Przy dochodzeniu śledczem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Przy dochodzeniu śledczem
Pochodzenie W zimowy wieczór
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PRZY DOCHODZENIU ŚLEDCZEM.
Przed rokiem zaledwie Aleksy von Szarlow ukończył uniwersyteckie studya, a już, dzięki staraniom i wpływom swej możnej, światowej, w stolicy mieszkającej ciotki, zajmował urząd sędziego śledczego, w jednem z zachodnich miast Państwa. Syn pułkownika Pawła von Szarlow, szeroko niegdyś słynącego z pięknej swej powierzchowności, niezrównanej jazdy konnej, galanteryi dla dam i dobrodusznych, wesołych instynktów, które skłaniały go do rozrzucania tak uczuć jak pieniędzy na wszystkie wiatry świata, Aleksy wydawał się tym, którzy znali świetnego niegdyś huzara, wielce podobnym do swego ojca i zarazem zupełnie do niego niepodobnym. Ta sama rasa, ta sama krew, ale inne czasy i inny sposób życia.

Odziedziczył on po ojcu swym wzrost wysoki, lekko zarumienioną białość twarzy, źrenice błękitne i złotawo rude włosy, a znad czoła gęstą i długą falą w tył spływające, a krótkim zarostem okalające ściągłe policzki. Ale ktokolwiek pamiętał silnego, muskularnego, w ćwiczeniach wojskowych i wesołem życiu szeroko rozrosłego pułkownika, ten przyznać musiał, że długi szereg lat, spędzony wśród mgieł i wyziewów wielkiego miasta, na szkolnych i uniwersyteckich ławach, nad książkami i piórem, w sposób szczególny zwęził i zwątlił postać jego syna. Tam było panowanie żelaznych muskułów i wartkiej, gorącej krwi, tu wzięły przewagę gorączkowo pracowite czynności mózgu i nerwów. Młody ten człowiek rósł i dojrzewał w atmosferze przesyconej pierwiastkami współczesnych namiętności i idei świata, które na twarzy jego wycisnęły piętno surowości, a w źrenicach roznieciły płomień budzonych przez się zapałów. Z zarysu i poruszeń delikatnych warg jego, z groźnego niekiedy zsuwania się brwi, z ponurej prawie błyskawicy, która często i na długo zapalając się w jego oczach, gasła potem w mgle smutnego lub miłosnego rozmarzenia, łatwo było odgadnąć chorobliwą niemal wrażliwość na wszystkie dźwięki, z których składa się olbrzymia i odwieczna pieśń ludzkich żalów i żądz, miłości i nienawiści.
Wszystkie te cechy ujawniały się wyraźnie w chwili, gdy Aleksy w małem swem mieszkaniu, z piórem w ręku, pochylał się nad dużem i znaczną ilością papierów zapełnionem biurem. Biuro to stało w głębi obszernej alkowy, zaopatrzonej w okno, a szerokiem wejściem połączonej z salonikiem, za którego dwoma oknami szemrała i turkotała ulica niewielkiego, ale dość ludnego i ruchliwego miasta.
W saloniku, skromnie, lecz nie bez pewnej wytworności urządzonym, najwięcej miejsca zajmowały książki i dzienniki; alkowę zato napełniały przedmioty, mające ścisły związek z obowiązkowemi czynnościami młodego urzędnika. W mocno zamkniętych szafach odgadnąć można było stosy zapisanych papierów, z których każdy nosił na zewnętrznej swej karcie wypisane nazwisko człowieka, którego winy prawdziwość i stopień tu właśnie ulegały badaniu i dochodzeniu. Pewna ilość takich papierów piętrzyła się także na stołach i biurku, a pomiędzy niemi widać było porozrzucane szkice rysunkowe, przez które sędzia śledczy uwyraźniał i udokładniał obrazy i szczegóły badanych miejsc i wydarzeń. Te urywki pejzażów często malowniczych, a zawsze spokojnych, te wnętrza wiejskich i miejskich mieszkań, wysuwając się zpod bibuły okrytej sztywnem, kancelaryjnem pismem, zadziwiały zrazu i pociągały oko czemś tajemniczem, czemś, czego się tu spodziewać nie było można, a co myśl i wyobraźnię pociągało daleko od tej alkowy i tego biura i tej szumiącej za oknami ulicy, ku jesiennemi badylami porosłym ogrodom, ku ścieżkom wijącym się wśród samotnego pola, ku cichym izbom, gdzie w zimowe wieczory płoną wielkie ogniska rodzinne, dzwonią dziecinne śmiechy, sucho kołaczą krośna gospodyń.
Nagle widz przypomniał sobie, że po tych ogrodach i ścieżkach chodziły występki, że te ogniska zakrwawiała zbrodnia. Ale nie same tylko te rysunki przypominały w tem miejscu podziemne i nocne dzieje. Na krzesłach i ziemi spoczywały tu przedmioty w nagromadzeniu swem bardzo dziwne. Były to grube wory, pełne ohydnych jakichś łachmanów, kawałki płótna i sukna z błotnistemi albo rdzawemi plamami, żelazne narzędzia o niepojętych kształtach, kije węzłowate i ciężkie toporki, noże, powrozy, nawet kamienie, tu i owdzie kartki brudne, grube, prawie nieczytelnem pismem okryte, tłuszczem przesiąkłe pugilaresy i notatniki, kawałki cuchnących rzemieni, potwornie stopy ludzkie naśladujące obuwia — cały arsenał poszlak, wskazówek, dowodów... Wielki smutek rzeczy, a zarazem inteligientna i gorliwa praca urzędnika sprawiedliwości napełniały tę alkowę, w której głębi, o dość wczesnej porannej godzinie, Aleksy von Szarlow, pisał list do przyjaciela.
»Stanowczo, kochany mój Sergiuszu, pokolenie nasze nie umie wspominać i z kipiącego życia teraźniejszości dystylować sobie ckliwej ale podobno subtelnej woni grobów. Gdy przyszliśmy na świat, morze wzbierało. Wielkie nowe wody zalały stare twierdze nadbrzeżne; jak okiem sięgnąć, rozum i przesąd, krzywda i przemoc, ciemności i świty, i nie wiem co jeszcze więcej, jak fale z różnych stron przypływają, rosną, pienią się, następują wzajem na siebie, uderzają się piersiami, z takim szumem i hukiem, że czując w sobie ich ruchy i głosy, przestajesz często czuć samego siebie.
»My załoga portowa, musimy biegać z miejsca na miejsce, z toporem, sondą, z kielnią, z cyrklem — tu badać głębinę otchłani, tam dopomagać zniszczeniu, gdzieindziej rozmierzać miejsca dla nowych gmachów, albo już do ścian rozpoczętych przylepiać cegiełkę, dla której uosobienia oddajemy zawsze część naszej krwi serdecznej, a czasem i nasze życie. Gdzież nam do wspominania i wygrzebywania z pamięci różowych naszych poranków! Południa nasze upalne i chmurne, a wieczory nadchodzą szybko.
»Wspominali i blaskami poranków swych bawili się ci, którym dzień cały pogodny był i wesoły, bo widzieli w co mieli wierzyć, jakich rozkazów słuchać, i mniemali, że słońce i gwiazdy obracają się dokoła nieruchomej ziemi. Myśmy nietylko dowiedzieli się, że ziemia nie jest nieruchoma, ale i zapragnęliśmy własnemi piersiami popchnąć ją do prędszego ruchu. Kto szybko biegnie i jeszcze coś ciężkiego przed sobą popycha, ten nie ogląda się za siebie. Zatraciliśmy nawet w sobie zdolność patrzania wstecz. Dlatego pogardziliśmy historyą, tą nauką, która tak szerokie miejsce zajmuje w ukształceniu narodów stagnacyjnych, ciągnących za sobą wóz olbrzymi, na którym rozsiada się, stopami swemi głowy ich gniotąc, ospały i ciężki bożek tradycyi.
»Ty wiesz najlepiej, czy i jak kocham naukę, i czego od niej spodziewam się dla świata. Ale historyi nie lubiłem nigdy. Nie lubiliśmy jej obaj: nie zajmowała nas, bo nie mówiła nam nic o teraźniejszości; gardziliśmy nią, bo nie nauczała nas jak mamy sobie radzić z teraźniejszemi naszemi bolami i dążeniami. Więc też pierwszy lepszy zachodowiec osłupiałby ze zdumienia, gdyby zajrzawszy do głowy takiego jak ja patentowanego jurysty, ujrzał całą zupełność jego nieświadomości, w rzeczach tyczących się dziejów przeszłych własnej nawet jego ojczyzny.
»Ale ja i własnej swojej historyi nie znam, nie lubię, nie wspominam. Co mi z niej? co światu z niej? Teraźniejszość i przyszłość, czyli przyszłość zaszczepiana na pniu teraźniejszości, to dla mnie wszystko o co dbam, co może mię zajmować, cieszyć, udręczać. Tymto usposobieniom przypisuję zupełną obojętność i brak wszelkich wyraźnych wspomnień, z jakiemi przybyłem w strony, w których upłynęła mi część dzieciństwa. Wyobrażam sobie, coby się też działo z Pawłem von Szarlov, niezapomnianym ojczulkiem moim, gdyby go tak jak mnie w dojrzałości wieku, los przywrócił miejscom, do których u piersi swej przywiozła go była matka, a które opuścił dużym ośmioletnim chłopcem, w ślad za opuszczającym te strony, zrujnowanym i owdowiałym ojcem.
»Paweł von Szarlov, wypieszczony syn bogatej obywatelskiej rodziny, a potem świetny i wesoły huzar, znajdowałby tu na każdym kroku pełno rozczulających wspomnień; co większa, wyszukiwałby ich starannie, wyławiał z dna swej pamięci, odgrzebywał zpod każdego przydrożnego kamienia, takby ich woń subtelna i barwa jutrzenkowa wydawały się mu uroczemi. Byłoby tu co niemiara wykrzykników, westchnień, rzewnych uśmiechów. Raz w raz wybiegałyby mu na usta słowa i frazesy. Droga nieboszczka matka! mała, tu pogrzebana siostrzyczka (w tych stronach ojciec mój stracił małą siostrę; ale pozostały mu dwie inne, które szczęśliwie wyrosły, a z których jedną jest nieoceniona moja wychowawczyni i dobrodziejka, ciocia Tonia); tu biegałem! tam wyrządziłem komuś jakąś psotę! ówdzie za karę klęczałem! a tam znów siedziałem pod drzewem i jadłem doskonałe wiśnie! I ręczę, że pomimo całej szerokości swych ramion i okrywających je epoletów, pułkownik miałby często łzy w oczach. Ja nie.
»Wiem, że w tej gubernii mieliśmy spory majątek (podobno 500 dusz poddanych), kupiony przez mego dziada, czy za zasługi mu darowany; wiem, że po stracie dóbr posiadanych gdzieindziej, ojciec mój przywiózł tu swoję rodzinę, i że gdzieś, w tych stronach, blisko tego miasta, w którem przebywam obecnie, mieszkaliśmy lat kilka, poczem matka moja umarła, majątek poszedł w ślad za poprzednikami swemi, czyli rozsypał się po kieszeniach lichwiarzy i różnego gatunku wierzycieli, a myśmy wyjechali do stolicy, gdzie ojca, siostrę moję i mnie wzięła pod swą opiekę ciocia Tonia... bo byliśmy jako ptaki, które nie sieją i nie orzą, albowiem nie mają już gdzie orać i siać. Wiem o tem wszystkiem, ale nie dotyka to wcale moich uczuć.
»Jedno tylko: Odkąd tu przybyłem, częściej niż przez kilka lat ostatnich przypominam sobie ojca. W tych stronach już będąc, zażądał on dymisyi, i otrzymawszy ją, zaczął naprawdę przebywać ze swą rodziną. Wprzódy, życie wojskowe, często rozłączało go z żoną i dziećmi, które pomimo wesołego życia swego i głośnych romansowych przygód, kochał, o! i jak kochał! Opuszczenie służby wojskowej, którą lubił, dla której był jakby stworzonym, kosztowało go wiele, ale krok ten dla siebie bardzo ciężki, uczynił w celu ciągłego już przestawania z żoną, która na zdrowiu zapadać poczęła, i uratowania dla dzieci resztek znacznej niegdyś fortuny. Mniemał, że siedząc na wsi i gospodarząc, pozbędzie się kosztownych swych przyzwyczajeń, rozstanie się na zawsze z kartami, romansami i hulanką. Nie udało się, krew burzyła się jak i wprzódy. Do dyabełka i butelki zabrakło towarzyszy huzarów — znaleźli się inni.
»Ta fortuna pękła jak tamte, ale przez lat kilka ojciec często, w przestankach pomiędzy zabawami przebywał w domu, z nami, a im więcej za domem stracił i nagrzeszył, tem czulszy potem i serdeczniejszy był dla nas. Dobry był. W naturze jego było dziwne pomieszanie burzliwości i dobroci, słabości i odwagi. Na wojnie waleczny żołnierz i wódz wyborny, w życiu prywatnem, oprócz żony i dzieci nie skrzywdził nikogo; pewien jestem tego tak, jak uderzeń własnego serca, które silniejszemi stają się gdy o nim sobie długo wspominam.
»Ale ruinę majątkową, która matce naszej skróciła życie, a nas pozbawiła możności próżniaczego zbytkowania, myśmy mu przebaczyli i matka, i siostra, i ja... który nie potrzebowałem nawet przebaczać, bo na co mi wielka fortuna? Mnie wstyd nawet czasem tych miękkich stołków, na których siadam i tego cienkiego tużurka... Przebaczyliśmy wszystko temu dobremu i pięknemu człowiekowi, którego obraz, w pracy i gwarze lat uniwersyteckich zatarty nieco w mej pamięci, żywy i kochany staje teraz przede mną często i jest jedyną pamiątką przeszłości, którą lubię i z którą rozstać się nie chcę, a gdybym chciał nie mogę, bo nie ja jej szukam, ale ona we mnie mieszka i żyje...«
Tu Aleksy von Szarlow pisać przestał, i nie wypuszczając pióra z ręki, podniósł znad papieru oczy zamglone miłosnem prawie marzeniem. Rysy jego zmiękły, czoło wypogodniało, smutny trochę uśmiech złagodził zarys ust najczęściej surowych. Po chwili jednak zawstydził się snać swego rozrzewnienia i śpiesznie znowu pisać zaczął.
»Otóż i uderzyłem w strunę sentymentu. Takato już nasza natura. Rób co chcesz, krzep się przeciw mazgajstwu, twardnij w gniewie na niesprawiedliwości i nikczemności świata, — bez sentymentu obejść się nie możesz i choć kiedyniekiedy stawać się musisz gołębiem gruchającym nad czemkolwiek lub do kogokolwiek. Nie zawsze ja jednak myślę o tym kochanym człowieku, który przed dziesięciu już laty położył się w mogile. Przybywając w te strony, żywiej go sobie przypomniałem; nic więcej. Wiele, wiele jest innych rzeczy, o których tu myśleć mi przyszło.
»Im więcej pociąg, którym jechałem, zbliżał się ku temu miastu, tem chciwiej i nieustanniej patrzałem przez okno wagonu na mijane pola, dwory i wsie. Otóż i kraj ten, z którego naturą i mieszkańcami zapoznałem się tak dokładnie, dzięki dzielnym publicystom naszym! Otóż ja mam przed sobą, tę ziemię, która rodziła przez wieki ponure ziele niewoli! Otóż, na polach i drogach, w wagonach i na drogowych stacyach, widzę tych ludzi, którzy przez wieki rozłamywali się na dwa przepaścią rozdzielone z sobą odłamy społeczne: panów i niewolników! Nie potrafię ci opisać wszystkich uczuć, które we mnie powstały, mieszały się, wrzały.
»Były to te same uczucia nienawiści i pogardy dla ciemiężców a nieskończonej litości dla uciemiężonych, którycheśmy prawie wszyscy doświadczali za uniwersyteckich i nawet wcześniejszych jeszcze, bo gimnazyalnych czasów, przy czytaniu broszur lub dziennikarskich artykułów, opisujących te strony i ich ohydne stosunki społeczne. Ale te uczucia potęgowały się teraz we mnie przez to, że własnemi, żywemi oczami patrzałem na tych ludzi. Wrzałem, powiadam ci, Sergiuszu, że czułem sam, jak widok każdego wykwintnego paltota i każdej białej ręki tutejszych królewiąt, rozniecał mi w źrenicach pożar nienawiści. Każda zato chłopska siermięga, każda dłoń w pracy zgrubiała, każdy grzbiet zgięty od dźwiganych brzemion, napełniał mię współczuciem tak dojmującem, że bolało mię ono daleko głębiej i nieznośniej, niż kiedykolwiek zaznany ból osobisty.
»Kilka miesięcy, które już tu przebyłem, nie zmieniły i nie umniejszyły tych usposobień moich. Owszem, na widok tutejszego ludu, pogrążonego w ciemnocie i grubiańskich nałogach, czuję wciąż wzrastające oburzenie przeciw tym, którzy przez długie wieki byli sprawcami jego niedoli. To oburzenie, pomimo mojej woli i wiedzy wybucha mi w spojrzeniu, ruchach, głosie, ilekroć wypadek, albo służbowe moje czynności wprowadzają mię z nimi w stosunek bezpośredni. Gdy patrzę na nich, do głowy mojej sama przez się, niewywoływana uderza myśl, że są to synowie tych, którzy miliony istot ludzkich skąpali w morzu cierpień i upodlenia. A mnóstwo widuję i takich, którzy jeszcze sami pełnili czynność zaciskania obroży na szyjach upokorzonych, ogłupionych, z bolu zdrętwiałych. Nienawidzę ich.
»Całą siłą myślenia i uczucia mego godzę się z tą grupą naszych publicystów, którzy żądają jak najśpieszniejszego zaniknięcia tej jadowitej rośliny, tu i owdzie jeszcze na tym gruncie przetrwałej. Tylko, muszę ci powiedzieć, że motywy tego żądania u nich są inne, a u mnie inne. Pomiędzy-plemienną nienawiść potępiam jako jeden z najgłupszych i najszkodliwszych zabytków przeszłości, i zdaje mi się, że jestem od niej całkiem wolnym. Kosmopolityzm, niewyłączający miłości dla ojczystego kraju i obowiązku służenia mu wedle możności, posiada we mnie szczerego hołdownika i wyznawcę. Ale szeroka i wiekowemi cierpieniami nabrzmiała fala demokratyzmu uderzyła mi w pierś wtedy jeszcze, gdym był pacholęciem, i sączyła się do wnętrza mego, ze wszystkiemi wrażeniami młodości, z każdem światłem, które w mój rozum wnikało. Tak jak całe pokolenie moje, kocham maluczkich i krzywdzonych, a nienawidzę pysznych i krzywdzicieli.
»Może i miłość ta, i nienawiść tem gorętsze są we mnie i bezwzględniejsze, że w żyłach moich płynie namiętna krew Pawła von Szarlov. Przekazał mi on w dziedzictwie zdolność do wielkich szałów, tylko gdy u niego sprowadzały one burze krwi i zmysłów, u mnie, wzbierają w nawałnicę myśli i altruistycznych wzruszeń. Może zresztą inna jeszcze istnieje przyczyna mojej czarnej niechęci dla tych zpomiędzy mieszkańców tego kraju, którzy do niedawna jeszcze byli absolutnymi i, o! jakże bezwzględnymi władcami milionów swoich współbraci. Wyobrażam sobie, że żadne na świecie spojrzenie, z tak straszną nienawiścią i pogardą nie spoczęłoby na ciemiężącym Helotach Lacedemończyka, jak spojrzenie rzymskiego Spartakusa. A wiesz dlaczego Spartakus uczułby najmocniej i cierpienia Heloty i nikczemność jego władcy?... Ale pocóż szukać przyczyn dla uczuć tak sprawiedliwych, i wygrzebywać motywy pojęć, nam wszystkim, ludziom dzisiejszym, tak dobrze znanych?
»Motywy, pobudki, okoliczności łagodzące winy, lub je obciążające, posiadają niezmierną wagę w dziejach występków i zboczeń jednostek. Lecz zbiorowe sprawy niechaj sobie szczęśliwie pod skalpel analizy biorą społeczeństwa wystygłe, spróchniałe, niewiele już popraw bytu swego mogące się spodziewać od przeszłości. Tak też one czynią, i grzęzną, grzęzną po uszy w swem tradycyjnem błocie, powstanie jego subtelnie tłómacząc, a dzieło czyszczenia i osuszania swych gruntów odkładając na potem, na kiedyś, kiedy się rzecz wedle ich zleniwiałego rozumu dosyć już wyjaśni. My, młodzi, świeżo przybywający na arenę cywilizacyjnych prac i walk, niecierpliwsi jesteśmy, rzutniejsi. Świeże nasze siły, domagają się jak najprędszego użycia, niesterane namiętności przygłuszają często głos samego rozumu. U nas, gdy idzie o sprawy zbiorowe, złe jest złem, dobre dobrem, krzywda krzywdą i krzywdziciel krzywdzicielem, jakichkolwiek tłómaczeń i usprawiedliwień dostarczyćby mu mogły wszystkie etnograficzne, historyczne i psychologiczne dociekania.
»Pamiętasz, Sergiuszu, tego naszego młodego filozofa Anglika, który, gdyśmy jeszcze przechodzili drugi i trzeci kurs prawa, nie wiem już jakim sposobem, popadł w nasze koleżeńskie najserdeczniejsze kółko? Pamiętasz ten głos flegmatyczny i suchy, który z precyzyą kamieni padających w burzliwy potok, w najgorętsze nasze rozprawy rzucał zawsze jednostajne słowa: — »Determinizm, moi drodzy, determinizm! co czynicie z teoryą deterministyczną?« — Cali w ogniu i pocie rozpraw, pełnemi usty rzucając na cztery strony potępienia i wyroki, z pewnem zdziwieniem zawsze oglądaliśmy się na sztywną postać i białą, rozważną twarz naszego Edwarda. A on, w jednej czwartej zaledwie otwierając usta, śmieszną i świszczącą mieszaniną dwóch języków, swego i naszego, wciąż prawił: »Szukajcie przyczyn, my dear friends, szukajcie wpływów! człowiek jest sumą działających na niego wpływów. Determinizm my dear friends, determinizm! szukajcie determinizmu który wypadł wam z głowy, jeżeli był w niej kiedy «.
»Naczytał się swoich Buckle’ów, Mill’ów, Spencer’ów i mniemał na dobre, że te, zresztą bardzo szanowe głowy, natura wytworzyła dla położenia ostatecznego kresu rozwojowi myśli ludzkiej. Zachodowiec! W prawdziwie angielskiej zarozumiałości swej nigdy uwierzyć nie chciał w to, cośmy mu nieraz powtarzali, że przybywa na świat siła nowa, świeża, i przynosi z sobą świeże zdolności, nowe twory.
»Tę siłę, Sergiuszu, ja czuję w sobie zdwojoną, potrojoną, odkąd tu jestem. Nie chcę szukać przyczyn i wpływów, ani tracić czasu na zagłębianie się w teoryach. Na ostrzu miecza umieszczam spór pomiędzy dobrem i złem, sprawiedliwością i krzywdą, trucicielami i tymi, których przez wieki trucizną pojono z pełnego i nigdy niewyczerpującego się kielicha. Niechaj to plemię zginie, nie dlatego, że jest plemieniem tem a nie innem, ale dlatego, że w niem upostacia się jeden z najgłupszych przesądów, jedna z najsroższych ran i ze wszystkich pewnie najohydniejsza zbrodnia przeszłości.
»Jako urzędnik, nie chcę ku celowi temu posługiwać się żadnemi środkami. Sprawiedliwości jednostkowej mieszać nie będę ze sprawiedliwością zbiorową. Czynić tego nie mogę, a gdybym nawet mógł, nie pozwoliłoby mi na to sumienie moje. Ale, jako człowiekowi, pozostaje mi życie prywatne ze wszystkiemi jego stosunkami, wpływami, z całą jego minimalną choćby pracą nad przedsięwziętem dziełem. Tem dziełem mojem, ukochanem, wszystkich sił moich wzywającem, będzie pocieszanie i podnoszenie tak długo krzywdzonych i maluczkich, a umartwianie i niszczenie pysznych i krzywdzicieli, chociażby zadawanie krzywd nie było już, ku wielkiemu ich smutkowi, w ich możności.
»I nie wiem, co mi większą rozkosz sprawić może, czy w upośledzonym i zbydlęconym dotąd człowieku powitać równego mi ludzkiemi przymiotami brata, czy na głowie jego wiekowego gnębiciela postawić mszczącą jego krzywdy stopę. Bo jeżeli ucisk wszelki, sam przez się, jest dla ciebie jak dla mnie rzeczą ohydną, to pojęty jako wymiar sprawiedliwości......«
W tej chwili otworzyły się drzwi przedpokoju, do saloniku wszedł człowiek w ubraniu urzędnika policyi niskiego stopnia. Z postawą wyprostowaną, zbliżywszy się do wejścia alkowy, oznajmił:
— Obwinionego przywiodłem.
Aleksy podniósł znad papieru twarz okrytą wyrazem szczerej egzaltacyi, z jaką wywnętrzał się przed przyjacielem ze swych poglądów i uczuć, ujrzawszy policyanta wyprostował się, przeciągnął dłoń po czole, jak ktoś chcący co prędzej wrócić od przedmiotów oderwanego myślenia ku rzeczywistości, spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 10-tą przed południem, i krótko odrzekł:
— Wprowadź!
Po chwili w tych samych drzwiach, któremi wchodził policyant, ukazała się postać ludzka tak szczególna, że na jej widok sędzia śledczy pochylił się nad swem biurem i utkwił w nią wzrok pełny zdziwienia zmieszanego z badawczością.
Był to człowiek, który może posiadał niegdyś formy i wygląd przeciętnego człowieka, ale teraz wydawał się raczej mętnem ich przypomnieniem. Szczupły, bo chudy i skurczony, niski, bo zgarbione plecy jego zarysowywały prawie kształt półobręczy, twarz miał okrągłą i malutką, z nosem znikającym wśród gąbkowatych policzków, z malutkiemi oczkami, błędnie i trwożnie błyskającemi zpod brwi wypukłych i białych, rzadkim włosem zjeżonych. Białe, rzadkie włosy okrywały niekształtnie rozwiniętą i prawie śpiczastą tylną część jego czaszki, od czoła zaś, głowa jego przykro świeciła żółtą nagością, wśród której ze smutnym komizmem sterczały gdzieniegdzie kępki siwego włosa. Wiek jego łatwo określić było można. Nie mógł mieć lat mniej jak siedemdziesiąt. Trudniej byłoby z pierwszego wejrzenia odgadnąć, czy niewiastą był on lub mężczyzną. Tak zwane wiejskie baby często miewają takie same twarze i włosy i ubierają się w takie same do stóp sięgające, w pasie powrozem z konopi przewiązane siermięgi, jak ta, zpod której wysuwały się wielkie, płaskie, łachmanami owinięte i płytkiemi trzewikami po podłodze klapiące nogi oskarżonego.
— Szczególny przestępca! — zcicha do siebie rzekł sędzia śledczy. I nagle z żywem poruszeniem zawołał:
— Co to? co robisz? Policyant, podnieść go!
Obwiniony, przed wejściem do alkowy, ujrzawszy biurko z piętrzącemi się papierami i siedzącego za niem urzędnika, padł na klęczki, pochylił aż ku ziemi swoję nagą, bezkształtną głowę, i tak jak to ludzie czynią niekiedy w kościele, z żarliwością pełną nabożeństwa i trwogi począł całować podłogę. Policyant żwawo przyskoczywszy przywiódł mizerne jego ciało do postawy stojącej, i niby dziecię wiodąc go za ramię, postawił przed biurem, naprzeciw wpatrującego się w niego wciąż urzędnika, potem zcicha odszedł. Sędzia i obwiniony pozostali sam na sam.
— Jak się nazywasz? — zapytał urzędnik.
Wyraz twarzy obwinionego byłby w tej chwili ciekawem dla psychologa połączeniem zgnębienia i ostrożności, trwogi i żądzy wniknięcia do głębi istoty sędziego. Małe jego oczki to podnosiły się na cieniem nieco okrytą twarz tego ostatniego, to bojaźliwe, na podobieństwo umykających przed ogarami zająców, rzucały się w różne strony. Bezbarwne i gąbkowate wargi jego drżały trochę, a małe, bo muskułów i tłuszczu pozbawione ręce, węzłowatemi i pełnemi plam i blizn palcami, mięły i kręciły końce przepasującego go sznura.
— Jak się nazywasz? — łagodząc surowe najczęściej brzmienie swego głosu, powtórnie zapytał Aleksy.
Głos cichy i jąkający się odpowiedział:
— Skomoroszka, wasza światłości, Skomoroszka.
— Imię chrzestne?
— Janko, wasza światłości, Janko.
— Stan?
Tu nastąpiła długa pauza.
— Stan twój? — powtórnie zapytał urzędnik.
Mała, chuda, ciemna ręka podniosła się ku części głowy porosłej rzadkiemi siwemi kępkami.
— Jaki stan, wasza światłości? jaki ten mój stan...?
— Ze szlachty pochodzisz, z mieszczan, czy z chłopów?
— Z chłopów, wasza światłości, chłop, chłop...
Jeszcze łagodniejszym niż wprzódy głosem sędzia śledczy ciągnął dalej swe pytania.
— Majątek jaki masz?
Obwiniony wzruszył ramionami.
— Miał niegdyś, wasza światłości, miał i ziemię, i chatę, i żywioł wszelki, ale dawno już niema, niczego niema...
— Żonę i dzieci masz?
— Żonka zmarła, a dzieci miałem, wasza światłości, miałem... dwie córki i syna, ale teraz już niema, ze wszystkiem niema.
— Czem się trudnisz?
— Ja? — ze zdziwieniem jakby wymówił obwiniony: — wasza światłość żąda wiedzieć, co ja robię? zwyczajnie dziad kościelny... pacierze mówię i żebrzę, a co ja mam robić?..
— Więc jesteś żebrakiem?
— Tak, wasza światłości, żebrakiem.
— Oddawna?
— A ot, z dziesięć lat już będzie, jak mię tknął paralusz, wstać wstałem, ale drzewa już piłować, ani jakiej takiej roboty robić ani weź już nie można było, to i pod kościoł poszedłem, Pana Boga chwalę i do dobrych ludzi rękę wyciągam, co począć?
Tu ukończyły się wstępne pytania, sędzia przez chwilę milczał i namyślać się zdawał, potem poważnym, ale jakby wahającym się głosem zaczął mówić:
— Obwiniony jesteś, Janku Skomoroszko, o okradzenie mieszkania Antoniego Mroczyńskiego przy ulicy X., w czasie, gdy w tem mieszkaniu nikt nie był obecnym, przed dwoma tygodniami w niedzielę, w czasie odprawiających się w kościołach nabożeństw i na rynkach targów, wskutek których ulica X. była zupełnie pustą. Czy przyznajesz się do winy?
Teraz zgarbione ramiona Skomoroszki z całą energią, do jakiej były jeszcze zdolne, podniosły się w górę, i śpiesznie, tracąc prawie oddech, zaszeptał:
— Nie, wasza światłości, dalibóg nie, jak zbawienia duszy pragnę, jak chcę żeby Najświętsza Panienka ulitowała się nad duszą moją, tak nie kradłem... Jak chcę światłość niebieską oglądać, tak nie kradł, nigdy nic nie kradł... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętgo Amen, Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech, ratuj mię niewinnego, prześladowanego, o ciężkie grzechy obwinionego, nieszczęśliwego człowieka!
Rzutami źrenic, przypominającemi w zygzak uciekające zające, więcej jeszcze niż wprzódy skurczony, zmalały, ściśniętą pięścią uderzał on w zapadłe swe piersi, żegnał się, w niskich szybkich pokłonach zginał się aż do pasa.
Sędzia śledczy po krótkim namyśle wyciągnął rękę ku pobliskiemu sprzętowi, i wziąwszy z niego złoty pierścionek, ukazał go oskarżonemu.
— Przedmiot ten — rzekł — odebrano ci wtedy, gdyś go próbował sprzedać na rynku. Należy on właśnie do rzeczy skradzionych Mroczyńskiemu. Jakim sposobem dostał się on do rąk twoich?
Oczy oskarżonego biegały i migotały, a palce ze zdwojoną szybkością kręciły końce sznura, gdy śpiesznie, śpieszniej jeszcze niż wprzódy, więcej jeszcze niż wprzódy zmieszanym i szepleniącym głosem odpowiedział:
— Jak pięć ranek krwawiących się było na ciałku Pana naszego Jezusa Chrystusa, tak mnie ten pierścionek pan jakiś darował, czy ja wiem kto? jakiś nieznajomy pan, taki piękny, w takim sobie bogatym paltocie, przechodził trotuarem, i jak go zacząłem prosić o wspomożenie, wziął i ten pierścionek na rękę mi rzucił... ot jakby ziarnka grochu rzucił, musi być bogaty... Żeby mnie tak jak Panu Jezusowi na krzyżu Żyd włócznią żelazną bok przebił, żeby mnie na dzygarze (zegarze) boskim godzina zbawienia nie wybiła, jeżeli ja łgę... Niech wasza światłość zlituje się nade mną i oswobodzi nieszczęśliwego, niewinnie posądzonego człowieka... Ja stary... Na starość rękę wyciągnąć przyszło, a tu jeszcze taki wstyd i niewinne orkarżenie...
Z całej siły powiekami przyciskał źrenice, które też przysłonił odwrotną stroną rąk, a z piersi jego wychodziły dźwięki do kwilenia dziecka lub piskliwego zawodzenia kobiety podobne. Widać było jednak, że nie płakał na prawdę, że we wcielonej tej nędzy w grzybiałej tej starości istniało sporo instynktów przebiegłych, przewrotnych, nabytych w życiu tak długiem, a jakiem? Któż oprócz niego mógł wiedzieć? Co pewna, to, że małe oczki jego wkrótce wybiegły zpod przysłaniających je rąk, aby szybkie i trwożne, lecz przenikliwe wejrzenie zatopić w twarzy sędziego. Lecz w tejże chwili, ręce mu wzdłuż ciała opadły, kwilenie ustało w piersiach, a twarz dziwacznie skrzywiona i wstrząsana przybrała całkiem prawie uspokojone linie. Aleksy von Szarlow, razem z fotelem na którym siedział, w ten sposób zwrócił się ku oskarżonemu, że ten w pełnem już świetle zobaczyć mógł twarz jego daleko bardziej smutną niż surową, z wyrazem ust dziwnie w tej chwili łagodnym i wejrzeniem błękitnych źrenic pełnem przyjacielskiej niemal zachęty.
— Janku Skomoroszko, lepiej na tem wyjdziesz, jeżeli nie uciekając się do kłamstw i nadaremnych szlochań, wszystko przede mną otwarcie wyznasz. Wrogiem twoim nie jestem, i sądzić cię nawet nie będę. Moją rzeczą jest tylko sprawdzić twą winę, której szczere opowiedzenie ze wszystkiemi jej okolicznościami, na los twój bardzo dobrze wpłynąć musi.
Po chwili milczenia i jakby wahania dodał jeszcze:
— Mów staruszku, mów staruszku, bez obawy. Lituję się nad twoją opłakaną starością, chcę wiedzieć prawdę, ażeby ci dopomóc.
Cicho zaś do siebie samego wymówił:
— Co za starość! Jaka nieszczęsna starość!
Dziad patrzał, słuchał i uspokajał się zupełnie; po chwili skinął głową, westchnął i rzekł:
— Niechaj już i tak będzie. Już kiedy wasza światłość taka na mnie łaskawa, to już i prawdę powiem, tak jakby księdzu na spowiedzi.
Z mnóstwem westchnień i żałosnych ruchów głowy, z błagalnie utkwionem w sędziego wejrzeniem, lecz już bez uprzednich zaklęć i sztucznie gwałtownych ruchów, dość nawet zwięźle opowiedział, że gdy dwaj nieznani mu złoczyńcy rabowali wiadome mieszkanie, on zaszedłszy na dziedziniec jako żebrak, stał się mimowolnym świadkiem dopełnionego występku. Tak przecież ukryć się nie mógł, aby niepostrzeżonym pozostać. W innej porze, byłby może przypłacił życiem swą obecność w owem miejscu, ale w dzień biały, jeden ze złoczyńców ujrzawszy go przyczajonego w kącie dziedzińca, rzucił mu tylko ten złoty pierścionek ze słowami: »Masz durniu! I milcz! milcz! jeżeli ci życie miłe, milcz!« W ten sposób kupiwszy jego milczenie, zniknęli w jakiemś wąskiem i przyciemnionem przejściu. On zaś milczał, i zdobycz swą wyniósł na sprzedaż pomiędzy ludzi, w dzień targowy zebranych na rynku.
Tym razem przenikliwe i dość już wprawne oko i ucho sędziego w mowie jego odgadło prawdę. Wina jego więc mniejszą była niżeli o tem sądzono. Jednak wyznawszy ją, żebrak znieruchomiał, spochmurniał tak, jakby ot, w tej już chwili, straszny jakiś wyrok spaść miał na pochyloną w pokorze, smutnemi kępkami siwych włosów najeżoną głowę. Von Szarlow, przez chwilę pisał coś i notował, poczem złożywszy pióro, zagłębił się w swym fotelu i splotłszy ręce znowu wzrok utkwił w postać winowajcy. Właściwie śledcza jego czynność razem z własnem wyznaniem tego ostatniego skończona już została. Ale ten sędzia był zarazem człowiekiem młodym, inteligietnym, ciekawym różnych zjawisk i losów ludzkości. Skomoroszko zaś, w tej dla niego krytycznej chwili, wystawiał obraz takiego połączenia apatyi z rozpaczą i tak absolutnego nad brzegiem mogiły sieroctwa i opuszczenia, że w żywej wyobraźni sędziego powstały może w tej chwili przypomnienia wszystkich siwowłosych starców, których widywał kiedykolwiek otoczonymi troskliwością i czcią, płynącymi ku nocy nieznanej, na łagodnych i spokojnych blaskach wieczoru ich życia. Ten kontrast mimowoli może na usta jego wywołał słowa:
— Jakimże to sposobem i jakiemi drogami doszedłeś do żebractwa, ukrywania złodziejstw i takiego nędznego końca życia?
Dziad słowa te zrozumiał wybornie, i zdziwiły go one nieco, ale więcej jeszcze rozrzewniły. Była to dla niego chwila, w której z łatwością mógł się rozrzewnić. Jednak nie zmienił swej apatycznej i bezsilnie zgarbionej, skurczonej postawy, tylko małe oczy jego, z zagłębień swych błysnęły żywiej i nieśmiało, ale z zupełnym już spokojem spoczęły na twarzy pytającego; powoli z zadumą, przyciszonym, szepleniącym głosem, zaczął mówić:
— Jakim sposobem, panoczku? Hej! dawniejsza to historya, dawniejsza! Zrządzenie widać boskie takie było, ale najwięcej złości ludzkiej, oj! złości i niesprawiedliwości wywarli ludzie na mnie tyle, ile jest wody w tym potoku, który tam, kole mojego dawniejszego sioła płynie.
Westchnął, i długo milcząc trząsł głową. Sędzia zapytał:
— I jacyżto ludzie wywarli na ciebie złość i niesprawiedliwość?
— Wiadomo — odparł dziad: — pański ja był i ziemia, na której siedział, pańska była...
Umilkł. Przecież ten, z którym rozmawiał, także był panem. Nieśmiałość powstrzymała zwierzenia, do których nastrój chwili czynił go skłonnym. Ale sędzia zapytał znowu:
— Naturalnie, zamłodu pańszczyźnianym byłeś, i złego, okrutnego pana mieć musiałeś?
W słowach tych syknęła ironia i zadźwięczała namiętna prawie chęć wczytania się w karty tego zgnębionego losu. Dziad czekał tylko zachęty.
— Ot, pan był, zwyczajnie jak pan, ni to zły, ni to dobry... czasem dobry, a czasem okrutnie zły. Nie dużo my jego znali, bo gdzieściś po świecie jeździł i gdzieściś w wielkich miastach siedział... Komisary rządzili, wekunomy, a te już, oj, bodaj im dobre nie bywało, bodaj ich dzieciom i wnukom Pan Bóg za wszystkie nasze krzywdy odpłacił!..
Im więcej ośmielał się i ożywiał, tem więcej chłopskich wyrazów i obrotów mowy z ust mu wybiegało. Same przez się, bez jego wiedzy, powstawały one z dna jego pamięci, razem z wywoływanemi ztamtąd przypomnieniami przeszłości. A ożywił się i ośmielił tak, że aż wyprostował nieco zgarbione swe plecy, głos nieco podniósł i giestami rąk, na które co chwila opadały strzępy podartych rękawów siermięgi, mowie swej wtórować zaczął.
— Ziemia była ni to zła, ni to dobra, żytnia, z kawałkiem pięknego wypasu, chleba było dość, dwa woły, koń... dzieci rosły, żonka była zwyczajnie sobie pracowita baba... na pańszczyznę chodzili, ale ot i nie narzekali na nic. Z wolą boską zgadzali się i żyli... Aż tu, na jeden raz, wszystkie biedy na człowieka spadły. Woły jednego miesiąca pozdychały, czort ich wie, co im takiego stało się; a jak woły pozdychały, trzeba było jednym koniem wszystko robić i orać, i dostawy wozić; żywioł osłabł tak, że już ledwie nogami ciągał, a cała bieda na chłopa. Wekunom, do którego nasze sioło należało, był bardzo zły. Proszę bywało: »Dajcie wołów!« a on: »Rób chamie koniem, a jeżeli on nie zdąży, żonkę do pługa przyprzęgnij...« I śmieje się, bestya, jak dyabeł z duszy człowieczej, kiedy ją w całkowitość mocy swojej weźmie. No, ale dobre jeszcze bywało kiedy śmiał się, innym razem, kiedy swojej roboty człowiek z przyczyny, że wołów nie miał, nie zrobisz, bił, katował... Oj, panoczku coto i wspominać? życie zaczęło się takie, że już i w piekle gorzej nie może być, a tu i głodne lata przyszły, i cholera żonkę zabrała, i człowiek odzinoki pozostał z trojgiem dzieci, między któremi najstarszemu synkowi piętnasty roczek szedł...
Umilkł znowu na chwilę, lecz widać było, że wnet znowu zacząłby mówić, bo raz wywołane wspomnienia wichrem zaszumiały w starej jego głowie i zapadłej piersi, ale sędzia z roziskrzonem okiem i rumieńcami, które zaczynały wybijać się na jego białe policzki, wpadł w mowę ostro wymówionem pytaniem:
— A pan twój? Cóż? Nie dopomógł ci? Nie ratował? Czy nie widywaliście go nigdy?
— Widywali panoczku, czemu nie widywali? Przyjeżdżał, to i co, że przyjeżdżał, kiedy do niego dostępu nie było? Komisary sami ze wszystkiego jemu rachunek zdawali i tak samo z ludzi, który dobry jest, a który zły, to jeszcze i poproszą, ażeby dla pańskiej powagi złych sam obić kazał...
— I rozkazywał bić? — zapytał znowu sędzia.
Dziad myślał chwilę. Widać uczuwał chęć i potrzebę wypowiedzenia szczerej prawdy. Nakoniec odpowiedział...
— Różnie bywało, bo to, paniczu, pan nasz także swoje biedy miał, pańskie biedy, bardzo dużo po świecie groszy rozrzucał, to mu ich czasem i brakowało...
Tu, coś nakształt filuternego, złośliwego uśmiechu wykrzywiło bezbarwne i bezzębne usta żebraka.
— Kiedy przyjedzie bez tej biedy, to dobry, że choć jego do rany przyłożyć. Zwołuje wtedy ludzi przed dworski ganek i pyta się sam: »A jak wam? A czy wam czego nie treba? A czy wam komisar i wekunomy krywdy nie robią?« My to wtedy milczym zawsze, jak te kamienie, bo wiemy, że pan prędko znów pojedzie sobie, a komisar temu, ktoby na niego skarżył się, chybaby już ze wszystkiem szkórę zdarł. Ale pan sam do nas podchodzi, z jednym pogada, drugiemu i hroszy da, a czasem skrypki sprowadzić każe, na stole kiełbas i ogórków postawi i mówi: »Potańcujcie sobie dzieci, pobawcie się!« I my tańcujem, a pan czasem dzieuczata łapie i także z niemi po trawie »kruciela« wywija, aż lubo patrzeć... a piękny był mężczyzna, i taki w sobie wielki i dumny, zwyczajnie pan...
Tu Aleksy von Szarlov z okiem błyskającem, przez zaciśnięte zęby wymówił:
— Bawił się ludźmi jak lalkami, w łaskawego pana grał! Głupiec!
I głośno dodał:
— No, a jak ze swoją biedą przyjedzie, jak mu pieniędzy brakuje, to co wtedy?
— Wtedy paniczu to z nami było już źle, oj, jak źle! Niechaj o tem gadają te kosteczki białe, co przed czasem schowały się pod żółty piasek mogiłek tych, co kole naszego sioła krzyżykami i jodełkami sterczą. Wtedy pan żądał, żeby jemu komisar dużo hroszy dawał, a on, kiedy ich nie miał, bo połowę już panu oddał, a połowę sam szelma ukradł, wszystko na nas chłopów walił. »Dochodów, mówi niema, bo chłopy złe, leniwe, nie robią... chłopy złe, mówi, bo pan dla nich zanadto dobry, ze wszystkiem ich rozpuścił... Srogości na nich treba, mówi, bizuna, to i dochody zaraz będą..« Pan i bez tego już w złym humorze, w okrutną złość wpada, i wtedy już piekło... Kiedy w złość wpadł, wtedy o niczem nie pamiętał, krzyczał tak, że my wszyscy jak te listki osinowe trzęśli się ze strachu: »Ja nad wami pan! krzyczał, ja z wami wszystko zdziałać mogę, co zechcę; mnie taka nad wami władza dana, zabiję, powywieszam, bydlęta!« Wieszać nikogo nie powiesił, ale siec kazał i z chaty do chaty jak psy przepędzał, lepszemu lepszą ziemię, gorszemu, nibyto za karę, gorszą dając...
Zadyszał się dziad od długiego mówienia, jękliwe westchnienia zatrzęsły jego piersią, spuścił powieki i odpoczywał chwilę.
Aleksy von Szarlov, przeciągnął rękę po czole i z cichym sykiem oburzenia wymówił do siebie:
— Tyran! Nikczemnik! Okropna historya!
Dziad z chwilowego jakby snu obudzony, opowiadał dalej:
— Raz, ot i na mnie taka dola przyszła, z przyczyny tych wołów, co pozdychały, i tego, że jednym koniem człowiek ani jak zrobić nie mógł wszystkiego, co jemu przykazane było. Przyjechał pan komisar na mnie ze skargami, a na moję gorzką niedolę panu widać wtedy hroszy brakowało, bo był okrutnie zły. »Wysiec! krzyknął, i za karę do tej chaty, co wali się, na najgorsze piaski przesiedlić!« Wysiekli. Człowiek ledwie z duszą wyszedł, a tu jeszcze każą jemu wynosić się z tej chaty, do której już przyzwyczajenia nabrał, i schodzić z tej ziemi, którą od swoich najmłodszych lat orał, a przenosić się na taką, z której tylko żółte dziewanny jak las wyrastały, a przy ździebełku owsa albo żyta jak bywało staniesz, to drugiego i okiem nie dojrzysz. Co począć? Człowiekowi i wprzódy już życie było tak zbrzydło, że patrzysz, bywało, patrzysz, na jaką wysoką gałąź, i czort do głowy swoje dyabelskie myśli nawodzi... żeby tak postronek, hej! hej! ale najbiedniejszemu robakowi niełatwo rozstawać się z tym światem. Myślał ja, myślał i wymyślił. Nogi za pas i hajda na Wołyń! Byli takie ludzie co i tę myśl podali, i potem dopomogli; uciekłem.
— Na Wołyń uciekłeś? Dla czegoż na Wołyń? — zapytał sędzia.
Dziad uśmiechnął się.
— Panicz naszych chłopskich obyczajów nie zna i chłopskiej mowy nie rozumie: ja nie na Wołyń uciekał, to tylko tak u nas mówiło się, ja nie wiem dlaczego to tak mówiło się, że kiedy jaki chłop uciekł, to mówiło się, że on na Wołyń uciekł. Ale ja i na prawdę na Wołyniu był, i gdzie ja nie był, i czego ja nie robił, i czego ja nie cierpiał! Zwyczajnie tułacz bezdomny, a jak ten zając przed psami chowający się, żeby go odkrywszy, nazad czasem, zkąd on uciekł był, nie przywiedli...
Mówił więcej teraz do samego siebie niżeli do tego, który słuchał go z brwiami ściągniętemi groźnie i srogo, z uwagą wytężoną i z oczami świecącemi palącem, bolesnem współczuciem. Głos jego stawał się coraz jękliwszym, ale mówił coraz szybcej, i byłby pewno już mówił długo, nieprzerwanie, bezkońca, gdyby mu był Aleksy von Szarlov nie przerwał pytaniem:
— I z tułaczki swej wróciłeś zapewne wtedy dopiero, gdy was wszystkich uwolniono zpod pańszczyźnianego jarzma?
— Wróciłem ja, panoczku, wróciłem w te strony jak tylko wolność nastała; ale co z tego wrócenia? Człowiek jak był tułaczem bezdomnym, tak już i został.
— Dzieci w nieobecności twej poumierały? — zcicha zapytał von Szarlov.
— Jedna córka zmarła, druga dokądściś daleko, do drugiego powiatu za mąż wyszła. Do syna ja, panoczku, przyszedł, który żywie i niedaleko naszej wioski we dworze za parobka służy.
— A mówiłeś, że nie masz dzieci?
— Niema, panoczku, ze wszystkiem niema...
— A syn, który żyje?
Dziad głową pokiwał.
— On żyje, ale jego dla mnie niema. Albo on do mnie przywykł? Albo ja jego wyhodował? Albo my razem w pole chodzili orać o bożym ranku i razem na boże skowronki oczy podnosili, albo kiedy razem nad dolą naszą zapłakali? Gorzka bieda wygnała mnie z chaty, kiedy jemu szesnasty roczek szedł, a teraz on już sam siwy, i dzieci swoje pohodował. Ani ja tych swoich wnuków rodzących się widział, ani ja na ich chrzcinach bywał, ani ja ich małych na rękach swoich nosił. Cudzy ja im, cudze mnie one. Przyszedłem, zdziwili się, zpoczątku dobrze obeszli i przyjęli, ale potem: »Idź dziadzie, na te drogi, po którycheś całe życie chodził — a u nas darmo chleba nie jedz... Ty nam choć ojciec, nie ojciec; choć dziad, nie dziad...« To i poszedłem, drzewo w mieście piłowałem, póki paralusz nie tknął, a kiedy Pan Bóg na mnie tę ciężką chorobę spuścił, to choć i wstałem z niej, do roboty już mocy w krzyżach i rękach nie było. Pod kościołem siadłem i tak już umrę sierota niebogi, bezdomny, bezdzietny i sponiewierany... Jakby ten łajdak ostatni, co całe życie tylko pił i hulał, a ja nie pił i nie hulał, tylko wywarła się na mnie wielka złość i niesprawiedliwość ludzka...
Teraz już umilkł, ręce opadły na wzdłuż ciała, a na nie opadły strzępy podartych rękawów siermięgi. Plecy jego zakreśliły już linią zupełnego półkola, a po twarzy nisko spuszczonej pociekły duże, rzadkie łzy.
Von Szarlov całą postacią swą nad biurem pochylony, pochłaniać się zdawał wzrokiem tę ludzką postać, więcej do zdeptanego robaka, niż do człowieka, podobną. Zdawało się, że tuż, tuż, wyciągnie ku niej ramiona. Nie uczynił jednak tego, tylko zdławionym od litosnego wzruszenia, a przez gniewne oburzenie wstrząsanym głosem zapytał:
— Jakże się nazywał ten pan twój, sprawca twojego szczęścia?
Dziad w łzawej zadumie swej nie dosłyszał pytania, podniósł nieco twarz i wyszeptał: — O co pytacie panoczku?
— Jak nazywał się pan twój? Chcę o tem wiedzieć, bo może, — dodał do siebie, — spotkam tu kiedy jego potomka...
Dziad odpowiedział:
— Pan nazywał się, oj, troszkę zapomniał... Aha, nazywał się fon Szarlow.
— Co? — krzyknął sędzia: — jak?
Dziad powtórzył.
— Fon Szarlow, panoczku, ot i imię jego przypomniałem sobie, Paweł fon Szarlow... pułkownikiem huzarów był...
Aleksy wyprostowany, sztywny stał twarzą zwrócony ku oknu, a plecami ku temu, z którym przed chwilą rozmawiał. Obu dłońmi przyciskał czoło, do którego buchnęła ognista fala krwi, a w piersi mu szumiały dziwne jakieś wykrzyki i jęki...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

»Czy teraz Sergiuszu, kiedy ci opisałem historyą mojego Skomoroszki, zrozumiesz dlaczego, nim wziąłem się do kończenia tego listu, jak zranione zwierzę rzucałem się po mojem mieszkaniu, nie chcąc nikogo widzieć, nic słyszeć i tylko słuchając, słuchając, słuchając burzy własnych myśli, i tylko patrząc, patrząc, patrząc w obraz tego kochanego, dobrego, niezapomnianego człowieka, na który mi dziś spadła taka łzawa i krwawa mgła?.. Północ wybiła, kiedym zdołał nakoniec wrócić do rozmowy z tobą; a teraz jest już trzecia godzina ranna, noc minęła, siny świt dnia zagląda do moich okien...
»Co ja z tem teraz pocznę? Jak ja wyjdę z tych sieci, w które mię pochwyciły najdroższe pojęcia i najmilsze uczucia moje? Kto teraz na mojej głowie postawi stopę mszczącą losy Skomoroszki? Kto za winę mego ojca wyda na mnie wyrok: Zgiń! Kto w moich oczach w obliczu zmarłego będzie miał prawo rzucić wyrazy: »Głupiec i nikczemnik!« Ojciec mój, Sergiuszu, był dobry, dobry, dobry; mówię to i krzyczę sobie i tobie, mówić to i krzyczeć chciałbym całemu światu, tak to gorąco czuję, tak o tem silnie przekonany jestem. Jednak popełniał on to, co ja nazywałem zbrodnią, odkąd usta moje po raz pierwszy wymówiły wyraz ludzkiego współczucia i rozumu. Czy ludzie naprawdę bywają dwoiści? I ot, przyszło mi na myśl: czy on tylko jeden?.. Trzebaby nad tem zaprowadzić dochodzenie śledcze. O, te dochodzenia śledcze! jakie one wielkie nauki z sobą przynoszą!
»Czy ja tak zdenerwowany jestem, że jak histeryczna kobieta, hallucynacyj doświadczać zaczynam? Ot, najwyraźniej słyszę głos Edwarda, mówiący: »Determinizm, determinizm, my dear friends, co czynicie z teoryą deterministyczną?» Widzę nawet tego angielskiego w naszem koleżeńskiem kółku intruza; siedzi, ot tam, na kanapce, pali wyborne cygara i w jednej czwartej zaledwie otwierając usta, śmieszną i świszczącą mieszaniną dwóch języków, wciąż prawi: »Szukajcie przyczyn, my dear friends, szukajcie wpływów, człowiek jest sumą działających nań wpływów! Determinizm, my dear friends, determinizm!«
»Szukać przyczyn, szukać wpływów, dochodzić jakim sposobem człowiek staje się sumą okoliczności czasu, miejsca, własnego i cudzego życia, toż to jest śledztwo... Więc śledztwo czynić trzeba, nietylko w kłótniach i mordach jednostek? Śledztwa teraz tego ja pragnę i dopełnić go muszę, bo inaczej nie odnajdę nigdy straconego spokoju. Jeżeli mnie kochasz, i jeżeli kochasz swego ojca, ty, Sergiuszu, wołaj sam w ognisku, z którego rozchodzą się i na szerokie przestrzenie padają pojęcia namiętności i wyroki nasze, wołaj, proś, krzycz: Śledztwa, śledztwa! niema sądu bez śledztwa! róbcie dochodzenia śledcze wprzód nim za popełnione winy zawołacie; Zgiń! nim na naszych, albo pomarłych ojców naszych oprzecie mszczące swe stopy? Ja kochałem ojca swego i ty swego kochasz; ale jeżeli ktokolwiek, takim już stał się wrogiem sentymentów, że i tego nie ma, zostaje jakieś uczucie solidarności krwi czy honoru... Więc jakże? prawnikami przecież oba jesteśmy! Wiedzieć o tem musimy, że co nam, to i innym... Więc jakże?
»Znowu godzina upłynęła, i już nie sine świtanie, ale blask wschodzącego słońca zaróżowia szyby moich okien. Myślałem, myślałem, myślałem, ale nie tak jak wprzódy, nakształt szaleńca rzucając się po pomieszkaniu swojem i zaledwie mogąc powstrzymać się od uderzenia głową o jego ściany. Myślałem spokojnie, pozytywnie, nieruchomie w fotelu swoim, wzrok zapuszczając w nieskończoną pstrociznę ludzkich obyczajów, ustaw i kolei. I wiesz ty, bracie Sergiuszu, jakie ja po rozmyślaniach tych słowa ci nakreślę?
»Zdziwisz się, bo obaj nie mamy zwyczaju cytować ustępów z Pisma Świętego. A jednak teraz, z mocą nadzwyczajną przypomniałem sobie ustęp jeden, ten oto: »Kto z was bez grzechu, niechaj w grzesznego brata rzuci kamieniem«. Może wolisz coś zupełnie świeckiego, nie napiętnowanego pojęciem nadprzyrodzoności, której obaj zwolennikami nie jesteśmy. I owszem. Tylko trzeba żebyś wprzódy wiedział, że ludzie wydali mi się tej nocy równymi sobie, więcej jeszcze w grzechu i nieszczęściu, niż w cnotach i dostojeństwie. Dlatego myślę, że wobec wspólnych wszystkim słabości ciała i ducha, pokus, które psują, ran, które gryzą, i łez, które się leją, gdy człowiekowi idzie o wydanie nad człowiekiem sądu potępienia, dobrze jest przypomnieć sobie słowa starożytnego mędrca: Homo res sacra homini!«







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.