Przeznaczenie (Orkan, 1933)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Przeznaczenie
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PRZEZNACZENIE

— Niech bedzie pochwalony!
— Na wieki wieków... E, skądże ta?
— Z Hameryki.
— Prościusieńko?
— Tak jest.
— No wicie, wicie... Toście pewnie tutejsi?
— Tutejszy, z Poręby...
— E, od kogo?
— Od Kopańdy.
— Wsyscy święci!... Toście wy Morcin? Nigdybych wos nie poznała, takeście się odmienili. No wicie, wicie...
— Ja was poznoł, tylkom czekał, rychło mnie zaczepicie...
— To wy z koleje prosto?...
— Tak jest, prościusieńko... Moiściewy, co też tu słychać? Godojcie, co wiecie. Z listów nie można wymiarkorwać...
— Eh, moi kochani, skoda i godać!... Nie mieliście po co przyjezdzać.
— Żona?... — zapytał drżąco Marcin.
— Eh, wiecie pewnie z listów, co wom ludzie przesyłali... — odpowiedziała kobieta.
— Słyszałem, słyszałem, ale mi się nie chce wierzyć... Pieniędzy-m ij posyłał... — mówił zamyślony.
— To tyz, coście nogorzy zrobili. Było nie posyłać! Niechby sie była wymorzyła...
— Ej, co gadacie!...
— Godom prawdę. Ona wase zapracowane grajcary z tym wyrwipołciem przeflondrzyła, a i długów jesce do tego przyrosło...
— Mówcież wszystko dokumentnie, co wiecie!...: — szepnął, zrzucił tłumok i oparł się o poręcz. Kobieta siadła przy nim.
— Kieście odjechali — poczęła — sło jakiś cas dość dobrze; ale potem przyjęła na słuzbę Wojtka od Chyby, tego, co to downi do nie lotoł... No i zacęły się pijatyki, co wiecór tońce, a bezeceństwa, niech ręka bosko broni!... Te piniądze, coście przysłali, baba wasa zydowi w gardło wraziła!..
— O dlo Boga!... — przerwał Marcin.
— Słuchojcie ino dalij... Przyjechoł tu Sobek od Kozyry, ten wicie, co do Pesztu pojechoł na zorobek... Przywióz niemało papierków... Wasa jak pocuła u niego piniądze, dalize z nim pić... Wojtek zawziął sie na niego, przysło do bitki... Sobek pokalicół mocno Wojtka, tak ze ten i rusyć sie ni moze. Z tego do tego sło coraz gorzy. Wasa nie pilnowała roboty, w polu nieobrobione, syćko pustkom leżało, a dzieciska obsarpane chodziły...
— Rany Boskie! — lamentował zrozpaczony Marcin.
— Zeby to na tem koniec!... — ciągnęła dalej kobieta. — Przyśli dziandary i zabrali ze sobom Sobka...
— Za co?
— Za co? bo piniądze, które przywiózł, nie były jego, ino ukradzione... Co prawda, to nie on wzion te piniądze. Jeden z tych, co we fabryce robili, ukrodł je panu. Sobek wypatrzół, ka ten piniądze schowoł, wzion je i przyjechoł do wsi. Tamtego chycili, on po piniądze do schowku, a tu piniędzy ni ma. Bili go okropnie Madziary... Sobek wiedzioł o tem, a nie oddoł. Tako wom psio noga uparto!... A tu sie juz zaceni zwiadować, ze Sobek mo piniądze wielgie, no i tak jakosi bokem wychledali... Kiedy dziandary przysły, to już ino połowę mioł z tego, a i to oddoł wasy babie... Ho! wasa mądro! Zaroźnicki zabrała dzieciska i pojechała kolejom za Kraków.
— Wszyscy święci! i nima jej?! — wykrzyknął Marcin, chwytając się za głowę.
— A nima... Wicie, do cego to dosło. Kiebyście byli do Hameryki nie jeździli, jak wom ludzie radzili, tobyście przecie wyzyli na tym gruncie. Mieliście i młyn, i cosi kasi, a teroz co?... Baba uciekła z dzieciskami, na polu nima nic... Jesce wos z chałupy dłużnicy wyzyną... Tak, tak, kumotrze!... — dopowiedziała kobieta. — No, musę iść, bobych sie na termin spóźniła... Momy proces z tym sąsiadem...
Marcin już nie słuchał... Nawet nie pożegnał się z „kumoską“, ale wziął tłumok na plecy i szybkim krokiem puścił się do wsi... Zdaleka zobaczył już swoją chałupę. Przystanął nagle, oczy przysłonił ręką i wpatrzył się w nią... Pusta była, nikogo przed progiem... Bez sił prawie, oparł się o poręcz, a łzy „cióreckiem“ leciały na ziemię...
— Mój Boże! — myślał — jak ja sie cieszył, kiedym jechoł bez morze, ze przecię uźrę swoich, dzieciska zdaleka zmiarkują, wylecą naprzeciw, a tu nikogo... nikogo!... — i urywane słowa przytłumiło bolesne łkanie.
— Oj Marcyś, Marcyś!... ja cie o mało na rękach nie nosił, robić nie pozwoloł, a tyś mnie tak odleciała... Oj Marcyś, Marcyś!...
Wypłakał się jak dziecko, wstał prawie siłą i poszedł dalej, zataczając się jak pijany...
Ranek był piękny... Ludzie wyłazili z chałup na pola to z sierpem, to z kosą; widzieli idącego. Parę kobiet nawet „Boga pochwoliło“, on odpowiedział machinalnie i szedł dalej. Niktby go i tak nie poznał!... Zmienił się, wąsy zapuścił; a z tłumokiem na plecach wyglądał raczej na żebraka, niż na tutejszego gospodarza.
— A ot pijane dziadzisko włóczy się, lańdzi, by mieć na wódkę — dolatywały go słowa idących.
Serce jeszcze bardziej mu się ścisnęło... On witany jak dziad we swojej wsi; on, młynarz dawny...
— Oj Marcyś! Marcyś!... — szeptał przez zaciśnięte bólem zęby.
Przypomniał sobie, jak on to, parę lat temu, wyjeżdżał z chaty z nadzieją, że niedługo powróci z pełną „kieśnią“ talarków... Pospłaca długi, dokupi pola i „bedzie ućciwym gazdą“. Tak okropnie „charował“, a zawsze było brak. Na przednówek musiał kupować... Więc myślał sobie, że przecię raz pozbędzie się biedy i „dzieciskom ostawi tyle, żeby się po jego śmierci nie potrzebowały gryść między sobą“...
Prosił tyle Marcysi, żeby o dzieci dbała, a pilnowała chałupy... Ona mu przysięgała, byle go ino wyprawić... Z taką nadzieją jechał w świat, z Panem Bogiem w sercu... W Hameryce charować musiał ciężko; czasem i głodem przymierał, byle ino do chałupy posłać... „Tróbował sie, jak se ta Marcysia da radę“. Kilka razy po pięćdziesiąt papierków przesłał. Prosił w liście o jakie nowiny, a tu jeno tyle, co mu ludziska donosili, że Marcysia pije „z drugimi“, a pole odłogiem leży... Nie wierzył ludziom, modlił się i Marcysi ufał... „Zecnąć mu się chciało, a charował, byle ino do chałupy!“ A Marcysia „ani słówecka“ mu nie napisała. Tęsknota parła go do swoich, chciał choć „zaźreć“, by odetchnąć przy Marcysi choć z miesiąc, ze dwa... i wyjechał.
— Oj Marcyś, Marcyś!... — zakończył wirujące myśli.
Wchodzi prawie ścieżyną na swój grunt... Ścisnęło mu się serce, gdy patrzył na puste tłoki... Dookoła faluje złociste zboże, ino na jego gruncie nic... Tak goło, jak po zbiórkach.
Zaszedł pod swoją chałupę. Bezsilny prawie upadł na próg i oparł się plecami o drzwi... Z głową, zwieszoną na piersi, wyglądał jak żebrak, kiedy czeka, „rychło z pola gaździna wróci“. Myśleć nawet nie mógł; podniósł głowę po chwili i obejrzał się po „osiedlu...“[1]. Wszędy pusto, obora otwarta, ani „patycka“ w siągach!... Pewnie sąsiedzi rozkradli.
Łzy spływały mu do serca — i tak mu było ciężko, jakby sumienie kamieniem przywalił... Siedział tak nieruchomie, a jęk ciężki, jakby „z podsienia“ wydobył mu się z piersi...
Wiem, jak na odpowiedź tej niemej bez słów rozpaczy, zahuczało od stodoły, kolo której wiodła do wsi drożyna:
— A kto tam tak stęka?...
Jęk jeszcze boleśniejszy był całą odpowiedzią.
— E, kis to djabli tak jęcą! — rozległo się Marcinowi nad uszami... Podniósł głowę i spojrzał do góry.
Przed nim stał barczysty chłop, odziany przyzwoicie, o twarzy czerwonej... Znać, że lubił „pociągnąć“. I teraz był widać „zakropiony“, pochylał się bowiem na bok, jak smerek wiatrem kołysany, a wpatrywał w siedzącego Marcina.
— A, to wy, wójcie... — szepnął młynarz.
— Zgadliście, jo tutejsy nocelnik. A wy coście za jedni? — zagadnął wójt przepitym głosem.
— To mnie nie poznajecie?...
— A nie.
— Młynarz Marcin...
Wójt wpatrzył się bliżej.
— Raty Boskie!... E, skądże-ście wy sie tu teroz wzięli?
— Prosto z Hameryki...
Wójt wyciągnął rękę i uścisnęli się.
— No, prędzy-bych sie był pana starosty spodziewoł, jak wos tu uźryć!... — mówił wójt. — Kieście doszli?...
— Dziś...
Wójt wypatrywał się w Marcina, który siedział zasępiony i przygnębiony rozpacznemi myślami, co mu wszystkie zamąciły pojęcia.
— Wiecie co? — zaczął wójt — co tu mocie siedzieć? Stało sie, co nie miało stać... Wy i tak nic nie poradzicie, choćbyście tu cały rok przesiedzieli. Baby krzykiem nie sprowadzicie, ani tyz nie naprawicie skody, choćbyście korzec łez wytocyli!... Ot, lepi chodźcie do mnie, ogodomy całą tę sprawę i jakosi bedzie inacy... No, wstańciez!... — pociągnął go za rękaw.
Młynarz podniósł się powoli i ruszył machinalnie za wójtem... Ludzie się „dziwowali, z kim to pon nocelnik idą“, a „pon nocelnik“ z młynarzem szedł prosto ku chałupie, różniącej się od innych tem, że już zdaleka widniał na niej napis, złożony z koszlawych liter: „Urząd gminny w Porębie“, a obok niego inny: „Wyszynk wina“.
— Bo moze nie wiecie — objaśniał wójt młynarza — ze-ch sprowadził wino, zeby ludziska w niedzielę nie próżnowali i zeby im jakosi uprzyjemnić ten mizerny żywot. Ho! bo tu bieda! Bieda kroćsetno! Nima nawet o cem godać.
Skończył wójt i jeszcze do siebie mruknął parę razy: „bieda“.
Młynarz nie słuchał go prawie, myśląc o pustych zagonach i o „swoi Marcysi“.
Stanęli wreszcie przed domem „pana nocelnika“. Wójt popchnął drzwi. W sieni uderzył ich już silny gwar, wydobywający się z zadymionej izby... Wójt z miną „nocelnika“ przekroczył próg, za nim z jakimś lękiem i niepewnością wsunął się młynarz.
— Ho! pon nocelnik!... — hukło od stołu, za którym rzędem na ławie siedzieli radni.
— Wase zdrowie, wójcie!... — podjął polowy,[2] przelewając wino w lampkę o objętości małej szklanki piwa. Ręka mu się trzęsła — nie ze starości pono — więc lejąc w szklankę, dwa razy tyle wylał na stół, skąd strumieniami spadało na wilgotną, gliniastą podłogę.
— Nie rozlewojciez, kumie, daru boskiego... — wrzasnął wójt, a zwracając się do stojącego przy drzwiach młynarza, dodał:
— W wase ręce Marcinie!... Ino sie nie tróbujcie!... Jakosi bedzie.
Chłopi dopiero teraz spostrzegli przez gęsty dym z fajek, wypełniający połowę izby, stojącego pode drzwiami.
— Je, ktoz to? — odezwało się paru.
— Swojego nie poznajecie?... — odpowiedział młynarz i podszedł ku siedzącym. Polowy przechylił się z za stołu i spojrzał bliżej.
— Młymorz!... Morcin!... Na moją dusyckę!...
Podwójci, chudy człeczyna, zerwał się z ławy.
— Kumotrze! toście to wy?... Na świecie!... Ktoby wos... — huk przewróconego stołu i brzęk szkła przerwał mu mowę. — Je, coz ta? — spytał, odwracając się.
— Zjedliście kopę djabłów!! — rozsierdził się wójt... — Dor boski rozlewać po ziemi! — schylił się, podnosząc stłuczone szkło.
— Na moją dusyckę!... to nie jo!... — krzyknął polowy.
— Ktoz, jak nie wy?
— A ino podwójci serdockiem zawadziół!
— E, coz mie „ty“ nadweręzos?! — wrzasnął podwójci.
I byłoby do bitki przyszło, gdyby nie nowy gość, który nagle stanąwszy na środku izby, zagadnął, kłócących się biblijnemi słowy.
— Bracia w Chrystusie! Przestańcie lżyć się słowami, albowiem powiedziano jest... — Tu zatrzymał się, przypominając sobie zapewne, co jest powiedziano.
— A! pon pisorz!... — przerwano mu zamyślenie i ciszę oczekiwania dalszych słów jego.
— Aleśmy się wos nacekali!... No, bo jakże bez wos radzić wedle spraw gminnych!...
Stół już stał na swojem miejscu, a na nim litrówka i szklanka, większa jeszcze niż przedtem. Niejeden z radnych, spoglądając na objętość szklanki i w myślach wypełniając ją już treścią butelki, pomyślał: „Niema złego, coby na dobre nie wysło“. Odwrotne znaczenie tego najpospolitszego przysłowia nikomu na myśl nie przyjdzie.
Posadzono pana pisarza na ławie za stołem, wójt usiadł na stoiku — i rada otwarta...
W tym zamęcie zapomniano o młynarzu, który stał na boku i gdyby nie rozpaczne myśli, jakie go nie opuszczały, zapewneby się zastanowił, czemu, gdy wójt pił do niego, nie nalał potem jemu, ale kolejka idzie dalej poza stołem.
— „A no, może zmienili downy zwycoj!“ — pomyślałby...
Kolejka tymczasem przeszła, jedna i druga... Czas leciał szybko. Słonko padało prościutko, znacząc południe białą wskazówką promieni.
Polowy wpatrzył się w próżną butelkę i mdło mu się zrobiło na sercu... „Na moją dusyckę!“ powtarzał tylko coraz częściej, a w myślach kończył: „zeby ją tyz to mioł kto napełnić...“ Święty Kleofas, do którego miał dziwną słabość, zwłaszcza wówczas, gdy po każdej takiej „radzie“ wracał do chałupy, ulitował się wreszcie nad jego niemą prośbą, bo natchnął młynarza myślą, której zrealizowanie tyle miało dla niego ważnych następstw w przyszłości...
Widząc bowiem próżną butelkę, podszedł i szepnął wójtowi: „Proszę o dwa litry!“
Wójcina „w mig“ się nawinęła i dwa litry stały na stole...
— Ho! kumotr płaci! Musiała wom Hameryka posłuzyć! — odezwał się jeden z radnych.
— Ino wos baba wywiedła na dziadkowo...[3] Nie trza to było wziąć na nią kija, a okrzesać, kie sie ij zachciewało wase jazdy!...
— Eh, co tam gadać!... — przerwał młynarz, a chcąc mowę odwrócić z bolesnej treści, nalał szklankę wina.
— W wase ręce, wójcie!... — wychylił, nalał... Kolejka szła szybko. Powstał jeszcze większy gwar; każdy mówił, a mało kto słuchał. Słonko chyliło się na zachód, znikając powoli niepostrzeżenie z dymnych szyb...
Młynarzem byli zajęci wszyscy.
— No, przecię on funduje, musi mieć dudki...
— Ba, cozby ni mioł! — mówili na ucho.
Jeden tylko pisarz siedział milczący. Podparł głowę nad stołem: każdą szklankę wina, gdy mu do rąk przyszła, najpierw obrócił parę razy, przejrzał się w niej, na ostatku wpatrzył się w nią, jakby tam wątku jakiejś myśli lub rozwiązania ważnej kwestji szukał, nareszcie po namyśle szybko przechylił i podał dalej...
Tak robił za każdą razą, systematycznie.
Wypróżnili tak kolejno flaszkę jednę i drugą. Słońce już zapadało, a o radzie ani „słychu“. Gwar zato coraz większy podnosił się w dymnej izbie; zasuszone twarze radnych nabierały barw i kolorów nienaturalnych. Młynarz nawet potrafił „węgierskim ukropem“ zalać smutek duszy, bo już z wesołą miną zwrócił się do polowego, opowiadając mu jakiś ciekawy „przypodek“ z podróży „bez morze“... Polowy chichotał cienko i: „Na moją dusyckę!“ wymawiał coraz krócej.
Wtem powstał wójt. Radni się uciszyli, sądząc, że „radę“ rozpocznie; a on, nachylając się ku młynarzowi, zagadnął go chrapliwie:
— Hej, Morcinie! a kie wy mi oddocie moje dwieście papierków?... Teroz chyba musicie mieć!... co?...
Młynarz się zachmurzył. Pytanie to nagle zwróciło go do pierwotnych myśli.
— Przywiózech ino pięćdziesiąt reńskich. Musicie, wójcie, zacekać, jaze sprowadzę Marcysię...
— Ho! ho! ani se myślij o tem! Ona ci wróci?... Myślisz, ze mie zarwies!... Tybyś cichutko grunt przedoł, uciek za babom i sukoj wiatru po świecie!... Jo musę mieć piniądze i basta.
— Coz, kie nimom.
— To sie postarojcie!...
— A jakoz?
Wójt nie odpowiedział. Siadł i podparł głowę. Wtem, jakby mu nowa myśl wpadła, podniósł się, wychylił nalaną szklankę.
— Wiecie co, kumie?... sprzedejcie grunt.
Marcin się wzdrygnął.
— Nigdy!...
— No, jakoś to bedzie. Już my sie nie obedrzemy.
Nalał mu wina, przypił do niego. Kazał podać nowy litr. Kolejka przeszła. Wójt młynarzowi przylewał, a patrzył się z pod oka. Radni pozierali po sobie.
— Wójt cosi rozwozo!... — szeptali do siebie.
— No — podjął „nocelnik“ — sprzedocie?
— Grunt?
— Echę!
— A ktozby kupił?...
Wójtowi się oczy zaświeciły. Czuł w rękach złapanego ptaszka. Młynarz zaś prawie pijany patrzył bezmyślnie na niego. Parę razy starał się gwałtem myśli zebrać; brwi ściągał, oczy wybałuszał, ale wypite wino mgłą mu je przesłaniało tak, że nie mógł dojrzeć chytrego uśmiechu „nocelnika“.
— Jo kupię... — ciągnął wójt.
— Wiela docie?...
Wójt wyminął odpowiedź.
— No, dyć my sie zgodzimy. Wiecie, ze pola nieobsiewane, lezą odłogiem... Puste tłoki i nic więcy...
— Zawse jest tego niemało!... — bronił Marcin.
— To nie wiecie, ze wasa pół przedała?... — zagadnął wójt z lisim uśmiechem.
— Ni moze być! — skoczył młynarz.
— No, nie prowda?... — zwrócił się wójt do podwójciego.
— Na świecie!... prowda!... — odwrzasnął tenże.
— Na moją dusyckę!... — potwierdził polowy.
Marcin opadł ciężko na ławę... Wychylił pełną szklankę. Był już całkiem pijany.
— Sprzedocie reśtę?... — podjął na nowo wójt. — Dom wom trzysta śrybłem...
Marcin potrząsnął głową.
— No, niech stracę!... Wiecie, Morcinie ze wos lubię... Zreśtom chałupę zostawię do wase wóle... Nie ukrzywdzę wos. Kiedy tedy mozecie wrócić, to wos przyjmę... Daję trzysta pięćdziesiąt... Nie chcecie?... No, mocie trzysta siedmdziesiąt na miejscu i litkup!... Chałupa wasa. Coz więcy chcecie?... Dwieście się potrąci za dług, dwadzieścia za procent; wypłacę wom na miejscu stówkę i pięćdziesiąt papierków! Kumotrowie poświadcą...
— Iżali powiedziałbym... — począł pisarz, podnosząc poważnie głowę.
— Na świecie!... — przerwał podwójci.
— Na moją dusyckę!... — dokończył polowy.
Wójt wstał, podszedł do młynarza.
— Kumotrze! Nie bądźciez twardzi!... jak wom zycę...
Uściskał go, ucałował.
Młynarz rozbrojony serdecznością, zgodził się, tembardziej, że napróżnoby gonił za myślami, by oponować.
— Odrazu sie kontrakt spise. Pisorz na miejscu... — rzekł wójt; zupełnie wytrzeźwiał z radości.
Marcin kiwnął głową.
Pisarz już wyciągnął arkusz ze stolika, rozłożył na stole i począł z powagą gładzić paznokciem pióro... Wójt kazał lampę zaświecić; na stole postawił nową butelkę. Szła kolejka już coś dziesiąta.
— Na litkup!... — krzyknął wójt.
— Na litkup! — powtórzył za nim młynarz.
— No, piście kontrak... — rzekł wójt, przybliżył lampę.
Pisarz rozpoczął pisanie.
Wszyscy siedzieli milcząco, by nie przerywać myśli panu pisarzowi... Gdy skończył, odchrząknął parę razy, przejrzał pismo i dodał parę opuszczonych ogonków.
— Żali mam przeczytać?... — zapytał.
— A juści! — odezwali się chórem radni.
— Cytojcie! — kazał wójt.
Pisarz wziął stojącą przed nim szklankę, przechylił, wreszcie zaczął:
„Kontrakt czyli pisemna ugoda co do sprzedaży i kupna gruntu czyli parceli, zawarta na miejscu pomiędzy Marcinem Janią czyli“...
— Zjedliście kopę djabłów!... — krzyknął wójt. — Przecie sie młynorz pise Morcin Cichorcyk, a nie Jania!...
— Powiedziano jest, że Jania...
— To przezwisko!... nieprowda?... — zwrócił się do młynarza.
Ten jednak pochylony chrapał głośno; głowa mu się chwiała jak przyprawiona.
— Na moją dusyckę!... — potwierdził za niego polowy.
— Żali mam poprawić?... — spytał pisarz.
— Żodne poprawiano!... — Krzyknął „nocelnik“. — Urzędowy dokument nie śmie być zasmarowany!... Przepisać trza i basta. Hej! Morcinie! — zwrócił się do młynarza — nie śpijciez, bo tu idzie o wasą rzec!...
— O jaką rzec? co... — bełkotał nieprzytomnie zbudzony młynarz.
— No, co do tego kupna!...
— Ehę!... wiem... co do kupna...
— Mom wom dać sto pięćdziesiąt papierków!...
— Ehę!... sto pięćdziesiąt...
— Kontrak spisany.
— Dobrze... dobrze...
Wójt otworzył skórzany, pomarszczony pugilares i począł liczyć dziesiątkami: „Dziesięć... Dwadzieścia“...
— Nadstowciez rękę!...
Młynarz wyciągnął rękę!...
— Trzydzieści... śtyrdzieści... Biorę wos tu obecnych za świadków... Słysycie?!... — krzyknął głośniej, budząc paru chrapiących radnych.
— Słysymy!...
— Rozumiecie, na co?...
— Rozumiemy... wedle kupna!...
— Na świecie!... — dodał podwójci.
— Na moją dusyckę!... — dokończył polowy.
Wójt odliczył sto pięćdziesiąt.
— Schowojciez!...
Młynarz włożył zwitek do zanadrza i śpiący przechylił się na krawędź łóżka.
Pisarz tymczasem przepisał kontrakt, przeczytał uroczyście.
— Podpisciez mnie i świadków — odezwał się wójt.
Pisarz wystylizował podpisy. Paru radnych położyło koszlawe krzyżyki przed swojem nazwiskiem.
— A kaz tu młynorz?... Edyć brakuje jego podpisu! — zauważył jeden z radnych.
— Na moją dusyckę, brakuje!... — dodał, przypatrując się, podwójci.
— Morcinie!... Śpi, jak Poniezus po wiecerzy... Morcinie!... — ciągnął go podwójci za rękaw.
Młynarz się podniósł.
— Połóżciez krzyzyk!
— Gdzie?
— Tu...
Dali mu pióro. Zrobił dwie kreski. Pióro mu wypadło z ręki. Oparł się o stół i począł na nowo chrapać.
— Djabli by sie ta z nim dogodali!... Wójcie, dejcieno jesce flaseckę!...
Wójt podał litrówkę. Zbudzono śpiących do nowej kolejki.
Wójt tymczasem złożył kontrakt do szafki, zamknął na kluczyk i usiadł przy stole. Zerknął jeszcze parę razy na śpiącego młynarza, uśmiechnął się i dwie lampki, jedna po drugiej, wychylił.
— Kupiłech dobrze? co? — zagadnął radnych.
— He, pon nocylnik mo głowę! aniby som adukat lepi nie zrobiół! — domawiali pijani.
— Za zdrowie nocylnika!... — podniósł podwójci.
— Za zdrowie!...
Kolejka szła „pieronem“.
— Coś pon pisorz nie weseli!... — zauważył jeden z radnych.
Pisarz właśnie przezierał się w szklance, wychylił więc żywiej i podniósł się z ławy.
— Różne są — począł mówić — przypadłości... Człek nie wie, na co zejdzie... Sposobności albowiem ma wszelakie. Iżalibym powiedział, szanowni bracia, o którym z was, że nie jest wedle sumienia, jako ten, który ma czynić, co powiedziano jest w piśmie: „Człowiek pokusom podan jest w utrapienie. Kto będzie owoc złego pożywał, niechaj będzie przeklęty, a kto będzie pożywał owoc dobrego, niechaj mu będzie chwała! Amen“. — Żali wy rozumiecie, co jest powiedziano? Oto zły owoc powstaje w niezgodzie, a dobry owoc w zgodzie... A gdzież, szanowni bracia, może być zgoda, jak nie przy esencji dobrego owocu, o którym powiedziano jest w psalmie świętego Dawida: „Z winnicy mojej pić będziesz!“...
Tu przerwał i spojrzał po radnych, albowiem mówiąc, oczy miał w sufit wzniesione. I ze zdziwieniem ujrzał śpiące, a oczy i uszy ich były zamknięte... Przejrzał wszystkie szklanki, butelki, pozlewał resztę wina, wysączył do dna tę „esencję dobrego owocu“ i pomyślał chwilę, co ma uczynić; zrobił, co mu rozum podyktował. Pościągał z ławy i ze „zyrdki“[4] wszystkie „płosce“ i serdaki, wyścielił na skrzyni i sam się na nich wygodnie ułożył...
— Żali mam powiedzieć... — zasnął.
Ciemne światło „okopconej“ lampy łączyło się z półcieniami i przedzierając się przez dym, wypełniający izbę, oświetlało matowo czerwone od pijaństwa twarze radnych. Leżało to wszystko jak bydło („nieprzymierzając“). Jeden wsparty łokciami na stole, drugi na krawędzi, trzeci walcząc długo z wąskością ławy, dał za wygraną i ułożył się wygodnie na ziemi, obok skrzyni... Ładny temat do bajki: „śpiący samorząd gminny“.
Czasem tylko z tej chrapliwej muzyki dysharmonijnej wyleciało wyraźniejsze słowo, z myśli, które w drgających jeszcze nerwach sen przejął... I tak się też one objawiały przez sen, jak brzmienia strun najbardziej naciągniętych, kiedy się o instrument trąci... Nie dziw, że parę razy „Marcyś!“ z chrapaniem wydarło się młynarzowi; „kontrak!“ krzyknął wójt we śnie.
— „Na moją dusyckę!“... — kończył polowy przez sen, zapewne siłą przyzwyczajenia...

Ranek był we wsi... Słonko świeżym uśmiechem „obzierało“ się po szczytach gór i powoli, niedostrzeżenie skradało się promieniami do jarów i dolin, chcąc w najskrytszych zakątkach jestestwom przynieść światłem przebłysk tego szczęścia, którego pragną, za którem tęsknią, a nigdy całego posiąść nie mogą... Dziwna tęsknota za tem, czego niema... Jestestwa naszej ziemi dążą do życia jestestw innych światów, a tamte naodwrót ku nam zwracają tęskne oczy... Słonko zaś jest jakby pośrednikiem tych ziem, lawirujących nawzajem ku sobie... Do słońca ciągną wszystkie istności... Nie dziw, że nie mają całego szczęścia, gdyż ono musi dzielić światłem wszystkich... Gdyby na jedną tylko ziemię spadło całe światło-szczęście, ustałby byt... Jednych spaliłyby promienie, drugich zamroziła noc.
Więc... ranek był we wsi. Ludzie wyłazili z chałup, „obzierali się“ twarzą do słonka, dziękując mu za jasność, która im nadzieją uwieńczenia prac, ładnych zbiorów... Kwiaty, drzewa jednakim, jak codzień, rozkwitem witają słonko...
Jeden tylko człowiek nie obziera się na nie — na jasność. Wlecze się drogą ku zachodowi, twarz odwraca od słonka...
Napróżno ono promieniami szczypie go po szyi, przeszywa czerwonością uszy, chcąc w duszę zajrzeć, rozegnać ciemność... Napróżno!...
On, jakby wstydził się słonka, samego siebie, gniewem, czy bólem, przyciął wargi, a brwi schodzą się i rozchodzą od walczących ze sobą myśli...
Przystanął chwilkę, odwrócił głowę ku wisi, ku swojej chacie...
— Tam... nima nic!... — wyszeptał. — Ja, bydlę, upił się, sprzedał swoją ojcowiznę!... Chałupa sama... co mi po tem!... Grunt wściekli wzięli... Dziad wierutny!... O Najświętsza Panienko, ratuj!...
I z ostatnią pobożną myślą ostatnia łza spłynęła z powieki...
Patrzał długo ku chałupie, jakby chciał każde drzewo, płot, każdy drobiazg zabrać ze sobą w pamięci...
— Ano, stało sie, co sie miało stać... Tak mi przeznaczono, dziadem umrzeć!... — wstyd, gniew i boleść ścisnęły go za gardło.
— Psie życie!... Oj, Marcyś! Marcyś!... — Okropny wyrzut, cały żal mieścił się w tych dwu słowach.
Zwrócił się szybko i poszedł dalej drogą... na kolej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Krakau! — Kraków!“...
Wysypali się podróżni z wagonów... Każdy pchał się do drzwi, by oddać bilet i jak najprędzej powitać się ze znajomymi... Ztyłu szedł powoli i młynarz. Wyszedł i on za wszystkimi, oddał bilet, przeszedł, nie oglądając się, poczekalnię; wiedział, że go nikt nie czeka.
Zwrócił się prosto na most, ku warszawskiej rogatce... Bezmyślnie kroczył środkiem gościńca, machinalnie usuwając się jadącym dorożkom, i szedł prosto ku Prądnikowi...
Wyjeżdżał za Marcysią, nie wiedząc, gdzie jej szukać; w wagonie dopiero, gdy przyszedł do jakiej takiej równowagi, wyfilozofował sobie, o ile mógł, że Marcysia musi chyba znajdować się na Prądniku, u ciotki... Wiedział, że tam jej ciotka ma domek; nawet, parę lat temu, zaglądnął do niej, kiedy był ze żoną w Krakowie na odpuście...
Szedł więc ku Prądnikowi, wiedząc, że tam Marcysię zastanie...
Obok szeregu białych domków na Prądniku stał jeden, frontem do gościńca zwrócony. Różnił się chyba tem od innych, że był na czerwono pomalowany, które to malowidło gdzieniegdzie deszcz spłukał, dostając się do brunatnej barwy muru... Przed progiem kupa śmieci i dwie czarne kałuże świadczyły o dobrej woli gospodarza, czy też gospodyni.
Do tego to domku skierował kroki młynarz. Wszedł do sieni i stanął przy odchylonych drzwiach, zerkając przez szczelinę do wnętrza...
Sekundę rozjaśnił i zaraz schmurzył twarz; przy stole dojrzał Marcysię... Poznał ją odrazu, choć siedziała podparta na łokciu i plecami zawrócona do niego. Obok niej dostrzegł kawałek „wąsiatej“ twarzy i rękę brudną, która przychylała kieliszek do jej ust...
— Pijże, kie ci daję!... Jakbyś mi ty dała, tobym sie nie opieroł!... — Młynarz słyszał wyraźnie chrapliwy głos przez podchylone drzwi.
Drgnął na te słowa, i szybko odsunąwszy drzwi, stanął na progu.
— Niech będzie pochwalony!... — wybełkotał.
Nie odpowiedziano mu. Widać, tu inny zwyczaj. Natomiast wszystkie twarze zwróciły się ciekawie ku niemu. Stara kobieta, która dotąd była schylona nad rozłożonemi kartami, podniosła głowę, ściągnęła pomarszczoną twarz i, sądząc po łatanem odzieniu, że jakiś żebrak, już miała wyrzec: „z Panem Bogiem“, kiedy Marcysia poskoczyła ku niemu z krzykiem:
— Morcin!!... e, kiżcie tu djabli przynieśli!...
Młynarza oblała krew, chciał coś wyrzec; słowa nie mógł wykrztusić z bólu i oburzenia...
— Tato! tato!... — rozległo się z kąta i dwoje odartych, nieumytych dzieci rzuciło się ku niemu.
Młynarz spojrzał na nie, nogi mu zadygotały, upadł ciężko na najbliżej stojący kufer.
Dzieci, jedno z jednej, drugie z drugiej strony, pchały się ku niemu; pogłaskał je ciężką dłonią, pocałował, a potem zwrócił oczy na żonę z takim strasznym wyrzutem, że ta, mimo urągającej postawy, odwróciła twarz, nie mogąc znieść tej bezsłownej skargi...
Stara kobieta i wąsiaty drab ciekawie patrzeli na całą tę scenę.
— Kasper! przynieś kwaterkę!... — rzekła stara, zwracając oczy z młynarza na próżną flaszeczkę... Poznała zaraz, że to mąż siostrzenicy.
Drab wziął flaszeczkę, mruknął coś do siebie i wyszedł z izby.
— Dawnoś przyjechał?... — poczęła stara.
— Ani sie mnie nie pytojcie!... — przerwał Marcin, w którym ból i oburzenie mieniły się prawie we wściekłość.
— Toś tak pilnowała chałupy?! — zawołał do żony. — Takeś dozierała?... To jo na to charowoł tela lot!!... Piniędzym ci przysyłał... coś z niemi robiła?... co?!... — mówił drżąco od gniewu, podchodząc ku żonie.
Marcysia podniosła na niego oczy zaiskrzone, wpatrzyła się uparcie...
Młynarz, który już w zapamiętaniu podniósł rękę, opuścił ją napowrót, patrzył na żonę... Wściekłość ustępowała szybko, jak płomień pożerający papier... Nic nie widział, nie czuł, tylko te oczy, dla których ją wziął, dla których chciał być bogatym... te oczy wprawiały go w odurzenie...
— Oj, Marcyś!... — jęknął ciężko, opadając na stołek. Pochylił głowę, jakby on zawinił wobec niej...
Marcysia uśmiechnęła się, — czuła, że ma nad nim przewagę.
— Oj, Marcyś!... — począł już bez gniewu — żebyś ty wiedziała, jak mi sie serce ścisło, kiedych do wsi przysed i nikogo nie zastoł w chałupie... Tako mnie boleść wzięła za serce, ze powiedzieć niepodobno!... Ludzie mi tela naopowiadali...
— Ludziom nie wierz — poczęła łagodnie Marcysia. — Ogodali mnie za nic... Nie dali mi spokoju. Musiałach uciekać od nich... Pisałach po ciebie...
— Jo żodnego listu nie dostoł!...
— Bo pewnie źli ludzie przejmowali. Teroz co insego, z tobom pojadę... Przywióześ piniędzy? — spytała, przymilając się.
— Com przywióz, to przęsło...
— Więc z cemześ przyjechoł?!... — krzyknęła.
— Listy mnie złe dochodziły...
— Mógeś nie słuchać!...
— Trudno było...
— Boś głupi!... — W oczach Marcysi iskry sie zapaliły.
Stara słuchała z jednakową, pomarszczoną twarzą. Dzieci wystraszone, skulone, pozierały to na ojca, to na matkę.
— Grunt sprzedany — cicho odezwał się młynarz, spuszczając wzrok.
— Za wiele? — spytała żywo Marcysia.
— Za trzysta siedemdziesiąt.
— Mos ze sobą?
— Wójtowi oddałem dwieście z procentem.
— Głupi!... — szepnęła żona — a resztę?
— Mom.
— Dawoj!... — popatrzała mu w oczy śmiało.
Młynarz zawahał się chwilkę.
— Bois sie?... — spytała.
— Nie... ino, Marcysiu!... — począł błagalnie, wyjmując z zanadrza pieniądze — oporządź dzieciska, niech przecie tak nie chodzą! — wskazał na podarte, brudne sukienki.
— To juz moja rzec!... — rzekła sucho żona.
— Jo bedę zarobioł, — ciągnął młynarz — daruj! nie poniewieroj... — pocałował ją w czoło.
— Pojedzies napowrót?... — spytała szybko, odbierając pieniądze.
— Do Hameryki? Nigdy!... Dość juz mom tego. Bedę tu robił „przy murarzach“. Znom sie na budowie...
— Rób... — odpowiedziała sucho. — Jo sie dość nacharowała!... Tyś sie wypróżnował w Hameryce... Teroz na ciebie kolej!...
Młynarz nie odpowiedział na niesłuszny zarzut. Patrzył się jeno w oczy Marcysi, jak dawniej... Poweselał, przywołał dzieci, gwarzył z niemi...
— No, wszystko dobrze... — odezwała się stara. — Ty, Marcinie, nie wierz ludziom, ba żonie! U mnie mocie mieszkanie. Jak zarobisz, to i o mnie nie zapomnisz...
— Dziękuję, ciotko... — Młynarz pocałował ją w kościstą rękę.
Marcysia przeszła do komórki.
— Kaspra nie widać — rzekła głośno ciotka. — Skoczno, Michaś, po wódkę! — Dała chłopcu centy, flaszkę. — Przynieś taką, jaką ci codzień daje... Ino pełno przynieś! — upominała.
— Dobze ciotko — „wyseplenił“ chłopczyk i poskoczył żywo.
Młynarz pomyślał: „Źle dziecko przyzwycajać!“ ale się nie odezwał głośno.
W chwilę, gdy chłopczyk przybiegł z wódką, harmonja zapanowała w kółku, jakby nigdy nic...
Marcysia śmiała się „po swojemu“, młynarz opowiadał o „Hameryce“, ciotka kabałę ciągła na przyszłość, i mimo złej wróżby, którą monotonnym, nosowym głosem wygłaszała, żadne na to nie zwracało uwagi... Podchmieleni, weseli, zjedli wieczerzę i poszli spać...
Nazajutrz, świtaniem młynarz poszedł do miasta „po robotę“.
— Przecie — myślał po drodze — znajdę zajęcie, ogarnę dzieci, siebie, może sie jako bieda popchnie!... Bedzie gorzy, to bedzie; byle ino przy Marcysi!... Jakosi ciekowi raźni — i robić sie chce i cłek se pracy nie ciązo... Oj, Marcyś, Marcyś!... Duzoś mie ty kostowała!... Ha, no — moze Pan Bóg dać...
Przeszedł rogatkę, wszedł w miasto — rozglądał się, rozpytywał... Radzono mu do rozmaitych majstrów. Chodził wszędy — ale „jakosi“ nigdzie nie mógł znaleźć narazie roboty. Obiecywali mu, ale z początkiem następnego miesiąca, albo za dwa i t. p.
Schodził tak pół dnia prawie... Nigdzie nic — trzeba zacekać... Moze jutro, pojutrze. — Przecię Bóg do...
Z południa już wyszedł z miasta. „Ha, no — trudno!“ — myślał, idąc z powrotem na Prądnik. „Przecię nie ostatni dzień. Coby toz cłek lo siebie roboty nie znalazł! przecię nie kraść — ino robić, to sie musi znaleźć...“
Pocieszając się tak — stanął przed domem. Na progu dzieci płakały głośno... Zobaczywszy ojca, poskoczyły żywo.
— Tato! tato!... mama posła...
— Gdzie?... — spytał ojciec.
— Nie wiemy... posła rano...
— Wróci... wróci... nie płaczcie! — pocieszał je ojciec. — Jeść wam sie chce?...
— Chce...
Młynarz wziął dziewczynkę na ręce — wszedł do izby. W izbie nie było nikogo... Ułamał bułki, dał dzieciom. Dzieci jadły łakomie, patrząc z zaufaniem na ojca; łzy im jeszcze świeciły na wychudłych twarzyczkach... Niebawem weszła stara.
— No cóż? Masz robotę?... — zawołała ode drzwi.
Nienaturalne ruchy i rumieniec na pomarszczonej twarzy kazały się domyślać, że wraca prosto z karczmy.
— Ni mom jesce... — odpowiedział młynarz i dodał zaraz:
— A gdzie Marcyśia posła?...
— Kto?...
— Marcysia...
— Ho! ho! Marcysia!... Dobro mi Marcysia!... Jakiś ty głupi, Morcin!... He! he!... — poczęła mu się w twarz śmiać.
— Nie rozumiem, co chcecie...
— Co chcę? Nic nie chcę. Ino ci padom, żeś głupi!... Dołeś jej wczoraj pieniądze — i ty myślisz, że ci tu bedzie siedzieć?! — ciągnęła krzykliwie, wymachując rękami pod nosem młynarza — spakowała manatki i — dalej za Sobkiem!...
— Za jakim?... Nic nie wiem...
— To sie dowiesz!... Za tym, co w kryminole siedział. Nie gadali ci we wsi?... Kazała pedzieć, że cie widzieć na oczy nie chce!...
— A dzieci!... — krzyknął rozpaczliwie młynarz.
— Kazała ci pedzieć, że kie mosz dzieci, to se je żyw!... Oj, Marcysia!... Widzisz, jako twoja Marcysia!... — krzyczała, przedrzeźniając, stara.
W myślach Marcina nagle rozjaśniło się wszystko. Opowiadania kobiety, gdy wchodził do wsi, dogadywania ludzi o Wojtku, o Sobku, o rozpuście, pijatykach — to wszystko zobaczył, jak na dłoni, oczy otworzył szeroko... I nagle te obrazy poczęły ciemnieć — wszystko zaczęło wirować, tańczyć, cała izba kręciła się w oczach — czuł wrażenie, jakby leciał gdzieś z izbą i ze wszystkiem w okropną przepaść...
— Raty Boskie!... — krzyknął tylko, oczy przymknął i pozostał bez ruchu, bez myśli, jak drewno...
Nie słyszał krzyku dzieci, wystraszonych zachowaniem się ojca, gadania ciotki — nic nie czuł... Stara zauważyła jego dziwny stan. Sądząc, że zemdlał, poczęła lać wodę na niego...
Otrząsnął się — zimno przeszło po nerwach... Ożyły... Popatrzał na starą — wzdrygnął się przypomnieniem — i znów popadł w odrętwienie...
Uszło tak parę godzin.
Dzieci zachowywały się cicho, myśląc, że ojciec śpi... Stara pomruczała do siebie — chciała coś gadać do młynarza, wreszcie machnąwszy ręką, wyszła do komórki.
Nareszcie po długim czasie młynarz przetarł oczy, wstał, wstrząsnął się, jakby się chciał opędzać dręczącym myślom... Popatrzał na dzieci.
— Gdzie ciotka?... — spytał.
— W komorze... — ozwały się cicho.
Wszedł do komórki; niedługo zabawił — wracając, cicho przymknął drzwi za sobą, ucałował dzieci — jedno i drugie — i prędko wyszedł... W twarzy jego można było czytać jakieś silne postanowienie, dyktowane rozpaczą...
Dzieci popatrzały na siebie, na drzwi — i naraz wybuchły szczerym, bolesnym płaczem.
— Gdzie posed tato? — spytała w płaczu dziewczynka.
— Nie wiem... — odpowiedział chłopczyk i obydwoje załkali jeszcze głośniej.
Zbudzona ich krzykiem — stara wyszła z komory.
— Czego krzyczycie, knoty?...
W odpowiedzi jeszcze głośniej się rozpłakały. Stara podeszła do stołu — wysypała na stół talarki...
— Gdzież ojciec?...
— Posed... — odpowiedział chłopczyk, zanosząc się od płaczu.
— Gdzie?
— Nie wiem...
— Hm, — mruczała stara do siebie — zostawił na stole pieniądze... Juści pewnie dlo mnie...
Poczęła liczyć, układając w kupki.
— Całe czterdzieści... Kto go ta wie! Może dlo dziecisk... Nie krzyczcie!... — rzekła do dzieci. — Ojciec wróci z mamą... Słyszycie, knoty?... Żadnego wrzasku mi tu nie robić!...
Dzieci umilkły, starając się zdławić łkanie.
— Jeść... ciociu — wyszeplenił chłopczyk.
— Przyniesę wom bułek!... Michaś!... ino pamiętaj o Stefci! a cicho się zachowujcie!... Wnet wom przyniesę — wnet...
Zgarnęła pieniądze, zawinęła w brudny strzępek i włożyła do zanadrza... Wychodząc, przymkła drzwi na „skóbel“ — i poszła prosto... do karczmy.
Dzieci czekały cierpliwie, patrząc uporczywie przez okno, rychło ciocia wróci... Minęła jedna godzina, druga, nikt nie przychodzi... Dziewczynka znowu poczęła szlochać, za nią chłopczyk — wreszcie wypłakawszy się serdecznie... zasnęły.
Ciemno i cicho było w izbie... Od czasu do czasu tylko wiatr jękiem trącił o szyby. Wiatr jęczał nad uśpionemi sierotami .....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ranek był we wsi... Słonko, jak zwykle swobodne bez osłony chmur, patrzało promieniami poza najodleglejsze widnokręgi... Tu złamie promień o wodę, tam, jak strzałą, przeszyje ciemnię drzew, budząc śpiące ptaszęta; ówdzie chyłkiem zaglądnie do okiem, rzuci garścią światła zgromadzonej czeladzi, która kołem przy jednej misie obsiadła, a zwija się chyżo, bo czasu szkoda: pogoda stała, a owies, a jęczmień w polu...
Nie w każdej chałupie gwarno koło misy, nie w każdej ruch i życie panuje. „W chałupie komornika?...“ powiadasz... He, przecię i komornikom nie najgorzej, gdy na polu ładnie!... A od czego przysłowie: „tak bedzie, jak padnie?“ Nie zbierają sobie — to drugim, a roboty jest dość u ludzi latem... Gorsza zima.
Toć i komornik ma co dziś w gębę włożyć. Ale „jest casem przeznacenie, — powiadają ludzie — ze jak jedno w chałupie sie styra[5], to syćko idzie na marne!...“
Takie „przeznacenie“ musiało chyba dotknąć i zagrodę młynarza... W samym środku wsi ugory, pastwiska — a to dawniej „jego ładno rola...“ chałupę zaś ludzie zdaleka obchodzą, żegnając się ukradkiem. Wiecznie zamknięta, ani „zywe duse“ w niej... Powiadają, że w takich chałupach, „ka przedtem była bosko obraza, radzi „źli“ mieszkają...“ — Ha! może.
Więc rankiem słonko, kiedy „wyźrało“ z za lasu, biegnąc od strzechy do strzechy, padło promieniami i na pustą chałupę... Słonko ciekawe, radeby wszędy wiedzieć, czy noc nie przyniosła nowego mieszkańca...
I po dachu ślizgało się promieniami, przeszywając światłem cienkie gonty; a gdzie szerszą szczelinę otworzyły wichry, wyrywając pobicie, — tam rzucało całym snopem światła... Okiennica na strych otwarta; promienie padły do izby i nagle drgnęły, zwinęły się napowrót, rozpraszając się po konarach nad dachem...
Lecz słonko idzie wyżej; wnet wszystkie promienie na świat rzuci... — W całem świetle potworniejsze wydaje się złe — toż promienie, chcąc słońcu złagodzić okropność obrazu, jaki dojrzały — spoiły się napowrót, skoczyły okiennicą do izby i oblały całem swem światłem wiszącego trupa...

Wieczorem u wójta zgromadziła się cała „rada“. Miano ważną sprawę „do uradzenia“ — toż nie brakowało nikogo... Pisarz tylko, jak zwykle, spóźnił się, wiedząc zapewne, że bez tak ważnej jak on osobistości rady nie rozpoczną.
Mylił się jednak poczęści, gdy sądził, że będą na niego czekać. Już bowiem cztery butelki wypróżnili, zanim się ukazał... Ósma kolejka szła wkoło, kiedy pijący, zamiast do sąsiada, — przypił do stojącego poważnie na progu pana pisarza.
— Żali powiedziałbym, żebym się nie spóźnił, gdyby nie okoliczność nadzwyczajna... — mówił poważnie pisarz.
— W ręce wase!... — przerwał mu radny.
— Na zdrowie!...
Pisarz wziął szklankę i już czwarty raz obrócił ją w ręku, przezierając się w niej — gdy nagle wicher złamanym konarem jabłoni trzasnął w szybę...
Szkło rozprysło się na drobne kawałki, a wiatr, skoczywszy otworem, zdmuchnął ciemne światło lampy... „Wzdrygli“ się radni, każdy przerażonym wzrokiem poglądał w okno... Chwilę cisza w izbie zapanowała, tylko na dworze huczało — coraz to głośniej.
Wójcina wpadła do izby, zatkała poduszką wybitą szybę i zaświeciła lampę.
Przerażenie ustępowało zwolna z twarzy radnych, nowa kolejka rozweseliła zalękłych...
Wtedy do izby wsunął się milczkiem „chuderlawy“ człeczyna...
— Ho! Jędrek od Kopańdy!... — rozległo się od stołu. — Jędrzeju! w wase ręce!... Co ta słychać u wos?...
— He, nic tak ciekawego... — mówił spokojnie człeczyna — młynorz sie obiesiół...
— Kto?!... — spytali wszyscy naraz.
— Młynorz...
— Marcin?!
— Ehę!
Umilkli wszyscy... Przerażenie, większe niż przedtem, odbiło się na twarzach. Nawet wójt, zawsze czerwony — pobielał w jednej chwili... A na polu huczało, jak w stu fabrykach.
— Nie nadarmo tak jęcy, nie nadarmo... — odezwał się po chwili jeden z radnych.
— Obiesiół sie, obiesiół, padocie... — mówił wójt. — Ha, no! nic mu juz nie pomoze... Wiecne odpo... — nagle przerwał, wzdrygnąwszy się słów, które chciał wyrzec z przyzwyczajenia... Wicher zawył przeraźliwie.
— Nie nadarmo jęcy, nie nadarmo... — powtarzali radni...
— Widać takie mioł przeznacenie... — począł wójt.
— Żali powiedziałbym... — przerwał poważnie pisarz.
— Na świecie!... — wtrącił podwójci.
— Na moją dusyckę!... — dokończył polowy cienkim głosem i przysunął się ku stołowi.
Za chwilę kolejki szły raźno; w izbie znowu gwarno, jak przedtem, a na polu wiatr jęczy żałośnie i bije w pozostałe szyby zimnem swem skrzydłem...


Przypisy

  1. Osiedle — podwórze; miejsce wśród zabudowań gospodarskich.
  2. Polowy t. j. urzędnik gminny, który sądzi drobne szkody polowe.
  3. Wywieść na dziadkowo — wyprowadzić w pole; frazes ten ma swoją historję, o której nadmienimy później.
  4. „Zydrka“ — cienka żerdź pod sufitem, służąca za wieszadło.
  5. Styrać się — zmarnić się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.