Strąd Dorotki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Strąd Dorotki
Pochodzenie Sosenka z wydm
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha w Poznaniu
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Strąd Dorotki.
Córuśnie Tatusiowej, słodkiej Krzysieńce.

Mała Dorotka dłuższy czas ciężko chorowała. Mamusia była nawet o nią bardzo niespokojna, zwłaszcza, że na całym półwyspie nie było lekarza, a sprowadzać doktora z Pucka i płacić mu sto złotych za wizytę często nie mogła. Doktor był u Dorotki tylko trzy razy: kiedy choroba wybuchła, kiedy zbliżał się kryzys, a potem przypadkowo raz, przy sposobności, kiedy go zawezwano do innego chorego[1]. Dorotka chorowała na ciężkie zapalenie płuc i stan jej był naprawdę bardzo niebezpieczny. Niewiadomo było, czy serduszko jej gorączkę wytrzyma. Mamusia Dorotki pielęgnowała ją troskliwie, przez długi czas nie odstępując jej ani na krok, nie śpiąc i nie jedząc, tak że schudła i bardzo osłabła. Leczeniem dziecka zajmowała się jednak głównie stara Cyla Lizakowska, rybaczka, która doskonale znała się na chorobach i oddawna już leczyła wszystkich chorych w wiosce. Zaznaczyć trzeba, że Cyla nie była żadną znachorką, lecz przepisywała te same lekarstwa, co doktorzy.
Po pewnym czasie choroba ustąpiła, ale mała Dorotka była tak osłabiona, że dłuższy czas jeszcze musiała leżeć. Mamusia nie mogła już przesiadywać przy niej, bo żyjąc z krawiecczyzny, przez czas choroby córeczki dużo straciła. Teraz musiała to nadrobić. Że zaś na półwyspie była najlepszą, jeśli nie jedyną krawcową, która naprawdę coś umiała, a przy tem nie zdzierała rybaczek, więc roboty miała zawsze poddostatkiem.
Mówi się dużo o tern, że rybacy są zacofańcami, niechętnie usposobionymi do wszystkiego, co nowe. Tak nie jest i w rzeczywistości nigdy nie było, albowiem, służąc w marynarce, widywali i poznawali wiele rzeczy nowych, widzieli, jak ludzie żyją na świecie, a gdy znalazłszy się na półwyspie, wracali do starych obyczajów to tylko dlatego, że nie zawsze stać ich było na zaprowadzenie nowych. Trzymając się starych obyczajów i zwyczajów mimo wszystko, wstydzili się ich do pewnego stopnia, i gdy pewien ksiądz, który całe życie wśród nich spędził, ich obyczaje i stroje ukochał i w pięknej książce opisał, obrazili się o to, mówiąc, że ich na pośmiewisko podaje, a gdy który tej jego książki dopadł, wydzierał z niej wszystkie kartki, odnoszące się do dawnych strojów i zwyczajów.
Kiedy Pomorze wraz z półwyspem powróciło do Polski, a letnicy polscy zapełnili wszystkie wioski rybackie, rybacy, a przedewszystkiem ich żony i dorastające córki zapragnęły ubierać się po miejsku. Mało tego. Wiele dziewcząt zaczęło nosić fryzurę chłopięcą i stroić się tak, jak to widziały u letniczek, w krótkie spódniczki, lakierki, cieliste pończoszki i bluzki jedwabne. Zdarzało się nawet tu i owdzie, że za przykładem miejskich elegantek paliły papierosy i piły koniak. Co się tyczy tańców, to tańczono tylko najmodniejsze, począwszy od tanga, a skończywszy na charlestonie. Mistrza tańców na półwyspie nie było, ale rybacy i rybaczki kochają się w tańcu i nietrudno im było nauczyć się go z przyglądania się tańczącym letnikom. Nie podobało się to starszym białkom, które w głos twierdziły, że młodzież grzeszy pychą, i po dawnemu chodziły w święta lub do kościoła czarno ubrane, z głowami owiniętemi czarnemi szalami. Ale młodzież nic sobie z ich uwag nie robiła, a że dochód z letników z każdym rokiem wzrastał, przeto rodzice nie odmawiali córkom detków na stroje, dumni, że ich dziewczęta wyglądają jak miejskie panienki.
Temu to nierozumnemu i szkodliwemu hołdowaniu przez rybaczki modzie miejskiej zawdzięczała mamusia Dorotki to, że nie tylko żyła na półwyspie dostatnio, ale nawet mogła coś na czarną godzinę odłożyć.
Po śmierci męża, po którym wypłacano jej niewielką pensję, żyła w Varszawie, mieszkając kątem u niezbyt zresztą życzliwych krewnych i zarabiając cośniecoś robieniem kapeluszy dla pań znajomych i lekcjami muzyki. Gdy zachorowała, lekarze wysłali ją nad morze, twierdząc, że tam odzyska siły. Zaznajamiając się z warunkami życia na półWyspie, sprytna i praktyczna Warszawianka spostrzegła, że poza sezonem życie jest tu tak tanie, iż z łatwością na wszystko mogłaby jej wystarczyć pensja po mężu, przyczem nie było wykluczone, że przy szczęśliwym zbiegu okoliczności, sprycie, energji, oraz znajomości ludzi i stosunków, mógłby się nadarzyć i niezły interes. Ze zaś upodobała sobie wielce cichy i prosty tryb życia w skromnej wiosce rybackiej, oraz morze, w którem wraz z Dorotką się zakochała, postanowiła osiedlić się na półwyspie na stałe, wiedząc, iż w najgorszym razie zupełnie może jej wystarczyć pensyjka po mężu, która w kosztownem życiu w stolicy wystarczała zaledwie na to, by nie umrzeć z głodu.
Sprowadziwszy tedy z Warszawy najniezbędniejsze sprzęty, a między niemi swą ukochaną maszynę do szycia, na której można było także haftować, zagospodarowała się w wiosce rybackiej. Ponieważ Dorotka rosła bardzo prędko, pozostało sporo sukienek, z któremi mamusia nie wiedziała, co robić. Mając sporo czasu, przerobiła je odpowiednio i darowała przyjaciółkom córeczki. Widząc piękne, modne sukienki na dzieciach, i inne matki zaczęły się zgłaszać z zamówieniami do mamusi Dorotki. Tak zwolna powstała jej pracownia krawiecka, w której szyła już nietylko sukienki dla dzieci, ale także bluzki i sukienki dla dziewcząt i młodszych rybaczek. Że zaś, wyjąwszy niemiecką wioskę Hel, na całym półwyspie nie było krawcowej, znającej się na modzie miejskiej i jej subtelnościach, przeto mamusia Dorotki miała nietylko dobre dochody z szycia, ale także i ze szkoły krawieckiej, jaką założyła, a w której dziewczęta uczyły się kroju. W tym celu Warszawianka donajęła pokój w drugiej połowie domu, aby dla siebie i córeczki mieć własny kąt, gdzieby mogła się schronić przed spóźnionemi nieraz wizytami klientek, spokojnie zjeść i trochę wypocząć, i dokądby podczas lekcyj Dorotki nie dolatywały zbyt donośne głosy rybaczek i głuche dudnienie maszyny.
Bo Dorotka uczyła się i to nie na żarty. Wprawdzie mamusia nie posyłała jej do szkoły miejscowej, której poziom obliczony był głównie na dzieci rybaków, zato poprosiła pana nauczyciela, aby córeczkę jej uczył, sama zaś uzupełniała jej wykształcenie lekcjami i wykładami z różnych zakresów, a także uczyła ją języka francuskiego, który znała świetnie, ponieważ matka jej była rodowitą francuzką. Po niej to mamusia miała zmysł praktyczny i wielką zdolność tak do krawiecczyzny, jak też i do robienia kapeluszy.
W ten sposób wykształcenie Dorotki nie zostało wcale zaniedbane, mamusia żałowała tylko, że nie może uczyć jej muzyki. Na lekcje religji dziewczynka chodziła do księdza proboszcza.
Tak mamusia jak córeczka odrazu zakochały się w morzu. Bez względu na pogodę musiały je widzieć co najmniej trzy razy dziennie — podczas krótkiej przechadzki po śniadaniu, w południe przed obiadem i o zachodzie słońca. Chodziły czasem i do lasu, ale tylko dlatego, aby prędzej czy później wychynąć z jego cichego mroku na strąd, gdzie było zawsze jasno i skąd rozciągał się przecudny widok na olbrzymie przestrzenie morza, codzień innego, a zawsze niewypowiedzianie pięknego. Nie obawiały się przechadzki nad modem nawet wówczas, gdy potężna norda z powierzchni skamieniałego prawie strądu zdmuchiwała ziarenka piasku i siekła niemi twarz, lub też podczas powrotu popychała mamusię i Dorotkę tak, że biegły wbrew swej woli. Kochały szum fal, czasu pogody cichy, dźwięczny i śpiewny, czasu burzy srogi i huczący jak grom. Kochały chwile, w których gasła zorza po zachodzącem słońcu, a w gęstniejące ciemności niebios rozżarzały się jasne gwiazdy. Lubiły patrzeć na drgającą na falach kolumnę światła, szybko bieżącą za księżycem, szybującym przez przestworza. Ale nietylko za piękno pokochały morze. Rozumiały dobrze, iż jemu zawdzięczają zdrowie i nowe siły. Maszerowanie po strądzie, na którym nieraz po kostki grzęzły w piasku, zrobiło ich nogi krzepkiemi i wytrwałemi, powietrze morskie wzbudzało apetyt, wichry osmaliły ich twarze. Na otwartej, bezkresnej przestrzeni znakomicie odpoczywał i nowe siły zyskiwał wzrok. Mało tego, ryby morskie, zawsze świeże, prosto z morza, wybornie im służyły. Niedokrewna Dorotka, która dawniej musiała pić obrzydliwy tran, nie potrzebowała już tego lekarstwa, bo świetnie zastąpiły je smaczne i tłuste szprotki, wędzone, gotowane lub smażone. Było im tak dobrze w tej rybackiej wiosce, że dziwiły się, dlaczego ludzie, zmęczeni miastem i jego gwarem, nie przyjeżdżają tu odpocząć choćby nawet w zimie, kiedy w wiosce panuje cisza i spokój, a na morzu jest ruch i życie największe.
Choroba Dorotki była tylko skutkiem jej lekkomyślności. W czasie nieobecności mamusi, widząc bawiące się niedaleko domu dzieci, wybiegła do nich z ciepłego pokoju bez sweterka i szalika. Goniąc się z niemi, zawiodła je na strąd. Dzień był wprawdzie, jakby to powiedział mieszkaniec lądu, słoneczny, pogodny, tylko trochę wietrzny, w rzeczywistości jednak był to „nordowy sztorm“, według wyrażenia rybaków, to znaczy, że wiał silny, zimny wiatr północny, mało dający się odczuwać w osłoniętej lasem wiosce, ale do szpiku kości przejmujący ziąbem na strądzie. Lekkomyślność tę Dorotka przypłaciła ciężką i długą chorobą. Kiedy się jej zrobiło lepiej, mamusia, chcąc powetować sobie straty i koszta leczenia, musiała się znowu ostro wziąć do pracy, i z tego powodu nie mogła już przesiadywać przy Dorotce tak długo, jak przedtem. Dziewczynka widywała mamusię głównie rano, w południe podczas obiadu i wieczorem, kiedy już była zaspana. Podwieczorek mamusia jadała przeważnie w pracowni, bo wtedy miała właśnie najwięcej klientek, jako że rybaczki są przez cały dzień zajęte pracą koło domu i dopiero nad wieczorem mogą się z chaty wymknąć na chwilę.
Z początku, gdy Dorotka zaczęła przychodzić do siebie, cisza i pewne osamotnienie nie dawały się jej bardzo we znaki. Wyczerpana i zmęczona chorobą, odpoczywała. Pokój, choć niski, był obszerny, biały, o czterech oknach, z dylami pomalowanemi na niebiesko. Okna wychodziły na południe, wschód i zachód, tak że w dzień pogodny ze wszystkich stron kolejno słońce zaglądało do pokoju. W środku ściany północnej, niedaleko drzwi, stał wielki biały piec kaflowy, promieniujący miłem ciepłem. W oknach zawieszone były żółte zasłony, które rano gorzały złotym płomieniem, a gdy dzień był piękny i ponad firaneczkami widziało się niebo błękitne, mogło się zdawać, że samo słońce zawiesiło w oknach strzępy swej złotej jasności. Okna zachodnie wychodziły na małe podwórze, gdzie rosło kilka drzewek owocowych, na uboczu zaś stało coś w rodzaju lamusa, zrobionego ze starej, napoprzek przeciętej łodzi. Niegdyś czarna, łódź ta pokryta była teraz pięknie zieloną śniedzią. Przez okno wschodnie widziało się dom sąsiada, zezowatego Bernarda Muży, słynnego okrętnika, który kilka razy objechał cały świat dokoła. Czwarte okno wychodziło na plac przed kościołem. W środku placu był kwadratowy wzgórek, na którego czterech rogach rosły cztery wielkie, stare wierzby. Na konarze jednej z nich stale wisiały kosy, zawieszone tam przez rybaków. Na tym małym pagóreczku Suszono też żaki, a po sezonie węgorzowym mance białe, brunatne, czasem nawet buraczanej barwy lub popielatej. Było to ulubione miejsce zabawy małych dzieci.
Mamusia, postanowiwszy osiedlić się w wiosce na stałe i sprowadziwszy nieco pozostałych w Warszawie ubogich sprzętów, urządziła pokój jak mogła najlepiej. Podłoga przykryta była dywanem, spłowiałym wprawdzie, lecz pamiętającym czasy rodziców mamusi, którzy niegdyś byli zamożni. Dzięki temu dywanowi podczas sztormów wicher nie mógł już gwizdać przez szpary podłogi. Między oknami na ścianie zachodniej wisiało piękne lustro w złoconych ramach (w pracowni mamusi Dorotki stało wielkie zwierciadło ruchome), a nad tem lustrem mamusia rozwiesiła moc jaskrawych wachlarzy japońskich. Dorotka miała białe łóżeczko żelazne z niebieską kołderką i niebieskiemi kokardkami u poduszek, a nad jej łóżeczkiem, na dywaniku, przedstawiającym sarenki w biegu, wisiał obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Nad łóżkiem mamusi był tylko stary czarny krzyż żelazny z Chrystusem. W jednym kącie na zaimprowizowanej toaletce lśniły różne przybory toaletowe, pamiątki lepszych czasów. Wielka lampa wisząca, oraz druga, stojąca na stole przed czerwoną kanapką, przysłonięta była ciemnoamarantowym abażurem. Wogóle w tym pokoju było tak ładnie, że wszyscy się dziwili.
Ale najładniejszy był kącik Dorotki. Królowała w nim Andzia, wielka, śliczna lalka z prawdziwemi złotemi włosami, zamykająca i otwierająca oczy i paradująca w prawdziwej jedwabnej sukience i w prawdziwych skórzanych trzewiczkach, które można było zdejmować i czyścić. Tak samo zdejmować można było pończoszki i majteczki z koronkowemi falbankami. W jasnych włosach miała Andzia kokardę z prawdziwej jedwabnej wstążki seledynowej i to taką wielką kokardę, jak sama Dorotka. Prócz tego laleczka miała jeszcze lorgnon, torebkę, balonik, który jej fruwał nad głową, „prawdziwe“ perełki na szyi i prawdziwą parasoleczkę, która się otwierała i zamykała. Nie była to już lalka, ale niemal towarzyszka Dorotki, która nie wiedziała nawet, że szyjąc jej z pomocą mamusi nowe sukienki i nową bieliznę — bo przecież Andzia musiała bieliznę zmieniać! — uczyła się kroju i szycia. Andzia pędziła życie księżniczki z bajki: nie potrzebowała się uczyć ani pomagać w sprzątaniu, siedziała tylko na prawdziwem metalowem łóżeczku z prawdziwemi poduszeczkami i jedwabną kołderką i z uśmiechniętą buzią słuchała bajek, jakie jej Dorotka opowiadała. Tuż obok niej, przy piecu, stał drugi skarb Dorotki, a mianowicie prawdziwa, stosownie do mody krótka, czerwona parasolka. U nóg Andzi siedziała Basia, śliczna Krakowianka i Dzidzi w samej tylko koszulce, zaś obok łóżeczka lśniła wspaniała kuchnia, otoczona wielką ilością najrozmaitszych srebrnych naczyń i talerzy. Nad tem wszystkiem, niby balon, zwisała z wbitego w ścianę gwoździka wielka, malowana piłka w złotej, jedwabnej siatce.
Nic dziwnego, że wszystkie te bogactwa i nigdy nie oglądane na półwyspie cuda zdobyły Dorotce wybitne stanowisko wśród jej rówieśniczek i rówieśników. Rówieśniczki schlebiały jej i pieściły, aby się móc nacieszyć choćby widokiem wspaniałych zabawek, a zachwycone były, gdy Dorotka dawała się czasem pobawić Dzidzią lub Krakowianką, bo o tem, aby ktoś taką damę, jak Andzia, śmiał choćby palcem dotknąć, mowy nawet być nie mogło. Chłopcy kochali się w Dorotce, i aby zwrócić na siebie jej uwagę, bili się między sobą, wyprawiali różne hece, albo też przygrywali jej pod oknami na harmonijce ustnej. Dorotka z całą godnością przyjmowała te hołdy, należące się jej, jako władczyni tego małego światka, w którym wodziła rej tak z powodu znajomości licznych gier towarzyskich, jak też dla swej pomysłowości i wyobraźni.
Łatwo tedy zrozumieć, iż chora dziewczynka, pozostawiona samej sobie, po kilku dniach zaczęła się nudzić. Zauważywszy to, mamusia dopuszczała do niej najbardziej ulubione jej przyjaciółki, a potem i co grzeczniejszych chłopczyków.
Cichy pokój napełnił się gwarem radosnych okrzyków, śmiechem i melodyjnym akcentem rybackiej gwary kaszubskiej, w której Dorotka była wcale biegła. Jak każde dziecko prędko uczyła się języków, a mamusia nieraz nawet łajała ją za to, że zbyt często używa takich wyrażeń, jak „Jo! Jo“, lub „Taka to zacha.“ Dzieci podziwiały jej zabawki, zachwycały się jej rysunkami — Dorotka przedziwnie rysowała kolorowemi kredkami różne potwory i lasy i domy o krzywych ścianach, zezowatych oknach, pijanych drzwiach i kręgach dymu — oraz opowiadały jej, co się działo podczas jej choroby, jak oddawna skończył się połów węgorzy i teraz sprzedaje się już tylko „wangorze“ z kist, jak sołtysowa maszoperja dała w dzień św. Barbary na codzienne nabożeństwo z nieszporami i „wystawieniem“ Najśw. Sakramentu, jak już pokazują się szprotki i że starsze dziewczęta cieszą się na robotę w wędzarniach i że starki po domach przędą już manillę, a rodziny wiążą wieczorami nowe żaki. Z naiwnych tych opowiadań przebijało się bezustannie życie półwyspu i morza.
Wtedy Dorotka nagle strasznie zatęskniła do morza. Pytała mamusię, czyby stary Karol Kohnke, ich gospodarz, nie mógł jej, ciepło ubranej, w dzień słoneczny choćby na chwilę zanieść na strąd, ale mamusia nie pozwoliła. Jakże można mówić o wyjściu na strąd, skoro dziecko było tak słabe, że wstać z łóżka nie mogło.
Właściwie to morze było tak blisko, iż w wielkiej mierze widziało się je i słyszało nawet na placu przed kościołem. Kręcąca się na wieży kościelnej chorągiewka wskazywała kierunek wiatru. Z zachowania się kur i psów można było odgadnąć siłę wiatru. Gdy wiała niezbyt ostra briża, psy, zwinięte w kłębek, drzemały albo wałęsały się leniwie, kury zaś grzebały w piasku lub biły się, póki ich kogut nie rozpędził. W czas sztormu psy szukały kątów osłoniętych przed wiatrem, a kury albo szły za ich przykładem, lub też chowały się w kępce bezlistnej, dygocącej od wiatru wyki. Widać było powracających z połowu rybaków, to z kaszerzami pełnemi rybek, to znów z pustemi, a po ruchach ich domyślić się można było, jak połów wypadł. W nocy, gdy morze było bardziej podrażnione, wyraźnie słyszało się huk fal.
To wszystko jednak nie zadowalało Dorotki i dlatego wpadła na pomysł, do którego wykonania natychmiast przystąpiła. „Nogi“ jej łóżeczka znajdowały się niedaleko okna, które było podwójne. Otóż dziewuszka poprosiła koleżanki, aby przyniosły jej ze strądu trochę piasku zwykłego i fioletowego[2] a także parę garstek różnobarwnych kamyczków. Kiedy życzeniu jej uczyniono zadość, owinęła się starannie kołderką, i poleciwszy otworzyć okno wewnętrzne, kazała dzieciom na parapecie zrobić z piasku strąd. Dziewczynki z radością zabrały się do modelowania strądu. W krótkim czasie powstały góry, czyli wały piaszczyste, poprzecinane stegnami, sam strąd, na niem cienko piórkiem narysowane krzyżujące się łuki grzbietu, firbeki, w których kawałeczki szkła miały udawać wodę, wreszcie zoloj, wysypany ubitem na proch szkłem, mającem oznaczać, iż tu jest właśnie pas, po którym denedżi biegają. Kawałeczki zapałek połamanych były „bitami“. Nie zapomniano też i o tem, aby wpobliżu stegn porobić doły, jakie powstają na strądzie zwykle tam, gdzie wybiera się piasek. Na zoloju, grzbiecie i dalej na strądzie błyszczały małe. różnobarwne kamuszki, jakie morze zwykle wyrzuca na brzeg; wśród nich dziewczynki umieściły też kilkanaście najmniejszych muszelek, które Dorotka miała w swym zbiorze. Strąd zrobiony był tak, że morze zaczynało się tuż za oknem, odgrodzone od niego tylko szybą.
Nie na tem jednakże koniec. Na prośbę Dorotki dziewczęta przyniosły z lasu gałązki sośniny, które wetknięte w piasek na górach udawały las. Mamusia wieczorem zrobiła córeczce z czarnego papieru kilka pękatych batów rybackich z masztami i paczenami, zmajstrowanemi zręcznie z zapałek. Baty te na drugi dzień umieścił na strądzie Dorotki jeden z zakochanych w niej chłopców, i to umieścił je tak, jak to rybacy robią naprawdę: wykopał dołek w piasku, w którym umieścił łódź, uwiązaną poza tem do wbitego u stóp gór pala liną, zrobioną z grubej nici, aby morze batu nie porwało. Inne łodzie były mniej lub więcej tak samo zabezpieczone. Dorotka, ujrzawszy tak pięknie ukształtowany strąd, związała z nici kilka manc, gdy mamusia z organtyny, przymocowanej do kółek z cienkiego drutu, zrobiła parę żaków. Aby zaś strąd nie był pusty, ustawiła na nim malutkich rybaków, zrobionych przemyślnie z waty napuszczonej atramentem. Wkońcu zlepiła z tektury śliczną, zupełnie prawdziwą bliżę ze szklaną latarnią u szczytu i wieżę sygnałową.
Teraz Dorotka miała już własny strąd na oknie, tak podobny do prawdziwego, że nawet starzy rybacy, przechodząc koło okna, zatrzymywali się, pukali w szybę i śmiejąc się, chwalili Dorotkę i jej zręczność, co słusznie dziewczynkę wbijało w dumę, bo przecie, choć własnoręcznie mało co zrobiła, jej to był pomysł, wykonany rączkami przyjaciółek i z pomocą mamusi. Żałowała tylko, że nie mogła zrobić wody ani fal morskich, ale to już było zupełnie niemożliwe.
Myśl ta zatruła jej do pewnego stopnia radość. Strąd był ładny, ale martwy, jakby zamknięty w szklanej klatce. Żaden ptak nad nim nie przelatwał, nie widać było rybaków, ciągnących niewód, nie przypływały doń łodzie, nie przejeżdżały zdala statki. Mamusia
Fot. Jan Bułhak, Wilno.
Dorotki przestawiała czasem rybaków, ale to nie wywoływało większych zmian ani życia na strądzie, minjaturowe zaś drzewka stały tak nieruchomo, jakby na imaginarnem morzu za szybą panowała wieczna szpigielglada.
Pewnej nocy zbudziło Dorotkę żałosne wycie syren statków. Wiedziała już, że to wycie oznacza tylko mgłę na morzu, było jednak tak posępne i ponure, że wyobraźnia dziewczynki zaczęła jej podsuwać straszne obrazy katastrof i nieszczęść przeróżnych. Były to może nietyle obrazy, co uczucia, niejasne a pełne lęku, niepokoju i trwożnych a nieokreślonych przypuszczeń. Rybak, słysząc te głosy, mówił sobie spokojnie „douka“, naciągał na siebie pierzynę, przewracał się na drugi bok i zasypiał spokojnie, zadowolony, że nie jest teraz na morzu. Ale na małą dziewuszkę ryk ten, pełen jakoby trwogi pływających olbrzymów, działał inaczej.
Zaniepokojona owinęła się kołderką i przysunęła do okna.
Mamusia widocznie zapomniała zsunąć zasłony, bo przez okno widać było ciemne zarysy sąsiedniego domu, jakby zanurzonego w mleku.
Znowu zaczęły się na morzu żałośnie nawoływać statki. Po różnicy tonu można było poznać, że były dwa — dwa tylko statki w mgle, na niezmierzonem morzu. Może błądziły, może baty się wpaść na siebie? Dorotka nie wiedziała oczywiście, że nawet nie nawołując się, nie padłyby na siebie, bo każdy jechał wyznaczoną sobie ściśle drogą, a pohukiwały na siebie tylko dlatego, że przepisy tak każą.
W tej chwili Dorotka ujrzała, że coś na jej strądzie świeci. Po lewej stronic okna bliża miarowo rozcinała mgłę jasnem ramieniem, po prawej na wieży sygnałowej płonęło czerwone światło.
Wspomniała sobie teraz, iż i statki na morzu muszą widzieć światło z Rozewja, czerwoną latarnię na wieży sygnałowej pod wioską i miganie bliży Dąbkowej. Zatem chyba nie zbłądzą.
Zdziwiona patrzyła czas jakiś na światełka na „swym“ strądzie, a potem zaczęła się kiwać na łóżeczku, w oczkach jej pociemniało, powoli wyciągnęła się, otuliła kołderką i zasnęła.
Rano była pewna że to był sen. Tak w to wierzyła, że mamusi nawet nie wspomniała o nim. Cały dzień czytała książeczki i oglądała obrazki, bawiła się z dziećmi i zupełnie o swym śnie zapomniała.
Ale wieczorem, kiedy mamusia, zapaliwszy lampę, zasłoniła okna, Dorotce stało się jakoś dziwnie. V obszernym, ciepłym pokoju było przyjemnie i zacisznie. lampa świeciła jasno, płonął na stoliku błękitnozłoty płomień spirytusowej maszynki, na której mamusia smażyła dla Dorotki jajeczniczkę — a Dorotka była głodna i jajeczniczkę lubiła bardzo. Mimo wszystko od chwili, gdy mamusia zasunęła żółte zasłony w oknach, było dziewczynce tak, jakgdyby ją od świata odcięto. Stało się jej prawie duszno. Niemal z tęsknotą pomyślała o swoim „strądzie“ na oknie, gdzie musiało być przewiewnie i skąd w wyobraźni „na niby“ widać było morze. Dlatego, kiedy mamusia po kolacji zmówiła z Dorotką pacierz, położyła się i zgasiła lampę, dziewuszka pocichutku przysunęła się na łóżeczku aż do okna i przyciągnęła ku framudze zasłonę, tak, aby mogła wiedzieć, że ma swój strąd wpobliżu.
W nocy zbudził ją miły, łagodny blask.
Zdziwiona usiadła na łóżeczku.
Patrzy — aż tu jej strąd żarzy się zielonawem światłem. Białe, długie, jasne ramię, wytryskające z bliży, miarowo przecina ciemności, na sygnałowym maszcie widać czerwona, latarnię, zwiastującą burzę z niewiadomej strony, widać białe grzbiety fal, z szumem biegnących ku wybrzeżu, słychać grzmot wichru. A daleko nad morzem noc, gęste ciemności, wśród których ledwie błyszczą białe i czerwone światełka idącego z Gdańska dalekiego parowca.
Wtem cień jakiś zamajaczył za oknem, które zadrżało tak, że aż szyby w niem zadzwoniły.
Kto tam mógł być za oknem? Może jaki rybak?
Rozgorzało żywiej zielonawe światło strądu i w jego blasku pokazała się dziwna ostać. Miała na głowie śpiczastą czapkę futrzaną z długiemi klapami, opadającemi na uszy i policzki bronzowe z wystającemi kośćmi policzkowemi. Pod niskiem czołem paliły się skośne czarne oczy, z poza grubych, rozchylonych warg połyskiwały białe zęby, wyszczerzone w uśmiechu, z brody sterczały nieliczne, rzadkie włosy, szczecinowate i proste, z biedą układające się w coś w rodzaju bródki. Człowiek ten — bo Dorotka nie wątpiła, że to jakiś wędrowny z dalekich stron — ubrany był w gruby płaszcz wojłokowy, a nad głową wywijał biczem na krótkiem drewnianem biczysku. Tego bicza Dorotka się zlękła. Za plecami chwiały mu się, niby dwa białe skrzydła, dwa blade cienie.
Ale ów wędrowny zgoła niestrasznie patrzył przez okno na otuloną kołderką, zalęknioną dziewczynkę w białej koszulince. Przeciwnie, śmiał się i słychać było, jak mówi przeciągłym głosem, przypominającym wycie wiatru:
— Przyleciałem do ciebie, diewoczka, odwiedzić cię. Z dalekich, dalekich stron, od Uralskich gór, od wielkich rzek, od morza Kaspijskiego. Nie słyszała o takiem morzu, a? To duże morze, piękne morze! Żeby ty znała, maleńka, jakie tam przed wiekami wspaniałe miasta były, całe z białego marmuru, złotem obite, w ogrodach i sadach kwitnących... Ty o nich nie słyszała i już nie usłyszysz, bo pamięć o nich między ludźmi zaginęła, no ja — pomniu i nie zabudu!
Tu wędrowny zaśmiał się, a potem mówił dalej:
— Pomarły narody, rozpadły się miasta, a ja, choć mnie nie widzisz, nie złapiesz, zawsze młody, zdrów i świeży!... I swobodny, bez pana nad sobą, wszystko mnie wolno! Zechcę — pszeniczne łany Ukrainy głaszczę, jakbym głaskał złotą główkę dziecinki, zechcę — podnoszę fale Czarnego morza i szukam dla siebie zabawki na jego dnie... Zechcę — strząsam owoce z drzew nadkaspijskich sadów! I jakie owoce! Ty takich nie widziała, diewczonka! Granaty, pełne soku czerwonego jak żywa krew, brzoskwinie duże jak moje pięści, grusze soczyste i rozpływające się w ustach, winogrona o gronach podłużnych, czarnych, fioletowych, złotych i zielonych, te słodkie, inne gorzko-kwaśne, tamte znów winne... Gdy mi się spodoba, gdy wiosna uśmiechnie się do mnie, lecę za morza i w dolinach najdzikszych gór pełnemi garściami rozrzucam zapachy kwitnących gajów i sadów Wschodu... A gdy mnie w nogi kąsać zacznie zima, ja się śmieję i ja ją wtedy — ot, jak!
Świsnął za oknem bicz i w tej chwili zerwała się wichura, która przedtem była przycichła.
— A gdy mi się znudzą stepy i morza południa, gdy mi się znudzą śnieżne równiny północy i smętne śpiewy brodatych chłopów, ciągnących saniami do wsi, których chaty, słomą sczerniałą kryte, wyglądają jak wielkie kupy gnoju, lecę do was, pędząc przed sobą świecące ławice srebrnozielonych śledzików lub tęczowych, świecących bretlinżków, albo też załopocę skrzydłami i — w powietrzu zawirowały wielkie płatki śniegu.
— A przyszedłem do tej chaty dlatego, że mi mówiono, iż mieszka tu panienka, która w swem okienku ma strąd. Chciałem zobaczyć owo dziwo i nacieszyć się niem nie mogę. Rozpowiem o niem siostrom, powiem bratu, niech cię odwiedzą. A teraz idę, muszę, nie mam czasu... Za godzinę mam się spotkać z siostrą na Helgolandzie...
— Przyjdziesz jeszcze kiedy? — zapytała Dorotka.
— Przyjdę! — śmiał się wędrowny. — Przyjdę, i nieraz, i będę ci opowiadał powiastki o dzikich jeźdźcach z nad szerokich rzek, o sadach nadmorskich krajów, o karawanach wielbłądów. wracających z milczącej pustyni, o nieprzejrzanych lasach północnych krajów, o brodatych, długowłosych mieszkańcach wiosek, przysypanych śniegiem a otoczonych wyjącemi stadami głodnych wilków — o czem zechcesz...
— A kto ty jesteś? — zapytała dziewczyn- ka cichutko i przymykając oczęta, jakgdyby sen zaczął ją morzyć.
— Ja jestem Ost! — odpowiedział przeciągły głos z za okna.
— Rybaka trost! — dokończyła Dorotka, zasypiając.
Kiedy ją na drugi dzień rano mamusia obudziła i postawiła przy niej kubek ciepłego mleka — a mleczko u Kohnki było dobre, prawdziwe, nie takie, jak w mieście! — i podała jej bułeczkę z masłem, — przywieziono poprzedniego dnia świeże z Pucka — Dorotka poprosiła mamusię przedewszystkiem, żeby popatrzyła, jaki jest wiatr.
Mamusię wiatr niezbyt zajmował, ale żeby Córeczce dogodzić, zaczęła się przyglądać chorągiewce na wieży kościelnej.
— Nie widzę dobrze — mówiła — bo chorągiewka się kręci!
— A z której strony się kręci i w którą? — pytała dziewczynka.
— Czekaj, niech się lepiej przyjrzę... Od wschodu, tak, to wschód! ku południowi.
— A czy więcej ku południowi, czy ku wschodowi?
— Nie, więcej ku południowi!
— Ost naddał i idzie do zydy! — westchnęła Dorotka. — To jest licho!
— Mówisz, jak stary rybak! — roześmiała się mamusia. — I cóż ci może zależeć na tem. z której strony wiatr wieje?
— Ost dziś do mnie — nocy nie przyjdzie!
— Et, pleciesz! — rzekła mamusia, która, zajęta wykładaniem szynki na talerz, nie dosłyszała dobrze.
Po śniadaniu przyszły dzieci i Dorotka tak się rozbawiła, że zupełnie o nocnych odwiedzinach zapomniała. Na drugi dzień nie spy tała nawet, z której strony wiatr wieje.
A tymczasem zrobiło się zimno, tak, że trzeba było V piecu dwa razy dziennie palić. Mimo to Dorotka rano kuliła się pod pierzynką na swem łóżeczku, a mamusia, grzejąc wodę do mycia, narzekała na mróz. Dzieci, przychodzące do Dorotki, rączki miały zimne jak lód. a policzki czerwone, jakby wyszczypane. Wesoło opowiadały, jak to ślizgają się na sadzawkach nad brzegiem zatoki, albo w lesie na zamarzniętych kanałach. Dzieciom łatwo było śmiać się z mrozu i cieszyć się ślizgawką, ale rybacy mieli miny smutne, bo zatoka zamarzła, nikt na morze nie mógł wyjechać i nie było ryb, a co za tem idzie, nie było pieniędzy na najpotrzebniejsze rzeczy, nawet na chleb, skutkiem czego w wielu domach podawano na śniadanie tylko bulwę, podlaną lukiem, t. j. słonym sosem z pod śledzi.
Dorotka niezbyt dobrze na tym mrozie wyszła, bo choć zimna nie cierpiała a na śniadanie miała zawsze i ciepłe mleczko i jajeczka na miękko i bułeczki albo chlebuś z masłem, nie dostawała już ślicznie na złoty kolor uwędzonych szprotów, które bardzo lubiła.
— Zła Zyda, zła! — narzekała na bezrybny wiatr południowy. — Żeby to Ost przyszedł! Ten rybek nie odpędza, ale je przynosi!
W nocy zbudziła się. Zdawało się jej, że ktoś puka w okno. Nie zlękła się tego, bo rybacy często w razie jakiejś potrzeby budzą się w ten sposób w nocy, więc myślała, że to może zaspany rybak zastukał do nich zamiast do gospodarza. Odsunęła zasłonę i znowu ujrzała strąd swój w łagodnem, zielonawem świetle, i jasne ramię bliży, migające w ciemnościach, i świecącą, jak kropla krwi, czerwoną latarnię na sygnałowym maszcie, za oknem zaś postać kobiecą w długiej białej szacie. Kobieta drżała z zimna, małe jej rączki kurczowo zaciskały na piersiach płaszcz, a wielkie, gorejące, czarne oczy wpatrywały się w widniejący jeszcze na podłodze różowy odblask niewygasłego w piecu ognia.
— Zimno mi! — skarżyła się smutno. — Nie przywykłam do śniegu, lodu, mrozu i po- chmurnego nieba. W ojczyźnie mojej zimy niema, słońce świeci i grzeje wiecznie, niebo promienieje błękitem niepokalanym a głębo- kim jak morze. Jestem Zyda.
— Rybacka bida! — wykrzyknęła niechętnie Dorotka. — I pocóżeś tu przyszła, niedobra! Zimno tylko przyniosłaś i mróz i rybacy przez ciebie nie mogą pracować!
Zyda westchnęła.
Od okna powiał taki chłód, że Dorotka zadrżała i szczelniej otuliła się pierzynką.
— Idź sobie! — zawołała. — Jesteś zła. mróz od ciebie idzie! Patrz, od twego oddechu okna zamarzają.
Istotnie, szyby zaciągnęły się cienkim, przeźroczystym, srebrnym muślinem.
Zyda zapiszczała smutnym, żałosnym głosem.
Biały płaszcz zsunął się z jej ramion, odsłaniając głowę z rozwianym, bujnym kruczym włosem. Zdawało się, jakgdyby śniada, drobna główka Zydy z palącemi, ciemnemi oczami owiana była czarną chmurą. Drobne jej dłonie puściły poły płaszcza i zatrzepotały za szybami rozpaczliwie, jak dobijające się do okna zmarznięte ptaszki.
— Nie znasz mnie, dziecinko! — zawołała Zyda płaczliwie. — Nic o mnie nie wiesz! Ja nie jestem zła! O, gdybyś wiedziała, jak gorące, rozpalające krew w żyłach jest moje tchnienie! Kogo ja pocałuję, kogo owionę połą swego płaszcza, ten staje się ciemnozłoty na podobieństwo posąów śpiżowych. Oczy moich dzieci, choć czarne, świecą jak gwiazdy, a pieśń moja jest gorącą pieśnią miłości. O, nie znasz mnie, nie wiesz nawet, jak cierpię wśród śniegów i lodów, ja, wygnanka, dziecię słońca, przy którem wasze słońce jest niby zakopcona żaglowa latarka rybacka! Nie znasz mnie! Ja nie przywykłam dźwigać na swych ramionach ciężkich skrzydeł lodowych, nie przywykłam mrozić wody, ludzi, drzew ni kwiatów! Gdy mnie tęsknota ogarnie, gdy szał lotu opadnie na serce, dyszę żarem, w którym, niby w ogniu, skręca się i czernieje wszelkie stworzenie.
— Więc dlaczego tu przynosisz zimno i mróz? — zapytała zdziwiona Dorotka. — Skąd właściwie jesteś?
— Przychodzę z południa, z wielkiej pustyni, z morza piasku, z którego sterczą czerwone, dzikie, poszarpane skały. Tam miejsca na swój taniec mam dość, tam mnie nic wstrzymać nie może, tam swobodnie z ręki do ręki przerzucam chmury piasku i wygrywam pieśni na wyschłych białych piszczelach ludzkich i pustych oczodołach czaszek końskich lub wiebłądzich. Szkielety uczę śpiewać, rozumiesz? Śpiewają tylko kości wybielone i ja — i w oazach palmowych kobiety czarne w niebieskich sukniach, usypiające małe dzieci — nocami zaś szakale... Tam ja mieszkam, pani obszaróv bezgranicznych, które czasem tylko przerzynają długie sznury obładowanych wielbłądów. Słyszałaś co o tem?
— Widziałam raz w kinie! — przypomniała sobie Dorotka. — Tam jest taki kamienny, ogromny lew czy pies, co się uśmiecha! — Jest! I piramidy są, i białe miasta z domami o płaskich dachach i z setkami smukłych, białych wieżyczek, na których błyszczy półksiężyc, i zielone gaje palmowe są, i winnice, rodzące winogrona, jakim równych niema na całym świecie... Ach, jak tam pięknie!
Niewymowna tęsknota zabrzmiała w głosie Zydy.
— Czemużeś kraj swój opuściła? — zapytała dziewczynka.
— Lot mnie porwał, skrzydła mnie poniosły! Ach, ty nie wiesz, co to pęd, dziewuszko mała! Napróżno chciałabyś wstrzymać serce, rwące się przed siebie. Czy chcesz, czy nie chcesz — pójdziesz za nim! Lot mnie porwał, skrzydła mnie poniosły! Przeleciałam przez morze złoto-turkusowe, — wzburzyłam je tak, że wytrząśnięte z fal delfiny jak ptaki fruwały w powietrzu, przemknęłam ponad ziemią zieloną, pełną cyprysów, tuj czarnych i białych zwalisk dawnych świątyń — i nic nie mogło mnie wstrzymać, póki wreszcie nic uderzyłam piersią o ogromne góry. Wtedy — aż mi coś w piersiach jęknęło.
O, jakież to wielkie góry, jakie okrutne, jak nieustępliwe! Okute pancerzami z lodu i śniegu, najeżone ostremi turniami, niebosiężne, nie chciały mnie przepuścić. Biłam o nie głową, piersią, skrzydłami, całem ciałem, aż wreszcie straciłam siły, wybiłam z siebie żar.
— Trzeba było wrócić! — napomniała Zydę dziewczynka.
— O dziecko! Ty nie wiesz, że wracają czasem tylko umarli, ale żywi muszą iść zawsze naprzód, wprost przed siebie! Gdyby ryba wiedziała, że może się cofnąć, nie utknęłaby nigdy w oku mancy! Tak, tak! Tedy i ja nie mogłam się cofnąć, lecz wspięłam się po stromych zboczach gór na ich szczyty i stamtąd runęłam na równiny. Ale jakżeż zmieniona, jakże inna! Sukienki moje poszły w strzępy, został mi tylko ten płaszcz. Bransolety na nogach i rękach poczerniały i przestały dzwonić, kamienie, świecące cudnie, pogasły, tylko oczy me płoną wciąż tęsknotą... I patrzę na świat przez krwawe oczy, a serce płacze łzami bolesnemi...
— Biedna! — wtrąciła Dorotka, użaliwszy się losu Zydy.
— Wichry zimne zmroziły mnie na wierzchołkach górskich, niebo zimne pozbawiło mnie rumieńców, skrzydła zlodowaciały i stały się ciężkie. Ja, która mocowałam się z sępami i orłami na niebosiężnych wysokościach niebios, polatuję tuż nad ziemią, mając nogi obciążone kajdanami z lodu! O! Uciszcie mą tęsknotę, burze północne, zepchnijcie mnie na południe, w kraj piasków śpiewających i cichych oaz palmowych, dumających nad czystemi wodami!... Czyż przeznaczone mi wzlecieć aż tam, gdzie nawet promienic słoneczne są niby ostre, przeszywające serce długie igły lodowe?! Litości, litości!
Zyda znikła.
Zatrzęsły się chaty od gwałtownego uderzenia wichru, zawyły przyginane aż ku ziemi stare wierzby przed domem.
Dorotka dumała nad cierpieniem Zydy i żałosny smutek ogarnął dobre jej serduszko.
Strąd na oknie powoli gasł.
Aż zgasł.
Gdy Dorotka otwarła oczy, był już biały dzień, ogień wesoło huczał w piecu, mamusia właśnie cedziła jej mleczko — Dorotka niecierpiała kożuchów! — a na dworze było cicho.
Chorągiewka na wieży kościelnej wydzierała się wciąż ku zachodowi, ale Zyda nie puszczała jej i wciąż ciągnęła ku sobie.
— On chce iść do westu — mówili o wiatrze rybacy — ale mu zyda nie daje. Ciągle do niej wraca, jakgdyby był tam uwiązany.
Lecz jednego dnia wiatr oderwał się od południa i przeszedł na zachód, a wkrótce potem nadleciała na zatokę i półwysep „tamcza“ — czarna douka, zimna, ciemna mgła. Przynosi ją tylko wiatr zachodni.
Na wiatr westowy rybacy nie mają żadnego przysłowia. Jako lądowy, uważany jest zasadniczo za zły, ale mało to szczęśliwych połowów było pod złym wiatrem, choćby pod tą samą zydą? A po zydzie, która z pewnością ryby zjadła, west nie był lichy, bo rybę nardzie naganiał. Byle tylko norda chciała przyjść!
Tej nocy znowu rozżarzyło się światło na strądzie Dorotki. Znowu ktoś zapukał w szybę. Dorotka, zaciekawiona, przysunęła się do okna i odchyliła zasłonę, ale natychmiast cofnęła się, zdziwiona i przestraszona.
Za oknem widać było jakiegoś jeźdźca.
Wyglądał na pierwszy rzut oka strasznie. Na głowie miał jakby koronę z orlich piór, a nagi do pasa, cały pomalowany był w czarne i czerwone pręgi i zygzaki, kółka i dziwne figury. Prócz pierzastej korony miał na sobie spodnie skórzane, z których szwów sterczała sierść zwierzęca. Na plecach trząsł mu się kołczan, pełen strzał, i łuk, w rękach zaś trzymał jeździec siekierkę, a za pasem nóż. Mały, czarny, kosmaty koń, o dużej głowie i czerwono łyskających oczach, rwał się pod nim i rzucał niecierpliwie, wywijając długim ogonem. Ody ogonem tym musnął szyby okna, zdawało się, że deszcz je siecze.
Dorotka patrzyła na jeźdźca przez chwilę zdziwiona i przestraszona, aż wreszcie jakby sobie coś przypomniała. Gdzieś widywała tego jeźdźca w koronie pierzastej, okropnie pomalowanego, z siekierką w ręku i nożem u pasa. Gdzie? Czy nie na obrazkach, czy nie w tej grubej książce francuskiej po tatusiu?
Ależ tak! To Indjanin!
— Czego tu chcesz? Skąd się wziąłeś? — zapytała odważnie, przypomniawszy sobie, że Indjanie żyją już tylko w książkach na obrazkach.
— Jestem Czarna Chmura, Sztorm Westowy, wielki wódz preryj i siwego morza, które światy od siebie oddziela. Przybyłem tu na pomoc siostrze Zydzie, która zbłąkana nie mogła się wydostać z waszych równin. Lecąc przez morze, zebrałem v dłonie wilgoć jego, i teraz patrz!
Bryznął z ręki gęstym snopem deszczu.
— Czarne obłoki, wierne moje rumaki, deszczem napęczniałe, przycwałowały tu do mnie! Teraz pracują nad wyzwoleniem ziemi i wód! Lody na zatoce stały się już jak gąbka, nasiąkają ciepłą wilgocią a jutro zaczną pękać! Gdy ja je rozmiękczę, nadleci Narda, starsza siostra moja, skruszy lody, połamie i zepchnie je na morze. A równocześnie ławice pięknych, maluśkich rybek dążą w te strony, i rybacy, wyjechani na mjerze, nie wrócą z pustemi mancami!
— Będą bretlindzi! — wykrzyknęła Dorotka ucieszona i z radości aż klasnęła w rączki. — O, jakiś ty dobry, poczciwy Sztormie Westowy!
— Czy bretlindzi będą, tego na pewno przewidzieć nie mogę! odpowiedział Sztorm Testowy. — Ja robię, co mogę, ale tu koniecznie jest potrzebna pomoc Nardy, a kto wie, czy ona teraz nie ma spraw pilniejszych.
— Jakież wy sprawy mieć możecie? — zdziwiła się dziewczynka.
— Jak wszystko na świecie, tak i my jesteśmy dziećmi bożemi i musimy na tym świecie pracować, pełnić służbę, przez Boga przeznaczoną. Niemało mamy pracy, a każdy z nas musi swe zadanie wypełnić!...
— A ja myślałam, że wichry są wolne, że żadnej władzy nikt nad niemi nie ma, że latają sobie, jak się im podoba! — wykrzyknęła Dorotka.
— O, dziecko, dziecko! Jest to możliwe?
A czyż Zyda może przyjść z północy lub Norda od strony ostowej? — śmiał się Sztorm Westowy. — Nie wiesz to, że jak któryś z nas choć trochę zboczy z wyznaczonej drogi, już przestaje być sobą, a staje się „Western do Nordy“ lub do Zydy, Westwestnordem, Ostostzydą, Zydą westową, Nordą westową, aż wreszcie ginie zupełnie?
— Prawda, prawda! — przypomniała sobie Dorotka, — Ale to znaczy, że spotkasz się ze swą siostrzyczką Nordą!
— To może być.
— Więc powiedz jej, żeby była tak dobra, przyszła do nas i przyniosła rybakom i mnie dużo, dużo szprotek! Powiedz jej, że tu jest taka mała, trochę chora dziewczynka, która ją bardzo, bardzo o to prosi!
— Tak lubi szprotki ten mały łakomczuch?! — zaśmiał się znowu Sztorm Westowy.
— O, nie! — zaprzeczyła dziewczynka. — Ja nie dla siebie proszę. Ale widzisz, Sztormie Westowy, rybacy nie mają już pieniędzy na chleb, dzieci jedzą tylko bulwę z lukiem z pod śledzi, a tu święta Bożego Narodzenia nadchodzą!... Bieda wielka we wszystkich wioskach rybackich, bo detki po letnikach i wangorzowe już się skończyły i teraz cały półwysep jest w druku![3] Jeśli jesteście dziećmi i sługami Bożemi, to nas w sztychu nie zostawicie![4]
— Dobrze już, dobrze, ty mała rybaczko! — zawołał, śmiejąc się, Sztorm Westowy. — Jeśli Nordę spotkam, powiem jej, a prośbę twą spełni. Ona krzyczy głośno, hałasuje i rzuca bardzo falami, ale nie jest zła. Na boskim świecie niema nic złego!
— Jakiś ty poczciwy, Sztormie Westowy! — wzruszyła się Dorotka. — Gdybyś nie był tak brzydko umalowany, byłbyś nawet ładny!
— Poczciwy? — odrzekł Sztorm Westowy. — Czekaj, zaraz ja ci pokażę tę moją poczciwość!
To rzekłszy, machnaj tomahawkiem, a w tej chwili błysnęło i z nad morza doleciał głos huczącego grzmotu.
— Ajaj! — krzyknęła Dorotka, zakrywając oczka rączkami.
Deszcz ulewny zadzwonił o szyby.
Przy jego szumie monotonnym Dorotka usnęła.
I znowu minął jakiś czas.
Dziecinka już wstawała, bawiła się z dziećmi wielką lalką, nawet pan szkolny do niej przychodził, ale wychodzić mamusia jej nie pozwalała, zwłaszcza że wciąż trwał wilgotny a zimny sztorm westowy, od strony płaskich brzegów nad zatoką przewiewający cały półwysep. Pogoda była tak brzydka, że nawet zahartowani rybacy chorowali. W co drugim domu leżał ktoś chory na grypę, zdrowi zaś spali dzień i noc, „na zapas“ wygrzewając się pod ciepłą pierzyną. Wysypiali się tak nieraz po kilka dni zrzędu, budząc się tylko do śniadania, obiadu i kolacji.
Jeszcze chorągiewka nie drgnęła w stronę północy, jeszcze wciąż skierowana była ku wschodowi, jakgdyby od początku swego istnienia innego kierunku nie znała, a już rybacy zaczęli przebąkiwać o niewątpliwem zbliżaniu się nordy. Tego w nogach łamało, tamtą głowa bolała, prawie każdy miał coś, jakiś swój znak, po którym poznawał i według którego przepowiadał nadejście oczekiwanego wiatru.
Aż wreszcie norda przyszła —- nad wieczorem. Spadła na półwysep burzą gwałtowną, dziką, brutalnie wstrząsającą lądem i burzącą odmęty morskie.
Norda uważana jest za wiatr dobry, najlepszy, "morski", to znaczy, idący od morza, ale odwiedziny jej w tak gwałtownej formie nie obiecywały nic dobrego. Zbyt mocny i wstrząsający był jej uścisk, zbyt bezwzględny powitalny pocałunek.
Cóż robić!
Narda poprawi albo pozbawi! mówi przysłowie rybackie.
— Może sztorm nadda i zmieni się w briżę! — pocieszali się jedni.
— Będzie, jak Bóg da! — mówili z chrześcijańską pokorą i wiarą drudzy.
Dorotka była w siódmem niebie. Nie wątpiła, że to Sztorm Westowy na jej prośbę namówił panią Nordę, aby zleciała na polskie morze. Wprawdzie pani Korda runęła na półwysep, owiana burzą, Dorotka jednak nie wątpiła, że jeśli przyjdzie do niej pod okienko, ona zdoła ją ubłagać, aby nie srożyła się i nie rzucała wielkiemi falami, lecz żeby złagodziła szorstkie tchnienie.
Gdy odwiedzające ją dzieci powtarzały, jak zwykle dzieci, skargi i narzekania starszych na złą nordę, Dorotka uspokajała je.
— Nie bójcie się! — mówiła. — Ona wnet złagodnieje! Niech tylko przyjdzie do mnie! Już ja ją potrafię uprosić, żeby była dobra!
Dzieci zaczęły się śmiać, ale Dorotka zaperzyła się.
— A cóż wy sobie myślicie! — wolała. — Do mnie przychodzą w nocy wszystkie wiatry morskie! Widziałam i Ost, i Zydę, płaczącą z zimna, i wielkiego wodza czarnych obłoków deszczowych, Westową Burzę w koronie z orlich piór i na karym rumaku! Norda też do mnie przyjdzie, z pewnością. Zobaczycie! Zobaczycie! A wtedy ja jej wszystko powiem i poproszę ją o ryby dla waszych tatusiów i dla siebie.
— Co też ty wygadujesz, Dorotko! — rzekła mamusia, z niepokojem przyglądając się córeczce. — Kiedyż to wiatry morskie przychodziły do ciebie?
— A w nocy, jak mamusia spała!
— Musiałaś mieć gorączkę.
Mamusia położyła Dorotce rękę na czole. Czoło nie było rozpalone.
— Wcale żadnej gorączki nie miałam! — upierała się dziewczynka. — A wiatry morskie widzialam tak, jak widzę mamusię!
— Śniło ci się, dziecinko.
— Niech będzie, że mi się śniło! A ja wiem na pewno, że rozmawiałam z wiatrami morskiemi, i że pani Norda do mnie przyjdzie!
I istotnie, V nocy Norda przyszła, cała zakuta w zbroję srebrzysto-lodową, w obszernym, ciężkim plaszczu czarnym, trzepocącym się jej u ramion. Na głowie miała lśniący hełm z czarnym pióropuszem, a w ręku trzymała długą dzidę. Piękna jej twarz była zimnej, kamiennej bieli, surowej powagi, ale w wielkich szafirowych oczach ciepło świeciła dobroć. Nad głową miała promienną łunę zielono-żółta-pomarańczową, glorję z barw Zorzy Północnej.
Dorotka klęczała na łóżeczku, wpatrzona z podziwem w jaśniejącą za oknem srebrną, wyniosłą postać pani Nardy.
Sztorm huczał, fale morskie grzmiały, las jęczał.
Dumna, surowa pani Narda w zamyśleniu patrzyła jakiś czas na klęczącą przy oknie dziewczynkę, aż wreszcie jej gorejące szafirem wielkie oczy zaczęły się uśmiechać.
Strąd Dorotki świecił.
— Poznajesz mnie? — zapytało zjawisko.
— Pani Narda! Pani Narda! — wołała z zachwytem Dorotka.
— Tak. Jestem Narda. Przyleciałam tu z dalekich pól lodowych, gdzie niema nic, prócz śpiczastych, białych turni i jarów w lodzie, gdzie latem, mimo iż w słońcu jest gorąco, lody nie topnieją, w cieniu zaś można zamarznąć na śmierć. Nie ujrzysz tam ani ptaka żadnego, ani zwierzęcia, ani żadnej żywej istoty, nie usłyszysz żadnego głosu żywego, nie ujrzysz nic, prócz zorzy północnej i gorejących w słońcu ogni gór lodowych. A czasem wszystko ginie w gęstej chmurze zamieci śnieżnej, lub przestania się białą, lepką, zimną mgłą. I wtedy niema tam nic. Nie widzisz nic, nie słyszysz nic...
— Tam smutno! — szepnęła Dorotka.
— Smutno! — powiedziała pani Norda. — Ojczyzna moja jest kolebką tęsknoty.
— Kraj śmierci!
— Tęsknota to już życie, dzieweczko, nie śmierć.
— Mamusia opowiadała mi, że wielu dzielnych ludzi pragnęło się tam dostać, lecz rzadko któremu z nich udało się wrócić. Cóż się z nimi stało?
— Zapytaj o to skał i brył lodowych, zapytaj zawiei śnieżnej, niech ci to opowie biały mróz z długiemi ostremi zębami i szponami, niech ci powie coś głód. usypiający na wieki... Ja nie wiem o tem nic. Widywałam czasem statki, wciśnięte między skały lodowe, widywałam dymy, wydobywające się ze schronisk rozbitków, lecz nigdy nie miałam sposobności posłuchać ich opowiadań. Zanim znalazłam wolną chwilę, śladu już po nich nie było. Wszystko zmiażdżyły lody ruchome, wszystko przysypały śniegi.
— Straszny kraj! — zadrżała Dorotka.
— Bóg to jeden wie, moje dziecię! — westchnęła pani Norda. — Ustanowiono mnie strażnikiem tych dziedzin, więc ich strzegę wiernie — i kocham je. Kocham ich pustkę i ciszę, kocham ich sen głęboki, zrzadka tylko przerywany burzami lub mym śpiewem. Bo to nie kraj umarły, lecz kraj, który się jeszcze nie zbudził. Ale któż wie, któż może powiedzieć, co mu przeznaczone? Ludzie szukają tam czegoś wciąż i coraz częściej nad lodowemi pustyniami pokazują się ich głośno tokujące, wielkie ptaki o srebrnych skrzydłach. Czegoś szukają — a gdy ludzie raz zaczną czegoś szukać, znajdą na pewno! Giną przytem jak muchy, ale nawet ich śmierć stwarza nowe życie. Oni nawet lody potrafią ożywić!
— Rybacy mówią, pani Nordo, że jesteś strasznie bogata! Skądże bierzesz swe bogactwa. jeśli ojczyzna twa taka biedna?
— O, to tylko mój pałac lodowy taki jest pusty i cichy, ale prócz niego mam też i swe grunta na morzu, a także wielkie zwierzyńce — morskie i lądowe. Pełno tam zwierza wszelakiego, mnóstwo ptaków najrozmaitszych a ryb obfitość niezmierzona!
— A przyniosłaś nam teraz jakie rybki, pani Nordo? Już oddawna nic nie mamy!
— Nie przychodzę nigdy z pustemi rękami, kochanie! Płaszcz mój jest bardzo obszerny, dużo się kryje w jego miękkich, głębokich fal dach, srebro i złoto samo płynie za mną drogami, które dotknięcie mych stóp ubija w odmętach mórz...
— Tak mówią wszyscy, pani Nordo! — przyznała dziewczynka. — Ale mówią też, że możesz poprawić lub pozbawić! Z czemże przyszłaś teraz do biednych rybaków naszych? Chcesz pozbawić czy poprawić?
— To nie zależy ode mnie, dzieweczko! — odparła Norda. — Będzie, jak Bóg da!
— Ale On da? — wołała Dorotka, uśmiechając się i kiwając do pani Nordy główką, jakby w ten sposób chciała wymusić od nich jakieś przyrzeczenie. — On da, nieprawdaż?
Frunęły czarne skrzydła pani Północy, zakołysały się wokół jej głowy ciężkie obłoki.
— Wierz silnie, dziewczynko dobra, że Bóg nikogo nie opuści! Wierz, ufaj i kochaj!
Rozległ się znowu grom wichru, morza i ryk sprężonego w męce lasu.
Jaśniejąca za oknami pani Norda ciągnęła:
— Mówił mi o tobie Sztorm Westowy, śpiewał mi o tobie Ost, chwaliła cię za serduszko dobre zziębnięta Zyda.
— Chciałam tylko wyzorgować dla reboków perżno bretlinżków! - tłumaczyła się skromnie Dorotka.
— To jest od ciebie dobrze, że nie prosisz dla siebie, ale dla drugich. Zrobię, co mogę. Jutro stąd na krótko odejdę. Muszę jeszcze lecieć na południe. Teraz nie mogę nic poprawić, mogłabym tylko pozbawić. Ale wrócę przez West, razem z nim obdam fajn zatokę i bretlinżki będą. Tylko przyjdź na strąd w wilję Bożego Narodzenia...
— Mamusia mnie w nocy na strąd nie puści! — zawołała Dorotka, widząc, że pani Norda zamierza odejść.
— Przyjdź na swój strąd! Przyjdź na swój strąd! — powtórzyła pani Norda i zniknęła.
Na drugi dzień sztorm naddał i od westu powiała silna briża na jakie pięć rewin wiatru. Niebezpiecznie było w taki czas wyjeżdżać na zatokę, ale przecie rybacy śmielsi lub bardziej przyciśnięci niedostatkiem, odważyli się na to i, choć pod wiatrem westowym, mieli na drugi dzień po parę centnarów szprotów dostane. że zaś priz był dość znaczny, przez kilka dni cośniecoś zarobili.
Jakoś na dwa dni przed Bożem Narodzeniem mamusia pozwoliła Dorotce wyjść na pół godziny przed dom i pospacerować sobie trochę na placu przed kościołem.
Dzień był spokojny, chmurny ale pogodny, nie deszczowy, właśnie jak to lubią rybacy, przytem nie zimny i prawie bez wiatru. Przez szczeliny między domami widać było szaro-srebrne wody zatoki a na nich czarne żegła pomarenków. Chorągiewka na wieży kościelnej drgała niespokojnie. Wskazywała niby wciąż na wschód, ale coraz skakała to ku południowi, to ku północy.
Na placu pokazał się stary mejster Jan, niski, ale krzepki staruszek, z obrośniętem podgardlem i dużym czerwonym nosem, bystro i sprytnie patrzący z pod brwi krzaczastych. Szedł przygarbiony wiekiem, ale barczysty, dziarsko suwając korkami na krzywych nogach, pałąkowatych i po rybacku zgiętych w kolanach.
— Dobrydzień, dzeus! — zawołał, ujrzaszy Dorotkę. — fajn wiadro, prawda?
— Pogódka fajn! — potwierdziła Dorotka.
— Zeby tylko west nie przeszedł znowu do zydy! — zatroskał się mejster Jan, spoglądając z niepokojem na chorągiewkę.
— Nie bójcie się, mejstrze Janie, pójdzie do nordy! — zapewniła go.
— Będzie, jak Bóg da! — odpowiedział z pokorą mejster Jan.
— Pewnie! Ale ja to już mam wyzorgowane!
— A u kogo?
— Nie mogę wam powiedzieć, ale mam to już na pewno wyzorgowane, na pewno! Zobaczycie! Najdalej po świętach bretlinżki będą!
— Daj to Boże, dziecko! Jak się twoje słowa wypełnią, przyniosę ci całą kipę[5]) bretlinżków.
Przyszły święta Bożego Narodzenia.
Obchodzono je jak zwykłe święta, bez tej ozdobności uroczystej, jaką się odznaczają na lądzie, gdzie ludzie są bogaci, znacznie bogatsi od biednych rybaków. Tu i owdzie tylko u bogatych rybaków-wędzarzy widać było przez okna świeczki, gorejące na „bomie“, zresztą wioska była pogrążona w ciemnościach i ciszy, bo rybacy kolęd nie znają, a jeśli, to zaledwie kilka, które śpiewają tylko w kościele.
Zato Dorotka miała gwiazdkę wspaniałą. Nie brakło tam niczego, ani choinki, pięknie przybranej, świecącej włosami anielskiemi, przyprószonej błyszczącym „śniegiem“ i jarzącej od różnobarwnych świeczek, ani pomarańcz i jabłuszek, ani nowych książek, ani zabawek, wśród których były też i farby z kilku zeszytami obrazków do malowania.
Zmęczona radością dziewczynka wcześnie położyła się do łóżeczka.
Ale w nocy zbudziła ją jakgdyby cicha, lecz wyraźna, radosna muzyka. Zdawało się, że to szumią jakieś maleńkie organy, że ktoś rytmicznie, dźwięcznie bije w dzwonki leśne, że w dźwięczne, łaskotliwe pasaże rozpylają się jakieś szklane, przeczyste akordy — a na tle tej muzyki wykwitały to głosy poszczególne, to znów niby chór, cichutki a przecie mocny, rwący się napozór, lecz jednolity i harmonijny.
Od okienka Dorotki biło światło.
Dziewczynka uchyliła zasłony i omal nie krzyknęła z zachwytu.
Srebrne światło księżyca falami biegło ku strądowi na oknie, właśnie jak morze. Strąd cały jaśniał świetniej, niż się to zdarzało dawniej, sosenki na papierowych górach szumiały. Rybacy spychali na morze bat, który, oddalając się od brzegu, zaczął wydawać niewód. A co najdziwniejsze — na strądzie utworzywszy wielki krąg, tańczyły jakieś dziwne postacie, kołem ogromnem, wirując szybko to w prawo to w lewo.
— Co to być może? — pomyślała Dorotka.
— Tych figur tu przecie nie było.
A wtem — poznała.
Poznała: panią Nordę, zakutą w zbroję lodową, owianą czarnym płaszczem, Osta z nahajem w ręku, Burzę Westową w koronie z orlich piór i Zydę w rozwianym burnusie. Między temi głównemi wichrami było najbliższe ich rodzeństwo — Nord-Nord do Ostu, Nord-Nord do Westu, Nord do Ostu i Nord do Westu, Nord-Ost i Nordwest, West-West i Ost-Ost do Zydy i tak dalej, całe mnóstwo kuzynów i bliższych i dalszych krewnych największych czterech władczyń i władców powietrza przestrzeni. A wszystko to w zgodzie śpiewało niewysłowienie piękną pieśń, grzmiącą ni to burza, to szumiącą zgiełkiem fal morskich, to grającą słodyczą harfianą lekkiego, pieszczotliwego podmuchu.

— I cóż, dzeus! Będą bretlinżki? — spytał Dorotkę z uśmiechem mejster Jan, spotkawszy ją przy wyjściu na cmentarzu kościelnym.
— Po świętach niewód będziecie na strądzie ciągnąć! — odpowiedziała śmiało Dorotka.
— Daj to Bóg! — ucieszył się mejster Jan.
— Zobaczycie!
A we wtorek rano przybiegł ze strądu zdyszany bojs i wręczył Dorotce wiaderko, pełne świeżutkich, jeszcze żywych szprotek.
— Od mejstra Jana!
— Są bretlindzi? — wykrzyknęła uradowana dziewczynka.
— Cała ława! Niewodem na strądzie ciągniemy!

„Strąd“ Dorotki utrzymywał się na jej oknie dość długo, ale choć burze i wichry nieraz siekły półwysep, nie jaśniał już i wichry morskie go nie nawiedzały.
Na wiosnę, kiedy okno otwarto, gospodyni „strąd“ z niego zmiotła.
Dorotka chciała z początku płakać, ale potem się pomiarkowała.
Wszakże miała już prawdziwy strąd, z prawdziwem morzem i prawdziwe mi statkami na szlaku parowców...
I tak się ta historja skończyła.






Przypisy

  1. Na półwyspie Helskim aż do czasów polskich wogóle doktora stałego nigdy nie było, Niemcy o kilka tysięcy biednych rybaków polskich nie dbali i nic im na nich nie zależało. Mieli dość rybaków na długiem wybrzeżu swego morza. Tym nie żałowali ani nie skąpili niczego, podczas gdy rybacy polscy, których nie stać było na sprowadzenie lekarza z Pucka, w razie ciężkiej choroby leczyli się sami domowemi środkami, często zupełnie nieodpowiedniemi a nieraz połączonemi z gusłami. Dopiero rząd polski ustanowił na półwyspie stacje sanitarne pod zarządem stosownie wykształconych pielęgniarek a dozorowane przez lekarzy i władze sanitarne z Pucka.
  2. Piasek fioletowy czyli „literacki“ jest to piasek, który dawniej służył przy pisaniu do posypywania atramentu. Zastępował bibułę. Ponieważ jego ciężar gatunkowy różni się od ciężaru gatunkowego zwykłego piasku morskiego, morze wyrzuca piasek „literacki“ osobno, tak że na strądzie tworzą się jakgdyby sińce, wielkie sine plamy. Otóż to napozór tak chaotycznie falujące i burzące się morze, w rzeczywistości pracuje do tego stopnia precyzyjnie, że nigdy piasku fioletowego z piaskiem zwykłym nie pomiesza, lecz zawsze układa go oddzielną warstwą, na wierzchu, jako lżejszy, Ten to piasek swego czasu zbierały rybaczki na strądzie i sprzeda wały w Gdańsku, skąd wysyłano go na ląd.
  3. W druku — w ciężkiem, trudnem położeniu.
  4. Zostawić w sztychu, z niem. „Im Stich lassen“ — opuścić w niebezpieczeństwie, w trudnem położeniu.
  5. Kipa — wielki kosz na ryby, mieszczący nieraz i 30 kg ryby.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.