Tajemnice Londynu/Tom I/Część pierwsza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
BAL.

Trewor-house, wspaniała budowa przy ulicy Norfolk, jest jednym z tych rzadkich pałaców w Londynie, będących własnością prywatną, których inżenierska węgielnica jeszcze nie zniwelowała; korpus jego wznosi się między kratą, a ogrodem pysznéj architektury, rozpościerając po obu stronach wybiegające z niego skrzydła. Główny front zwrócony jest w stronę zarosłą krzakami, po za któremi leży łączka, otoczona zieleniejącemi się gajami, zakrywającemi mur dzielący ogród od parku Lane; ogród ten, dosyć obszerny, zdaje być jeszcze rozleglejszym z powodu sztucznego ułożenia jego planu. Cały ogół tworzy okazałe mieszkanie, przywołujące na pamięć starodawną wystawność i pogardliwém każące patrzeć okiem na wygodne budowle teraźniejszego Londynu.
Tego wieczoru, wysokie okna frontowe rzęsisto były oświetlone, a biédne straże, obowiązane pilnować kolossalnéj statui Achillesa, wzniesionéj na cześć księcia Welingtona, mogły widzieć, przez bezlistne gałęzie drzew, ogień zwierciadeł, złagodzony przezroczystą zasłoną draperyj.
Wybiła godzina zjazdu na bal, salony powoli się napełniały, a okiestra pod dyrekcyą Angeliniego, tego króla kadrylów, wydobywała niepewne tylko i lękliwe tony. — Tańców jeszcze nie rozpoczęto; ale szereg krzeseł umieszczonych wokoło sal, zaczął się już zapełniać; główny mianowicie salon, w którym znajdowała się lady Campbell przedstawiał już zachwycający widok i wyglądał jak koszyk do połowy napełniony, już tylko na kilka oczekujący kwiatów.
Rozmawiano. Lady Campbell i miss Trewor otoczona licznemi gruppami, coraz się zmieniającemi, witały, odbierały ukłony, odpowiadały na nie, znowu pozdrawiały osoby przybywające, i tak daléj szło na przemian. Taki jest przyjemny urząd gospodyni domu podczas balu, trwający od godziny dziesiątéj do północy.
Co do nas, wolelibyśmy raczéj w tejże saméj godzinie stać na straży przy kolumnie Achillesa. Ale gospodynie domu wybierać nie mogą.
Lady Campbell skłoniła się w prawo i w lewo trzy, cztéry razy, tak, aby każdy to spostrzegł; podała rękę lady Ofelii Barnwood, hrabinie de Derby, właśnie przebywającéj, a Marya uściskała Dyannę Stewart, któréj matkę tylko co oznajmiono.
— Sir Pawle, odezwała się lady Campbell do jednego z nowo przybyłych, nie powiész nam co nowego?
— Słychać, odpowiedział sir Paweł Waterfild, że markiz Rio-Santo odnawia ekwipaże i sprzęty w swym domu.
— Czy nie żartujesz? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces, nie upłynęło jeszcze trzech miesięcy, jak cały swój dom świeżo urządził.
— Markiz ma do tego powody.
— Ten kochany Rio-Santo wcale mi o tém nie wspomniał! szepnął vice-hrabia Lantures-Luces, któremu zdawało się, że go wszyscy powinni uważać za Pyladesa markizowego.
— A jakie powody?.... zaczęła znowu lady Campbell.
— Żeni się, odpowiedział major Borougham. Wszak o tém tylko wszędzie mówią.
Z list Maryi zniknął uśmiéch uprzejmy, zastosowany do chwili obecnéj. Głowa jéj zaczęła pałać, a ręce zesztywniały. Lady Campbell szybko na nią spojrzała.
— Jakże ona go kocha! rzekła sama do siebie.
Miss Trewor myślała o Franku Percewal; którego już nie kochała, ponieważ tak ułożono, ale który od rana do wieczoru zajmował jéj myśl wspólnie z Rio-Santem. Marya bowiem do tego już doszła kresu, że oddała markizowi połowę umysłu, jeżeli nie połowę serca. Rio-Santo zrobił na niéj wrażenie trudne do opisania, które nie było miłością, ale często miewało jej symptomata; tym sposobem wspierana radami lady Campbell, Marya nieznająca uczucia któremi ją natchnął markiz, nieumiejąca je sobie dokładnie wyjaśnić, mogła wątpić, ale mogła także wierzyć i brać za miłość ciągłe swoje roztargnienie. Łatwo jednak pojąć, że obłudna wiara napastowała tylko umysł, nie zaś serce młodéj dziewicy, które neutralne w tych zagadkowych walkach, chowało w głębi ukrytą piérwszą swą skłonność. Lady Campbell słowami swemi rozciągnęła gęstą zasłonę między sercem a rozsądkiem siostrzenicy, któréj serce tym sposobem spoczywało snem otrętwienia. Marya żyła tylko głową, ztąd należała zupełnie do swéj ciotki, a raczéj do markiza Rio-Santo.
Tak uprzedzona głowa, nieprzyjazną była sercu, milczącemu wprawdzie, lecz napełnionemu wspomnieniami. Marya niespokojna wewnętrzném pomieszaniem, oburzyła się na swą zbyt wierną pamięć, i, jak natrętną plagę, odpychała obraz Franka, którego już z uniesieniem i uściskami przyjmować nie mogła. Wahająca się jéj dusza błądziła po labiryncie, w którym tylko wolny własny sąd mógłby jéj dostarczyć nici Ariadny; lecz lady Campbell coraz gęściejszą rozpościerała zasłonę i ciążyła na słabym charakterze Maryi całą przewagą swéj tyrańskiej wyższości.
Dowcipne kobiéty są zawsze takie: zrzekną się one raczéj panowania nad sobą jak nad kim innym. I jakże często już się to zdarzyło.
Jakeśmy więc powiedzieli, lady Campbell uczyniła radosne poruszenie na widok pomięszania Maryi, które, jak mniemała, wykrywało całą gwałtowność jéj miłości. — Myliła się jednak. Pomięszanie Maryi było tylko oznaką przesilenia ciągłych, dotykających ją cierpień. Pojęła ona całe znaczenie wieści biegających o markizie; zrozumiała, że nadchodzi godzina, w któréj trzeba będzie działać z namysłem, a jéj wahająca się natura doznała stokroć mocniejszego uczucia od tego, jakiego doznaje każda dziewica w chwili stanowczego przyjęcia ręki tego, który ma być jéj mężem.
Lady Campbell ulitowała się nad nią i nie pytała o nazwisko narzeczonej Rio-Santa.
— Markiz bardzo się zmienił, rzekł kawaler Angelo Bombo.
— Nie do poznania, dodał major Borougham.
Sir Paweł Waterfield powiedział także cóś podobnego, a doktor Muller odezwał się swoim gardłowym rykiem, którego używają Niemcy, gdy chcą co potwierdzić.
— Cóżeście znowu upatrzyli do tego kochanego markiza? spytał vice-hrabia de Lantures-Luces.
— Zakochał się, odpowiedzieli chórem czteréj wśpomnieni dżejntlmenowie.
— Na trzy dni tylko, dodał vice-hrabia przerzucając swój klak na lewą rękę.
— Na całe życie, odrzekł poważnie major Borougham.
Miss Marya z dumą zadrżała, ale zarazem przebiegł ją dreszcz przykry; duma jest to rzecz właściwa córce Ewy i nie znalazłaby się w Londynie ani jedna może kobiéta, któraby się jéj ustrzegła widząc Rio-Santa u swych nóg. Udręczenie Maryi, była to czcza protestacya serca, jakiś rodzaj przebudzenia, przytłumiony odgłos sumienia.
Vice-hrabia Lantures-Luces wybuchł głośnym i długim śmiéchem.
— Przedziwnie! zawołał, na honor nie żartuję.
Tańce się rozpoczęły. Kawaler Angelo-Bembo ujął rękę miss Trewor i powiódł do kadrylla. Nastąpiło ogólne poruszenie w salonach: odosobnione gruppy razem się pomięszały, lady Campbell, nie tracąc mężczyzn z uwagi, została otoczona wieńcem dam, tworzących środek, czyli przejście pomiędzy czynną a bierną stroną balu, pomiędzy témi co nie mają w nim udziału i témi co są najświetniejszą jego ozdobą; tych nakoniec dam, którym prawo światowe nie zabrania surowo tańca, ale które nie zawsze tańczyć się odważają.
Trwała ciągle rozmowa, wesoła, uszczypliwa, dowcipna. Lady Campbell mięszała do niéj zajmujące swoje uwagi, vice-hrabia Lantures-Luccs rozkoszne wykrzykniki, a doktor Muller zakatarzone tony i wyuzdane germanizmy.
— W istocie, kiedy nasz markiz nie jest tu obecny, rzekła lady Campbell z ukrytą ironią, pan de Lantures-Luces bywa duszą naszych zgromadzeń.
— I dla czegóż kładziesz pani vice-hrabiego w drugim rzędzie? spytała jedna baronowa.
— Zaiste, dodała żona para, to porównanie nie ubliża w niczém markizowi.
— Ah! panie!... panie!... wyjąknął Lantures-Luces; przez litość... dajcie mi pokój. Za nadto kocham markiza, iżbym śmiał mniemać...
— Zbyteczna skromność, vice — hrabio!.... Pan zawsze masz jakąś dowcipną powiastkę w pogotowiu...
— Jakąś ujmującą anegdotkę...
— Jakiś żarcik w dobrym guście...
Vice-hrabia nadymał się czczą radością. Nie wiedział co się z nim dzieje; był w niebie.
Był to Francuz śmieszny, w średnim wieku, zwyczajnego wzrostu, pospolitych rysów twarzy. Jego kędzierzawe, upomadowane włosy wiły się w kształcie podkowy po nad wązkiém czołem, podług niewdzięcznéj mody zwanéj à la Louis Philippe. Ubranie nacechowane było przesadą i nadzwyczajną chęcią podobania się; w innych salonach byłoby bardzo gustowną toaletą, lecz w Trewor-house najwyższą elegancyę stanowiła sama tylko dobrze zrozumiana prostota ubioru. Dla uzupełnienia opisu pana Lantures-Luces, dodamy tylko, że lubił aby o nim mówiono i okropnie szeplenił, przytém uśmiéchał się jak człowiek pewny swego uśmiechu i nosił podwojną lorynetkę, którą z niejakim talentem wywijać umiał.
Miernego urodzenia posiadał przyzwoity majątek, dowcip jego dostatecznym byłby może dla bardzo skromnego człowieka; ale Lantures-Luces zbyt był próżnym. Rio-Santo, którego widział on samą tylko zewnętrzną stronę, zawracał mu głowę. Mordował się chcąc naśladować ten wzór niepodobny do naśladowania. Bóg postawił między nimi przedział, nakształt stopni dzielących bohatera od żołnierza, a świat łatwo odgadujący wszelkie śmieszności i umiejący ocenić każde dziwactwo przez pewny rodzaj magicznego wpatrywania się, szybko bardzo poznał komiczną emulacyę biédnego vice-grafa; bawił się nią wielce, a vice-hrabia wcale nie poznawał utajonych żartów, pokrytych zawsze znakomitą dozą dworskości. Daleki gniewu, owszem cieszył się i nadymał, jak żaba w bajce, ale nie pękał, bo guziki od kamizelki nie dopuszczały zbytecznego przedęcia.
Kadryl skończył się, kawaler Angelo Bembo odprowadził miss Trewor na miejsce. Zaledwie usiadła przy ciotce, a silny głos kamerdynera, zagłuszając od razu wszystkie inne głosy, rzucił do salonu nazwisko szanownego pana Franka Percewal.
Miss Trewor struchlała, znikł od razu delikatny rumieniec, który taniec na twarz jéj wywołał: zbladła jak marmur i położyła rękę na gasnącém sercu.
Lady Campbell pochyliła się ku niéj i rzekła po-cichu:
— Odważnie moja córko! Biédny Frank mniema, że mu służy prawo; spotkanie będzie przykre... ale byłaś tak młodą! twoje serce myliło się... a któż wie zresztą czy Frank sam także się nie zmienił?
To ostatnie słowo zamiast przynieść pociechę, wycisnęło łzę z oczu miss Maryi Trewor.
— Po cóż ta słabość! zaczęła znowu lady Campbell; widząc że kobiéta płacze, mężczyzna wierzy zawsze w resztę czułości... a ty już go wcale nic kochasz, wszak prawda? dodała z prawdziwą obawą.
Marya nie odpowiedziała.
— Ja kto miałażbyś go jeszcze kochać? mówiła daléj lady Campbell. Biédny Frank! Przybycie do Londynu naszego niepokonanego markiza jest wielkiém dla niego nieszczęściem.
Dowcipna kobiéta nie mówiła nic więcéj, i pomyślała, że bez niéj siostrzenica byłaby się zaparła głosu swego serca, że napróżno i w ukryciu walczyłaby przeciw swéj miłości dla markiza, że z bojaźni zaślubiłaby Franka Percewal, że byłaby nieszczęśliwą, a może winną...
Wyobraźnia jest rzeczą przewyborną! Lady Campbell nigdy jeszcze nie była tyle z siebie zadowoloną; miss Trewor zaś nigdy więcéj nie cierpiała.
Lord Trewor z otwartém i uradowaném sercem przyjął Franka Perceval, sam go przedstawił córce; ale tu scena się zmieniła. Marya przyjęła narzeczonego z tém większą oziębłością, z im większą siłą nagle przebudzone jéj serce wyrywało się do niego. Samo imię Franka gwałtownie wyprowadziło ją z odrętwienia i rozdarło szatańską zasłonę, w którą okryto jéj sąd dowolny. Widok Franka dokonał tego metafizycznego przeistoczenia. Znikła nagle mgła ćmiąca oko Maryi, oko jéj serca, spojrzała z zadziwieniem i przestrachem w głąb jego. Potém, przez konieczną i nagłą reakcyą, zbuntowała się przeciwko despotycznéj ręce, która ją oślepiła. — Ale była słabą, poskromioną; czarny niewolnik nabiera odwagi tylko w nocy, W wród czarnych lasów, gdzie go nie ściga straszliwe oko pana; a lady Campbell była przy Maryi.
Marya znowu upadła na duszy. Jéj oczy zaledwie otwarte, znowu się przymknęły. Uczyniła jak czarny niewolnik, kiedy widzi, iż noc się rozjaśnia i słyszy bicz dozorcy; przytłumiała w sobie chęć skargi, wróciła znowu do biernego stanu.
Otóż takim to sposobem doskonała, dowcipna kobiéta, nie więcéj być może warta, jak bardzo zła i bardzo nierozsądna. Takim sposobem uległość posunięta aż do niewolnictwa, pozbawiona własnego zastanowienia, może być podobną jak dwie kropli wody do bałwochwalstwa i sprowadzać na fałszywą drogę najlepsze dary przyrodzenia. Jakież jest na to lekarstwo? Przypadek, a przytém rzadkość faktu, bo zwykle młode dziewice nie grzeszą nadto wielkiém posłuszeństwem.
Bóg świadkiem, że lady Campbell złego nie chciała. Ten ktoby jej był pokazał krwią zbroczoną ranę, którą ciągle rozdrażniała w sercu ukochanéj osoby, byłby ją nie tylko zadziwił, ale i zadał boleść. Ale któż mógł domyślać się takiego niepodobieństwa? Miss Trewor była jedną z najświetniejszych dziewic i zaiste w całym ubarwionym tłumie napełniającym salony jéj ojca, bardzo mało było dostrzegaczy zdolnych pojąć lub odgadnąć przykrość jéj położenia.
Spuściła oczy przed spojrzeniem Franka i na powitanie jego, wzruszonym wyrzeczone głosem, odpowiedziała kilka ledwie słów bez ładu. Frank uczuł w sobie okropną trwogę. Chciał znowu mówić, ale lady Campbell lekko trąciła go wachlarzem w rękę.
— Czy szczęśliwie odbyłeś pan swą podróż? spytała. A potém nagle zmieniając ton, pochyliła się ku niemu i wsunęła w ucho te słowa:
— Nie dziś... zaklinam pana... wszyscy na nią, na nas zwracają oczy!...
Frank nic nie rozumiał.
— Jutro, mówiła daléj lady Campbell głosem, w którym było zanadto litości, izby Frank mógł dłużéj nie rozumieć; jutro wszystko panu wytłumaczę... Wiesz, że zawsze jestem twą przyjaciółką kochany Franku... biédne dziécię długo się opierała... długo cierpiała...
— Co, milady! zawołał Frank; mamże mniemać?...
— Proszę cię panie Percewal, poczekajmy do jutra.
I to mówiąc lady Campbell ujęła rękę Franka i uścisnęła ją z nieudaném uczuciem; Frank skłonił się i odszedł ze śmiertelną raną w sercu.
— Miss Trewor raczyła mi dozwolić służyć sobie do tego kadrylla, rzekł major Borougham, gdy orkiestra znowu zabrzmiała.
Marya. była nieruchoma, i jakby martwą.
— Raczysz pan przebaczyć mojéj siostrzenicy, panie majorze, odpowiedziała lady Campbell, na wszystko mająca oko; późniéj, nim się bal skończy, Marya wynagrodzi to panu.
Szczególny uśmiéch przebiegł pod wąsem majora Borougham.
— Rio-Santo cóś się opóźnia! rzekł do ucha doktorowi Muller.
Doktor Muller odpowiedział cicho, lecz najczystszą, jeżeli pie najwyszukańszą angielszczyzną, i zupełnie bez niemieckiego akcentu.
— Rachuje na poczciwą lady Campbell, i niech mię djabli porwą jeśli nie ma racyi.... Gdyby nie ona, nie ręczyłbym za małę.
— Mała bada sama siebie... nie wie co począć... zdaje mi, że kocha tego drugiego.
— Bah! ma może serce... ale nie ma oczu?
— Zresztą ma ciotkę!...
Ciotka mówiła do siostrzenicy:
— Moje dziecię najgorsze już przeminęło... Teraz reszta do mnie należy... O! gdyby nie o ciebie Maryo chodziło, nie podejmowałabym się tak trudnego obowiązku... Biédny Frank!... Ale idzie o twe szczęście: poświęcę się kochana córko.
I pocałowała miss Trewor w wilgotne i zimne czoło.
— Czy ci słabo, moja kochana? spytała z obawą.
— Nie wieém, odpowiedziała Marya; cierpię... mniemam....
— Co mniemasz moja córko?
— Mniemam, że się obie mylimy... Widok Franka...
— Czy tylko to? przerwała lady Campbell, odzyskując natychmiast swą wesołość, spuść się na mnie, moje dziécię, ja to znam... O! twoje szczęście Maryo, że umiałam czytać w twojém sercu!...
Frank błądził po salonach, usiłując odeprzeć od siebie boleśną obawę tłoczącą myśl jego; chciał jeszcze mieć nadzieję, bo wreszcie przyjęcie jakiego doznał ze strony lorda Trewor było jak dawniéj serdeczne, a słowa lady Campbell, rozmaicie dawały się tłumaczyć. Ale Marya! Możnaż było nie rozumieć téj lodowatéj oziębłości, która tak nagle zajęła miejsce słodkiego jéj niegdyś obejścia? Możnaż było wątpić jeszcze? Frank usiłował pokonać tę wątpliwość, lecz zwycięzka oczywistość niweczyła wszelkie usiłowania.
Tu i owdzie zatrzymywali go przyjaciele, podawali mu rękę i witali.
— Jakież wiadomości z Simplonu? zapytał jeden.
— Pokażesz mi, Franku, twoje album, rzekł drugi.
— Jakżeś smutny! zawołał trzeci. Miałżebyś już wiedzieć.
— O czém? zapytał Frank gwałtownie wzruszony.
— Biédny chłopcze! szepnął przyjaciel, — ale jeszcze nie ma nic urzędowego... to tylko proste pogłoski.
— Mówią... może kłamią... ale mówią, że miss Marya idzie za Rio-Santa.
Frank powiódł ręką po czole.
— Co to za jeden ten Rio-Santo? spytał.
Przyjaciel spojrzał nań zdumiały.
— Nie słyszałeś o Rio-Santo, Franku?.... O kimże mówią w Szwajcaryi?... Rio-Santo jest to markiz, markiz jakich mało, markiz... Do widzenia Percewal, biédny mój przyjacielu; postrzegam sir Pawła, który daje znaki, że brak czwartego do wista.
Frank pozostał sam, odurzony tym nowym ciosem.
— Ah! dzień dobry, mój kochany, wrzasnął mu nad uchem głos przedęty; wieki jakeśmy się nie widzieli, a mówiłem wczoraj... komuż ja to mówiłem? Ah! mówiłem kochanemu markizowi... Mówiłem mu: wieki jak nie widziałem Franka, pewny jestem, że ma w Szwajcarryi rozmaite awanturki... Na honor nie żartuję, mówiłem to... Ale cóś masz smutną minę mój kochany... Zgaduję, właśnie mi powiedziano, że Rio-Santo...
— A więc to prawda! szepnął Frank.
— Mój kochany, ja nic nie wiém; ale ten szatan Rio-Santo dobrze umie kierować swoją łódką!... A potém mój kochany, on ma więcéj milionów, aniżeli tyset tysięcy dochodu... Ah! to straszny współzawodnik!...
To mówiąc vice-hrabia de Lantures-Luces zrobił piruet, odwrócił się i pobiegł gdzie-indziéj rozsiewać plotki.
Frank chodził jak niewidomy i chwiał się jak pijany; wtém uczuł, że ręka jakiejś kobiéty wciska się pod jego rękę.
— Panie Frank Percewal, rzekła mu hrabina Derby, jesteś nieszczęśliwy, bardzo nieszczęśliwy, żałuję cię... bo wiesz już zapewne...
— Zdaje mi się, że wiém wszystko milady.
— Wszystko?.... nie, panie Percewal, nie wiesz wszystkiego... Posłuchaj, ja także cierpię; chciałabym ulżyć twéj trosce, i może...
Na dnie serca każdego człowieka spoczywa szatan zarozumiałości. Frank mimo głębokiego smutku, fałszywie tłómaczył słowa lady Ofelii, rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
Hrabina smutnie się uśmiéchnęła.
— Może dostarczę panu sposobów zwalczenia Rio-Santa, mówiła daléj; bo zwyczajną bronią pokonać go nie można.
— Zawsze ten Rio-Santo! pomyślał Frank, czując, że wściekła i nieograniczona nienawiść wzdyma mu serce.
— Odwiedź mię pan jutro, dodała hrabina de Derby; rzeczy które mam panu objawić, mówią się tylko po-cichu i przy drzwiach zamkniętych, w pokoju gdzie nie ma jak dwie osoby... a jeszcze i wtedy równie mówiącemu jak słuchającemu grozi niebezpieczeństwo... do jutra więc panie Franku Percewal.
Ukłoniła się wdzięcznie i z uśmiéchem, jakby miała z nim nic nieznaczącą rozmowę. Frank nie miał tyle mocy nad sobą. W każdym rysie jego twarzy czytać było można zmartwienie; szedł daléj szukając jakiego punktu oparcia, jakiego miejsca, w któremby mógł spocząć.
Jego kuzynka, miss Dyanna Stewart, spostrzegła go i zawołała.
— Siadaj przy mnie Franku, rzekła; mam ci wiele do powiedzenia... O! wiedziałam, że ten cios srodze cię dotknie.
— Jesteś jej przyjaciółką, szepnął Frank, któremu trudno było mówić, powinnaś znać całe jéj serce... powiedź mi...
— Powiém ci wszystko co wiém, biédny mój kuzynie, ale zbierz wszystkie twe siły i przywołaj całą twą odwagę...
— Dyanno, mów mi o niéj, słucham cię.
— Wierzaj mi Franku, cierpi ona tyle co i ty. Dzieje się w niej cóś, czego ja nie pojmuję, ale serce jéj nie zmieniło się. Miss Trewor kocha cię zawsze.
Jakieś zachwycające szczęście owionęło zbolałą duszę Franka.
— Ależ to małżeństwo!... rzekł.
— Mówią o niém, lady Campbell go pragnie... a Marya nie stawi oporu.
— Nie stawi oporu! automatycznie powtórzył Frank.
— Rio-Santo oczarował je!...
— Znowu ten Rio-Santo!... Dyanno! znasz go?...
— Znam, odpowiedziała miss Stewart spuszczając oczy zapłonione.
— Pokaż mi go... powiedz kto on jest.
— Jest to człowiek, któremu wszystko ulega, wymówiła bardzo cicho młoda dziewica; człowiek piękny, szlachetnego rodu, silny, między nim a drugimi zbyt dalekie tylko istnieć może podobieństwo... Biada jego rywalowi, Franku!
— Biada jemu raczéj! przerwał Percewal i wstał porwany gwałtowném uniesieniem. Pokaż mi go powtarzam!... Ah! ja muszę zajrzeć w oczy temu człowiekowi; muszę koniecznie.
Monotonny i donośny głos odźwiernego przerwał Frankowi patetycznie oznajmując:
— Don Jose-Maria-Telles de Alarcon, Markiz de Rio-Santo.
— To imię Rio-Santo, tak pompatycznie rzucone w śród salonów, rozdarło ucho Franka Percewal, i ozwało się w nim nieharmonijnym dźwiękiem. Właśnie w chwili gdy wzywał tego nieznanego, lecz nienawistnego już współzawodnika, los szyderski stawiał go przed nim. Frank drżący od gniewu i zgalwanizowany dziką radością, jaka przejmuje silne natury na widok zbliżającego się nieprzyjaciela, nagle wyszedł z odrętwienia i lotem błyskawicy rzucił się w tłum gości. Powodowany instynktem stanął na połowie drogi wiodącej do drzwi wchodowych salonu w którym się znajdowały lady Campbell i miss Trewor. Zgadł, że Rio-Santo tamtędy naprzód przechodzić musi.
W rzeczy saméj zaraz prawie pojawił się Rio-Santo.
Był to mężczyzna wysokiego wzrostu i bohaterskiej postawy. Twarz jego lekkich i delikatnych rysów, miała wyraz téj nadludzkiéj spokojności, którą podziwiamy w niektórych włoskich fizyonomiach, ale jednak w niższym stopniu. Był pięknym, jak owe kształty idealne, które tylko geniusz malarza wyśnić zdoła. Czystego owalu jego profilu nie kaziła romantyczna broda, którą dziwactwo mody wtedy już wprowadzało do najpiérwszych salonów. Nosił tylko małe wąsiki czarne jak heban, według zwyczaju mieszkańców iberyjskiego półwyspu w górę zakręcone. Włosy jego naturalnie ułożone, świadczyły, że nie znoszą kaprysów fryzyerskiéj sztuki, i wijąc się w niedbale lecz wdzięcznie spadających puklach, odkrywały szerokie czoło, pełne szczerości i dumy. Oczy zaś, ukryte pod śmiało zarysowanym łukiem czarnych brwi, miały cóś zachwycającego i nakazującego.
Surowy krytyk jednę tylko mógłby był znaleźć skazę w téj wspaniałej twarzy: Spojrzenie Rio-Santa, wesołe rysy jego ust, nosiły cechę zmysłowości, która w chwilach spokojnych słodko go zapewne kołysała w marzeniach poety, ale w przystępie nagłego gniewu, nieznała granic i dochodziła u tego człowieka, silnego zapewne i namiętnego, do szczytu uniesienia i wściekłości.
Lecz najakiéjże twarzy, pewni dostrzegacze nie odkryją tysiąca powodów do podejrzeń i obawy?
Chód Rio-Santo był królewski, ale ta jego majestatyczność wolną była od wszelkiéj przesady a pełną nienaśladowanego wdzięku. Nosił ubiór ściśle elegancki, nie ulegający żadnéj z tego względu naganie. Trzy ordery piérwszego rzędu błyszczały mu na piersi. Na odgłos jego imienia powstał długi szmer w tłumie. Kilka dam pomyliło się w kadryllu; inne zapomniały odpowiedzieć na oklepane zapytania swych tancerzy. Szmer wkrótce ustał, ale pozostało wzruszenie. Ucztę ożywił jeden żywioł więcéj, a każde żeńskie serce uczuło, że rośnie w niém instynkt do zalotności.
Pod względem zewnętrznych korzyści Franka Percewal nie można było porównać ze świetnym markizem. I on także był pięknym, ale téj piękności nie stanowiła tyle regularność rysów, ile szlachetne odbicie rozsądku i wspałomyślności jaśniejącéj na prawém jego czole. Miał on w sobie cóś kawalerskiego; z lękliwością łączył wyniosłość, z wyniosłością dworskość. Słowem, gdyby nie Rio-Santo, Frank byłby królem eleganckiéj i dobranéj młodzieży.
Frank daleko był młodszym od markiza, chociaż tenże należał do rzędu ludzi, na których wiek nie pozostawia śladu i których czas zdaje się zapominać w swym biegu. — Rzetelnie nie można było powiedzieć ile lat ciąży na czole Rio-Santa, atoli nieznajdowano w nim już tego kwiatu młodości, jaki jeszcze zachowały rysy Franka.
Długo i mocno wpatrywał się on w swego współzawodnika, wreszcie zostawił mu wązką drogę, uformowaną przez rozstępujące się tłumy. Na piérwszy rzut oka zdało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale przelotna myśl ta krótko trwała, bo nadzwyczajna piękność Rio-Santa namiętną Franka przejęła zazdrością. Nienawiść jego powiększyła się całém przerażeniem, które zapełniało jego duszę; w chwilach bowiem miłosnéj troski, gdy udręczenie paraliżuje wszelką rozwagę, piękność występuje jako jedyny i niepokonany oręż: Frank uczuł się zwyciężonym, zgruchotanym pięknością swego współzawodnika.
Ciągle wpatrywał się w niego i zastawiał mu drogę. Rio-Santo naprzód zwolnił kroku, potem stanął i spojrzeniem szukał lady Campbell i jéj siostrzenicy, Franka nawet nie postrzegł.
— Tam markizie, tam! zawołał gotowy na usługi vice-hrabia Lantures-Luces, wskazując miejsce w którém siedziała lady Campbell; te damy skarżą się na twoje opóźnienie... I cóż! kochany Percewal, bądźże tak łaskaw i ustąp nam z drogi, markizowi i mnie.
Frank nie ruszył się, w oczach jego, ciągle w markizie utkwionych, był wyraz wyzywającej pogardy.
Rio-Santo spuścił na niego swój jasny wzrok i na nieme wyzwanie odpowiedział pełnym dworskości ukłonem:
— Pragnę mieć zaszczyt być przedstawionym panu Frankowi Percewal, rzekł z prostotą.
I nim Lantures-Luces niewczesną swą gorliwością mógł pogorszyć położenie rzeczy, markiz niedostrzeżenie kiwnął głową, a na ten znak odpowiedziała osoba, która dopiéro co weszła i któréj każdy ustępował z drogi z tą widoczną i zły smak cechującą powolnością, jaka zwykle charakteryzuje angielską dworskość.
Ta znajoma nam osoba, któréj eleganckie balowe suknie, nie mogły pozbawić dosyć nikczemnéj i mieszczańsko-uczciwéj powierzchowności, jaką obdarzyło ją przyrodzenie, szła z podniesioną głową i otwartémi oczyma nie strzegąc się bynajmniéj aby kogo nie potrąciła, ani też witając nikogo.
Był to ślepy z kawiarni pod godłem korony.
Na znak dany przez Rio-Santa, zmienił on drogę i stanął przed Frankiem, tak że ten stracił z oczu markiza.
— Ustąp pan na bok, rzekł rozgniewany Frank.
Ślepy zwrócił ku się niemu i wpoił weń swój nieruchomy martwy wzrok.
— Czy pan do mnie mówisz? spytał uprzejmie.
— Do pana i dziwną zdaje mi się rzeczą!...
— No, no! kochaneczku, zawołał Lantures-Luces zanosząc się od śmiéchu: po jakiéjż trawie chodziłeś dziś wieczór?... Miałżebyś ochotę pokłócić się z sir Edwardem Makenzie, niewidomym?...
— Bardzo przepraszam, szepnął Frank gryząc się w usta, i oczami szukał Rio-Santa, a ślepy tymczasem odpowiedział łagodnie:
— To ja owszem winienem prosić pana o przebaczenie.
Rio-Santo znikł w tłumie.
— Miałżeby to być: nikczemnik? spytał Frank sam siebie. — Spojrzeniem przebiegł salony. Dziwiło go to, że markiz tak skwapliwie korzystał ze sposobności wymknięcia się, jaką mu traf nastręczył.
— Miałżeby to być nikczemnik? powtórzył; o jakżebym pragnął znaleźć go odważnym!...
— Znajdziesz go takim, jakim miéć chcesz, młody mój dżentlemenie! szepnął mu głos szyderczy tuż nad uchem.
— Frank żywo się obrócił. Stał przy nim jakiś wysoki człowiek, nieznajomy, który starannie ocierał szkło swojéj długiéj lorynetki.
— Cóś pan powiedział? spytał dumny młodzieniec.
— Ja nic nie powiedziałem, odrzekł flegmatycznie wysoki jegomość, którym był doktor Müller.
— Pan cóś do mnie mówiłeś, mój panie.
— Ja ani słowa nie mówiła, dertejfel! Odpowiedział Niemiec, tyłem się obracając.
Frank mniemał, że się omylił; dzwoniło mu w uszach, a trawiony gorączką słyszał może słowa, których nikt nie wyrzekł. Zresztą miał o czém inném do myślenia.
Rio-Santo tymczasem przystąpił do lady Campbell i jéj siostrzenicy. Miejsce, w którém siedziały wnet zostało środkowym punktem balu. Wszyscy zwrócili tam spojrzenia, a dwór lady Campbell w mgnieniu oka podwoił się. Być może, iż ta dowcipna kobiéta oddawna już przeświadczyła się, że taki jest nieunikniony rezultat obecności Rio-Santa, rezultat mocno podniecający przywiązanie, jakie miała dla pięknego markiza.
Przyjęła go jak matka przyjmuje syna, ukochanego, spodziewanego.
— Marya zaczynała być smutną, rzekła gdy Rio-Santo całował rękę młodéj dziewicy.
— Czy tylko moja nieobecność zasmucała miss Trewor? spytał Rio-Santo z mimowolnym uśmiéchem.
Miss Marya usiłowała uśmiéchnąć się także, ale nie mogła. Przykre jéj położenie kompromitowało ją teraz w obecności markiza, który nie stracił tajemniczéj władzy przerażania, jaką zrazu wywierał na młodą dziewicę. Do władzy téj jednak łączył się urok odurzający, jaki Rio-Santo umiał sprawić na kobiécie i którego miss Trewor uchronić się nie mogła, W obec Rio-Santa i pod jego wejrzeniem, Marya traciła w rzeczy saméj wszelkie uczucie tego co się w niéj działo. Gdyby w podobnych chwilach miała odwagę zrzucić moralne jarzmo swéj ciotki, nie wiemy coby odpowiedziała, na zadane jéj nagle pytanie: „kogo pani kochasz?“
Tym właśnie wpływem usprawiedliwić należy i lady Campbell. Ona także ulegała zachwyceniu. Możnaż więc jéj było poczytywać za złe błąd, w który czasami wpadała sama miss Trewor.
Tego wieczoru Rio-Santo więcéj był nadskakującym, czulszym i wymowniejszym jak zwykle. Miss Marya, któréj głos wewnętrzny nakazywał miéć się na baczności i pamiętać o sobie, mimo woli dawała się powodować zachwyceniu, jakiem ją napawał człowiek, którego nie kochała. Było to więcéj jak zaślepienie, a miss Dyanna Stewart bardzo stosownie wyraziła się, mówiąc: Marya jest oczarowaną.
Lady Campbell słuchała Rio-Santa, odpowiadała mu najdowcipniéj w świecie, i znajdowała jeszcze nawet czas do unoszenia się nad szczęściem swéj siostrzenicy. Obecni wtrącali swoje słówka do rozmowy i podziwiali ją. Vice-hrabia Lantures-Luces, za każdém słowem które wyrzekł prześwietny jego wzór, pomnażał swoje grymasy pełne uniesień i przyrzekał sobie powtórzyć je przy najpierwszéj sposobności.
Frank z daleka ukryty w niszy, nie słyszał rozmowy, ale widział wszystko i z boleśną chciwością wychylał gorzki kielich zazdrości. Całą swą duszę skoncentrował w spojrzeniu, każdy giest tłumaczył, każdemu poruszeniu nadawał znaczenie rozżarzające jego gorączkę i podwajające cierpienia. Skoro Rio-Santo pochylał się ku Maryi i otaczał ją całą magią wzroku swojego, Frank drżał od wściekłości; skoro Marya podniosła oczy na Rio-Santo, Frank mniemał, że czytał w nich lękliwą, ale wymowną w swéj cichości miłość, i wtedy wściekłość jego zamieniała się w szaleństwo.
A jednak stał na miejscu, w sercu jego wrzały uczucia gwałtowne, boleśne, nie szukał ucieczki, bo zakochany miłuje nawet własną męczarnię.
Tak upłynęło godzin kilka. Jedna okoliczność przerwała natężoną uwagę Franka. W chwili gdy rozmowa gruppy, któréj przewodniczyła łady Campbell ożywiała się do najwyższego stopnia, Rio-Santo, zapewne uniesiony jéj zapałem, zmarszczył brwi na chwilę. Światło kandelabru prosto mu na twarz padało. Patrzący na niego Frank, zadrżał i poraz drugi spytał sam siebie, gdzie widział tego człowieka? Ale rysy Rio-Santa wróciły wnet do zwykłego wyrazu, a Frank znowu zwątpił. Wspomnienie przychodzące mu na myśl wiązało się z tak okropnym wypadkiem; to istotne, czy téż urojone podobieństwo przywoływało mu na pamięć tak straszliwy obraz, że sama nawet nienawiść, albo co jeszcze gorsza, zazdrość, nie mogła tam pomieścić szlachetnéj i spokojnéj twarzy Rio-Santa. Frank mniemał że był w błędzie, a sądził tém pewniéj, że się myli, gdyż byłoby szaleństwem przypuszczać najmniejsze nawet prawdopodobieństwo. — Okropne nieszczęście spotkało go niegdyś wśród najszczególniejszych okoliczności. Człowiek, który główną grał rolę w téj przerażającéj dramie (późniéj ją czytelnikowi opowiemy) i Rio-Santo podobni byli do siebie, jak największy nędznik podobnym być może do księcia. Frank odepchnął od siebie wszelkie podejrzenie. Za nadto miał nowych powodów do nienawidzenia markiza, iżby potrzebował przywięzywać wstręt swój do wątpliwych hypotez ugruntowanych na dawnéj zniewadze.
Dla tego téż z całą duszą oddał się obecnemu gniewowi, który nie przybrał fałszywego kierunku i cały koncentrował się na markizie, zostawując Maryę na stronie, któréj słaby charakter i zawisłość dostatecznie Frankowi były znane.
Nakoniec Rio-Santo wstał dla przypatrzenia się balowi i złożenia damom winnego uszanowania. Frank niecierpliwie oczekujący tej chwilo, opuścił swoje stanowisko i przystąpił ku niemu.
— Panie, rzekł z udaną spokojnością, jaką człowiek światowy zawsze umie pokryć najżywsze wzruszenia, przed chwilą objawiłeś pan chęć zabrania zemną znajomości.
Rio-Santo nie poznał go zrazu, ale skoro to nastąpiło, z uśmiéchem podał mu rękę.
— Panie Percewal!... rzekł. W rzeczy saméj pragnąłem szczerze poznać człowieka, o którym mi często wspomniała lady Campbell z macierzyńską przychylnością i którego miss Trewor kocha jak brata.
Frank ujął rękę Rio-Santa i silnie ją ścisnął.
— I pan już tak daleko zaszedłeś, że kochasz to wszystko co i ona kocha? spytał z gorzkim uśmiéchem. Masz pan piękną rolę, a mnie mimochętnie dostała się rola śmieszna zapomnianego kochanka, który wszystkim jest na zawadzie, którym wszyscy gardzą, lub litują się.... Paniel ja kocham miss Maryę Trewor.
Rio-Santo nie cofnął swéj ręki.
— Wiedziałem o tém, rzekł zimniéj, ale z należytém umiarkowaniem; lady Campbell oznajmiła mi to... miałem nadzieję... a raczéj mieliśmy nadzieję, że nieobecność...
— O kimże pan mówisz? przerwał Frank.
— Mówię o sobie, o lady Campbell..
— Dosyć mój panie, dosyć! przerwał mu Frank nakazującym tonem; ogłoszę pana kłamcą, jeżeli wymówisz inne jeszcze imię!
— Mówię także o miss Maryi Trewor, wolno wyrzekł Rio-Santo.
W téj chwili cofnął swą rękę i położył palec na ustach. Spojrzenie jego zachowało spokojność; na czoło nie wystąpiła ani jedna zmarszczka.
— Panie Percewal, zaczął znowu łagodnie, mniemam żem nie wywołał pańskiego wyzwania. Pragnąłem pańskiéj przyjaźni, pan postanowiłeś inaczéj, niech się. więc stanie zadosyć jego woli.
Frank zarumienił się z radości.
— Do jutra zatém, odpowiedział; chcę, aby jeden z nas zginął, i dziękuję Bogu, żem znalazł w panu serce dżentlmena... do jutra!...
Rio-Santo przeszedł się po salonach, złożył damom winne uszanowanie i znowu zajął miejsce obok Maryi.
— Widziałam pana rozmawiającego z Frankiem Percewal, rzekła mu po-cichu pełna niespokojności lady Campbell.
— Jest to bardzo przyjemny kawaler, odpowiedział Rio-Santo.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.