Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stały dzwonić, kamienie, świecące cudnie, pogasły, tylko oczy me płoną wciąż tęsknotą... I patrzę na świat przez krwawe oczy, a serce płacze łzami bolesnemi...
— Biedna! — wtrąciła Dorotka, użaliwszy się losu Zydy.
— Wichry zimne zmroziły mnie na wierzchołkach górskich, niebo zimne pozbawiło mnie rumieńców, skrzydła zlodowaciały i stały się ciężkie. Ja, która mocowałam się z sępami i orłami na niebosiężnych wysokościach niebios, polatuję tuż nad ziemią, mając nogi obciążone kajdanami z lodu! O! Uciszcie mą tęsknotę, burze północne, zepchnijcie mnie na południe, w kraj piasków śpiewających i cichych oaz palmowych, dumających nad czystemi wodami!... Czyż przeznaczone mi wzlecieć aż tam, gdzie nawet promienic słoneczne są niby ostre, przeszywające serce długie igły lodowe?! Litości, litości!
Zyda znikła.
Zatrzęsły się chaty od gwałtownego uderzenia wichru, zawyły przyginane aż ku ziemi stare wierzby przed domem.
Dorotka dumała nad cierpieniem Zydy i żałosny smutek ogarnął dobre jej serduszko.
Strąd na oknie powoli gasł.
Aż zgasł.
Gdy Dorotka otwarła oczy, był już biały dzień, ogień wesoło huczał w piecu, mamusia