Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


LX.

Czém piramidy wszelkich kosztowności?
Porfir i jaspis, agat, barwne stosy
Gem i marmurów, skrywających kości
Książąt kupieckich? Te kropelki rosy,
Kąpiące w blaskach gwiazd zielone wrzosy
Na grobach mężów, co z swego imienia
Muz mauzolea wznieśli pod niebiosy,
Depcem łagodnie śród głębszego drżenia,
Niż marmur, który gniecie książąt pokolenia.

LXI.

Niejedno jeszcze nęci serce, oczy
W gmachu nad Arnem, śród sztuki kościoła,
Gdzie bój z tęczową siostrą rzeźba toczy;
Ale nie dla mnie te dziwy dokoła!
Przyroda myśli me ku sobie woła,
Miléj jest dla mnie śród jéj kwietnéj fali,
Niż w sztuk galerjach, choć i we mnie zdoła
Dzieło cześć wzbudzić, lecz bardziéj się pali
Duch mój, niż można wyrazić, bo z stali

LXII.

Innéj jest miecz ten, który jemu dany...
Toń trazymeńska! tu przebywać lubię,
Gdzie pośpiech w przepaść postrącał Rzymiany,
Gdzie Kartagińczyk w wojennéj rachubie —
Mam go przed sobą — chytrze oddał zgubie
Wojska swych wrogów, zwabiwszy ich w jary,
Gdzie męstwo legło w rozpaczliwéj próbie,
Gdzie się poniki zmieniły w moczary
Posoki, gdzie legjony padły, jak konary

LXIII.

I kłody lasu, gdy wiatr zadmie halny;
Taka szalała burza dni owemi!
Na wszystko ślepy był orkan nawalny,
Rzeź tylko widział! pod ciosy strasznemi
Nie postrzeżono i trzęsienia ziemi —
Gdy grób natura rozwarła: pobici,
Padali w niego, płótny całunnemi
Nie spowinięci — tarczami nakryci!
Tak głuchą jest nienawiść, gdy szał ludy chwyci!