Szanchaj/Tom II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
WIDMA I ŻYCIE.

Cały tydzień upłynął Waginowi w Fuczou, zanim udało mu się załatwić wszystkie formalności i znaleźć odpowiedzialną firmę, która podjęłaby się przedstawicielstwa kompradorskiego biura Ti-Fong-Taja. Powracał znowu tym samym „Fudżi-Maru“, pływającym pomiędzy portami Formozy a Jokohamą. Tym razem statek przepełniony był rannymi Japończykami. Konwojujący ich lekarz, mówiący po angielsku, opowiedział o napadzie dobrze uzbrojonej bandy Chińczyków na japońską koncesję. Kompanja, ochraniająca ją, odparła niespodziewany napad, lecz w wyniku ucierpiało około dwustu cywilnych i pięćdziesięciu wojskowych Japończyków. Rannych odwożono teraz do Jokohamy, ponieważ konsulat posiadał wiadomości poufne, że wystąpienia przeciwko Japończykom mają się powtórzyć w większych jeszcze rozmiarach, gdyż miał wziąć w nich udział rozpropagowany przez nacjonalistów pułk, zajmujący forty nad zatoką Kantońską.
— Jutro mają przybyć na redę dwa nasze krążowniki i kontrtorpedowiec — śmiejąc się, mówił lekarz. — Być może ostudzi to zapały chińskich szaleńców!
Były to złe nowiny i znaczenie ich dla spraw kompradora Wagin ocenił należycie, przewidując nowe powikłania stosunków chińsko-japońskich. Rozumiał, że rząd nankiński w wielu wypadkach czuł się bezsilny wobec zbyt samodzielnej polityki rządów prowincjonalnych i awanturniczych wystąpień niektórych generałów, nie liczących się ani z rządem centralnym, ani nawet z rozkazami sztabu. Cała akcja Wali-chana i Ti-Fong-Taja wydawała mu się wobec tego wątpliwą, zbudowaną na chwiejnych podstawach i skazaną wkońcu na zupełne niepowodzenie.
Powracał do Szanchaju niezwykle wyczerpany i zgnębiony. Z dwu telegramów Plena wiedział, że Ludmiła czuje się coraz lepiej, więc nie miał już o nią obawy, zato napadła go inna, wywołana słowami pani Somowej. Nie śmiał zapytać jej wtedy, jak się ułożyły stosunki pomiędzy jej córką a Miczurinem i o jakiej wspominała jego „nadludzkiej ofierze“, tak ogromnej, że nawet on nie mógłby jej pojąć? Jakaś nowa wstawała przed nim tajemnica i czarną płachtą zasłaniała całą jego przyszłość. Czyżby to była zemsta Miczurina z poza grobu? Zemsta za to, że przyjaciel, uratowany przez niego od głodowej śmierci, przez niego też zaopatrzony w tak niezbędną w owym czasie, zbawienną przepustką z Czapei, zabrał mu serce ukochanej dziewczyny?
Wagin bronił się przed niby w imieniu Miczurina stawianemi mu zarzutami, przypominając sobie każdą chwilę obcowania z Ludmiłą. Wszakże ani słowem, ani czynem nie usiłował wzbudzić jej uczucia dla siebie, a gdy miał już cień podejrzenia, że jej lęk przed nim minął i że myśli jej nieraz krążą dokoła niego, przedtem przerażającego ją człowieka, żyjącego pod jednym z nią dachem, — usunął się; dobrowolnie, unikając możliwego zbliżenia; a potem, czyż i on nie złożył ofiary, gdy, spostrzegłszy zazdrość lejtenanta, wyprowadził się od Somowych i ani razu nie zajrzał do domku przy Fu-Tien-Koo? Za cóż mści się na nim tak tragicznie zmarły Miczurin? Wagin nie uczynił ani kroku, by w czemkolwiek zaszkodzić mu. A jednak zmarły przyjaciel stanął, czy ma stanąć na jego drodze. Napomknęła mu o tem wyraźnie pani Somowa. Znowu jął zgłębiać tajemnicę śmierci Miczurina. Wagin był już przekonany, że lejtenant zabił „brata Artura“. Czy ten jakiś tam „prorok“ zagrażał szczęściu Miczurina? W jaki sposób i w jakim stopniu? Więc Ludmiła... Odpędzał natychmiast tę myśl, nietylko dlatego, że bolała go i, jak wyczuwał, obrażała Ludmiłę, ale wydawała mu się wręcz nieprawdziwą. Tak — nieprawdziwą! Przecież słyszał, jak pani Somowa w cichem, pełnem głębokiego uczucia westchnieniu powiedziała, że Miczurin złożył dowód „nadludzkiej ofiary“? Naco potrzebna była jego ofiara i co uważa ona za ofiarę? Tego, zapewne, nigdy się nie dowie, bo tajemnicę tę uniósł ze sobą Miczurin. Ludmiła nie będzie mogła mu tego wyjaśnić, bo dotychczas nie wie jeszcze o śmierci lejtenanta. Skąd powstała u pani Somowej pewność, że tragiczny epilog życia Miczurina był wynikiem jego ofiarności? Nie wykryła całej prawdy policja ani prasa, żerujące na sensacji. Zapewne wnioski te powstały z rozmów z Plenem, lecz, na Boga, są to domysły, intuicyjne wnikanie w splot wypadków i pobudki ich uczestników! Tymczasem te zagadkowe, groźne dla niego słowa:
— Nie wiem, jak przyjmie moja córka wiadomość o śmierci Miczurina i jakie to wywrze na niej wrażenie?...
Tak właśnie wyraziła swoją obawę pani Somowa. Pamięta każde jej spojrzenie, każdy ruch jej ust, wymawiających te straszne słowa. Dlaczego jednak on nazywa je „próżnemi“?
Zamyślał się nad tem pytaniem kilkakrotnie, lecz bez wyniku. Jednak lęk i gorycz nie opuszczały go. Czuł, że w śmierci Miczurina i w przerwanym nagle katastrofą stosunku Ludmiły do lejtenanta utajona została jakaś niedostępna dla niego tajemnica.
Z tego przeklętego koła Wagin wyjść nie mógł. Po powrocie do Szanchaju i załatwieniu bieżących spraw w biurze, pojechał do Czapei. Przeczuł, że zastanie Plena w palarni. Istotnie doktór leżał jak zwykle na końcu pryczy. Dopiero co wypalił fajkę, więc nie zapadł jeszcze w stan odrętwienia. Wagin zmusił go usiąść i, nie witając, patrzał na doktora surowo i pytał:
— Dlaczego Miczurin zabił Carlinga? Jaką ofiarę uczynił dla Ludmiły? Co zmusiło go umrzeć, bo sami mówiliście, że „musiał umrzeć“?
Plen przyjrzał się uważnie przyjacielowi, a jakiś bolesny grymas przemknął mu przez twarz.
— Za dużo pytań naraz... — zamruczał. — Nie na wszystkie mogę odpowiedzieć... Z niektórych powiedzeń zmarłego biedaka mogłem wywnioskować, że nadzieje jego na pozyskanie serca Ludmiły rozbiły się na zawsze. Tak! Przypominam sobie dokładnie, że dwa razy dał mi to do zrozumienia w takiej formie, która uniemożliwiła rozmowę na ten temat. To wszystko, co wiem od niego samego. Reszta — to moje domysły. Z oczu Miczurina i wyczuwanych prądów jego myśli wyczytałem, że postanowił zabić Artura Carlinga. W parę godzin potem nie wątpiłem, że i sam już nie żyje... Być może w tej jego śmierci zawierała się ofiara? Usunął się na zawsze z życia Ludmiły... i waszego...
Wagin usiadł na krawędzi pryczy i zamyślił się nad słyszanem przed chwilą. Wszystko, co mówił Plen, wydawało się jasnem i dla niego pomyślnem. Radość jednak nie powracała do serca, a w duszy, jak przez wszystkie te ponure dni, miotał się nieokreślony, a jadowity strach. Wagin pogrążył się w myślach i nie widział, że podniecony rozmową doktór zdążył wypalić jeszcze jedną fajkę. Blady i nieprzytomny leżał nawznak i, patrząc w mrok pod sufitem, częstotliwie poruszał słabnącemi wargami.
Spostrzegłszy to wreszcie, Sergjusz zaniepokoił się i skinął na siedzącego przy piecu So-Hai. Stary Chińczyk uważnie przyjrzał się Plenowi i, krzywiąc usta, zamruczał chrapliwie:
— Uczony ta-je nie pociągnie już długo! Pali po dziesięć fajek dziennie... To bardzo dużo!... Pewnego wieczora z krainy siedmiu marzeń przejdzie na zawsze do krainy cieniów...
Mrucząc, z fachową zręcznością przyłożył nieprzytomnemu doktorowi płaską blaszankę z gorącą wodą do stóp i owinął głowę ręcznikiem, zwilżonym zimną wodą, po chwili powtórzył ten sam zabieg w odwrotnym kierunku i, podważywszy pacjentowi zęby, wlał kilka kropel płynu z flaszki, którą zawsze miał w kieszeni.
Plen poruszył się wkrótce i uniósł obrzękłe powieki. Zapewne poznał obydwu, bo szepnął:
— Nie dręczcie mnie więcej... chcę spać...
Z pomocą Wagina przewrócił się na bok i usnął. So-Hai trząsł głową i, szczerząc rzadkie, żółte zęby, charkotał półgłosem:
— Chcę spać! Tak właśnie przez cały tydzień powtarzał lichwiarz Bao-Kun aż wczoraj wieczorem, leżąc na tamtej... tam pryczy coś krzyknął i... po północy wywieźliśmy go na wózku, przykrytego gaoljanem do glinianki za murami... Dym siedmiu snów i siedmiu marzeń robi swoje... chi-chi-chi... swego nie popuści... zbierze — chi-chi-chi... — swoje żniwo!...
Machnął ręką i usiadł na stołku, na którym przez trzydzieści pięć lat spędzał noce, podając truciznę, cucąc zemdlonych i pokryjomu wywożąc zmarłych gości za mury miasta, gdzie błąkały się zgraje głodnych psów.
Wagin, zgnębiony ostatecznie, wyszedł z palarni. Idąc ulicą Fu-Tien-Koo, zatrzymał się przed jeszcze bardziej w jesiennej szarudze ponurą i ohydną ruderą „Gospody 4-ch stron świata“. W pamięci jego przesuwały się przeżyte już wypadki, związane z Miczurinem. Przymknął oczy i, nie zwracając uwagi na deszcz i przechodniów, zdjął kapelusz. Modlił się za duszę przyjaciela i wołał bezdźwięcznie, przysięgał namiętnie, że na sumieniu swojem nie ma plamy zdrady lub podstępu. Oprzytomniał, z niezwykłą ostrością uświadomiwszy sobie, że stoi, być może, na tem miejscu, skąd stary Chackeles obserwował „Gospodę 4-ch stron świata“, w której szpiega miała spotkać śmierć.
— Miczurina już niema na świecie i Abram nie żyje... — szepnął głośno i westchnął.
Powlókł się dalej coraz bardziej smutny i ponury.
Skład Jun-cho-sana... Wszedł do kantoru.
— Starsza pani była tu wczoraj, — mówił kupiec, zginając się w ukłonach, — zapłaciła za mieszkanie... Taka uczciwa pani! Opowiadała nam, że panienka prędko już będzie zdrowa i że wkrótce wyjadą na dwa miesiące do Szaohing, na kurację...
Wagin więcej o nic nie pytał Jun-cho-sana. Zmuszony był jednak wypić u niego filiżankę herbaty i wysłuchać skarg na ciężkie i niepewne czasy. Wreszcie zwolnił się i, niemal biegnąc, zdążał ku północnej bramie. Wsiadłszy do taksówki, pojechał do szpitala. W poczekalni, gdzie tego dnia pełno było ludzi, rozmówił się z panią Somową.
— Niech pan tu zaczeka na mnie, — powiedziała. — Muszę sprzątnąć trochę w pokoju. Bardzo to dziwne, ale Ludmiła dziś rano już wiedziała, że pan przyjdzie...
— Czy pani mówiła jej... o mnie! — przejmującym głosem zadał pytanie.
— Mówiłam, że pan po kilka razy dziennie dowiadywał się o jej zdrowie i że pan znowu wyjechał.
— I więcej nic?
— Resztę powie jej pan sam, — odpowiedziała i wyszła, kryjąc przed nim nagle zasmuconą twarz.
Minęło kilka minut zanim do poczekalni zajrzała sanitarjuszka i skinęła na niego. Stanąwszy przy drzwiach pokoju, Wagin drżącą ręką nacisnął klamkę i jednocześnie z rozpaczliwą siłą zwarł szczęki. Obawiał się, że będzie krzyczał, czy też wybuchnie płaczem.
Wszedł i natychmiast wszystko znikło mu z przed oczu. Widział tylko świetlną plamę, a na jej tle sylwetkę Ludmiły, opartej o wysoko ułożone poduszki. Biła od niej jasność tak przejmująca, że zmrużył oczy, lecz w tej samej chwili poczuł w nich nieznośny żar i kilka łez stoczyło mu się po policzkach. Patrzał na Ludmiłę, nic nie mówiąc i nie oddychając. Wydała mu się piękną, najpiękniejszą. Głębokie oczy jej utraciły ponurość swoją i smutek, jaśniały teraz łagodnym błyskiem, przez który przebijała się szalona niemal radość. Trwało to jedną chwilę zaledwie, bo pohamowała nagły wybuch. Oczy jej przygasły natychmiast, ukrywszy się pod drgającemi powiekami, co długo jeszcze uspokoić się nie chciały. Napływać poczęły wspomnienia dni minionych, a z niemi razem smutek cichy i rzewny. Wagin stał, jak skamieniały, i wzroku od niej oderwać nie mógł. Nie płakał już, lecz na twarzy jego wystąpił zachwyt, skupienie i ekstaza modlitwy. Ludmiła zrozumiała wszystko i lekki rumieniec zaróżowił jej blade, przezroczyste jeszcze policzki. Poprawiła biały czepek i nagłym ruchem wyciągnęła obie ręce do Sergjusza. Wagin z jękiem przypadł do niej i począł okrywać pocałunkami te najdroższe dłonie, krzycząc na cały świat „kocham“, chociaż głosu jego nie słyszała nawet Ludmiła. Pani Somowa, spojrzawszy na sanitarjuszkę, wyszła z nią razem. Wagin ukląkł przy łóżku, nie wypuszczając dłoni Ludmiły, wpatrzony w nią, jak w obraz.
— Nie potrzeba nic mówić, nic! — szepnęła. — Czuję wszystko... wiem... i widzę wszystko! Niech pan słucha... Nasz dobry przyjaciel — Miczurin... zginął, najechany przez samochód... Nie żyje już!... On i ja wiedzieliśmy dawno o tem, co pan chce mi powiedzieć... On przełamał siebie... wielka to była i święta ofiara jego, bo... on oddał mnie panu... w dobroci nieludzkiej, w miłości, na którą ja niczem nie zasłużyłam... Oddał i zniknął... Czy pan to może ogarnąć sercem?
Wagin pochylił głowę i znowu patrzał i słuchał.
Znane mu ponure cienie wypełniły oczy Ludmiły. Mówiła przejmującym szeptem:
— Między mną a panem... padła jego krew... Łzy rozpaczy zatruwają nawet życie winowajców, a tu — krew! Szczęście nie dla nas... bo nie mieliśmy mocy, by złożyć ofiarę z pragnień własnego serca... i zabiliśmy Miczurina... Leżąc w gorączce widziałam go ciągle. Przychodził tu, stawał tam, gdzie stoi szafka i mówił: „Nic więcej oddać wam nie mogłem!...“ Jakgdyby usprawiedliwiał się i żalił, że tak mało uczynił dla nas... Gdy odchodził, cały pokój stawał się czerwony od krwi... Było to okropne! Wtedy postanowiłam...
Wagin skulił się, niby oczekując straszliwego ciosu, i powieki mocno zacisnął. Spostrzegła to i, zwolniwszy dłoń, położyła ją na jego głowie. Odrazu uciszyła się w nim trwoga i burza, zrywająca się w piersi.
— Cicho... cicho! — szeptała. — Musimy się rozstać i zapomnieć o sobie, albo — zwalczyć siebie i pozostać przyjaciółmi, nie myśląc o wspólnem szczęściu... Inaczej nie mogłabym żyć...
Zapłakała nagle żałośnie, ściskając rękę Wagina drżącemi palcami.
— Czyż mogłabym przeżyć chwilę, kiedy, stanąwszy przede mną, skarżyłby się w rozpaczy, że nic oprócz życia oddać nam nie mógł? Niech pan pomyśli, jakie to byłoby straszne!... — szeptała z przerażeniem i tęsknotą.
Wagin powtórzył przez zaciśnięte zęby:
— Byłoby to straszne...
Wypowiedział te słowa, nie słysząc ich brzmienia. Ktoś inny, żyjący w duszy człowieczej, rzucił je i czekał, co uczyni Wagin. Tymczasem w nim zachodziły gwałtowne przemiany — być może, głębsze i mocarniejsze niż te, które popchnęły Miczurina do pokoju Carlinga, a potem cisnęły go pod koła autobusu. Błyskawicznie szybko przekształcały się uczucia jego, myśli, zamiary i marzenia; ni to mgła nad krzakami, gdzieś wsiąkła tęsknota tylu tygodni; ni to kurzawa, co ją wicher zmiata i rozprasza, opadła dręcząca obawa. Pozostało coś wielkiego i jasnego, czego nawet ogarnąć i zgłębić nie potrafiłby, ale owa istota, czy duch, żyjący niewidzialnie w głębi ciała człowieczego, podszepnął mu słowa jedyne — zrozumiale, jak najprostsza prawda:
— Przysięgam przyjaźń cichą i wierną do grobu! Wytrwam w niej... wytrwam, bo wiem, że szczęście osiągniemy w innem życiu i pójdziemy razem w nieskończoność wieków... — powiedział Wagin głosem spokojnym i twardym.
— Bóg wynagrodzi pana za tę przysięgę! — szepnęła Ludmiła.
— Bóg wynagrodzi... — powtórzył z wiarą i wstał.
Wygląd jego, ruchy, głos i spojrzenie zmieniły się nagle. Ludmiła ze zdumieniem podniosła na niego oczy. Stał przed nią dawny Sergjusz Wagin — Wagin z ostatnich dni choroby Romana, Wagin, krzątający się koło pogrzebu, Wagin w czasie przeprowadzki z zagrożonej Czapei i wreszcie — spokojny, wesoły, zrównoważony Wagin w małych pokoikach wpobliżu stacji kolejowej, — najpiękniejszy okres jej życia w Szanchaju!
Sergjusz tymczasem postawił przy łóżku dwa krzesełka i zaprosił panią Somową, jak oznajmił, „na walną naradę wojenną“. Gdy usiadła, niespokojnym wzrokiem badając oboje, powiedział z całą swobodą, chociaż uważny obserwator spostrzegłby drgające mięśnie na jego zapadłych policzkach, ociężałe powieki i głuche brzmienie głosu:
— Już wiem, że ze zdrowiem będzie dobrze! Teraz chciałbym usłyszeć raport, jakie są plany na przyszłość? Ale, ale! Zapomniałem powiedzieć, że Amerykanie, panno Ludmiło, z upragnieniem oczekują powrotu pani do biura. No, więc jakież posłyszę nowiny?
Pani Somowa, wciąż jeszcze zdumiona, niepewnym głosem opowiedziała Waginowi o radach d-ra Downporta i wkońcu oznajmiła:
— Byłyśmy w bardzo kłopotliwej sytuacji, gdy doktór twierdził, że jedyną drogą do całkowitego wyzdrowienia jest wyjazd do kuracyjnej miejscowości Szaohing. Przecież nie mogłyśmy sobie na to pozwolić?! Dr. Downport jednak uspokoił nas. Okazało się, że generalny konsul Wielkiej Brytanji, nie wiem z jakiego powodu, zainteresował się losem Ludmiły i wyrobił nam prawo na sześciotygodniowy pobyt w sanatorjum jakiejś misji. Podobno położone jest w najcudniejszej okolicy, urządzone wspaniale i posiada znakomitych lekarzy, do których nasz miły ordynator napisze listy polecające...
Wagin ucieszył się i klasnął w dłonie.
— No — proszę! — zawołał. — A ludzie zwykle mówią, że Anglicy — to zimne manekiny!
Rozmawiali jeszcze o różnych rzeczach, Wagin zdążył opowiedzieć trochę o sobie, lecz nielitościwa sanitarjuszka wetknęła głowę do pokoju i oznajmiła, że godzina minęła.
Wagin ucałował ręce pani Somowej i zbliżył się do Ludmiły. W jej oczach spostrzegł znów łagodne, ciepłe spojrzenie i delikatny rumieniec na uduchowionej, głęboko wzruszonej twarzy.
— Panna Ludmiła przez tę chorobę niebywałe wyładniała! — zawołał porywczo i serdecznie. — Cóż to dopiero będzie po kuracji, jak się to wabi... w Szu-sza-...
— Szaohing! — podpowiedziała Ludmiła, śmiejąc się cicho. — Znajduje się tam grobowiec najsławniejszego cesarza chińskiego Ju z 2200 lat przed Chrystusem, „latające wzgórze“ i największe dzwony, a poza tem — „ludzie Szaohing“ — podobno najbardziej na świecie przedsiębiorczy.
— Niechże panie torebki trzymają stale w obydwu rączkach! — zażartował Sergjusz i raptem szybkim krokiem prawie wybiegł z pokoju.
Wyszedł na ulicę i ciężko upadł na ławkę, która była świadkiem tylu jego udręk i oto dziś powraca znowu, kto wie — może z najcięższą i najboleśniejszą. Przycisnął sobie palce do skroni i syczeć zaczął jakgdyby czuł w całem ciele straszliwy żar do białości rozpalonego żelaza. W duchu powtarzał całą rozmowę z Ludmiłą, a, przypomniawszy sobie imię Miczurina, zmrużył nagle oczy i syknął z nienawiścią:
— Ty... ty, mścicielu!
Długo siedział na ławce, nie czując zimnego deszczu i nie spostrzegając, że zapaliły się już latarnie uliczne. Wreszcie wstał i ociężałym krokiem powlókł się ku domowi. Jakaś myśl nie dawała mu spokoju. Z trudem przyłapał siebie na tem, że powtarza wkółko:
— Trzeba podziękować konsulowi! Trzeba podziękować konsulowi!
Taka drobna, nieważna w tej chwili myśl zastanowiła go. Dlaczego zjawiła się tak nagle i tak uporczywie domagała się wykonania? Nie mógł jednak tego sobie objaśnić. Resztę wieczora i noc spędził w domu. Miotając się po pokoju, to znów siadając na fotelu, borykał się ze sprzecznemi uczuciami. Męczeńska była ta noc rozpaczliwej rezygnacji z własnego szczęścia i gorączkowego obmyślania planu niezmiernie teraz trudnego życia. Będzie ono żądało od niego ciągłego ukrywania swego uczucia, walki o każde słowo i spojrzenie, udawania spokoju i przyjaźni w chwili, gdy będzie miał w sercu tęsknotę i burzę, a każdą kroplą krwi oczekiwać będzie cudu, widomego znaku przyjęcia ofiary i zwolnienia obojga od okrutnej przysięgi. Wmawiał w siebie, że im głębiej sięgać będzie pragnienie ofiary, im pełniejszem i istotniejszem stanie się jej dokonanie, — tem prędzej zawita dzień cudu, tem wyraźniej ujrzą oboje jakiś znak nieomylny, posłyszą radosną nowinę, że nic już nie rozdziela dusz ich i serc. Walka i męka Wagina ustały z pierwszym brzaskiem. Westchnął i ze zrywającą się w nim siłą wiary szepnął do siebie:
— Niech minie życie w cierpieniu i tęsknocie, tem mocniejszej i jaśniejszej dostąpimy miłości w zaświatach, na wieki wieków połączeni ze sobą!
W tym momencie jakiś cień przysłonił mu słabą poświatę poranną, sączącą się leniwie przez mętne szyby i wyraźnie wyczuł obecność Miczurina.
Żarliwie i szczerze, czyniąc szeroki, powolny znak Krzyża Świętego, począł modlić się za wieczny spoczynek i światłość wiekuistą dla tego, który dla Ludmiły i dla niego poświęcił swoje życie, a którego on w rozpaczy i zapalczywości nazwał „mścicielem“. Po modlitwie uspokoił się zupełnie i, usiadłszy na fotelu, zapadł w półsen.
Tego samego dnia w godzinach urzędowych Sergjusz odwiedził generalnego konsula brytyjskiego. Nie stary jeszcze, uprzejmy Anglik przyjął go natychmiast.
— Przecież znamy się! Byliśmy sobie przedstawieni na „White Star“, gdy odjeżdżał Fred Hastings — zauważył, gdy Wagin wymienił swoje nazwisko. — Czem mogę panu służyć?
— Przychodzę w imieniu pani Wiery Somowej i w swojem również, gdyż łączy nas serdeczna przyjaźń, podziękować panu konsulowi za opiekę nad panną Ludmiłą Somową, która ucierpiała podczas paniki na zebraniu w sali ratuszowej!
Konsul rozłożył ręce i zawołał:
— Do najmniejszej choćby wdzięczności dla mojej osoby niema powodu, drogi mr. Wagin! Mam polecenie od mego kolegi, Hastingsa, by zarządzić wszystko na jego rachunek, no i — wszystko już zostało zarządzone, może pan być tego pewny!
Po wizycie w konsulacie Wagin poszedł na pocztę i wyprawił do Liverpoolu list, dziękując w nim Hastingsowi za najistotniejszą w tym okresie i tak delikatną pomoc, za którą on gotów jest odwdzięczyć się wszystkiem, czego od niego zażąda.
Ti-Fong-Taj, spotkawszy go w biurze, dał mu do przeczytania dwa telegramy. Oba zawierały wiadomość, że z Holandji wypłynęły przed kilku dniami dwa statki z ładunkiem broni i pocisków wyrobu fabryk niemieckich. Dostawcy prosili o poinformowanie kapitanatu portowego w Kolombo o miejscu wyładowania statków.
— Najpewniejszym portem byłby Fuczou — oświadczył Wagin. — Wszystko jest już tam zorganizowane!
Ti-Fong-Taj potrząsnął głową przecząco i szepnął:
— Otrzymałem poufne wskazówki rządu, że pragnąłby on, aby transport ten dostarczono do Kantonu, a to z tego powodu, że rząd osiągnął w tem mieście ważne sukcesy w sprawie uznania swego autorytetu w najbardziej rewolucyjnej prowincji Chin. Podobno udało się tam utworzyć dwa pułki, zwerbowawszy zupełnie pewnych ludzi. Nanking ma zamiar po uzbrojeniu ich natychmiast rozpocząć uśmierzenie swawoli jakiegoś niedyscyplinowanego pułku i zlikwidowanie bandyckich wypraw piratów. Za jakiś tydzień najdalej musi pan jechać do Kantonu. Na pańskie szczęście, rząd połączył już Czangszę z kantońskim odcinkiem kolei. Jutro dostaniemy bilety wolnej jazdy po wszystkich linjach i prawo na posługiwanie się telegrafem i telefonem wojskowym. To znacznie ułatwi panu zadanie!
— Rzeczywiście! — zgodził się Wagin. — Teraz w każdej chwili gotów jestem do drogi.
Zdawał sobie sprawę, że poczuł ulgę, posłyszawszy o możliwości prędkiego wyjazdu. Miał niezłomne postanowienie dotrzymać przysięgi, przełamać w sobie dążenie do własnego szczęścia; wiedział, że potrafi ukryć udrękę serdeczną i być tylko dobrym, wyrozumiałym i wiernym dla Ludmiły przyjacielem, — mimo to — w pewnych chwilach wybuchał w nim i szaleć poczynał protest namiętny, rwał się rozpaczliwy krzyk o krótkiem i tak kruchem życiu ludzkiem, które oni oboje, miłością ogarnięci, z własnej woli ponurem uczynić zamierzają, zgasić blask słoneczny i, jak mroźny wiatr — wybujałe trawy, zwarzyć promienną radość istnienia.
— W imię czego? Dla kogo? — pytał siebie, zaciskając zęby. — Z wdzięczności Ludmiły dla Miczurina? Ale czyż czuje on tę ofiarę i czy jest mu ona potrzebna tam, gdzie podobno wszystko, co ziemskie, drobnem się wydaje i nędznem, gdzie roztaczają się inne, bezkresne horyzonty, gdzie z nieznanych promieni wszechpotężna ręka w twórczości nieustannej i przemożnej tka nieznane śmiertelnym istotom zjawy innego szczęścia i majaki niepojętej radości?
Nieraz, kiedy opadały go roje tych myśli judzących, bezdźwięcznie poruszał ustami i wołał do zmarłego przyjaciela, co tak urągliwie na życiu jego zaciężył:
— Tyle już razy stawałeś mi przed oczami, jak żywy. Stańże w tej oto chwili, jeśli raduje się twój duch, widząc naszą w imię twoje składaną ofiarę!
Czynił to prawie codziennie, ale nie widział już mglistego cienia Miczurina. Wagin nie mógł wszakże uznać tego za odpowiedź na swoje coraz natarczywsze, prawie obłędne inwokacje. Rozumował, że duch przyjaciela, ich ofiarą ukojony, porzucił już ziemski padół. Sergjusz stawał się przeczulonym, a nastrój jego zbliżał się chwilami do granicy mrocznego mistycyzmu. Wtedy otrząsał się z tego, marszczył czoło i przekonywał siebie, iż nie powinien nikogo — ani Ludmiły, ani Miczurina o nic pytać, bo to, na co przystał, czyni dla ukochanej dziewczyny, dla jej spokoju i dla miłości swojej, która nie może się skończyć jedynie na tej nędznej ziemi. Robił sobie gorzkie wyrzuty, iż zapomniał o innej przysiędze, ukrytej w mocnych i namiętnych słowach, gdy, klęcząc przy niej — umierającej i nieprzytomnej — powtarzał:
— Teraz razem na zawsze!
A więc w doli i w niedoli i w każdej okoliczności życia, której nie potrafiłby nawet przewidzieć i przeczuć. Oto teraz, gdy życie łamie jego nadzieję, mógłbyż cofnąć swoją przysięgę, choć na chwilę jedną zawahać się i zwątpić w uczciwość swoją i siłę woli? Szamocąc się z samym sobą, starał się zapomnieć o wszystkiem. Czemprędzej brał się do roboty. To też ucieszyła go bardzo wiadomość o oczekującej go podróży. Oddalenie, nawał pracy i nowe, nieznane mu otoczenie muszą osłabić jego cierpienia i oderwać od ścigających ciągle, nieodstępnych zawsze myśli. Codziennie odwiedzał Ludmiłę. Przeżywał trudne do określenia chwile, rozmawiając spokojnie i patrząc na nią. Nastroje jego zmieniały się wtedy z nieuchwytną szybkością. Porównywał je do powierzchni morza w godzinie nadlatującego sztormu. Pod smaganiem wichru tak rzadko pozostająca w spokoju i bez ruchu lazurowa płaszczyzna marszczyć się nagle poczynała, piętrzyć się, żółknąć i syczeć, gdy to z rozmiotania ciężkiej wody wyrastały nieskończone wały fal o powichrzonych, siwych grzywach i, z pluskiem i łomotem przewalając się i załamując, mknęły ku dalekim brzegom. I tuż raptem, na miejscu, gdzie, zderzywszy się wściekle, rozprysły się, opadły i wsiąkły bez śladu dwa potworne bałwany, tworzy się nieraz w pienne arabeski zdobna, śladami wirów poznaczona płaszczyzna, gładka i cicha jak zwierciadło jeziorne... Na chwilę tylko, na chwilę! bo oto już podnosi się jej pierś i wzdyma, aż rozsadzi ją z głębiny powstały nowy bałwan, jeszcze wyższy, jeszcze wścieklejszy. I znowu inny obraz! Wicher podciął fale, zniósł ich białe czuby, przechylił i niby z krawędzi skał, szeroką strugą zlał do morza. Na ich miejscu pomarszczone miljonami fałd zalega już nieruchome niemal pole wodne, którego, zda się, nie tknął podmuch potężny, tylko bryza łagodna musnęła lekko... I to zmieni się w okamgnieniu, bo już — już spiętrzyły się, jak śnieżny łańcuch górski, pianą uwieńczone fale, wyjące, wściekłością ciężarne.
Tak właśnie zmieniały się uczucia, wrażenia i nastroje Wagina. Przychodził cichy, skupiony, pokorny, przynosząc bądź bukiecik irysów lub rododendronów, bądź koszyczek z owocami. Przyglądał się prawie surowym wzrokiem Ludmile i wreszcie oznajmiał żartobliwie, że od wczoraj utyła niebywale i nabrała takich kolorów, że mimowoli podejrzewa istnienie w pobliżu szpitala plantacji buraków. Ludmiła uśmiechała się wesoło, a Wagin, ujrzawszy biel jej zębów, śmiejące się oczy i tak dobrze mu znany lekki skurcz warg, wytężał całą wolę, aby nie paść do jej nóg, wołać błagającym głosem i krzyczeć w zapamiętaniu:
— Kocham, kocham! Pamiętajmy, że życie jest chwilą tylko i — biada temu, kto z przekleństwem pożegna ostatni jej przebłysk!
Ledwie jednak poczuł na sobie zaniepokojone nagle spojrzenie Ludmiły, znowu nakładał na siebie więzy woli, skupiał się w sobie, w pospiechu gorączkowym zaczynał wypytywać i opowiadać, wciągając do rozmowy panią Somową, zapisując do notatnika różne zlecenia i żartując.
— Dawno już nie był u nas doktór Plen... — przypomina sobie raptem chora.
Sergjusz udaje oburzenie i woła:
— Cóż pani sobie myśli, że taka sława całej Czapei będzie się fatygowała do osoby, która tylko leży sobie, jak królowa, i tyje demonstracyjnie? Ale, co do tego dziwaka — dodaje, poważniejąc nagle, — to obawiam się o niego! Mówiono mi w palarni, że nadużywa opjum...
Rozmowa przechodzi na Plena, opjum i jego skutki. Wagin, korzystając ze sposobności, wyjaśnia pochodzenie tego nałogu i rozwój handlu trucizną; to znów zahacza o pułkownika Chaj-Czina, więc opowiada o nim — rad, że może i musi mówić, gdyż serce nie kołacze mu wtedy i nie pada w jakąś otchłań, a oczy tylko w przelocie zatrzymują się na drogiej, łagodnej, kochanej postaci... Wtem nietyle spostrzega, ile wyczuwa, że Ludmiła patrzy na niego dziwnym wzrokiem, szukającym czegoś w jego źrenicach, w ruchu warg i rąk, w wrażeniach, odbijających się na jego twarzy. Łagodny to, ciepły, może, nawet... Wagin nie chce niczego się domyślać, boi się tych przelotnych spostrzeżeń, pragnie tylko jednego — zajrzeć do jej oczu, tak, tak, — głęboko, z miłością i oddaniem.
— Błagam! Jeszcze chwilę!... — skamla dusza.
Powieki Ludmiły drgające, niby skrzydła ćmy, opadają powolnie. Czarne rzęsy rzucają zasłonę na roziskrzone oczy i krew odpływa od nagle zaróżowionych policzków. W sercu Sergjusza — znowu smaganie wichru, ryk i łomot fal i nigdzie, na całej przestrzeni oceanu — ani śladu ciszy i ukojenia!
Gdy powiadomił Ludmiłę o prędkim już wyjeździe do Kantonu, wydała żałosny okrzyk, a na twarzy jej odbiło się przerażenie. Oczy jej o coś pytały, żądały odpowiedzi i umierały ze strachu przed nią. Nie zrozumiał tego Wagin, bo był to już nowy człowiek. Miłość zdławiła w nim tajemnicze zmysły, których kolebką jest samotność i walka. Samotności nie czuł, gdyż serce jego i dusza pełne były kochanej istoty, walczył zaś tylko ze sobą, lecz w walce tej coraz bardziej przeradzał się dawny Wagin — morderca, żołnierz, ścigane zwierzę — umykające, Wagin — o potężnej intuicji, wrażliwości przerażającej i zimnej rozwadze. Nic mu nie powiedziały ten krótki, bolesny okrzyk, przerażenie i pytające spojrzenie dziewczyny. Objaśnił je, jako przejaw sympatji i zawodu, że nie będzie obecny przy ich odjeździe do sanatorjum... Tak to odbiło się na nim narazie... Później — w godzinie troski nieznośnej okrzyk ten wdrążył mu się w serce i wstrząsnął niem, jak ciosem pioruna, przerażenie Ludmiły potężnem światłem rozjaśniło mózg, pytanie zaś, zaczajone w oczach i żądne jakichś mocnych słów, czy nowych przysiąg, stało się znakiem ognistym na bezdrożu...
W przeddzień wyjazdu swego, którego pragnął i bał się zarazem, przyszedł do szpitala z paczką książek i tygodników ilustrowanych dla Ludmiły i od progu już zaczął opowiadać o „chińskim Paryżu“, jak nazywają Kanton konserwatywni mieszkańcy północnych prowincyj.
— Naczytałem się o tem mieście, przestudjowałem plan i, wydaje mi się, że znam je lepiej od Kantończyków! — chwalił się podnieconym i nienaturalnym głosem. — Napiszę do pani długi list o tej stolicy, o twórcy rewolucji, doktorze Sun-Jat-Senie, o piratach z rzeki Pereł i ludziach, całe życie spędzających na łodziach, gdzie stoją domki na pokładzie, a na ich strzechach zielenią się drobne ogródki warzywne!
— Bardzo ciekawa oczekuje pana podróż! — zawołała zainteresowana pani Somowa.
Ludmiła słuchała z opuszczonemi oczyma i nie odzywała się. Jej cienkie palce przebierały rąbek prześcieradła i chwilami kurczyły się nerwowo. Sergjusz udawał że wpada w coraz lepszy humor. Żartował, śmiał się i dowcipkował, nie pozostawiwszy w spokoju nawet suchej, jak sztokfisz, i kościstej sanitarjuszki, miss Dittl — milczącej i zawsze rozgoryczonej.
Zwrócił się wreszcie do Ludmiły i, grożąc jej palcem, powiedział:
— Czcigodna zaś osoba ani mi się waży powracać do Szanchaju, zanim jej waga nie dojdzie do... stu kilo! Taki warunek postawił pani H. B. M. Konsul, a to już nieodwołalny rozkaz!
Uśmiechnęła się kącikami ust i spojrzała mu wprost w oczy. Skamieniał, bo nigdy jeszcze z taką mocą i śmiałością nie patrzyła na niego. Po chwili szepnęła:
— Nie wiem, kto to powiedział, że natura i wypadki życiowe czynią człowieka tak chwiejnym, że nigdy nie wie, jak postąpi w następnej sekundzie, ale to — prawda...
— Do czego pani to stosuje? — spytał, zniżając odrazu głos do szeptu.
Potrząsnęła głową i westchnęła.
— Jak mam rozumieć słowa pani? — szepnął znowu, wpatrując się w nią.
— Mama opowiadała mi, co pan mówił, gdy stał na tem samem miejscu... Nie słyszałam wtedy, bo byłam nieprzytomna... — odparła bardzo cichym i smutnym głosem.
— Powiedziałem wtedy, że... — Wagin urwał i zacisnął zęby.
Pomilczawszy chwil kilka, dokończył, patrząc w ziemię ponuro:
— Można być razem, zupełnie razem, chociaż się jest bardzo daleko... A nawet na tamtym świecie...
Ludmiła wzdrygnęła się i raptem podniosła ręce do oczu.
— Na miłość Boską, niech pan tego nie mówi!... — szepnęła. — To straszne!
Wagin z trudem powstrzymał się od okrzyku. Zrozumiał wreszcie, że i ona buntowała się przeciwko władzy Miczurina nad nimi. Rozradowany do głębi serca, usiłował uspokoić ją. Mówił znowu wesołym głosem, bo do łóżka chorej podeszła pani Somowa, podając jej lekarstwo.
— Codziennie w godzinie przyjęć szybciej od fal radja będę myślą niknął do pokoju Nr. 102 i kontrolował, czy dobrze się panie sprawują!
Ludmiła znowu westchnęła i jeszcze raz zatrzymała na nim długie, głębokie spojrzenie. Była mu wdzięczna, że zrozumiał jej przerażenie, wyczuła to bowiem i ucieszyła się z jego wrażliwości. Serdecznie i ciepło spytała go weselszym już tonem:
— A co będzie, jeżeli pan nie znajdzie drogi? Przecież za tydzień będziemy już w Szaohing... Pan nawet nie wie, gdzie to jest!
Pochylił się i ucałował ją w rękę, mówiąc:
— Byłem na wojnie i umiem czytać mapy. Niech się pani nie łudzi, będą panie codziennie miały moją wizytę. Proszę tylko o 4-ej myśleć o mnie i... czekać!
Ta żartobliwa pozornie rozmowa niespodziewanie ułatwiła i uprościła samo pożegnanie, gdy miss Dittl, nic nie mówiąc, palcem wskazała na zegar. Wagin zajrzał raz jeszcze w oczy Ludmiły i coś, widać, dojrzał w nich, bo kilka razy pocałował obie jej ręce i miał rozpromienioną twarz, a potem omal nie wyściskał pani Somowej, prosząc, aby pobłogosławiła go na drogę.
Wyszedł z pokoju szybko, nie oglądając się i czując na sobie wzrok Ludmiły.
Miss Dittl w swoim staropanieńskim mózgu kombinowała coś, widać, bo z taką ciekawością obserwowała Ludmiłę, że aż ta zwróciła na to uwagę, i, westchnąwszy, powiedziała spokojnym głosem:
— Zawsze jest ciężkie rozstanie z prawdziwymi przyjaciółmi, a szczególnie tu, gdzie nigdy nie wiadomo, co nam jutro przyniesie...
— Trzeba mieć nadzieję w Bogu! — odpowiedziała tonem anglikańskiego kaznodziei sanitarjuszka.
— Doskonale to pani ujęła, miss Dittl! Tak jest istotnie! Jedyna nasza nadzieja w Bogu! — jakimś dziwnie radosnym głosem zawołała Ludmiła, czem jeszcze bardziej zaintrygowała starą pannę.
Wagin tymczasem wpadł do palarni, chcąc pożegnać Plena. Doktór jednak spał i, pożałowawszy go, Sergjusz pozostawił dla niego na pryczy swój bilet wizytowy, napisawszy mu, że panie Somowe stęskniły się za nim, on zaś jest niezadowolony z podtrzymywania przez przyjaciela angielskiego importu opjum.
Wieczorem podczas kolacji raz jeszcze omówił sprawy z Wali-chanem i Ti-Fong-Tajem.
Nazajutrz rano koleją odjechał do Kantonu. Poranek był prawdziwie jesienny. Mgła snuła się nad buremi polami; siekł deszcz; silne porywy wiatru szarpały konary drzew i strząsały z nich suche liście. Miotały się w powietrzu stada wron, walczących z wiatrem i kraczących trwożnie. W duszy Wagina panowała jednak pogodna cisza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.