Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chcesz — pójdziesz za nim! Lot mnie porwał, skrzydła mnie poniosły! Przeleciałam przez morze złoto-turkusowe, — wzburzyłam je tak, że wytrząśnięte z fal delfiny jak ptaki fruwały w powietrzu, przemknęłam ponad ziemią zieloną, pełną cyprysów, tuj czarnych i białych zwalisk dawnych świątyń — i nic nie mogło mnie wstrzymać, póki wreszcie nic uderzyłam piersią o ogromne góry. Wtedy — aż mi coś w piersiach jęknęło.
O, jakież to wielkie góry, jakie okrutne, jak nieustępliwe! Okute pancerzami z lodu i śniegu, najeżone ostremi turniami, niebosiężne, nie chciały mnie przepuścić. Biłam o nie głową, piersią, skrzydłami, całem ciałem, aż wreszcie straciłam siły, wybiłam z siebie żar.
— Trzeba było wrócić! — napomniała Zydę dziewczynka.
— O dziecko! Ty nie wiesz, że wracają czasem tylko umarli, ale żywi muszą iść zawsze naprzód, wprost przed siebie! Gdyby ryba wiedziała, że może się cofnąć, nie utknęłaby nigdy w oku mancy! Tak, tak! Tedy i ja nie mogłam się cofnąć, lecz wspięłam się po stromych zboczach gór na ich szczyty i stamtąd runęłam na równiny. Ale jakżeż zmieniona, jakże inna! Sukienki moje poszły w strzępy, został mi tylko ten płaszcz. Bransolety na nogach i rękach poczerniały i prze-