Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXVIII.

Jedyna gwiazda przy boku miesiąca
Włada z nim razem nad niebem bez chmury;
Świateł słonecznych toń promieniejąca
Nad retyckiemi jeszcze zwisa góry,
Jakby dzień walczył z nocą, aż natury
Rozkaz ich waśnie uśmierzy; tu Brenty
Toczą się ciemne błękity: purpury
Przewonnéj róży, świeżo rozwiniętéj,
Płyną razem z kryształów lśniącemi odmęty.

XXIX.

To niebo schodzi z dala i oblicze
Kąpie w téj głębi i ogniem ją zlewa;
Słońce wraz z gwiazdą swoje tajemnicze,
Przemnogie barwy naokół rozsiewa...
A teraz zmiana: bledszy zmrok odziewa
Góry swym płaszczem; i dzień już zamiera,
Jako ów delfin, co, gdy go owiewa
Śmierć, coraz inne kolory przybiera. —
Ostatni zgasł i wszystko ciemna noc zaciera.

XXX.

Tutaj grób w Arkwie do góry wystrzela;
Sarkofag, wsparty na kolumnach, mieści
Popioły Laury kochanka; czciciela
Jego gienjuszu i jego boleści
Ujrzycie tu niejednego. Do części
Podniósł on język rodzimy, kraj zbawił
Od jarzma wrogów — oto jakiéj treści
Był jego żywot!... Melodjami łzawił
Drzewo imienia lubéj i sam siebie wsławił.

XXXI.

W Arkwie, gdzie umarł, spoczął téż w mogile —
W téj górskiéj wiosce, gdzie mu w lat dolinę
Ostatnie życia popłynęły chwile.
Słuszna ogarnia duma tę wioszczynę,
Że-ć może wskazać pieśniarza dziedzinę,
Dom i grób jego: poważnéj prostoty
Jeden i drugi, pomniki — jedyne,
By odpowiedziéć jego lutni złotéj,
Godniejsze od piramid olbrzymiéj roboty.