Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sna uśmiechnie się do mnie, lecę za morza i w dolinach najdzikszych gór pełnemi garściami rozrzucam zapachy kwitnących gajów i sadów Wschodu... A gdy mnie w nogi kąsać zacznie zima, ja się śmieję i ja ją wtedy — ot, jak!
Świsnął za oknem bicz i w tej chwili zerwała się wichura, która przedtem była przycichła.
— A gdy mi się znudzą stepy i morza południa, gdy mi się znudzą śnieżne równiny północy i smętne śpiewy brodatych chłopów, ciągnących saniami do wsi, których chaty, słomą sczerniałą kryte, wyglądają jak wielkie kupy gnoju, lecę do was, pędząc przed sobą świecące ławice srebrnozielonych śledzików lub tęczowych, świecących bretlinżków, albo też załopocę skrzydłami i — w powietrzu zawirowały wielkie płatki śniegu.
— A przyszedłem do tej chaty dlatego, że mi mówiono, iż mieszka tu panienka, która w swem okienku ma strąd. Chciałem zobaczyć owo dziwo i nacieszyć się niem nie mogę. Rozpowiem o niem siostrom, powiem bratu, niech cię odwiedzą. A teraz idę, muszę, nie mam czasu... Za godzinę mam się spotkać z siostrą na Helgolandzie...
— Przyjdziesz jeszcze kiedy? — zapytała Dorotka.