Tajemnica Miksteków/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica Miksteków
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
HACJENDA DEL ERINA.

Hacjenda to niby zwykły folwark; ale meksykańskie folwarki to coś w rodzaju zamków warownych z czasów średniowiecza.
Takim folwarkiem była hacjenda. Olbrzymi budynek zbudowany z kamieni, otoczony murem. Wnętrze uderzało przepychem i ogromem — mogło pomieścić setki ludzi.
Obok folwarku rozciągnął się olbrzymi park, w którym rosły najbarwniejsze, tchnące cudownym zapachem, rośliny tropikalne.
Po drugiej stronie był las dziewiczy, dalej pola, pastwiska, na których pasły się wielotysięczne stada.
Gdy nasza kawalkada przejeżdżała przez pastwiska, powitali ją vaquerowie głośnemi okrzykami. Radość ta wkrótce jednak przeszła w smutek i gniew, gdy się dowiedzieli, że tylu ich towarzyszy znalazło śmierć z ręki wroga. Przysięgali mu zemstę i chcieli nawet natychmiast wyruszyć, aby jej dokonać.
Na ganku folwarku stał sędziwy Pedro Arbellez, zawiadomiony przez majordoma o przybyciu miłych gości. Stary ojciec rozpłakał się, znosząc córkę z konia.
— Witaj, moje dziecko! — pozdrowił ją. — Musiałaś dużo wycierpieć w swej podróży; wyglądasz na bardzo wyczerpaną.
Objęła go ramieniem, ucałowała mocno i rzekła:
— Ojcze, byłam w wielkiem niebezpieczeństwie.
— W jakiem?
— Byłam w niewoli u Komanczów.
— Matko Boska! Czy znowu ukazali się nad Rio Grande?
— Nie. Napadli nas nad Rio Pecos, dokąd udaliśmy się z wycieczką. Ci dwaj panowie uratowali nam życie.
Po tych słowach Emma, ująwszy Ungera i Indjanina za ręce, poprowadziła ich przed ojca.
— Oto sennor Antonio Unger, Europejczyk. A to wódz Apaczów Shosh-in-liett. Bez ich pomocy musiałybyśmy zostać żonami Komanczów, a towarzyszy naszych śmierćby niechybna spotkała.
— Szczęście w nieszczęściu! — odparł don Pedro, ocierając pot z czoła. — Witajcie, moi sennores, witajcie z całego serca! Bądźcie panami tego domu.
Goście weszli do wnętrza, oddawszy konie służbie folwarcznej. Gospodarz zaprowadził ich do salonu, gdzie Emma szczegółowo opowiedziała całą przygodę.
— Na rany Chrystusa, coście wy przecierpieć musiały — biadał don Pedro. — Bóg zesłał wam wybawców. Jemu i im niechaj będą dzięki. Co powie na to hrabia i Tecalto.
— Tecalto? — zapytała Indjanka. — Czy Bawole Czoło jest tutaj?
— Tak, przybył wczoraj.
— A hrabia?
— Bawi od tygodnia. Ale oto i on.
Z przyległej jadalni wyszedł hrabia Alfonso. Miał na sobie czerwony szlafrok jedwabny, suto przetykany złotem, białe spodnie z najdelikatniejszego płótna francuskiego, niebieskie aksamitne pantofle. Głowę zdobił fez turecki. Był naperfumowany czemś niezmiernie mocnem.
Stół nakryty wytwornie a bogato, widoczny poprzez uchylone do jadalni skrzydło drzwi, oraz serwetka, którą hrabia trzymał jeszcze przy ustach, pozwalały przypuszczać, że był właśnie zajęty posiłkiem.
— Ktoś wymówił tu moje imię. Ach, to nasze piękne panie!
Na widok hrabiego, rumieńce pokryły twarz Indjanki, co nie uszło uwagi Niedźwiedziego Serca. Emma odpowiedziała grzecznie, ale chłodno:
— Jak hrabia widzi. Mało brakło, abyśmy nie wróciły wcale. Wzięto nas trochę do niewoli. Komancze...
— Do djabła! — krzyknął Alfonso. — Muszę poskromić tych przeklętych czerwonych!
— Nie będzie to takie łatwe — odparła Emma z ironją. — Zresztą jesteśmy wolne. A oto nasi wybawcy.
Hrabia, obrzuciwszy gości niemile zdumionem spojrzeniem, zapytał:
— Cóż to za ludzie?
— Sennor Unger, Europejczyk, i Niedźwiedzie Serce, wódz Apaczów.
— Doskonała kombinacja! Przypuszczam, że panowie ci zaraz udadzą się w powrotną drogę?
— Są moimi gośćmi i zostaną tutaj, jak długo zechcą, — odparł don Pedro.
— Cóż pan mówi, sennor Arbellez?! — wykrzyknął hrabia. — Proszę przypatrzeć się tym ludziom. Wykluczone, abym został z nimi pod jednym dachem! Trącą lasem i mułem. Musiałbym natychmiast wyjechać!
Hacjendero wstał; oczy zabłysły mu gniewem.
— Nie będę hrabiego zatrzymywał — rzekł. — Ci panowie uratowali mi córkę i jej przyjaciółkę, dlatego są moimi najmilszymi gośćmi.
— A więc tak?
— Nieinaczej!
— Więc nie jestem tu panem i władcą?
— Nic mi o tem nie wiadomo!
— Nie?! — zasyczał Alfonso. — Któż więc jest tu panem?
— Hrabia Fernando. A sennor jesteś tylko gościem. Zresztą nawet hrabia Fernando nie miałby głosu w tej sprawie. Jestem dożywotnim dzierżawcą folwarku. Któż zabroni przyjmować mi u siebie, kogo zechcę?
— Do djabła, to brutalne!
— Nie; brutalną była tylko niegrzeczność i bezwzględność hrabiego wobec moich gości! Jeżeli hrabiemu nie podoba się zapach lasów i moczarów, którego zresztą wcale nie czuję, to nie wiem, czy tym panom zkolei podoba się zapach perfum hrabiego, który, niestety, czuję aż nazbyt! Poproszę teraz moich gości do jadalni. — Pan, hrabio, możesz iść z nami, albo nie iść, jak się sennorowi podoba!
Po tych słowach don Pedro otworzył drzwi do jadalni naoścież i niskim ukłonem zapraszał swych gości. Indjanin stał przez cały czas rozmowy don Pedra z Alfonsem bez ruchu, jakby wykuty z kamienia; nie spojrzał nawet na hrabiego; miało się wrażenie, że nie rozumie rozmowy. Wszedł do jadalni wyniosły, milczący.
Unger natomiast zwrócił się do Alfonsa:
— Czy pan jest hrabią Alfonso de Rodriganda?
— Tak jest — wyczekująco odpowiedział zapytany.
— Doskonale! Don Arbellez zapomniał sennora nam przedstawić. Wyzywam pana! Proszę wybierać: szpady, pistolety, czy karabiny?
— Mam się bić? — zapytał hrabia z najwyższem zdumieniem.
— Oczywiście! Gdybym został obrażony przed wejściem do tego domu, zabiłbym pana jak psa. Ponieważ stało się to tutaj, muszę mieć wzgląd na panie i na gospodarza. — Proszę wybierać rodzaj broni!
— Mam się bić? Z wami? Na Boga, kimże jesteście? — Zwykłym strzelcem, włóczęgą! Pah!
— Więc nie? W takim razie powiem wam, że jesteście łajdakiem, tchórzem godnym pogardy!
Unger wszedł do jadalni. Alfonso stał na progu, jak osłupiały. Po chwili rzekł do Arbelleza:
— I to pan znosi?!
— Ha, jeżeli hrabia znieść może... No chodźże Emmo, chodź Karjo! Nasze miejsce tam, przy ludziach honoru!
— Co za nikczemność! Zapamiętam to sobie, Arbellez!
— Doskonale!
Starzec wszedł do sali jadalnej wraz z obydwiema paniami. Emma, przechodząc obok Alfonsa, rzuciła mu pogardliwe spojrzenie i rzekła:
— Podły!
Indjanka wyszła za nią ze spuszczonemi oczami. Hrabia pozostał sam. Rzucił serwetę na podłogę i, bijąc nogami o ziemię, zaklął:
— Zapłacę wam za to, zobaczycie!
Oczy jego błyszczały przy tych słowach niewypowiedzianym gniewem, a niskie czoło pobróździły głębokie fałdy.
Hrabia Alfonso nie był człowiekiem brzydkim, odstręczającym. Przeciwnie, poszczególne rysy twarzy możnaby nazwać ładnemi; lecz teraz w tej pasji i wściekłości w każdym budziłby wstręt.
Reszta towarzystwa zasiadła tymczasem do stołu. Posiłek składał się z wielkich ćwiartek melonu, napół otwartych granatów, pomarańcz, słodkich cytryn, oraz tych wszystkich potraw mięsnych i legumin, w które tak obfituje kuchnia meksykańska.
Gdy spożyto posiłek, gospodarz odprowadził gości do przeznaczonych dla nich pokojów. Obydwaj przyjaciele mieszkali razem. — Unger nie mógł wytrzymać w zamknięciu; wyszedł więc do ogrodu, aby odetchnąć jego pachnącem powietrzem. Z ogrodu skierował kroki ku prerji.
Nagle stanęła przed nim dziwna postać. Był to człowiek bardzo wysoki, rosły, cały zaszyty w garbowaną skórę bawolą; na głowie miał coś w rodzaju czaszki niedźwiedzia, z której pasma włosów zwisały niemal do ziemi. Z szerokiego skórzanego pasa wystawały rękojeści nożów; od prawego ramienia do lewego biodra dziwna postać była pięciokrotnie przewinięta lassem. Obok, przy płocie, stała jedna z tych starych, żelaznych rusznic, używanych przed stu laty w Kentucky, a tak ciężkich, że trudno je udźwignąć.
— Kim jesteś? — zapytał Unger.
— Bawole Czoło — brzmiała odpowiedź.
— Tecalto? Mokaszi-tayiss, sławny cibolero?
— Tak jest. Znasz mnie?
— Nie widziałem cię nigdy, lecz słyszałem o tobie.
— Jak się nazywasz?
— Unger. Jestem Europejczykiem.
Ponura twarz Indjanina rozpogodziła się. Tecalto wyglądał na lat dwadzieścia pięć, był typem pięknego Indjanina.
— Więc to ty uratowałeś moją siostrę Karję?
— Los mi sprzyjał.
— Nie, to nie los, nie przypadek. To twoja dzielność! Bawole Czoło jest ci wdzięczny dozgonnie. Tyś waleczny, jak Matava-se, Książę Skał, który również jest Europejczykiem.
— Znasz Europejczyków?
— Tak. Są mocni i odważni; mówią prawdę i umieją zachować wierność. Słyszałem o jednym, którego Indjanie nazywają Itinti-ka, Piorunowy Grot.
— Nie widziałeś go nigdy?
— Nazywają go Piorunowy Grot, bo jest szybki jak strzała, a silny i mocny jak grom. Nigdy nie chybi, gdy strzela; oko ma nieomylne. Słyszałem o nim wiele, nie widziałem go jednak do dnia dzisiejszego.
— Co takiego? — zapytał zaskoczony Unger.
— Tak, do dnia dzisiejszego. Bo oto teraz stoi przede mną!
— Ja nim jestem? Po czem mnie poznałeś?
— Popatrz na swój policzek. Piorunowy Grot ma na policzku cięcie od noża — o tem wie każdy, kto o nim słyszał. Czy odgadłem?
Unger skinął głową.
— Tak; nazywają mnie Itinti-ka, Piorunowy Grot.
— Niechaj będą dzięki Wielkiemu Wahkonda,[1] że mi pozwolił mówić z tobą. Jesteś dzielnym człowiekiem, daj mi swą rękę i bądź mi bratem.
Unger uścisnąwszy dłoń wyciągniętą, rzekł:
— Niech przyjaźń nasza będzie wieczna!
Indjanin dodał:
— Niechaj moja ręka będzie twoją ręką, moja noga twoją nogą. Biada twojemu wrogowi, bo jest także moim, biada mojemu bo jest i twoim wrogiem. Ja to ty, ty to ja, jesteśmy jedno!
Bawole Czoło nie był Indjaninem typu północnego. Był wymowny i rozmowny, ale niemniej groźny od tych milczących czerwonoskórych, którzy uważają za hańbiące oddawać słowami wzruszenia swego serca.
— Czy mieszkasz tutaj, w hacjendzie?
— Nie — odpowiedział Tecalto. — Nie mogę żyć i spać w powietrzu, otoczonem murami. Mieszkam tutaj.
Przy tych słowach wskazał na łąkę, na której stali.
— Masz najlepsze łoże w całej hacjendzie. Mnie również męczą mury!
— I przyjaciel twój, Niedźwiedzie Serce, wyszedł na prerję. Mówiłem już z nim, dziękowałem mu. Jesteśmy braćmi, jak ja i ty.
— Gdzież on jest?
— Siedzi wśród vaquerów.
— Chodźmy do niego.
Indjanin chwycił ciężką strzelbę, zawiesił ją na ramieniu i poprowadził Europejczyka. —
Daleko, pośród półdzikich pasących się koni obozowali vaquerowie. Opowiadali sobie o przygodach swej młodej pani. Niedźwiedzie Serce siedział w milczeniu, choć rzecz całą znał przecież najlepiej. Unger, gdy nadszedł, wmieszał się do rozmowy i po jakimś czasie rozwinęła się jedna z tych gawęd, tak często prowadzonych po obozowiskach.
Nagle rozległo się jakieś gniewne rżenie i parskanie.
— Co to? — zapytał Unger.
— To kary ogier — odpowiedział jeden z pastuchów. — Niech zdechnie z głodu, jeżeli nie chce słuchać!
— Dlaczegóż to?
— Nie można go ujarzmić.
— Co takiego?
— No tak, nie można go ujarzmić! To istny djabeł; jesteśmy wobec niego bezradni. Wszyscyśmy tu świetni jeźdźcy, ale pozrzucał nas za wyjątkiem jednego.
— Któż jest tym jednym?
— To Bawole Czoło, wódz Miksteków. Jego jedynego nie zrzucił, a i on nie potrafił go ujeździć.
— To przecież nieprawdopodobne. Kto utrzyma się na grzbiecie, ten zostaje zwycięzcą.
— I myśmy tak sądzili! Ale ten djabeł rzucił się z jeźdżcem do wody, by go zatopić, a gdy to nie pomogło, poniósł go w największy gąszcz leśny i tam zmusił do zeskoczenia z siodła.
— Do djabła! — zawołał Unger.
— Tak, to prawda, — odparł Tecalto. — Przykra, zawstydzająca prawda. A przecież poskromiłem już niejednego konia, który mnie nie chciał słuchać!
Pastuch opowiadał dalej:
— Wielu już jeźdźców i strzelców doświadczało swych sił i zręczności na tym czarnym djable, ale wszyscy napróżno. Powiadają, że może tylko jeden zdołałby go poskromić.
— Któż to ma być?
— To obcy traper z Red River, który nie lęka się samego czarta!
— Jak się nazywa?
— Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, ale czerwoni nazywają go Itinti-ka — Piorunowy Grot. Opowiadają o nim wiele.
Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło nie zdradzili ani jednym ruchem, że chodzi tu o Ungera; on zaś z najspokojniejszą miną zapytał:
— Gdzie jest ten czarny djabeł?
— Za wzgórzem. Leży skrępowany.
— To źle!
— Sennor Arbellez dba bardzo o swoje konie, ale tym razem przysiągł, że koń zginie z głodu, jeżeli nie będzie posłuszny.
— Czyście mu zakneblowali pysk?
— Tak.
— Pokażcie mi go.
— Dobrze, sennor. Idziemy!
Gdy się podnosili z ziemi, ujrzeli Arbelleza, który cwałował z córką i Karją. Była to zwykła inspekcyjna przejażdżka, jaką stary odbywał co wieczora przed spoczynkiem.
Vaquerowie doszli wraz z Ungerem do konia. Zwierzę leżało skrępowane grubemi powrozami, z kagańcem na pysku. Oczy miało nabiegłe krwią. Każda żyła była spuchnięta, z pyska toczyła się piana.
— Ależ to grzech tak dręczyć konia! — zawołał Unger.
— Trudno, co robić, — odpowiedział vaquero flegmatycznie.
— Poprostu niszczenie zwierząt! Tego nie można tolerować. W ten sposób można zgubić najbardziej rasowego konia!
Na te słowa goryczy, wypowiedziane w gniewie, stanął przed Ungerem don Pedro wraz z dziewczętami.
— Skąd to uniesienie? — zapytał.
— Żal mi konia, którego zamęczacie!
— Niech zginie, jeśli nie chce słuchać.
— Nauczy się słuchać, ale nie na tej drodze.
— Wyczerpałem wszystkie środki.
— Dajcie mu dobrego jeźdźca.
— Nie poskutkuje!
— Czy mogę spróbować?
— Nie!
Unger popatrzył ze zdumieniem:
— Dlaczegóż to?
— Dlatego, że zbyt mi drogie pańskie życie.
— Ależ, płonna obawa! Nie mogę na to patrzeć! — Więc zgadza się pan, bym dosiadł tego konia?
Emma zwróciła się do ojca:
— Ojcze, nie pozwól sennorowi. Koń jest niepewny, niebezpieczny!
Unger obrzucił ją spojrzeniem szczęścia. Cieszył go ten lęk o niego. Odparł jednak poważnie:
— Niechże mnie pani nie obraża, sennorita. Zapewniam panią, że się nie boję tego czarnego djabła.
— Przecież sennor nie zna go jeszcze — rzekł Arbellez. — Powiadają tu ludzie, że może tylko Itinti-ka, Piorunowy Grot, dałby mu radę.
— Czy zna pan tego Itinti-ka?
— Nie, ale jest to podobno jeden z najlepszych jeźdźców świata.
— Sennor! Obstaję przy swojej prośbie.
— Cóż robić, muszę się zgodzić, bo jest pan moim gościem. Żal mi pana tylko.
Emma zeskoczyła z konia, podeszła do Ungera i, wyciągając do niego rękę, rzekła:
— Sennor Unger, czy dla mnie nie zrezygnowałby pan ze swego szalonego zamiaru? Tak się obawiam o pana!
— Niech mi pani powie szczerze, czy nie byłoby to dla mnie hańbą ustąpić teraz? Sądzonoby, że się przestraszyłem.
Pochyliła głowę, czuła bowiem, że Unger ma słuszność. Zapytała tylko cichutko:
— Odważy się pan?...
— Nie trzeba na to specjalnej odwagi.
— A więc, szczęść Boże!
Unger podszedł do ogiera, odsuwając pastuchów, którzy chcieli mu pomóc w zdejmowaniu więzów. Zwierzę wiło się jeszcze ciągle na ziemi, parskając i jęcząc. Unger ściągnął mu kaganiec z pyska i nożem przeciął więzy, krępujące tylne nogi; później przednie. Kiedy rumak powstał, strzelec raptem wskoczył mu na grzbiet.
Rozpoczęła się walka między jeźdźcem a koniem, jakiej nikt z widzów tej sceny nie widział jeszcze dotąd. Ogier stanął dęba, skoczył wbok, kąsał i wierzgał na wszystkie strony, rzucił się wkońcu na ziemię, tarzał po niej przez chwilę, i znowu podniósł się na równe nogi; jeździec siedział cały czas jak ulany. Były to z początku zapasy zręczności człowieka z niesamowitym żywiołem zwierzęcia, które później zmieniły się w walkę muskułów ludzkich z siłą bestji. Koń oblany był pianą; nie parskał już, tylko jęczał; borykał się ze swym pogromcą, ale żelazny jeździec nie ustępował. Trzymał karosza w uścisku swych stalowych nóg — koń nie mógł wprost chwycić oddechu. Jeszcze wspiął się, stanął dęba, wreszcie ruszył galopem przez kamienie, rowy i krzaki. Po kilkudziesięciu sekundach jeździec wraz z koniem zniknęli z oczu zdumionych widzów.
— Do krócset, czegoś podobnego w życiu nie widziałem! — rzekł Arbellez.
— Złamie kark z pewnością — wtrącił któryś z vaquerów.
— Ale, co mówisz! Już zwyciężył!
— A tak się bałam — wyznała Emma. — Ale teraz wierzę, że niebezpieczeństwo minęło. Nieprawda, ojcze?
— Możesz być zupełnie spokojna. Kto tak siedzi w siodle i taką ma siłę, ten już nie da się zrzucić! Miałem wrażenie, że to djabeł walczy przeciw djabłu. Sam Itinti-ka nie pojechałby lepiej.
Wtedy zbliżył się Bawole Czoło i powiedział:
— Tak jest, sam Itinti-ka nie pojechałby lepiej, choćby dlatego, że Unger jest nim właśnie!
— Co takiego? Więc to on jest Piorunowym Grotem?
— Tak jest. Zapytajcie wodza Apaczów!
Arbellez obrzucił Indjanina pytającem spojrzeniem.
— To prawda — odpowiedział Apacz.
— No, gdybym o tem wiedział, nie bałbym się tak o niego! — rzekł don Pedro. — Miałem wrażenie, że ja sam dosiadam tej bestji.
W oczach Emmy zapłonęły błyski szczęścia.
Wszyscy czekali w skupieniu. Po upływie jakiegoś kwadransu Unger wrócił. Koń szedł, jakby złamany; jeździec siedział w siodle z uśmiechem na ustach.
Emma podeszła do Ungera:
— Dziękuję, sennor!
Inny zdziwiłby się może i spytał: — za co? — on jednak zrozumiał i uśmiechnął się zadowolony.
— No, sennor Arbellez! — zwrócił się do starca — czy istotnie nie można było sobie poradzić bez Itinti-ka?
— Oczywiście, że nie można było! Przecież sennor nim jesteś.
— A więc wykryła się tajemnica! — rzekł Unger wesoło.
— I skończyło się incognito Księcia Sawany! — dodała Emma.
Otaczający wydawali okrzyki uznania, ale on poprosił o milczenie i rzekł:
— Nie skończyłem jeszcze. Czy mogę jechać razem z panem, don Pedro?
— A koń nie zanadto wyczerpany?
— To nie szkodzi!
— A więc dobrze.
Przybyli przed dom przez pastwiska, na których pasły się setki koni, wołów, owiec i kóz. Unger uwiązał swego „djabła” przy płocie. —
Gdy Indjanka Karja, idąc do siebie, mijała korytarz, drzwi pokoju hrabiego otworzyły się nagle i stanął w nich Alfonso.
— Karja, czy będę mógł dziś pomówić z tobą?
— Kiedy? — zapytała.
— Dwie godziny przed północą.
— Gdzie?
— Na dole, przy drzewach oliwnych, nad strumieniem.
— Dobrze, przyjdę!
O dziesiątej hrabia zjawił się w oznaczonem miejscu. Po chwili przyszła i Karja. Była bardziej milcząca, niż zazwyczaj.
— Co się stało, Karja? Czy mnie już nie kochasz?
— Ależ kocham cię, choć właściwie nie powinnam! Czy nie cieszysz się wcale, że zostałam uratowana?
— Ah, cóż znowu?
— Dlaczegóż w takim razie obraziłeś moich wybawców?
— Miejsce ich na pastwiskach, w prerjach, nie tutaj!
Indjanka odpowiedziała:
— Nie jesteś szlachetny, don Alfonso!
— Nienawidzę tylko wszystkiego, co wstrętne!
— Czy Piorunowy Grot jest wstrętny?
— Piorunowy Grot? Ten wspaniały jeździec i scout? Przecież nie widziałem go nigdy w życiu.
— Ależ owszem! Piorunowy Grot — to Unger.
— Do djaska! Teraz rozumiem jego wyzwanie!
— Czy będziesz się z nim bił?
— Ani mi się śni! To przeciwnik niegodny mnie.
Indjanka, w obawie o życie hrabiego, rzekła:
— Może postępujesz słusznie. Byłbyś zgubiony.
Nie jest to przyjemne usłyszeć z ust ukochanej, że innego uważa za dzielniejszego. Hrabia odpowiedział więc:
— Jesteś w błędzie! Czy widziałaś kiedy, jak strzelam, jak się fechtuję?
— Nie.
— W takim razie trudno ci sądzić. Rycerz, hrabia, musi przecież stać w tych sprawach wyżej od zwykłego westmana! Poznasz mnie dopiero wtedy, gdy zaszczycę cię tytułem swej małżonki!
— Boję się, że to nigdy nie nastąpi. A tak chciałabym ci wierzyć. Kocham cię!
— Nie bój się, kochana; wszystko zależy tylko od ciebie. Pamiętasz o warunku, który ci postawiłem?
— Twardy i nieubłagany, bo wymaga, abym złamała przysięgę, abym zdradziła swój naród.
— Przysięga nie powinna cię wiązać, wszak dałaś ją jako dziecko; naród twój nie jest już narodem. Jeżeli mnie kochasz, jeżeli chcesz zostać moją żoną, mój naród powinien stać się twoim. Przyjechałem, by się przekonać o twojej miłości. Jeżeli tym razem nie zdecydujesz się, powrócę do Hiszpanji i nigdy się już nie zobaczymy!
— Jesteś okrutny!
— Nie; jestem tylko ostrożny. Serce bowiem, które nie umie zdobyć się na ofiarę, nie zna prawdziwej miłości!
— Ależ — zawołała Karja, rzucając mu się na szyję, — kocham cię nieskończenie, wierzaj mi!
— Daj mi dowód! Potrzebujemy skarbów z groty królewskiej, aby dać ojczyźnie nowego władcę. Pierwszym jego czynem będzie podniesienie ciebie do stanu szlacheckiego, byś mogła zostać hrabiną de Rodriganda.
— Wierzę ci! — Nigdy nie powiesz memu bratu, że to ja zdradziłam tajemnicę skarbu?
— Nigdy! Nie dowie się nawet, kto wziął skarb.
Alfonso czuł, że Indjanka zaczęła ulegać. Przepełniała go radość. Udając miłość, aby wydrzeć tajemnicę, byłby przyrzekł Karji wszystko, byle zmusić ją do mówienia.
— Dobrze więc; dowiesz się, gdzie leży skarb królewski. Ale pod warunkiem, że zdradzę ci tajemnicę dopiero w dzień naszych zaręczyn.
— To niemożliwe — odparł, niezadowolony. — Szlachectwo możesz otrzymać dopiero po odkryciu skarbu; prędzej, według ustaw naszego kraju, nie mogą nastąpić nasze zaręczyny.
— Czy to prawda? — zapytała.
Alfonso objął ją ramieniem i ucałował.
— Najszczersza prawda, wierzaj mi, droga Karjo! Wiesz przecie, że żyć bez ciebie nie mogę. Jesteś wprawdzie córką książęcą, ale według praw hiszpańskich nie wystarczy to do szlachectwa. Sercu memu jesteś droga i godna herbu, ale świat inaczej na to patrzy. Więc mi nie chcesz zaufać, najdroższa?
— Dobrze, dowiesz się o wszystkiem! — odrzekła Karja. — Ale na jeden warunek musisz się zgodzić. Daj mi pismo, w którem przyrzekasz, że po wydaniu tajemnicy skarbu weźmiesz mnie za żonę.
Warunek ten był hrabiemu bardzo nie na rękę, ale czy warto teraz, gdy cel tak bliski, odmawiać takiej drobnostki? Dlatego odrzekł:
— Ależ owszem, moja droga. Odpowiada to zupełnie memu własnemu życzeniu. Więc powiedz, gdzie są skarby?
— Najpierw pismo, drogi Alfonso!
— Dobrze! Przygotuję je na jutro, na południe.
— I zaopatrzysz swoją pieczęcią?
— Tak.
— W takim razie wieczorem powiem ci, w którem miejscu skarb jest ukryty.
— Dlaczego dopiero wieczorem?
— Muszę uważać, aby Emma lub któryś ze służących nie domyślili się czego.
— Więc przyjdziesz do mnie?
— Ja do ciebie? — zapytała z wahaniem.
— Czy się lękasz?
— Nie! Przyjdę.
Alfonso jeszcze raz ucałował Karję, choć nie miał do pieszczot najmniejszej ochoty. Posiadał wprawdzie serce szerokie jak austerja, ale nie czuł upodobania do Indjanek. —
Podczas tej rozmowy Alfonsa z Karją, prowadzonej w gaju oliwnym, Unger odprowadzał wodza Tecalto w kierunku prerji. Pożegnawszy się z nim, nie wracał jeszcze do domu, tylko, spragniony ciszy, wszedł do ogrodu. Tu usiadł u stóp fontanny, przyglądając się grze wody.
Po chwili usłyszał kroki. Przed fontanną stanęła postać kobieca. Poznał Emmę. I ona go zobaczyła.
— Jeżeli przeszkadzam, odejdę zaraz — rzekł Unger.
— Myślałam, że pan już śpi, — odparła.
— Pokój jest mi za ciasny, za duszny; trzeba się długo przyzwyczajać, by zasnąć w zamkniętej przestrzeni.
— I ja odczuwałam to samo; dlatego też przyszłam tutaj.
— Niechże pani swobodnie rozkoszuje się wonią ogrodu. Dobranoc, sennorita!
Chciał odejść, ale ujęła go za rękę i zatrzymała:
— Niech pan zostanie. Bóg dał nam dosyć powietrza, zapachów i gwiazd, byśmy oboje mogli z nich korzystać. Nie przeszkadzasz mi, sennor!
Usłuchał i usiadł obok, nad fontanną. —
Wódz Miksteków, Bawole Czoło, leżał przy ogrodowym parkanie. Patrzył melancholijnie w gwiazdy, myślał o światach wiecznych, w których krążą setki słońc, czczonych niegdyś przez jego królewskich przodków. Zatopiony w marzeniach, miał jednak ucho czułe na każdy szmer. Po chwili usłyszał w ogrodzie ciche kroki, rozmowę prowadzoną przytłumionym głosem. Wiedział o tem, że hrabia widuje się z Karją, wiedział, że Hiszpan nie jest jej obojętny. Obudziła się w nim niechęć do hrabiego. Od godziny niema ani Karji, ani Rodrigandy w domu. Czyżby mieli schadzkę w ogrodzie? Musi to sprawdzić dla dobra jej i swego!
Podniósł się cicho i ze zwinnością pantery przesadził płot. W ogrodzie położył się na ziemi i czołgał tak cicho, że nawet Unger nic nie słyszał. Wkońcu dostał się w okolicę fontanny, tak, że mógł słyszeć każde słowo.
— Powinnam właściwie gniewać się na pana — mówiła Emma. — Tak się niepokoić musiałam z powodu sennora!
— Zupełnie bez potrzeby. Nie takie konie zdarzało mi się ujarzmiać. Zresztą, czarny djabeł tak się uspokoił, że może go dosiąść nawet kobieta.
— Jeden dobry rezultat dała ta impreza — odkryła pańskie incognito.
— A jednak właśnie dlatego, że go używałem, że uważano mnie za zwykłego, przeciętnego myśliwca, nieraz udawało mi się osiągnąć wielkie korzyści.
— Ale mnie mogłeś sennor chyba zdradzić swe incognito! Znam przecież o wiele większą pańską tajemnicę.
— Ah, chyba nigdy nie poznam tajemnicy skarbu królewskiego, jakkolwiek mam wrażenie, że jestem bardzo blisko niego.
— Z czegóż pan to wnosi?
— Z rysunku gór, z biegu wód. Okolica, przez którą jechaliśmy bezpośrednio przed przybyciem tutaj, zgadza się z fragmentem mojej mapy.
— A więc ma pan punkt oparcia. Można szukać!
— Waham się. Mam wątpliwości, czy przysługuje mi prawo.
— Ależ cóż znowu! Nie przeceniam wartości złota, lecz posiadanie jego daje podobno coś, za czem tysiące tęsknią nadaremnie. Trzeba szukać, koniecznie.
— Tak; moc złota jest jednak olbrzymia... W ojczyźnie mam brata — biedaka, uszczęśliwiłbym go nim. Ale kto ma prawo do skarbu? — Chyba potomkowie tych, którzy go ukryli.
— Nie wie sennor, od kogo pochodzi mapa?
— Od pewnego Indjanina, jak już pani mówiłem. Był ranny, umarł, zanim zdążył objaśnić mnie co do niej ustnie.
— Niema na mapie żadnego imienia, żadnego nazwiska?
— Nie. W jednym rogu znajduje się znak tajemniczy, którego nie rozumiem. — Tak, będę szukał. Ale jeżeli znajdę skarb, nie dotknę go, tylko postaram się oddać tym, do których należy według prawa. Jeżeli nie znajdę ich — wtedy zobaczymy!
— Jest pan człowiekiem honoru — rzekła Meksykanka.
— Nienawidzę wszystkiego, co nieuczciwe.
— A więc brat pański jest biedny?
— Tak! Żegluje po morzach, żyje z pracy rąk, na którą jest skazany. A ja mam maleńką tylko sumkę, którą udało mi się zdobyć w swoich licznych przygodach.
— Ma pan więcej, o wiele więcej. Piorunowy Grot ma inne skarby...
— Tak, bywają inne. Bywają takie, dla zdobycia których nieustraszony Itinti-ka oddałby wszystko, wszystko!
— Cóż to za skarb?
— Czy można go nazwać? — zapytał cicho.
W głosie jego zadrgała nuta niepokoju, która nie uszła uwagi Emmy. Rzekła krótko:
— Słucham.
— To pani, sennorita, tylko pani! — wyszeptał, biorąc ją za rękę. — Czy wierzy mi pani?
— Tak, wierzę — odpowiedziała prosto, serdecznie i szczerze. — I ja jestem zdania, że serce człowieka jest więcej warte od wszystkich bogactw świata! Znam nawet taki skarb.
Przeczuwając radosną prawdę, zapytał:
— Cóż to za skarb, sennorita?
— Pan nim jest, — nie, ty jesteś nim, Antonio!
Po tych słowach objęła go ramieniem, położyła głowę na jego piersiach.
— Czy to prawda? Czy to możliwe?
— Tak. Podziwiałam cię od chwili, gdy przeciąłeś więzy, któremi byłam skrępowana; pokochałam od chwili, gdy spojrzałam w twe dobre, czyste, wierne oczy. Jestem twoja, ty mój mocny, dobry, ukochany Antonio; chcę żyć tylko dla ciebie!
Unger wyszeptał:
— Boże, wielki Boże! Za wiele szczęścia dla biednego myśliwca!
Usta ich zeszły się w długim pocałunku, w czasie którego nie słyszeli oczywiście, jak Bawole Czoło przyczołgawszy się do płotu, przesadził go zpowrotem, by udać się na spoczynek.
Unger nie zdążył jeszcze wstać rano z posłania, a już gościnny gospodarz witał go życzeniem dobrego dnia:
— Przychodzę, po prawdzie, z pewną prośbą — rozpoczął don Pedro.
— Spełnię ją, o ile tylko będzie w mojej mocy.
— Mam nadzieję, że uda się to panu. Podróżując po prerjach, nie jest sennor w stanie doglądać swego ekwipunku. A ja mam tu wszystkiego nadmiar. Czy nie zechciałby więc pan kupić u mnie nieco bielizny i jakiejś odzieży?
Unger rozumiał doskonale, o co chodzi gościnnemu gospodarzowi, ale nie chciał go obrażać. Wytarte ubranie myśliwskie istotnie wyglądało nędznie. Więc odrzekł po krótkim namyśle:
— Owszem, przyjmuję pańską propozycję, ale ceny nie mogą być wygórowane, bom, szczerze mówiąc, goły jak bizon.
— No, no. W każdym razie muszę coś zarobić. Ale nie ma sennor potrzeby płacić zaraz, mogę poczekać. Chodźmy, wybierze pan coś sobie.
Gdy w godzinę potem Unger stanął przed lustrem, wydało mu się w pierwszej chwili, że widzi obcego człowieka. Miał na sobie spodnie meksykańskie, obszyte złotem, lekkie półbuty z olbrzymiemi ostrogami, śnieżnobiałą koszulę; na niej krótką kurtkę, przybraną złotem i srebrnemi monetami. Głowę zdobił sombrero o szerokich kresach, biodra przewiązywał szal z najdelikatniejszej chińskiej materji. Włosy miał przystrzyżone, brodę starannie podgoloną.
Gdy udał się na śniadanie, w jadalni zastał już Emmę. Zarumieniła się na widok zmian, jakie w nim zaszły. Karja dopiero teraz zwróciła uwagę, jak wspaniałym mężczyzną był Unger. Może w myślach zestawiała go ze swoim ukochanym. Obydwaj Indjanie — Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce — zachowali się oczywiście tak, jakgdyby żadnej zmiany nie spostrzegli.
Hrabia Alfonso zato szalał z gniewu. Nikt nie chciał wdawać się z nim w rozmowę, a musiał słuchać, jak czule gawędziła Emma z Ungerem. Zgrzytał zębami, w duchu przysięgając przybyszowi zemstę.
Po śniadaniu Emma zatrzymała Ungera i ojca. Myśliwiec ani przeczuwał, o co chodzi. Gdy zostali we troje, Emma otoczyła ojca ramieniem i rzekła:
— Zastanawialiśmy się wczoraj, jak się wywdzięczyć sennorowi Ungerowi za jego dobrodziejstwa, nieprawdaż?
— Tak — odpowiedział don Pedro — ale, niestety, nic nam nie przyszło do głowy.
— A ja już wiem! Chcesz, bym i tobie powiedziała?
— Naturalnie!
Zbliżyła się do Ungera i pocałowała go.
— Oto nagroda. Mam wrażenie, że jest jej godny!
Łzy radości zabłysły w oczach don Pedra.
— A czy sennor Unger rad z tego?
— Jestem tak szczęśliwa, gdyż kocha mnie, — rzekła Emma.
— Wyznał ci to sennor?
— Tak!
— Kiedyż?
— Wczoraj wieczorem. W ogrodzie. Pocóż masz wiedzieć wszystko, ojcze! Czy ci to nie wystarcza, że jestem szczęśliwa?
— I dla mnie to szczęście! Więc naprawdę chce pan zostać synem starego, skromnego dzierżawcy?
— Z całego serca — odrzekł Unger. — Nie wiem tylko, czy zechce mię sennor przyjąć, wszak jestem ubogi jak mysz kościelna.
— Zato ja nie jestem biedakiem, więc jakoś damy sobie radę. Pójdźcie tu do mnie, moje dzieci, niech was uściskam. Niech dzień ten będzie wigilją dni jasnych i szczęśliwych!
Długo trwali w objęciach, aż otworzyły się drzwi i stanął w nich hrabia. — Gwałtownie zaskoczony, zorjentował się jednak szybko; gniew nim już miotał.
— Mam wrażenie, że przeszkadzam! — zasyczał.
— Ależ, broń Boże! Właśnie mamy święcić zaręczyny Emmy z sennorem Ungerem.
— Życzę wiele szczęścia!
Wyrzuciwszy te słowa w najwyższej pasji, hrabia się cofnął.
Arbellez zwołał służbę i oświadczył jej, że dzień dzisiejszy uważa za święto, gdyż obchodzić się będzie zaręczyny jego córki z Ungerem. Wkrótce cała hacjenda rozbrzmiewała od radosnych okrzyków vaquerów i Indjan w służbie Arbelleza. Szczerze bowiem byli oddani swym gospodarzom.
Gdy Unger znalazł się na pastwisku, przystąpił do niego wódz Miksteków:
— Jesteś dzielnym człowiekiem! Pokonałeś wroga i zdobyłeś najpiękniejszą squaw w tym kraju. Niech cię Wahkonda błogosławi! Tego ci życzy twój brat.
— Tak, to szczęście niezwykłe! Jakkolwiek jestem jedynie ubogim myśliwcem, padł na mnie uśmiech szczęścia.
— Mylisz się; nietylko szczęśliwcem byłeś, ale również bogaczem!
— No tak, bogaczem — zaśmiał się Unger wesoło. — Mieszkałem w lesie, a gwiazdy były mi okryciem!
— Nie; byłeś bogaczem, bo miałeś klucz do tajemnicy królewskiego skarbu.
— Skąd wiesz o tem? — zapytał Unger w najwyższem zdumeniu.
— Wiem. Czy mogę zobaczyć tę mapę?
— Możesz.
— Zaraz?
— Chodź ze mną!
Unger zaprowadził Indjanina do swego pokoju, aby pokazać mapę. Tecalto spojrzał na jeden z jej rogów i rzekł:
— Tak, to ta sama! Ma znak Toksertesa, który był ojcem mego ojca. Musiał opuścić kraj i nigdy doń już nie wrócił. Czy chcesz zobaczyć grotę, w której ukryty jest skarb królewski?
— Możesz mnie do niej zaprowadzić?
— Tak!
— Do kogo należy skarb?
— Do mnie i do siostry mojej, Karji. Myśmy jedyni potomkowie królów Miksteków. Bądź dziś o północy gotowy. Drogę tę można odbywać tylko nocą. Nikt nie powinien o tem wiedzieć. Tylko tej, której oddałeś swe serce, możesz zwierzyć tajemnicę. Bo ona jedyna wie, że poszukujesz skarbu!
— Lecz skąd ty wiesz o tem?
— Słyszałem całą waszą wczorajszą rozmowę, prowadzoną w ogrodzie. Słyszałem, jak się wahałeś, jak chciałeś zaniechać poszukiwania skarbu. Jesteś uczciwy, a rzadka to cecha u białych. Dlatego też danem ci będzie skarb królewski zobaczyć. —
W godzinę potem, gdy wszyscy przy obiedzie toczyli w jadalni towarzyską rozmowę, Karja weszła na palcach do pokoju hrabiego.
— Czy pismo gotowe? — zapytała.
— Umiesz czytać?
— Umiem! — rzekła wyniośle.
— Oto je masz!
Alfonso wręczył Karji arkusz papieru, na którym wypisane było, co następuje:

Niniejszem oświadczam, że po otrzymaniu skarbu królewskiego Miksteków będę się uważał za narzeczonego Karji, wnuczki ich królów, i jako żonę swoją wezmę ją do ojczystego kraju.

Alfonso
hrabia de Rodriganda y Sevilla.

— Czy dobrze?
— Słowa podobają mi się, ale brak pieczęci.
— Wszak zbyteczna!
— Przyrzekłeś mi przecież!
— Niechże i tak będzie! — odpowiedział, ukrywając niezadowolenie.
Roztopił lak i przyłożył swą pieczęć.
— Więc wszystko dobrze, Karja? — zapytał. — Teraz ty dotrzymaj słowa.
— Dotrzymam. Czy znasz górę El Reparo?
— Tak. Leży o cztery godziny stąd w kierunku zachodnim.
— Wygląda jak podłużna, wysoka tama. Płyną z niej do doliny trzy strumienie. Najważniejszym dla ciebie jest środkowy. Jeżeli wejdziesz w wodę tego strumienia i tam, gdzie on z góry wypływa, schylisz się lub padniesz plackiem i poczołgasz naprzód, będziesz miał grotę przed sobą.
— No, to nie byłoby takie trudne!
— Bardzo łatwe.
— Czy światło jest potrzebne?
— Pochodnie znajdziesz przy wejściu do groty, po prawej stronie.
— To wszystko, co miałaś mi powiedzieć?
— Wszystko!
— Czy leży tam cały skarb?
— Cały.
— Dziękuję ci, drogie dziecko! Jesteś moją narzeczoną i wkrótce poślubię cię. Teraz jednak idź! Mógłby nas ktoś zobaczyć.
Karja odeszła. Było jej niezwykle ciężko na duszy. Myślała, że musi jeszcze wziąć udział w uroczystości zaręczynowej Emmy i, w ogólnej radości, ona jedna płakała.
Hrabia pozostał w swoich pokojach; w jadalni się nie pojawił. Po południu przybył do niego konny posłaniec. Otrzymał pilny list z Meksyku, adresowany do rąk własnych. Po przeczytaniu go, zaczął mówić sam do siebie, wodząc wokoło błędnym wzrokiem:
— Niech się dzieje, co chce, niech to będzie zbrodnia! Ale za cenę tej zbrodni włożę na czoło koronę hrabiowską! Przywiozę ze sobą bogactwa, które zaćmią skarby wszystkich cesarzy i królów!
List brzmiał, jak następuje:

Drogi bratanku!
Otrzymałem od twego Ojca list, który nadszedł w osiem dni po twoim odjeździe. Musisz wracać do Hiszpanji, na zamek rodowy Rodriganda. Zanim jednak przybędziesz, umrze stary Fernando. Przybywaj! Kapitan Landola przyjeżdża do Veracruz.

Twój wuj
Pablo Cortejo.



Przypisy

  1. Bóg.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.