loży gubernatora w wielkim amfiteatrze w Santa Maria, naprzeciw Kadyksu. Śmierć kilku koni zupełnie wystarczyła dla uczynienia zadość ich ciekawości. Jeden z obecnych panów, czując, że drży i blednie, wspomniał o tém niezwykłém wrażeniu, jakie na nim wywarło rozkoszne to widowisko, kilku młodym damom, które się zdziwiły niepomiernie, zaśmiały się i zaczęły daléj klaskać na widok padającego właśnie, pokrwawionego konia. Byk zakłuł rogami trzy konie. Uratowano go od śmierci oklaskami, które się powtórzyły, gdy usłyszano, że byk ten był własnością jakiegoś księdza.
Anglik, który zapewne z przyjemnością patrzy na to, jak się morduje dwóch ludzi pomiędzy sobą, nie może znieść widoku galopującego po arenie konia, wlokącego własne wnętrzności po ziemi i odwraca się ze zgrozą i wstrętem zarówno od igrzyska jak i od widzów.

Nota XXXI. Góry albańskie.

Tam Tybr się wije, morze fale swoje
Rzuca na brzegi latyńskiéj krainy.

Stanca CLXXIV.

Wszystkie stoki gór albańskich (Albano) niezrównanéj są piękności; ze znajdującego się na najwyższym szczycie klasztoru, który zajął miejsce świątyni Jowisza latyńskiego, obejmuje widok wszystko, o czém mowa w przytoczonéj stancy, morze Śródziemne, całą sceneryą drugiéj części Enejdy, oraz wybrzeża od ujścia Tybru aż do przylądka cyrcejskieo i terracyńskiego.
Miejsce willi Cycerona znajduje się, jak przypuszczają, albo przy Grotta Ferrata albo około Tusculum księcia Lucyana Bonapartego.
Przed laty, jak to widać z Myddleton’a życia Cycerona, oświadczano się za miejscem pierwszém. Obecnie miejsce to straciło nieco kredyt z wyjątkiem u Domenichinów. Obecnie żyje tutaj dziewięciu mnichów reguły wschodniéj, a położona obok willa jest letniém mieszkaniem jakiegoś kardynała. Druga willa, zowiąca się Rufinella, położona jest na szczycie wzgórza ponad Frascati; tutaj to znaleziono dużo zabytków dawnego Tusculmu, a oprócz tego 72 posągi różnéj wartości i w różnym zachowane stanie oraz siedm biustów.
Z téj saméj wyżyny widać także góry sabińskie, śród których ciągnie się długa dolina rustykańska (Rustica). Z wielu względów sądzić można, że ta dolina to „Ustica“ Horacyusza; marmurowa posadzka, którą chłopi znaleźli przy kopaniu w winnicach, należała, być może, do jego willi. Rustica wymawia się krótko, nie tak jak my akcentujemy, „Usticae cubantis“. Większém jest prawdopodobieństwem, że my nie mamy słuszności, niż że mieszkańcy téj zamkniętéj doliny zmienili akcent w tém słowie. To, że na początku wyrazu dodano spółgłoskę, niczego nie oznacza; może téż być i to, że Rustica jest nazwiskiem nowożytném, które okoliczni włościanie pochwycili od starożytników.
Willa, czyli raczéj posadzka mozaikowa, znajduje się w winnicy na wzgórzu, porosłém kasztanami. Dolinę przebiega potok; a jakkolwiek nieprawda jest, co piszą po rozmaitych „Przewodnikach“, że strumień ten nazywa się Licenza, to jednak znajduje się na skale ponad doliną wioska tego nazwiska, która zapewne pochodzi od Digentia. Licenza ma 700 mieszkańców. Na wzgórzu nieco daléj leży Civitella, licząca 300 dusz. Na brzegu rzeki Anio, nieco przed tém, nim się zwrócimy ku dolinie rustykańskiéj, na lewo, o jaką godzinę drogi od willi, widzimy miasteczko nazwiskiem Vicovaro, zgadzające się z miejscowością Varia, o któréj mówi poeta. Na końcu doliny, w kierunku rzeki Anio wznosi się wzgórze łyse, ukoronowane małą mieściną, nazywającą się Bardela. U stóp tego wzgórza płynie ów strumyczek z pod Licenzy i prawie gubi się w rozległém piaszczystém łożysku, zanim dotrze do Ania. Niéma niczego, coby mogło bardziéj przemawiać na korzyść wierszy poety, zarówno pod względem obrazowym jak i co do rzeczywistéj treści:

„Me quotiens reficit gelidus Digentia rivus,
Quem Mandela bibit rugosus frigore pagus.

Górą, w dolinie woda strumyka jest jasną; nim jednak dosięgnie wzgórzy bardelskich (Bardela), wygląda zielono i żółto jak potok siarczany.
Rocca Giovani, zburzona wioska w tych górach, pół godziny drogi oddalona od winnicy, w któréj pokazują mozaikową posadzkę, była, zdaje się, miejscem świątyni Vacuny; znaleziony tamże napis orzeka, że świątynię tę, wzniesioną na pamiątkę zwycięstwa nad Sabińczykami, odnowił Wespazyan. Opierając się na tém, oraz mając przed sobą teren, odpowiadający pod każdym względem opisowi, jaki o ustroniu swojem dał nam poeta, możemy czuć się co do sytuacyi naszéj zupełnie pewnemi.
Pagórek, zapewne starożytny Lucretilis, nazywa się dzisiaj Campanile, a jeśli pójdziemy strumieniem ku wrzekoméj Banduzyi, to dotrzemy do stóp wyższéj góry, nazywającéj się Gennaro. Dziwném dosyć, że jedyny szmat w całéj dolinie uprawnéj roli znajduje się na wzgórzu, skąd wypływa owa Banduzya:

...tu frigus amabile
Fessis vomere tauris
Praebes, et pecori vago“.

Wieśniacy pokazują inne jeszcze w pobliżu owéj posadzki mozaikowéj źródło, które nazywają „Oradina“, a które płynie z góry ku stawowi czy téż ku grobli młyńskiéj, podążając stąd do Digencyi.

Nie spodziewajmy się jednak, abyśmy, poszukując po krętéj, romantycznéj dolinie krynicy Banduzyi, „mogli dojść śladem muz do ich źródła“ („To trace the Muses upwards to their spring“). Dziwném się wydaje, że Banduzyę, mógł ktoś uważać za źródło Digencyi. Horacy nie powiedział o tém ani słóweczka, nieśmiertelne to źródło odkryto w posiadaniu właściciela wielu pięknych rzeczy we Włoszech, mianowicie mnichów. Należało ono do kościoła św. św. Gerwazego i Protazego w pobliżu Wenuzyi, gdzie je téż według wszelkiego prawdopodobieństwa można było znaléźć.
Nie byliśmy tak szczęśliwi, jak jeden z nowszych podróżników, który nad willą poety odnośną widział pinię. W całéj dolinie nie ma ani jednéj pinii, są tylko dwa cyprysy, które on widocznie uważał za drzewa, o jakich mówi oda[105]. Prawdą jest, że pinia jest dotychczas tém, czém była za dni Wirgilego, to jest drzewem ogrodowém, nie było więc téż prawdopodobieństwa, aby ją ktokolwiek mógł był znaléźć śród skalnych urwisk doliny rustykańskiéj. Horacy miał zapewne pinię w ogrodzie owocowym nieco za folwarkiem: ocieniała ona jego willę a nie rosła gdzieś tam na skalnych wyżynach, daleko od jego mieszkania.
Podróżnikowi, patrzącemu na cyprysy, zdawało się zapewne, że ma pinię przed sobą; owe drzewa pomarańczowe i limony, rzucające tyle kwiecia na jego opisy królewskich ogrodów w Neapolu, były zapewne tylko akacyami i jakiemiś innemi ordynarnemi krzewinami ogrodowemi, chyba że od tego czasu limony te i pomarańcze zostały usunięte[106].

Nota XXXII. Eustacego „Podróż klasyczna“.

Nadzwyczajnemu rozczarowaniu, jakiegośmy doznali, wybrawszy sobie za przewodnika po Włoszech „Podróż klasyczną“, niech nam będzie wolno kilka poświęcić uwag, które niezaprzeczenie każdy potwierdzi, ktokolwiek w podróży po tych samych okolicach tą samą posługiwał się książką. Autor jéj należy do najniedokładniejszych i najnieprzyjemniejszych pisarzy dzisiejszych, którzy przelotne uzyskali imię; rzadko można mu zaufać i to nawet wówczas, gdy mówi o rzeczach, które według wszelkiego przypuszczenia na własne widział oczy. Błędy jego, począwszy od zwykłéj przesady, a skończywszy na zupełnych fałszach, tak są liczne, że podają go w podejrzenie, iż w opisywanych przez siebie stronach nigdy nie była spuszczał się tylko na dawniejszych autorów. Rzeczywiście téż „Podróż klasyczna“ posiada charakter kompilacyi dawniejszych zapisków, nanizanych na cieniuteńką nić własnych spostrzeżeń, a do tego przeładowanych napuszystemi ogólnikami, które dają się użyć w każdym hymnie pochwalnym i z téj przyczyny niczego nie dowodzą.
Styl, który uważamy za ciężki, zawikłany, nieodpowiedni, może się podobać innym, którzy téż doznają błogiego wzruszenia, przeorując się przez długie okresy „Podróży klasycznéj“. Trzeba przyznać, że ogłada i udawanie powagi mogą wywołać wrażenie, że rzecz istotnie posiada wartość. Jestto to samo, co dla potępieńców toczenie wielkiego, okrągłego kamienia na szczyt góry.
Podróżnik ma dobór słów, nie ma jednak głębokości wrażeń. Umiłowanie cnoty i swobody, któremi zapewne oznacza się charakter p. Eustacego, jest książki jego cenną ozdobą, a szlachetny sposób myślenia, którego wymagamy od autora, a które powinno odbijać się także w jego dziełach, prześwieca przez całą „Podróż klasyczną“. Atoli te wspaniałe przymioty są tylko liściem téj pracy, mogącym zakryć ją tak bujnie i tak gęsto, że w prawdziwym znaleźliby się kłopocie ci, którzy pragnęliby poszukać także owoców. Namaszczenie świętego człowieka i napominania moralisty uczyniły może z téj książki coś więcéj, niż „Przewodnik podróży“, nie uczyniły z niéj jednak „Przewodnika“. Uwaga ta należy się przedewszystkiém owéj przyciągającéj metodzie nieustannego wprowadzania smoka gallijskiego, aby podrastającemu pokoleniu wciąż warczał i huczał i przedstawianiom rozmaitych wybryków rewolucyi odstraszał nas od niéj i uczył być przyzwoitemi. Piorunowanie na ateistów i królobójców wogóle, a wszczególności francuskich, może być bardzo chwalebném i jako napomnienie bardzo pożyteczném; lekarstwa te należałoby jednak podawać gdzieindziéj, aniżeli w „Przewodniku,“ albo podawać je osobno, a nie mieszać ich razem z objaśnieniami i wrażeniami i tym sposobem wlewać gorycz w każdą stronicę: bo i dlaczegóż mają być — choćby nawet słuszne — antypatye jakiegoś człowieka ciągłemi towarzyszami naszéj podróży? Podróżnik, jeżeli nie żąda, aby go uważano za proroka, nie jest przecież odpowiedzialnym za zmiany, jakie nastąpić mogły w kraju, który opisuje; czytelnik zaś może wszystkie jego portrety polityczne oraz dedukcye uważać za próżną pisaninę, jeżeli one przestają rozjaśniać obecne położenie rzeczy, a zwłaszcza, jeśli je nawet zaciemniają.
Nie mamy zamiaru chwalić lub oskarżać rząd albo rządzących; nie da się jednak zaprzeczyć, że zmiany, wywołano przez dawniejsze rządy cesarskie oraz przez zawiedzenie nadziei ze strony tych, którzy późniéj włoskie zajęli trony, tak są znaczne i tak widoczne, że nietylko antigallickie filipki pana Eustacego wydają się zupełnie nie na czasie, ale że mogą nawet kompetencyą i uczciwość autora podać w podejrzenie. Uwagi godnym przykładem może być Bolonia, na którą z powodu jéj przywiązania do rządów papieskich i wynikłych stąd skutków wylał autor potok współczucia i nawoływania o pomstę, tém głośniejszego, że pochodziło ono z surm, pożyczonych od p. Burkego. Tymczasem Bolonia była i jest dotychczas pomiędzy państwami włoskiemi znaną z swego przywiązania do zasad rewolucyjnych; była téż jedyném miastom, które urządziło demonstracyę na korzyść nieszczęśliwego Murata. Być może, że zmiana ta nastąpiła dopiero po wyjeździe Eustacego z téj ziemi; podróżnik jednak, którego on przeraził doniesieniem, że istniał zamiar zdarcia miedzi z kopuły św. Piotra, błogiego doznaje ukojenia, ujrzawszy, że świętokradztwa tego nie mogli spełnić ani Francuzi, ani jakaś inna potęga, a to z téj przyczyny, że kopuła pokryta jest ołowiem.[107]
Gdyby sprzysiężone głosy innych krytyków nie były „Podróży klasycznéj“ znacznego wyrobiły pokupu, nie byłoby wcale potrzeba przypominać czytelnikom, że książka ta, jakkolwiek może stać się ozdobą jego biblioteki, w czasie podróżnym niewiele albo wcale mu się nie przyda; gdyby téż owi krytycy dotychczas byli się wstrzymali, nie bylibyśmy czynili próby ubieżenia ich decyzi. Ale tak jak sprawa ma się dzisiaj, niechaj będzie wolno tym, którzy dla Eustacego mają być potomnością, nie uważać na chwalby, jakiemi obsypują go współcześni: będą one może sprawiedliwe wtedy, gdy przyczyny miłości lub nienawiści więcéj będą oddalone. Nastąpiło to już po części, zanim napisane zostały te uwagi, jeden bowiem z najznakomitszych księgarzy florenckich, który w skutek licznych zapytywań ze strony udających się na południe chciał puścić w obieg tanie wydanie „Podróży klasycznéj“, odstąpił od tego zamiaru, spowodowany zgodnemi odradzaniami powracających stamtąd, pomimo, że przygotowane miał czcionki i papier, a kilka arkuszy już nawet wydrukował.
Piszący te słowa chciałby, tak jak Gibbon, dobre z papieżem i kardynałami zachować stosunki; nie uważa jednak, aby była potrzeba dyskretne to milczenie rozciągać także na ich podrzędniejszych stronników.


KONIEC.



Przypisy

  1. Autor ma na myśli Lido, które nie jest szeregiem wysp, lecz jedną długą wyspą: littus — wybrzeże. Curiosities of Literature, tom II, p. 156 wyd. 1807; Dodatek XXIX do Black’a: Żywot Tassa.
  2. Sni quattro cavalli della Basilica di S. Marco in Venezia. Lettera di Andrea Mustodisi Corcirese, Padua 1816.
  3. Quibus auditis, imperator, operante eo, qui corda priucipum sicut vult et quando vult, humiliter inchnat, leonina feritate deposita, ovinam mansuetudinem induit. Romualdi Salernitani Chronicon, apud Script. Rer. Ital. tom. VII, p. 229.
  4. Rer. Ital. tom VII, p. 231. Patrz wzmianki przez Romualda Salernitańskiego. W drugiéj mowie, którą Aleksander pierwszego dnia sierpnia wygłosił wobec cesarza, porównał on Fryderyka z „synem marnotrawnym“, siebie „z ojcem, przebaczającym winy“.
  5. Gibbon opuścił ważne „ae“ i napisał „Romani“ zamiast „Romaniae“. Decline and Fall, rozdz. LXI. n. 9. Atoli tytuł, zdobyty przez Dandola, brzmi w kronice jego imionnika, Andrzeja Dandolo, w sposób następujący: „Ducali titulo addidit quartae partis et dimidiae totius imperii Romaniae“. And. Dand. Chronicon cap. III. pagi. XXXVII. ap. Script. Ital. tom XII, str. 331. We wszystkich następnych dokumentach dożów znajduje się „Romaniae“. Rzeczywiście téż dzierżawy cesarstwa greckiego na lądzie europejskim znane były pod nazwiskiem „Romania“, a nazwisko to widzieć można dotychczas na tureckich mapach w miejscu, gdzie była dawna Tracya.
  6. Patrz dalszy ciąg kroniki Dandola, tamże str. 498. Gibbon zdaje się nie włączać w to Dolfina, idąc daléj za Sanudo, który mówi: il quel titolo si uso fin al Doge Giovanni Dolfino“. Patrz „Vite de Ducchi di Venezia“, ap. Script. Rer. Ital. tom. XXII. 530. 641.
  7. Chronicon ibid. pars XXXIV.
  8. Patrz „An historical and critical Essay on the life and character of Petrarch“, oraz „Traktat o historycznéj hipotezie abbé de Sadea“. (Tamto pojawiło się w r. 1784 r.; to zaś znajduje się w czwartym tomie traktatów akademii „Royal Society“ w Edymburgu. Obie prace ukazały się razem w dziele, wyszłém w r. 1810 u Ballantyne’a, a pod wspólnym tytułem „An historical etc. jak wyżéj).
  9. Żywot Beattiego u W. Forbes’a, tom II, str. 106.
  10. Gibbon nazwał jego (de Sade’a) Pamiętniki „Pracą miłości“ (p. Dechne and Fall, rozdz. LXX, nota 1) i poszedł za nim z ufnością i upodobaniem. Autor olbrzymiego dzieła musi niejednéj krytyce zawierzyć. Tak uczynił i Gibbon, choć mniéj lekkomyślnie, niż to czynią inni.
  11. Sonet wzbudził już podejrzliwość Horacego Walpole’a. Patrz jego list do Wartona w r. 1763.
  12. Par ce petit manège, cette alternative de faveura et de rigueurs bien ménagée, une femme tendre et sage amuse, pendant vingt et un ans, le plus grand poëte de son siècle, sans faire la moindre brèehe à son honneur. Mém. pour la vie de Pétrarque, Préface aus Francois.
  13. W dyalogu z św. Augustynem, przedstawił Petrarka swoję Laurę jako posiadającą ciało, wycieńczone przez ciągłe „ptubs“. Starzy wydawcy czytali i drukowali „perturbationibus“; natomiast księgarz króla francuskiego w r. 1722, Capperonier, który rękopism widział w bibliotece paryskiéj, stwierdził, że „on lit et qu’on doit lire“ partubus exhaustum. De Sade dodał jeszcze nazwiska pp. Boudota i Bejota do Capporoniera i w całéj téj dyskusyi nad „ptubs“, okazał się prawdziwym złodziejem literackim. Patrz Riflessioni str. 267. Powołano się tam na Tomasza z Akwinu, ażeby świadczył, że kochanka Petrarki była albo niepokalaną dziewicą, albo wstrzemięźliwą kobietą.
  14. Pigmaliou, quanto lodar ti dei
    Dell’ imagine tua, se mille volte
    N’avesti qnel cho’ i’ sol una vorrei.
    Sonetto 58, quaiulo giuuse a Simon l’alto concetto.
    Le Rime, par. I, pag. 189, edit. ven. 1756.

  15. „A questa confessione cosi sincera diede forse occasione una nuova caduta ch’ei fece“. Tiraboschi, Storia, etc. v. 492.
  16. M. de Bimard, Baron de la Bastie w „Mémoires de l’Académie des Inscriptions et des Lettres“ za r. 1740 i 1751. Patrz także Riflessioni etc. p. 295.
  17. „A jeżeli młodość lub mądrość Laury uprosić się nie dały, to używał on przecież nimfy poezyi i może się tém chełpić“. Dechne and Fall, rozd. LXX, tom XII, może być, że tutaj użyto „jeżeli“ zamiast „jakkolwiek“.
  18. Patrz Uwagi etc. o Włoszech, str. 95 w notce — wyd. 2.
  19. La Vita del Tasso, lib. III.
  20. Histoire de l’Académie Française depuis 1652 jusqu’a 1700 par l’Abbé d Olivet. „Mais ensuite, venant à l’usage qu’il a fait de ses talents, j’aurais montré que le bon sens n’est pas toujours ce qui domine chez lui.“ p. 182. Boileau twierdzi, że zdania swego nie zmienił. „J’en aż si pen changé, dit-il“ etc. p. 181.
  21. La Maniere de bien Penser. Philautes jest zwolennikiem Tassa i powiada zaraz na wstępie: „De tons les beaux esprits que l’Italie a porté, le Tasse est pent-être celni qui pense le plus nobleinent.“ Atoli Bouhours zdaje się mówić w osobie Eudoxa, który kończy następującém trywialném porównaniem: „Faites valoir le Tasse tant qu’il vous plaira, je m’en tiens pour moi à Virgile“ etc.
  22. La vita etc lib. III, p. 90, tom. II. Czytelnik angielski znajdzie szczegóły dotyczące opozycyi akademii della Crusca w dra Blacka „Żywocie“ etc rozd. XVII, tom. II.
  23. Po dalszy i zdaje się rozstrzygający dowód, że Tasso nie był niczém więcéj, ani niczém mniéj, jak tylko więźniem stanu, odsyła się czytelnika do „Historical Illustrations of the IV. Canto of Childe Harold“ str. 5 ect.
  24. Orazioni funebri... delle lodi di don Luigi, Cardinal d’Este... delle lodi di Donno Alfonse d’Este. Patrz La Vita lib. III, p. 117.
  25. Założoną była w r. 1582; a odpowiedź akademii kruskańskiéj na Pellegrina Caraffę czyli poezyę epiczną pojawiła się w r. 1584.
  26. Cotanto potè sempre in lui il veno della sua pessima volontà contro alla nazion Fiorentina.“ La Vita, lib. III, pp. 96, 98, t. II.
  27. La Vita di M. L. Ariosto, seritta dell’ Abate Girolamo Baruffaldi Giuniore, etc. Ferrara 1807, lib. III, p. 262. Patrz Historical Illustrations etc, p. 26.
  28. Storia della Lett. etc, lib. III, t. VII, par. III, p. 1220, sect.4.
  29. Op. di Bianconi, vol. III, p. 176 ed. Milano 1802. Lettora di Signor Guido Savini Arcifisiocritico sull’ indole di un fulmine caduto in Dresda l’anno 1759.
  30. „Appassionato ammiratore ed invitto apologista dell’ Omero Ferrarese“. Tytuł ten dany mu był nasamprzód przoz Tassa, a przytoczony został celem zawstydzenia Tassistów, lib. III, pp. 262, 265. La Vita di M. L. Ariosto etc.
  31. Parva sed apta mihi, sed nulli obnoxia, sed non — Sordida, parta meo se d tamen aere domus.
  32. Plin. Nat. Hist. lib. Il, cap, 55. Columella, lib. X. Sueton. in Vita Augusti cap. XC et in Vita Tiberii cap. LXIX.
  33. Nota 2, p. 409 edit. Lugd. Bat. 1667.
  34. Vid. J. C. Bullenger de Torrae Motu et Fulminibus, lib. V. cap. XL.
  35. Ουδεις κεραυνωθεις ατιμος εστι, ’οθεν και ως θεος τιμαται, Plut. Sympos. vid. J. C. Bullenger ut sup.
  36. Pauli Diaconi de Gestis Langobard, lib. III, cap. XIV.
  37. J. P. Valeriani de fulminum significationibus declamatio, ap. Graer. Autiqui. Rom. tom. V p. 593. Mowa ta zwróconą jest do Juliana Medyceusza.
  38. Patrz Monim. Ant. Ined. par. I, cap. XVII, n. XLII, pag. 50, oraz „Storia dell’art.“ etc. lib. XI, cap. I, tom. II, pag. 311, nota B.
  39. Nomina gentesque Antiquae Italiae, p. 204, edit. oct.
  40. Swoboda w wyrażaniu przekonań przeżyła ich wolność. Tylko, przyjaciel Antoniusza uczęstował ich przedstawieniem w teatrze Pompejusza. Atoli wspaniałość widowiska nie mogła w pamięci ich zatrzéć wspomnienia, że człowiek, który im podobną stworzył krotochwilę, był mordercą syna Pompejuszowego: śród klątw wygnali go z teatru. Lud, ilekroć w sposób mimowolny objawia swój zmysł moralności, zawsze ma słuszność. Nawet żołnierze tryumwirów przyłączyli się do złorzeczeń obywateli, wołając naokół rydwanów Lepida i Planka, którzy proskrybowali ich braci: De Germanis, non de Gallis duo triumphant Consules! okrzyk, godny zapamiętania, choćby był tylko dobrą grą wyrazów. (C. Vell. Paterculi Hist. lib. II, cap. LXXIX. pag. 78. edit. Elzevir. 1639. ibid. lib. II cap. LXXVII).
  41. Il Principe di Niccolò Macchiavelli, etc. con la pretazione e le note istoriche e politiche di M. Amelot de la Houssaye e l’esame a confutazione dell’opera... Cosmopoli, 1769.
  42. Storia della Lett. Ital. tom V, lib. III, pac. 2, p. 448. Tiraboschi myli się; trzy wyroki przeciw Dantemu wydane zostały w r. 1302, 1314 i 1316.
  43. Tak opowiada Ficino, inni jednak są mniemania, że koronacya ta jest tylko allegoryą. Patrz Storia etc., jak wyżéj.
  44. U Varchiego, w jego Ercolano, spór trwał od r. 1570 do 1616. Patrz Storia etc. tom VII lib. III par. III, p. 1280.
  45. Gio. Jacopo Dionisi Canonico di Verona. Serie di Aneddotti, n. 2. Patrz Storia etc. tom V, lib. I, par. I. pag. 24.
  46. Vitam Literni ogit sine desiderio urbis. Patrz T. Liv. Hist. lib. XXXVIII. Liwiusz powiada, że jedni twierdzą, jakoby pogrzebany był (Scypio) w Liternum a inni, że w Rzymie.
  47. Trionfo della Castità.
  48. Patrz notę VI.
  49. Greczyn chełpił się, że był ισονομος. Patrz ostatni rozdział księgi pierwszéj Dyonizyusza z Halikarnasu.
  50. „E intorno alla magnifica risposta.“ Patrz Serassi, Vita del Tasso lib. III. p. 140. tom II. edit. Bergamo.
  51. Accingiti innoltre, se ci è lecito, aucor l’esortarti; a compire l‘immortal tua Africa. Se ti avviene d‘incontrare nel nostro stile cosa che ti dispiaccia, ciò debbeesere un altro motivo ad esaudire i desideri della tua patria. Storia della Lett. Ital. tom. V. par. I lib. I. pag. 76.
  52. Podróż klasyczna, rozdz. IX. vol. II. p. 355, wyd. 3. „O Bokacyuszu, nowożytnym tym Petroniuszu, nie mamy nic do powiedzenia; nadużycie gieniuszu wstrętniejszém jest i większéj godném pogardy, aniżeli jego brak; obojętną téż jest sprawą, gdzie nieczyste popioły wyuzdanego pisarza w pokrewnym złożone pyle. Z tych samych powodów nie warto podróżnikowi wspominać i o grobie złośliwego Aretyńczyka.“ Dwuznaczny ten frazes nie uwolni podróżnika od podejrzenia, że drugi popełnił błąd, mianowicie w sprawie miejscowości, w któréj pochowany został Aretyńczyk, którego grób znajdował się w kościele św. Łukasza w Wenecyi i dał powód do słynnego sporu, o którym znajduje się wzmianka u Baylego, ze słów p. Eustace możnaby wnioskować, że grób ten jest we Florencyi, albo że można go zobaczyć gdziekolwiek indziéj. Czy na grobie umieszczony był napis, o który tyle się spierano, nie wiadomo, ponieważ pamięć o tym pisarzu z kościoła św. Łukasza zupełnie znikła.
  53. Non enim ubique est, qui in excusationem meam consurgens dicat, juvenis scripsit, et majoris coactus imperio. List ten zwrócony był do Maghinarda z Cavalcanti, marszałka króla Sycylii. Patrz Tiraboschi, Storia etc. Tom. V. par. II. lib. III.
  54. Dissertazioni sopra le Antichità Italiane. Diss. LVIII. (Medyolan 1751).
  55. Eclaireissement etc p. 638 edit. Basle 1741 w dodatku do słownika Baylego.
  56. Op. tom. I. p. 540 odit. Basil. Animadverti alicubi librutu ipsum canum dentibus lacessitum, tuo tamen baculo egregie tuaque voce defensum. Noc miratus sum: nam et vires ingenituii novi, et scio quod expertus esses hominum genus insolons et ignavum, qui quiequid ipsi vel nolunt, vel nesciunt, vel non possunt, in aliis reprehendunt, ad hoc unum docti et arguti, sed elingues ad reliqua. Epist. Ioan. Boccatio.
  57. Cosmus Medici, Decreto Publico Pater Patriae.
  58. Corinne, liv. XVIII. chap. III. vol. III. pag. 248.
  59. O rządach, rozdz. II, ustęp XXVI, str. 208, wyd. 1751. Sidney należy wraz z Hoadleyem i Locke’m do rzędu tych pisarzy, których Hume nazywa „wstrętnemi.“
  60. Tit. Liv. lib. XXII, cap. XII.
  61. Ibid, cap. IV. (Equites ab ipsas fauces saltus tumulis apte tegentibus locati.)
  62. Ibidem lib. XXII. cap. IV. (Ubi maxime montes Cortonenses Trasimenus subit.)
  63. Hist. lib. III. cap. 83. Τον μεν κατα προσωπον πης πορειας λοφον αυτος κατελαβετο και τους Λιβυας και τους Ιβηρας εχων επ αυτου κατεστρατοπεδευσε.
    Opowiadanie Polibiusza nie zgadza się tak z dzisiejszym stenem miejscowości, jak opowiadanie Liwiusza. Mówi on o górach po prawéj i lewéj stronie wąwozu i płaszczyzny; Flaminiusz atoli manewrując, miał po prawéj stronie jezioro.
  64. Około połowy dwunastego wieku pieniądze mantuańskie miały po jednéj stronie wizerunek, przedstawiający Wirgilego. Zecca d’itaiia pl. XVII i 6, Voyage dans le Milanais etc. par A. Z. Millin, tom II, pag. 294. Paris, 1817.
  65. Storia delle Arti etc. lib. IX, cap. I, pag. 321, 322, tom. II.
  66. Cicero. Epist. ad Atticum XI, 6.
  67. Opublikowany przez Causeusza w jego „Museum Romanum“.
  68. Storia delle Arti str. 1. IX c. I.
  69. Sueton. in vit. Augusti cap. 31, in vita C. I. Caesar., cap. 88. Appian powiada, że spłonęła. Patrz notę Pityska do Swetoniusza, pag. 224.
  70. Antiq. Rom. lib. 1. —
  71. Liv. Hist lib. X. cap. LXIX.
  72. „Tum statua Nattac, tum simulacra Deorum, Romulusque et Remus cum altrice bellua vi fulminis icti conciderunt.“ De Divinat. II, 20. „Tactus est ille etiam qui hanc urbem condidit Romulus, quem inauratum in Capitolio parvum atque lactantem, uberibus lupinis inhiantem fuisse meministis.“ In Catilin. III, 8.

    „Hic silvestris erat Romani nominis altor
    Martia, quae parvos Mavortis semine natos
    Uberibus gravidis vitali rore rigebat,
    Quae tum cum pueris flammato fulminis ictu
    Concidit, atque avulsa pedum vestigia liquit“
    De consulatu, lib II (lib I, Divinat, cap. XII).

  73. Dion. Hist. lib. XXXVII p. 37, edit. Rob. Stoph. 1548. ’Εν γαρ τψ Καπητολιψ ανδριαντες τε πολλοι υπο κεραυνων συεχωνευθησαν παι αγαλματα αλλα τε και διος επι κιονος ιδρυμενον εικων τε τις λυκαινης συν τε τψ ’Ρωμψ και συν τψ Ρωμυλψ ιδρυμενη επεσεν. Powiada on daléj, że główki na kolumnach, na których zapisywano ustawy, stopiły się, i stały się αμυδρα. Rzymianie wznieśli Jowiszowi wielki posąg, z oczami wzniesionemi ku wschodowi; o wilczycy żadnéj nie ma dalszéj wzmianki. Stało się to w r. Z. Rz. 689. Abbé Fea zacytowawszy powyższy ustęp z Dyona, powiada (Storia delle Arti etc. tom I, pag. 202, n. X): Non ostante aggiunge Dione, che fosse ben fermata (wilczyca), z czego wynika, że abbé przetłómaczył z tekstu czytanego według wskazówki Xylandro-Leunclawowskiéj, stawiającéj quamvis stabilita na miejsce znajdującego się w oryginale wyrazu ιδρυμενη, co nie oznacza ben fermata, lecz tylko „wzniesiona“, jak to widać z innego ustępu tego samego Diona. Ηβουληθη μεν ουν ο Αγριππας και τον Αυγουστον ενταυθα ιδρυσαι. Hist. lib. LVI. Dyon powiada, że Agryppa życzył sobie, aby Augustowi wzniesiono posąg w Panteonie.
  74. Luc. Fauni do Antiqu. Urb. Rom. lib. II. cap. VII, ap. Sallengre, tom I, p. 217 (In eadem porticu aenea lupa, cujus uberibus Romulus ac Remus lactantes inhiant, conspicitur: de hac Cicero et Virgilius semper intellexere. Livius boc signuu ab Aedilibus ex pecuniis quibus mulctati, essent foeneratores, positum innuit. Antea in Comitiis ad Ficum Ruminalem, quo loco pueri fuerant expositi locatum pro certo est. W rodziale XVII wspomina on, że posągi tam były, lecz nie, że tam zostały znalezione.
  75. Ap. Nardini, Roma Vetus l. V. c. IV.
  76. Marliani Urb. Rom. Topographi. l. II, c. IX.
  77. Inst Rycquii de Capit. Roman. Comm. cap. XXIV. pag. 250. ed. 1, Lugd. Bat. 1696. Non desunt, qui hanc ipsam esse putent, quam adpinximus, quae e comitio in Basilicam Lateranam, cum nonnullis aliis antiquitatum reliquiis, atque hinc in Capitolium postea relata sit, quamvis Marlianus antiquam Capitolinam esse maluit a Tullio descriptam, cui ut in re nimis dubia, trepide adsentimus.
  78. Nardini Roma Vetus lib. V, cap. IV. —
  79. Diarium Italic. tom I, p. 174.
  80. Storia delle Arti etc. lib. III. s. II, not. 10, Winkelmann popełnił w téj mowie wielki błąd, mówiąc, że wilczyca Cycerona nie znajdowała się na Kapitolu, i że Dyon nie ma słuszności, mówiąc, że tak było.
  81. Flam. Vacca, Memorie, num. III, pag. I, ap. Montfaucom, Diar. Ital, tom I.
  82. Luc. Faun. do Antiqu. Erb. Rom.
  83. „Romuli nutrix Lupa honoribus est affecta divinis, et ferrem, si animal ipsum fuisset cujus figuram gerit.“ Lactant. de falsa Religione, lib I cap. XX. pag. 101, edit. varior. 1660. t. j. że raczéj oddawałby cześć wilczycy, niż nierządnicy. Komentator jego zauważył, że zdanie Liwiusza, jakoby wilczyca wyobrażała Laurencyę, nie było powszechném. Strabo tak myślał. Rycquins nie ma słuszności, twierdząc, że Lactantius wspomina, jakoby wilczyca stała na Kapitolu.
  84. Do r. p. nar. Chr. 496. „Qnis oredere possit“ — powiada Baroniusz (Aun. Eccles. tom VIII, p. 602, in an. 496), „viguisse adhne Romae ad Gelasii tempora, quae fuere ante exordia Urbis allata in Italiam Lupercalia?“ Gelazyusz napisał list, obejmujący 4 stronice in folio do senatora Andromacha i innych, w którym nawołuje ich do starania się o to, ażeby obrzędu tego zaniechano.
  85. Eccles. Hist. lib. II, cap XIII, p. 40. και ανδριαντι παρ’ υμιν ως θεος τετιμηται εν τω Τιβηρι ποταμψ μεταξυ των δυο γεφυρων, εχων επιγραφην ρωμαικην’ ταυτην Σιμωνι δεω Σαγκτω. św. Justyn męczennik historyę tę opowiedział jeszcze przedtém, Baroninsz jednak był zmuszony oświadczyć, że to bajka. Patrz Nardini: Roma Vetus lib. VIII, cap. XII.
  86. Rione XII. Nova, accurata e succinta Descrizione ete di Roma Moderna, dell’ Ab. Ridolf. Venuti, 1766. (In esse gli antichi pontefici per toglier la memoria de giocchi Lupercali institutti in onore di Romolo, introdussero l’uso di portarvi bambini oppressi di infirmità occulte, accio si liberino per l’intercessione di questo santo, come di continuo si sperimenta).
  87. Donatns lib. XI, cap. 18, przytacza medal, przedstawiający po jednéj stronie wilczycę w téj saméj pozycyi, jak wilczyca kapitolińska, na drugiéj zaś stronie wilczycę nie mającą odwróconéj głowy. Medal ten pochodzi z czasów Antoniusza Piusa.
  88. Aen. VIII, 631. Patrz dra Middletona list z Rzymu; oświadcza się on w nim za wilczycą Cycerona, nie zbadawszy jednak przedmiotu.
  89. „Jure caesus existimetur“ powiada Swetoniusz, oceniwszy znakomicie jego charakter i przytoczywszy frazes, który za czasów Liwiusza powszechnie był używany: Melium iure caesum pronuntiavit, etiam si regni crimine insons fuerit (lib. IV, cap. 48), a którego dalszym ciągiem były orzeczenia prawne w kwestyi usprawiedliwionych mordów, orzeczenia, jakie wydawano, gdy szło o włamujących się do domu rabusiów. Patrz Sweton. Vita C. I. Caes, z objaśnień. Pitiska. Str. 184.
  90. Memorie etc. ap. Nardini, pag. 13. (Poco lontano dal detto luogo si scende ad un casaletto, del quale ne sono Padroni li Caffarelli, che con questo nome è chiamato il luogo; vi è una fontana sotto una grau volta antica, che al presente si gode, e li Romaai vi vanno l’estate a ricreati; nel pavimento di essa fonte si legge in un epilatro essere quolla la fonte di Egeria, dedicata alle ninfe, e questa, dice l’epitaffio, essere la medesima fonte in cui fu convertita.) Napisu nie podaje.
  91. „In villa Justiniana stat ingens lapis quadratus solidus in quo sculpta haec duo Ovidii carmina sunt:

    „Egeria est quae praebet aquas dea grata Camoenis,
    Illa Numae conjunx consiliumque fuit.

    Qui lapis videtur ex eodem Egeriae fonte aut ejus vicinia isthue comportatus. Diarium Italie, p. 153.

  92. De Magnit. Vet. Rom, ap. Graev. Ant. Rom. tom. IV, p. 1507.
  93. Echinard, Descrizione di Roma e dell Agro Romano, corretto dali Abate Venuti, in Roma 1740. Obaj wierzą w grotę i nimfę. Simulacro di questo fonte, essendovi sculpito le acque a pie di esso.
  94. Classical Tour, roz. VI, s. 217, tom II.
  95. Sat. III (Substitit ad veteres arcus, madidamque Caponam,
    Hic ubi nocturnae Numa constituebat amicae,
    Nunc sacri fontis nomus, et delubra locantur
    Judaeis quorum cephinum foenumque supellex
    [Omnis enim populo mercedem pendere jussa est
    Arbor, et ejectis mondicat silva Camoenis];
    In vallem Egeriae descendimus, et speluucas
    Dissimiles veris: qnanto prudentius esset
    Numen aquae, viridi si margine clauderet undas
    Herba, nec ingenuum violarent marmore tophum).
  96. Lib. III, cap. III.
  97. Undique e solo aquac scaturiunt. Nardini lib. III. cap. III.
  98. Echinard etc. Cic. cit. p. 297, 298.
  99. Antiqu. Rom, lib. II. cap. XXXI.
  100. Sueton. in Vita Augusti, cap. 91. Casaubon odsyła w nocie, celem poznania istoty téj bogini do Plutarcha żywotów Camillusa i Aemiliusa Paulusa oraz do jego przysłów. Ręka żebrząca uważaną była za największe poniżenie; gdy lud obnosił w tryumfie zwłoki prefekta Rufinusa, hańbę, zadaną jego pamięci, powiększono tém, że rękę jego skręcono w ten sposób, że miała kształt żebrzącéj.
  101. Storia delje Arti, etc. lib. XII, cap. III, tom II. p. 422. Visconti nazywa pomimo to posąg ów statuą Cybeli. Wizerunek jéj znajduje się w Museo Pio-Clement., tom. I, pag. 40. Abbé Fea (Spiegazione dei Rami. Storia etc. tom. III, p. 313.
  102. Słownik Baylego, artykuł „Adrastea“.
  103. Przytacza to miernik Victor.
  104. Fortunae hujusce diei. Cycero wspomina o tém de Legib. lib. III.

    DEAE NEMESI
    SIVE FORTUNAE
    PISTORIVS
    RVGIANVS
    V. C. LEGAT
    LEG. XII. G.
    CORD.

    Patrz Quaestiones Romanae etc. ap. Graev. Antiq. Roman. tom. V, p. 942. Patrz także Muratori. Nov. Thesaur. Inscriptio. Vet. tom I, p. 88—89, gdzie znajdują się trzy napisy łacińskie a 1 grecki, poświęcone Nemezie, inne zaś odnoszą, się do Fatum.

  105. Classical Tour, etc. rozd. VII, p. 250, tom. II.
  106. „Pod naszemi oknami wzdłuż wybrzeży ciągnie się ogród królewski, pełen grząd, zasianych kwiatami, i chodników, ocienionych drzewami pomarańczowemi“.
  107. „Jakże się mój czytelnik zadziwi, albo raczéj przerazi, jeżeli mu powiem, że komitet francuski zwrócił uwagę swą na kościół św. Piotra i że wynajął spółkę żydowską celem oszacowania i zakupna złota, srebra i bronzu, zdobiących ów kościół, oraz miedzi pokrywającéj sklepienia i dach katedry.“ Rozd. IV, p. 130, tom II. Opowieści téj o żydach zupełnie w Rzymie zaprzeczają.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Jan Kasprowicz.